Menu

OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Podszczypywanie bogatych. Pomysł PiS na większe wpływy do ZUS.

marek_zelinski

Z bogatymi tak to już jest, że ich nie lubimy póki sami się nimi nie staniemy. W społeczeństwie dość powszechnie jest przyjęte, że tzw. bogaci powinni być bardziej obciążeni daninami niż reszta społeczeństwa. I tą popularną teorię chcą wykorzystać politycy PiS, szukając pieniędzy na wypełnienie obietnic złożonych w trakcie parlamentarnych i prezydenckich wyborów.

Jednym z wielu rozważanych pomysłów na zmiany w systemie emerytalnym jest zwiększenie składek od tzw. bogatych. Obecnie obowiązuje zasada, że pobór składek jest wstrzymywany w momencie przekroczenia 30-krotności średniego wynagrodzenia. W 2015 była to wartość prawie 119 tys. pln, co daje ok. 10 tys. pln miesięcznie. To wyraźnie ponad dwie średnie krajowe miesięcznie.  Osób ubezpieczonych w ZUS, które mają wynagrodzenia powyżej wskazanego progu  jest w Polsce prawie 332 tys. Gdyby ci ubezpieczeni płacili składki od całości wynagrodzenia (a nie tylko do wysokości progu), to szacunki mówią  nawet o 6,2 mld pln dodatkowych rocznych wpływów do ZUS. Biorąc pod uwagę, ze FUS (głównie z powodu emerytur) odnotuje w najbliższych latach  deficyt w przedziale 50-60  mld pln, to już mamy wyjaśnienie skąd to zainteresowanie składkami tzw. bogatych.  

Składki i emerytury tzw. bogatych to tylko jeden z elementów szerszej dyskusji w partii rządzącej na temat docelowego systemu emerytalnego. Politycy i ministrowie PiS coraz śmielej mówią o poważnej modyfikacji obecnego systemu emerytalnego. Brany jest pod uwagę nawet powrót do systemu poprzedniego (sprzed 1998) lub stworzenie jakiejś formuły mieszanej. Pozostawię na razie polityków PiS  w spokoju, bo ich obecne teorie i pomysły w zakresie systemu emerytalnego są silnie podporządkowane przypodobaniu się społeczeństwu i szukaniu za wszelką cenę środków na finansowanie wyborczych obietnic. Wspomniane 6,2 mld pln, pozwoliłoby „odblokować” analogiczną część deficytu finansów publicznych na inne cele.

Ale wracajmy do składek tzw. bogatych. Rozważane są dwa warianty. Pierwszy: w oparciu o obecne rozwiązania, pobrane składki byłyby zwracane w postaci emerytury po przejściu na nią. Drugi: tzw. bogaci otrzymywaliby emeryturę mniejszą niż wynikałoby to ze składek, lub system emerytalny jako całość powróciłby do rozwiązań znanych z czasów systemu świadczenia zdefiniowanego. To ostatnie rozwiązanie to nic innego jak powrót do rozwiązani sprzed 1999 r. czyli że nasze emerytura byłaby pochodną pewnego algorytmu a nie bezpośrednio uzbieranego kapitału.

W przypadku tzw. bogatych pojawia się też zarzut, że obecnie obciążenia emerytalne są degresywne, co przyczynia się do degresywności tzw. klina podatkowego w szerokim tego określenia znaczeniu. W mediach bywa to przedstawiane jak jakiś ukryty przywilej dla dobrze zarabiających.

Spróbujmy rozprawić się z pewnymi mitami zanim ktoś coś popsuje i narobi głupstw. Sympatie i antypatie wobec tzw. bogatych odłóżmy na bok.

Otóż warunek 30-krotności nie jest żadnym przywilejem. W obecnym systemie emerytalnym każdy dostaje taką emeryturę na jaką sobie uzbiera. Tzw. bogaci dostaną emeryturę opartą na kapitale jaki sobie uzbierali. I nic więcej ZUS im nie da. Przyjęta zasada 30-krotnosci jest co ciekawe m.in. wynikiem doświadczeń poprzedniego systemu emerytalnego oraz efektem prostej kalkulacji. Po prostu przy obecnych rozwiązaniach nie opłaca się znoszenie progu, bo osoby o wysokich dochodach na ogół dłużej też żyją. Dłuższy od średniego czas życia powoduje, że ZUS będzie musiał więcej na te osoby wydać niż uzbierał. ZUS byłby więc ostatecznie, za przeproszeniem, na minusie. Jeżeli więc politycy PiS zniosą lub podwyższą wspomniany próg, to podłożą pod ZUS malutką bombę z bardzo opóźnionym zapłonem. Inaczej mówiąc, to nie tzw. bogaci są przyczyną deficytu FUS.

Drugi z wymienionych wyżej wariantów jest często łączony z teoriami iż bogaci powinny relatywnie bardziej wspierać system finansów publicznych oraz ich klin podatkowy nie powinien być degresywny. Stąd już krok do wniosku, że bogaci nie powinny być objęci systemem składki definiowanej, czyli że ich emerytura nie będzie pochodną uzbieranych składek a efektem algorytmu. W tym przypadku składka ZUS, jak podatki, staje się elementem redystrybucji dochodu narodowego na grupy o mniejszych dochodach.  

Moim zdaniem ogromną zaletą systemu składki zdefiniowanej jest jego czytelność. Nie stoi on też w żadnej sprzeczności z redystrybucją dochodu w społeczeństwie, bo nie taka jest jego rola. System jest w głównej idei uczciwy i warty obrony. Konieczność uzbierania kapitału jest jednym z wielu bodźców byśmy odpowiedzialnie podchodzili do naszego życia zawodowego,  poszukiwania pracy i dokonywanych wyborów. Emerytura jest pochodną naszych dochodów, co likwiduje część zarzutów pod adresem poprzedniego systemu. Obecny system jak na dłoni pokazuje, gdzie jest problem oraz kto, dlaczego i  jakiego wsparcia państwa (podatników) wymaga. I chyba dlatego część polityków nie go darzy sympatią.

Obecny system emerytalny nie stoi na przeszkodzie jego dotowaniu, bo też jego celem nie była likwidacja deficytu ZUS a powstrzymanie jego narastaniu w relacji do PKB. Wsparciu powinny podlegać osoby które mimo wysiłków nie potrafiły wypracować odpowiedniej emerytury i to ta grupa powinna być przedmiotem naszej największej troski w kolejnych latach.

Do redystrybucji dochodu nie jest system emerytalny, a system podatkowy. Nie ma więc sensu upodabniać ich do siebie. Jeżeli też komuś nie odpowiada degresywność obciążeń tzw. bogatych, to niech jako narzędzie progresji klina podatkowego wykorzystuje skalę podatkową, ulgi podatkowe itd.

Temat modyfikacji systemu emerytalnego zapewne niedługo wróci, będzie więc można wrócić do oceny wad i zalet systemów, nie tylko w kontekście grupy lepiej uposażonych Polaków. Niemniej na pewno deficyt systemu emerytalnego nie wynika z rzekomo preferencyjnego potraktowania tzw. bogatych. Szukanie pieniędzy w oparciu o budowanie antagonizmów społecznych, jest kiepskim pomysłem.

 

Eksperci przedstawili propozycje dla prezydenta ws pomocy dla frankowiczów.

marek_zelinski

Chyba jak wszyscy, mam niedosyt po zapoznaniu się z propozycjami grona ekspertów dotyczącymi rozwiązania problemu frankowiczów.  Jedyna co mamy do dyspozycji to skromną informację na stronie prezydenta i udostępniony na niej zarys wniosków i propozycji autorstwa zespołu ekspertów (http://www.prezydent.pl/kancelaria/dzialalnosc-kancelarii/art,26,zespol-niezaleznych-ekspertow-proponuje-rozwiazania-ws-kredytow-frankowych.html) . Do tego dochodzą wypowiedzi członków grupy ekspertów na 51-minutowej konferencji. Niestety konferencja była prowadzona na wysokim poziomie ogólności i zadawane na koniec pytania przez dziennikarzy też na ogół zbywane były ogólnikami. Rzecznik prezydenta nie był zainteresowany jej przedłużaniem. W tym wszystkim najbardziej wartościowy jest wspomniany dokument. Tenże dokument to zaledwie 2,5 strony rozstrzelonym drukiem z punktowym wymienieniem ocen i wniosków czy też propozycji. Lektura dokumentu rozbudza apetyt na detale (i to bynajmniej nie te najdrobniejsze) i ostateczne sugestie dla prezydenta, ale apetyt ten pozostaje niezaspokojony. Mamy więc to co mamy i co możemy wyczytać między wierszami. I kto wie czy to ostatnie nie jest aby najciekawsze.

Grupa ekspertów na prośbę prezydenta podjęła się zaproponowania….. no właśnie czego? Chodzi o rozwiązanie problemu frankowiczów i ryzyk z niego wynikających. Tylko, że prezydent upiera się przy praktycznie całkowitym zredukowaniu kosztów poszkodowanych frankowiczów do poziomu kredytów złotowych, a eksperci odnosili się raczej do zagrożenia jakie te kredyty mogą wywoływać  dla gospodarstw domowych, sektora bankowego i gospodarki ogółem. Formalnie też eksperci twierdzili na konferencji, że opierali się na koncepcji prezydenta. Tak naprawdę to dwa różne warianty i sytuacje, które dzieli nawet i kilkadziesiąt mld zł w rozumieniu skutków dla sektora bankowego.

Eksperci przyznali, że ich praca to bodaj sześć spotkań po kilka godzin i wymiana emaili. Moim zdaniem to niezbyt dużo, bo raptem tydzień roboczy w sumie. Krótki czas pracy rzutował na jakość wniosków i w konsekwencji raczej niewielką przydatność wyników prac ekspertów. Pytanie czego (i czy w ogóle) oczekiwał prezydent po takiej swego rodzaju burzy mózgów niż rzeczowej analizie w tak krótkim czasie pracy.

Nie dowiedziałem się jakiej grupy i na jakich zasadach pomoc ma dotyczyć. Z dokumentu wiadomo, że trzeba szukać kompromisu między interesami banków i kredytobiorców, co zdaje się przeczyć styczniowej koncepcji prezydenta.

Eksperci zaproponowali kilka form pomocy dla frankowiczów, nazywając je sprawiedliwymi. Tylko, że propozycja styczniowa prezydenta to ideał dla frankowiczów, i każda inna nie może oferty prezydenckiej przebić. Czy ma to oznaczać, że eksperci są za przynajmniej częściową rezygnacją z prezydenta z hojnych obietnic z 2015 r. i stycznia 2016 r.?  W dokumencie jest mowa o – przy jednej z metod – braniu pod uwagę sytuacji finansowej kredytobiorców.

Eksperci sugerują wielowariantowość, tak by kredytobiorca miał w czym wybrać. Dokument z propozycjami ma przygotować bank. Tylko że to oznacza, że kredytobiorca dostanie przynajmniej kilkunastostronicową (oj żeby tylko) lekturę z wyjaśnieniami, założeniami i tabelami. Jeżeli kredyt indeksowany był za trudny, to co dopiero taki dokument.

Na pytanie dziennikarzy o podanie szacunków kosztów dla głównych wariantów, eksperci odpowiadać nie chcieli, co jest moim zdaniem niezrozumiałe. Tylko raz generalnie padł zakres 30-40 mld zł bez odniesienia o który wariant chodzi. Eksperci zasłaniali się multikryterialnością, która rzekomo czyniła szacunki nazbyt niedokładnymi. Takie tłumaczenie jest dość dziwne i stawia prezydenta i jego środowisko w niezręcznej sytuacji. W końcu jeszcze nie tak dawno politycy PiS i z otoczenia prezydenta kpili z szacunków KNF i NBP.

Po przedłużających się wywodach i nazbyt ogólnych tłumaczeniach, dziennikarze próbowali wymusić szczegóły. Odpowiedź na pytanie o wariant najkorzystniejszy dla frankowiczów została zbyta przez ekspertów wielością kryteriów jakie mają być brane pod uwagę.

Oczywiście paść musiało pytanie o skutki dla banków i rozliczanie strat. Konkrety trzeba było wymuszać pytaniami, bo w trakcie ponad 30-minutowego wprowadzenia, eksperci najwyraźniej nie chcieli się wgłębiać w temat. A tak naprawdę to chcieli go uniknąć. I tu doznałem szoku, bo jeden z profesorów bez krępacji twierdził, że przyjęta zasada rozliczenia (o niej dalej) jest w zasadzie neutralna dla wyceny banków, a być może nawet podniesie ich wartość.

Już w dokumencie jest wymieniona sekurytyzacja jako pomysł na pozbycie się złych frankowych aktywów. Niemniej na konferencji eksperci ewidentnie nie mieli ochoty tematu rozwijać. Skończyło się próbą wyjaśnienia co to w ogóle sekurytyzacja jest i jak się nazywa po angielsku. Próby wydobycia czegoś więcej o sekurytyzacji i jej skutkach w kontekście celu pracy ekspertów, przerwał rzecznik prezydenta (zarządził koniec konferencji) a eksperci nie protestowali.

Zarówno dokument,  a już szczególnie przekaz na konferencji, były bardzo ogólne. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę poświęcony czas i liczbę spotkań. Odniosłem wrażenie, że prezydent nie będzie z pracy ekspertów zadowolony, bo chyba próbują prezydentowi delikatnie uświadomić, że jego obietnica wyborcza jest nierealizowalna w takim kształcie jak to zrobił w styczniu 2016 r. Szkoda tylko, że eksperci unikali takiego wniosku. Ciekaw jestem na ile szczegółowy jest raport dla prezydenta. Zresztą czy to raport czy propozycja ustawy, to też nie jest pewne. Na konferencji użyto obydwu terminów, tak jakby sami eksperci nie byli zgodni co do tego co przygotowali.

Obok dużego niedosytu po konferencji, poznane fakty dotyczące działania zespołu ekspertów każą stawiać pytanie czy prezydent Duda poważnie ten zespół potraktuje i wyniki jego prac. Zespół powołano dość późno i nie dano mu zbyt dużo czasu na pracę. Eksperci całkiem świadomie podali bardzo ogólny przekaz. Ich to chroni przed oceną i ewentualną krytyką, a prezydentowi daje dużą elastyczność co do wykorzystania wyników prac ekspertów.

Propozycja ZBP dla frankowiczów

marek_zelinski

ZBP ma koniec maja przedstawił swoją propozycję dla frankowiczów. Propozycja wywołała sporo kontrowersji. Dość często określano ją jako zbyt skromną. Z informacji jakie można w mediach zdobyć o propozycji ZBP to głównie skromna prezentacja z wynikami wyliczeń plus komentarze dziennikarzy ekonomicznych, którym udało się poznać nieco więcej szczegółów.  Ale nie narzekam, bo dzięki tym informacjom udało mi się „wyjść na dane” zaprezentowane w prezentacji NBP.

Propozycja ZBP skierowana jest do osób, którym obsługa kredytu pochłania min. 70% dochodów. Dodatkowo program byłby ograniczony do lokali i domów stanowiących miejsce zamieszkania. W przypadku mieszkań brane byłyby pod uwagę lokale o powierzchni maks. 75 m kw , a domów jednorodzinnych – maks. 150 m kw. Tak więc ZBP koncentruje się na osobach w trudnej sytuacji materialnej z powodu wysokości raty lub słabych dochodów. Dochody byłyby określane na podstawie PIT z roku wcześniejszego.

W prezentacji ZBP oparł się na przykładzie kredytu frankowego udzielonego w I kw 2008 r. Kredyt frankowy 135,0 tys. w CHF co dawało prawie 301,0 tys. pln. Kredyt udzielony na 30 lat. Taki przykład plasuje się nieco powyżej średnich wartości (w rozumieniu terminu i kwoty) dla kredytów walutowych zaciąganych w czasie boomu na kredyty walutowe (głównie frankowe). W maju 2016 potencjalny frankowicz pojawia się w banku i deklaruje zainteresowanie programem ZBP. Kryteria lokalowe spełnia, a rata 1,6 pln o kilkadziesiąt złotych przekracza 70% dochodów frankowicza. Na dzień zgłoszenia, frankowicz ma do spłaty kapitał, który w pln wynosi 400,0 tys. Dla porównania dodam, że kredytobiorca „złotowy” (kredyt w złotych, oparty na WIBORze i zaciągnięty w I kw 2008 r.) miałby do spłaty niemal 260 tys. pln. Bank zamienia  kapitał pozostały do spłaty, formalnie wyrażony w CHF na pln. Do tego LIBOR zamieniany jest na WIBOR, ale za to wysokość marży z kredytu frankowego pozostaje bez zmian. Do tego termin spłaty będzie wydłużony o maks. 20% czasu pozostałego do spłaty, ale nie więcej niż 5 lat. Nasz potencjalny frankowicz z przykładu ZBP, miał w chwili zgłoszenia się do banku (maj 2016) formalnie spłacać kredyt jeszcze przez niemal 22 lata. Wydłużenie czasu o wspomniane 20%, powoduje dodanie kolejnych ponad 4 lat spłaty. Po transformacji kredytu na „złotowy”, nasz kredytobiorca ma kredyt na nieco ponad 26 lat, formalnie 400 tys. pln do spłaty, ratę ok. 1,8 tys. pln i stopę procentową WIBOR + dawna marża z kredytu frankowego. Czyli kwota wyrażona w pln ta sama co była, stopa procentowa większa o ok. 1 pkt. proc., rata rośnie z 1,6 tys. pln na 1,8 tys. pln. Gdzie tu korzyść, skoro już rata „starego” kredytu wynosiła 1,6 tys. pln i przekraczała 70% dochodów kredytobiorcy? Ano taka, że w tym momencie pojawia się z pomocą bank. Bank bierze na siebie spłatę kwoty powyżej wartości 70% dochodu kredytobiorcy. ZBP określił kwotę dochodu przykładowego kredytobiorcy na 2,25 tys. pln, z czego 70% to 1,58 tys. pln. Bank redukuje klientowi ratę, w wartości przekraczającej 1,58 tys. pln. Czyli zamiast 1,8 tys. pln, nasz kredytobiorca płaci tylko 1,58 tys. pln, a resztę bank umarza. I tak w kolejnych latach o ile zajdą do tego warunki. Przy założeniu niezmiennych parametrów do końca terminu spłaty, bank umarza łącznie ponad 78 tys. pln, czy 13% spłat jakie formalnie kredytobiorca miałby płacić po przewalutowaniu.

Wg szacunków ZBP warunki pomocy spełnia 25-30 tys. frankowiczów, czyli maks. 5% z ogółu obsługiwanych kredytów frankowych. Wartość pomocy jest szacowana na 1,6 mld pln do 2,7 mld pln.

Faktycznie, warunki programu zaproponowanego przez ZBP ograniczają pomoc do wąskiej grupy zainteresowanych. A sama wartość pomocy jest dość skromna, tym bardziej, że rozłożona na lata.

Porównywanie pomysłu ZBP z obietnicą prezydenta nie ma sensu, ponieważ prezydent postanowił uszczęśliwić wszystkich frankowiczów i to do poziomu kosztów kredytów złotowych opartych na stawce WIBOR.

Ja nadal jestem gorącym zwolennikiem przedstawienia opinii publicznej historii kredytów frankowych w Polsce, to co takiego te kredyty, sytuacji gosp. domowych które je zaciągnęły, faktycznej skali obciążeń spłatą i publicznej dyskusji nad skalą odpowiedzialności za własne decyzje. Jestem przekonany, że znaczna część opinii publicznej będzie zaskoczona.

Zaletą propozycji ZBP jest jej konstrukcja. Propozycje pochodzące z sektora bankowego zawierają elementy o charakterze warunkowym i wskazują poziomy lub zdarzenie, które wywołują uruchomienie pomocy, jej skalę i czas jej udzielenia. Kolejną zaletą takiego podejścia jest uniknięcie w dużym stopniu jednorazowego odpisania strat. Moim zdaniem kompromisem byłaby pomoc o wartości łącznej dwa razy większej od zaproponowanej przez ZBP. Można by wtedy pomóc gosp. domowych w najtrudniejszej sytuacji. Niestety wymęczeniu jakiegoś rozsądnego kompromisu nie pomógł rząd ani prezydent. Wręcz przeciwnie. Prezydent w kampanii wyborczej obiecał nierealny i bardzo populistyczny pomysł, a rząd za priorytet uznał ściągnięcie kilku mld zł podatku z sektora finansowego. Do tego dochodzi ratowanie oszczędności klientów upadających SKOKów. To jak sądzę tłumaczy w znacznym stopniu, dlaczego skala proponowanej przez ZBP pomocy jest postrzegana jako relatywnie skromna.

Ocena Moodys. Minister Szałamacha chyba niczego nie zrozumiał.

marek_zelinski

2016_05_15_moodys_wykres(ilustracja: Gazeta Prawna z dnia 09-05-2016 „Rating, który zaboli także przedsiębiorców”)

Ocena Agencji Moodys już za nami. Dla nas o tyle może szczęśliwa, że obyło się bez obniżenia ratingu. Jest jednak obniżenie perspektyw i rzeczowa analiza stanu obecnego i zagrożeń. Oceny działań rządu i charakterystyka zagrożeń są trafne i zgodne z oczekiwaniami. Nie będę ich już powtarzał, bo kwestie pomocy frankowiczom (skutki dla systemy bankowego), obniżenia wieku emerytalnego, deficytu finansów publicznych, zagrożeń dla systemu prawnego itd., wałkujemy w mediach codziennie.

To co w tym wszystkim budzi śmiech na przemian z przerażeniem, to powolne pogorszenie wizerunku i wiarygodności ekonomicznej na własne życzenie. W chwili zmiany rządu w ubiegłym roku i osoby piastującej urząd prezydenta, Polska miała wystawiane dobre oceny. Sytuacja makroekonomiczna była (i jeszcze jest) dobra. W końcu w ubiegłym roku łapaliśmy oddech po kilku latach obniżania deficytu finansów publicznych jaki nam wystrzelił po kryzysie 2008/2009. Nowy rząd, wraz z prezydentem, zaczął wprowadzać w życie obietnice wyborcze, które naszą wiarygodność ekonomiczną obniżają w szybkim tempie. Niepojęte w tym wszystkim jest to, że obniżamy naszą wiarygodność tak po prostu na własne życzenie. Agencje ratingowe nie mogą, nawet gdyby chciały, udawać że nie widzą iż realizowane obietnice przez rząd PiS i zapowiadana realizacje  kolejnych, są dla polskiej gospodarki i naszej stabilności finansowej niebezpieczne. Niedawno omawiany w mediach Wieloletni Plan Finansowy to już po prostu prowokacja pod adresem agencji ratingowych (chodzi dane dot. planowanego spadku deficytu finansów publicznych).

Przy okazji publikacji raportu przez agencję Moodys, część polityków i opinii publicznej próbowała podważać wiarygodność tego typu instytucji. Na załączonej ilustracji (pochodzi z  Gazety Prawnej z 9 maja 2016) widać jak wyglądały oceny Polski na przestrzeni lat. Nie zamierzam tu agitować na rzecz agencji ratingowych, ale wyrażane tu i ówdzie wątpliwości wobec agencji trochę mnie śmieszą. Wracając do Polski i spoglądając na załączony wykres mógłbym powiedzieć: z faktami się nie polemizuje. Każdy kto zna zmiany jakie zachodziły w naszej gospodarce i z czym się zmagała musi przyznać, że agencje ratingowe miały dość przychylne oceny dla Polski. Kiedy od 2009 narastał nam def.fin.publicznych, agencje nie pogarszały od razu ocen, tylko patrzyły co robi rząd. Ówczesny rząd wybrał dość optymalną ścieżkę redukcji deficytu, nie bojąc się przy tym podejmować decyzji społecznie niepopularnych (OFE i podniesienie stawki VAT). Tegoroczne decyzje dot. Polski wydane przez Standard&Poors i Moodys zostały podjęte nie z powodu rzekomych kaprysów wydumanej międzynarodowej finansjery, a na skutek wprowadzania w życie niebezpiecznych dla finansów publicznych działań i deklarowania podejmowania kolejnych.

Już zwykłym prowokowaniem agencji ratingowych są reakcje członków rządu. Reakcja ministerstwa finansów i Pawła Szałamachy są zachętą by traktować nas jak kraj większego niż kiedyś ryzyka. Min. Szałamacha zamiast szybko wyjaśnić o co chodzi, jednoznacznie odnieść się do zarzutów i zapewnić że realizacja obietnic wyborczych odbędzie się tylko w stopniu takim jakim pozwolą dodatkowe wpływy do kasy państwa, brnął w jakieś dziwne tłumaczenia i odpowiedzi, które nie były odpowiedziami. Mnie najbardziej rozbawiło twierdzenie, że wpływy do kasy państwowej będą zwiększane wraz z wydatkami. Do tej pory myślałem, że powinno być odwrotnie.

W kwestii TK P.Szałamacha powiedział tylko, że za to (tzn. konflikt) jego ministerstwo nie odpowiada. Reakcja ministerstwa i jego szefa tylko pogorszyły nasz wizerunek. Wyszło na to, że człowiek odpowiedzialny za finanse państwa udaje, że nie rozumie zarzutów, bije się z faktami i pośrednio przyznaje że nie ma wpływu na działania rządu w sferze finansowej i wcale mu to nie przeszkadza.

Glapiński? Najlepszy kandydat z krótkiej ławki PiS.

marek_zelinski

Jest niemal pewne, że następcą Marka Belki będzie Adam Glapiński wskazany przez prezydenta. Środowisko rządzącej obecnie partii nie ma zbyt długiej ławki dobrych ekonomistów, co zresztą zawsze było problemem PiS. I trudno się dziwić, bo dość specyficzny – że tak powiem - program polityczny i gospodarczy tego środowiska powoduje, że niewielu jest ekonomistów, którzy gotowi są ryzykować swoją reputację i po prostu nie utożsamiają się z pomysłami gospodarczymi PiS. Przypomnę, że nie wytrzymał nawet Ryszard Bugaj (opuścił środowisko doradców ekonomicznych prezydenta), który lokuje się wśród ekonomistów o bardziej społecznym podejściu do gospodarki rynkowej.

A.Glapiński to człowiek ze znacznym doświadczeniem i wiedzą ekonomiczną. Do tego spora część tego doświadczenia przypada na RPP i NBP. Wyrażane przez niego poglądy na rolę NBP wskazują , że ma zdrowe konserwatywne podejście do roli banku centralnego w kontekście roli w sektorze bankowym oraz w gospodarce. Jego wypowiedzi nie wskazują by miał ochotę coś radykalnie zmienić w dotychczasowej polityce pieniężnej lub poddać się naciskom polityków. Podkreśla, że jest zwolennikiem obecnej klasycznej polityki pieniężnej. Stąd zmiana na stanowisku prezesa NBP nie przyciąga zbytniej uwagi mediów, a rynek nie widzi w A.Glapińskim powodu do poważniejszych obaw.

Jest jednak pewne „ale”. A.Glapiński w czasach gdy uprawiał politykę był jedną z czołowych postaci obecnego PiS i nigdy się od tego środowiska nie odżegnywał. Pytanie jest takie: czy będzie silną i niezależną osobowością gotową w obronie ‘klasycznej polityki pieniężnej’, stawić opór politykom PiS, czy też będzie się zachowywał jak dwie inne czołowe ekonomiczne postacie obecnego rządu. Mam na myśli P.Szałamachę i M.Morawieckiego

Problem A.Glapińskiego polega na tym, że PiS w kampanii wyborczej i obecnie, prezentuje pomysły na aktywną – w rozumieniu PiS  - politykę makroekonomiczną oraz wsparcie pomysłów gospodarczych PiS i prezydenta.

A.Glapiński formalnie nie był zwolennikiem tak radykalnego wprowadzenia podatku bankowego. Zwracał uwagę na inne obecne i przyszłe obciążenia finansowe sektora bankowego. Formalna akceptacja podatku bankowego formalnie nie jest czymś grzesznym. Część środowiska bankowego już od dawna akceptowała taką ideę. Różnice dotyczyły tego: ile, na co i w jakim tempie. A.Glapiński  w przeciwieństwie do pomysłów niektórych polityków PiS, nie widzie jakiejkolwiek potrzeby  prowadzenia obecnie polityki tzw. luzowania ilościowego. Potencjalny przyszły szef NBP formalnie twierdzi, że NBP nie uczestniczy w dyskusji o prezydenckiej ustawie frankowej, czy też jak to ujmuje: nie ma w NBP takiego tematu. Jak rozumiem, A.Glapiński nie popiera pomysłu by angażować NBP w ratowanie stabilności finansowej sektora bankowe na ewentualność realizacji pomysłów prezydenta na pomoc frankowiczom. Jednoznacznie jednak nie chce tego powiedzieć.

Pytanie tylko, czy A.Glapiński będzie gotów na ostry konflikt z dawnymi przyjaciółmi kiedy politycy PiS będą napierać na realizację obietnic złożonych frankowiczom i udział w tym NBP. Pytanie też, czy ulegnie naciskom by utrzymywać stopy procentowe na niskim poziomie po to tylko by ‘podkręcić’ PKB dla poprawienia wyników sondażowych PiS.

Nie jestem do końca pewny czy  A.Glapiński będzie odporny na naciski PiS. Jego ostrożność w wypowiadaniu niektórych sądów i unikanie ocen skutków niektórych ekonomicznych pomysłów PiS i prezydenta, trochę jednak rozczarowuje oraz rodzi obawy. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko powściągliwość w słowach i ocenach, znamionująca najwyższych urzędników banków centralnych i że to przejaw rytuału jakiemu muszą się poddawać ekonomiści mianowani lub współpracujący z PiS. A.Glapiński zdaje się niestety działać podobnie jak A.Szałamacha i M.Morawiecki, tzn: warunkiem funkcjonowania jest unikanie publicznej krytyki populistycznych i niebezpiecznych dla gospodarki pomysłów PiS. Przewagą A.Glapińskiego nad dwoma wymienionymi jest uzyskanie niezależności z chwilą wyboru. Chyba że, … ktoś postanowi zmieniać przepisy dot. działania NBP lub politycy PiS uwarunkują wybór deklaracją A.Glapińskiego, działania w myśl oczekiwań PiS. Czas niedługo pokaże.

Nasza inflacja kochana. Mała i podejrzana.

marek_zelinski

W ostatnich dniach temat inflacji w Polsce omawiany jest w dwóch kontekstach:

  • Tradycyjnym: co dalej z inflacją i stopą referencyjną NBP
  • Quasi kryminalnym: Polska rzekomo zaniża wskaźnik inflacji (jak sugeruje jeden z zagranicznych analityków na łamach Financial Timesa

Przy okazji każdego kolejnego spotkania Rady Polityki Pieniężnej pada pytanie o to co dalej z inflacją i stopami procentowymi. W tym roku analitycy nieco częściej przyznają iż są w stanie sobie wyobrazić obniżenie stopy referencyjnej. Nie zmienia to faktu iż konsensus rynkowy to stabilizacja stopy referencyjnej i w dłuższym terminie prawdopodobne jej podniesienie.

Deflacje mamy już niemal dwa lata. Mało kto się spodziewał, że będzie to trwało tak długo. Pułapka deflacyjna na szczęście Polsce nie grozi. W 2014 inflację poniżej zera ściągnął znaczny spadek cen żywności. W 2015 nałożył się na to spadki cen surowców ze słynną ropą naftowa na czele. W roku poprzednim znaczenie żywności jako czynnika ciągnącego inflację w dół zaczęło słabnąć a rosła rola spadku cen surowców. Na globalne zmiany cen żywności i surowców przemysłowych i energetycznych Polska wpływu nie ma. W naszej najnowszej – wolnorynkowej – historii gospodarczej tak silny splot dwóch wymienionych czynników to ewenement. Do tego skala spadków, szczególnie w przypadków surowców energetycznych, była bezprecedensowa. W tym roku, żywność działa już antydeflacyjnie, a deflacyjna presja surowców w 2016 słabnie.

Prognozy inflacji na koniec 2016 r. zawierają się – z grubsza – w przedziale od minus 0,5 do 1,0%. Jeszcze na początku roku można się było spotkać z prognozami na poziomie 1,5% . Najnowsza prognoza NBP (cykliczna projekcja inflacji) podaje inflację średnia na 2016 na poziomie minus 0,4% i na koniec tego roku nieco powyżej 0% (ok. 0,5%). Na koniec 2017 inflacja wg NBP miałaby sięgnąć 1,5% i niemal 2% w 2018 r. Jak widać NBP nie widzi więc poważniejszych zagrożeń dla realizacji celu inflacyjnego w średnim terminie. Według mnie prognoza NBP ma odcień nieco optymistyczny. Moim zdaniem musimy się liczyć z silniejszym wzrostem cen żywności w 2017 lub 2018 r. projekcja cen surowców energetycznych jest dość łagodna, ale do zaakceptowania przy założeniu braku poważniejszego przyspieszenia gospodarczego na świecie. Oczywiście nie się co spierać o przyszłość. Projekcje NBP na ogół dość trafnie oddają stan umysłów i wiedzę na chwilę ich tworzenia. Ponadto w prognozach średnio i długoterminowych nie chodzi o to by się uporczywie ich trzymać, ale by je weryfikować wraz z napływem nowych informacji. Pozwolę już sobie pominąć rozważania o PKB, popycie i zatrudnieniu.

Dla RPP napływające informacje i projekcje oznaczają brak zmian stopy referencyjnej. Dyskusje o ewentualnym obniżeniu mają raczej walor akademickich rozważań. Jeżeli wykluczyć dalsze spadki cen żywności i surowców energetycznych, jedynie spadek koniunktury gospodarczej mógłby popchnąć RPP do obniżki stopy referencyjnej. Tu zresztą scenariusze zaczynają się komplikować. No bo co wtedy gdy dynamika PKB będzie słabnąć a działania obecnego rządu powodować wzrost stóp rynkowych i osłabienie złotego?

Podsumowując, poziom 1,5% dla stopy referencyjnej jest na tą chwilę optymalny. Nowością z jaką RPP ma do czynienia, to ryzyko w obszarze finansów publicznych jakie wytwarza obecny rząd. Ale to już jest ryzyko w perspektywie średnio i długoterminowej.

***

Niedawno jeden z zachodnich ekonomistów na łamach Financial Times podważył poprawność wyliczeń CPI w Polsce i generalnie wskaźników cenowych. W związku z tym – wg niego - PKB mogło być zawyżane o 0,2 pkt proc. w ciągu ostatnich kilku lat. Inaczej mówiąc: nasza Zielona Wyspa była nieco mniej zielona. Swoje wnioski analityk oparł na analizie innych parametrów makroekonomicznych dla Polski, rozbieżności pomiędzy CPI a HICP,  porównaniach wskaźników cenowych krajów sąsiednich oraz analizie niektórych składników polskiego koszyka inflacji. Wątpliwości analityka są poważne, ale na szczęście dość niewielkiego kalibru w rozumieniu analizy makroekonomicznej. Pomijam już to, że wyliczenia PKB (jak i sama metodologia) zawsze wzbudzają wątpliwości w każdej części świata.

Zróżnicowanie między CPI a HICP w przypadku Polski nie jest nowością. Tak jest od chwili wejścia do UE (raz na plus, raz na minus) i prezentacji polskich danych makroekonomicznych wg zasad sprawozdawczości Eurostatu. Średnie odchylenie jest bliskie zeru. Po drugie jak rozumiem, analityk Capital Economics nie zna dobrze realiów ekonomicznych Polski. Swój niepokój oparł na danych porównawczych, co do doboru których i wyciąganych z nich wniosków można mieć sporo wątpliwości. Jest jednak faktem, ze nasza deflacja okazuje się dość odporna na nazbyt osłabionego złotego od wielu miesięcy. Podobnie z brakiem reakcji na dość przyzwoity wzrost PKB oraz wzrost wynagrodzeń.

Nie zamierzam wątpliwości ekonomisty z Capital Economics deprecjonować. Myślałem jednak, że są poważniejszego kalibru. Ale skoro są wątpliwości, to nasz GUS powinien się do nich ustosunkować. Tym bardziej, że od kilku miesięcy zagraniczni analitycy z powodów politycznych i ekonomicznych, zaczynają się baczniej Polsce przyglądać.

Prezydent o finansowym wsparciu niepełnosprawnych i wieku emerytalnym pod Zamkiem Królewskim.

marek_zelinski

Nie sądziłem, że przy okazji rocznicy Konstytucji 3 Maja, ponad 20% tekstu przemówienia, prezydent poświęci kwestiom zabezpieczenia finansowego dwóch wybranych grup obywateli. Chodzi o niepełnosprawnych i emerytów. A dokładniej: zapewnienie niepełnosprawnym odpowiedniego poziomu życia, a emerytom powrótu do poprzedniego wieku przejścia na emeryturę (60/65 lat). Nie zamierzam co do zasady negować powagi dwóch wspomnianych tematów, ani ich społecznego znaczenia. Obawiam się jednak, że prezydent zachował się wielce nieroztropnie. Prezydent użył trudnych kwestii społecznych do politycznego sporu o Konstytucję i ponownie rozbudził  społeczne nadzieje. Nie bez znaczenia jest i to, że prezydent mimowolnie (lub nie) postawił pytanie o szczegółowość zapisów Konstytucji w zakresie deklaracji ekonomicznych wobec obywateli.

Mamy w Polsce dość poważny kryzys konstytucyjny. Ponadto partia rządząca od dawana sugerowała, że jest zainteresowana zmianą Konstytucji. Wparcie dla niepełnosprawnych oraz wiek emerytalny zostały wykorzystane w przemówieniu prezydenta jako jedne z wielu pretekstów wymuszających rzekomo modyfikację Konstytucji. Użycie tematów zabezpieczenia finansowego Polaków jako pretekst do zmiany Konstytucji jest moim zdaniem populizmem.

W gospodarce tak to już jest, że dzielić się możemy tym co wypracowujemy. Jeżeli jest za mało, to możemy: ograniczyć wydatki na inne cele i przeznaczyć na wskazane przez prezydenta, możemy szukać dodatkowych wpływów budżetowych, no i możemy ostatecznie się zadłużać na sfinansowanie zwiększającego się (z powodu realizacji obietnic) deficytu finansów publicznych. Pech pana prezydenta polega na tym, że zarówno jego wyborcze obietnice jak i PiS, przekraczają możliwości  finansów publicznych. Ciąć innych wydatków nikt oficjalnie nie chce, a poprawa ściągalności podatków nie pokryje skutków wyborczych obietnic PiS i prezydenta.

Wprowadzając do publicznej debaty temat poziomu życia niepełnosprawnych i ich rodzin, prezydent uruchomił nadzieje, którym absolutnie nie sprosta. W zależności od definicji, jako niepełnosprawna klasyfikowane jest  10% społeczeństwa, czyli ponad 3 mln osób. Większość z nich wymaga stałej opieki lub nie ma szans na godziwe wynagrodzenie. Przyjmijmy, że ta większość to ok. 2 mln osób. Gdyby im - lub ich rodzinom  i opiekunom - wypłacać  dodatkowo po 500 złotych miesięcznie, to rocznie mamy 12 mld zł. Kwota 500 zł nie jest bynajmniej jakimś przełomem w życiu niepełnosprawnego i jego rodziny (opiekunów). Chodzi mi tylko o podanie „rzędu wielkości” byśmy sobie uświadomili o czym mówimy. Skąd prezydent weźmie te miliardy złotych na poprawę bytu niepełnosprawnych, nie mam zielonego pojęcia. Prezydent nie jest zwykłym obywatelem. Temu ostatniemu może i wolno narzekać na rzeczywistość i jej nie akceptować, ale prezydent jest od rzetelnego informowania opinii publicznej na co nas stać, a na co nie.

Wiek emerytalny został użyty jako prztyczek pod adresem Trybunału Konstytucyjnego.  Z wypowiedzi prezydenta wynika, że cóż to za Konstytucja i Trybunał Stanu, które nie bronią obywateli przed podniesieniem wieku emerytalnego. TK nic do tego nie ma, bo co do zasady reaguje m.in. na skargi na łamanie prawa. Do tej pory prezydent nie wskazał na złamanie prawa w tym zakresie.  Wciąganie opinii publicznej do sporu politycznego z TK jest co najmniej nietaktem. Czy mam rozumieć, że korzystne sondaże dla PiS mają – oprócz przyszłych emerytów – poprawić niepełnosprawni i ich opiekunowie?

Słowa prezydenta wypowiedziane pod Zamkiem Królewskim sugerują opinii publicznej, że Konstytucja powinna określać poziom wsparcia dla niepełnosprawnych oraz wiek emerytalny. Co ciekawe sam prezydent nie sprecyzował o co dokładnie mu chodzi. W przypadku docelowego poziomu życia niepełnosprawnych, mówił o życiu godnym. Tylko co to znaczy: życie godne? Prezydent nie był łaskaw sprecyzować.

Obywatele mogą nie zdawać sobie sprawy, że wprowadzenie precyzyjnych zapisów w Konstytucji będzie rodziło sporo problemów, a po detale i tak będziemy odnoszeni do ustaw szczegółowych. Rządzący mogą modyfikować definicję niepełnosprawnego lub kryteria przyznawania pomocy. A w przypadku wieku emerytalnego, można dodać kilka warunków które skutecznie zniechęcą do przechodzenia na emeryturę w wieku 60/65 większość z nas.

Zresztą….po co te dywagacje? Co prezydentowi przeszkadzało skutecznie zająć się tymi problemami? Owszem,  w przypadku wieku emerytalnego, prezydent przedstawił projekt zmian. Jest on jednak na tyle ogólny i niedopracowany, że wymusił dodatkowe prace i konsultacje nad projektem. Jest to zresztą stała praktyka prezydenta w przypadku zmian ustawowych realizujących wyborcze obietnice. Poza głównym projektem 500 plus, reszta podstawowych obietnic finansowych dziwnie napotyka na problemy. Rząd PiS i większość parlamentarna tej partii potrafi nocami przegłosowywać różne inne pomysły polityków PiS. Tymczasem wobec obniżenia wieku emerytalnego, kwoty wolnej od podatku i ustawy frankowej, prezydentowi i politykom PiS przedłużające się konsultacje i zapowiadanie odsuwania w czasie realizacji wyborczych obietnic zupełnie nie przeszkadzają.

Tak naprawdę, wsparcie niepełnosprawnych czy wiek emerytalny nie jest kwestią zapisów konstytucyjnych, ale finansowych możliwości i woli rządzących. Od prezydenta oczekiwałbym raczej odpowiedzi na pytanie, co jego samego i rząd PiS powstrzymuje od udzielenia większego wsparcia niepełnosprawnym? Andrzej Duda jest prezydentem już trzy kwartały a nowy rząd mamy od dwóch kwartałów. Czy już nawet niepełnosprawnych musimy wciągać do politycznej rywalizacji?

Prezydent 3 maja świadomie wygłosił deklarację ekonomiczną wobec  kolejnej  grupy obywateli. Obawiam się, że rozbudził spore nadzieje. Czy prezydent przedstawi projekt ustawy w tym zakresie? Czy sprecyzuje o co dokładnie mu chodzi i skąd będą na to pieniądze? Czas pokaże. 

Obawy o przyszłość OFE

marek_zelinski

2016_04_18__jednostka_OFE

Trochę głośno się zrobiło o OFE w ostatnich tygodniach. Dało się zauważyć większą niż zwykle liczbę komentarzy. Były to głównie głosy komentatorów ze świata ekonomicznego, wyrażających troskę o przyszłość OFE. Powodem komentarzy jest narastające ryzyko wzrostu zainteresowania rządu aktywami OFE. Politycy PiS nigdy nie byli zwolennikami OFE, a przede wszystkim przymusowego w nich oszczędzania. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej w ubiegłym roku propagowana była idea dania Polakom wyboru co do przyszłości ich emerytalnych oszczędności w OFE. Pojawiało się słowo: referendum. Jesienią ubiegłego roku wśród polityków PiS lub osób blisko w PiS związanych, pojawił się pomysł utworzenia potężnego funduszu (np. podległego ZUS), który przejąłby zarządzanie aktywami OFE. Trzeba też przypomnieć, że PiS zapowiadał kompleksowego przejrzenie systemu emerytalnego i nie wykluczał poważnych zmian, w tym i odejścia od systemu kapitałowego w obecnej postaci.

Przegląd i rzetelna, merytoryczna dyskusja, nikomu jeszcze nie zaszkodziły. Obawy wynikają z tego, że rząd gorączkowo szuka środków na finansowanie wyborczych obietnic i zmiany w OFE mogą być temu podporządkowane. Obawy nie są bezzasadne, biorąc pod uwagę lekkość z jaką przedstawiciele rządu czy ministerialni urzędnicy (np. Bartosz Marczuk) otwarcie powątpiewają w sens istnienia Funduszu Rezerwy Demograficznej.

Przypomnijmy gdzie jesteśmy. Trudna sytuacja finansów publicznych zmusiła rząd PO-PSL do umorzenia papierów skarbowych znajdujących się w portfelach OFE. Biorąc pod uwagę okoliczności gospodarcze, tamta decyzja była moim zdaniem słuszna. Od lutego 2014 r. OFE stały się tak naprawdę agresywnymi funduszami akcyjnymi. W 2014, Polacy którzy chcieli nadal odprowadzać część swoich składek do OFE musieli to zadeklarować. Uczyniło tak niemal 2,6 mln osób (w tym i ja). Po tamtych zmianach, OFE dostają łącznie nieco ponad 3 mld zł ze składek rocznie. Tymczasem oddawane do ZUS przez OFE środki z tytułu tzw. suwaka to kwota rzędu 4 mld zł. Ale ujemny CF to bynajmniej nie największy problem OFE. W lutym 2014 r., po umorzeniu papierów skarbowych, niemal 88% aktywów OFE stanowiły akcje. Brak poważniejszej alternatywy w inwestowaniu, powodował szukanie ratunku w akcjach firm zagranicznych, co zresztą okazało się trafnym posunięciem. Tak czy inaczej, wyniki OFE od lutego 2014 r. są uzależnione od koniunktury giełdowej … oraz od polityków. Niestety kampania wyborcza oraz determinacja w realizacji obietnic wyborczych PiS, dodatkowo przyczyniły się do spadków na polskiej giełdzie. Sektory bankowy czy energetyczny, część swoich spadków zawdzięczają politykom. Wartość aktywów OFE spadła w ciągu roku (luty’16 do lutego‘15) o ponad 11%. Zaryzykuje teorie, że przynajmniej w ¼ to zasługa politycznego zamieszania z okresu wyborów i populistycznych pomysłów nowego rządu. Politycy maja prawo wprowadzać zmiany, ale nie kosztem oszczędności emerytów lub przynajmniej starając się je minimalizować.

Różnica między umorzeniem papierów skarbowych z portfeli OFE na początku 2014  a ewentualną akcją przejmowania obecnych aktywów OFE jest ogromna. Wtedy zmuszała nas sytuacja finansów publicznych i wątpliwości co do sensu dalszego utrzymywania błędnego koła w postaci finansowania przez OFE deficytu finansów publicznych wywołanego m.in. przelewami do OFE. Obecnie zaś, rząd szuka pieniędzy na finansowe spinanie hojnych wyborczych obietnic i prawdopodobnie jest gotów podporządkować temu przyszłość OFE.

Akcje to nie obligacje i nie można ich tak po prostu umorzyć. Pojawiają się dziesiątki pytań. Akcji nie da się tak po prostu od razu spieniężyć, bo byłoby to zabójcze dla giełdy. Przejęcie akcji przez jeden fundusz państwowy oznacza praktycznie nacjonalizację niektórych firm. Taki fundusz stanie przed koniecznością realizacji wymogów informacyjnych przy przekraczaniu kolejnych progów udziału w kapitale firm, czy otrzymywania stosownych zgód. Jak zostanie określona zależność między stanem konta w OFE i w ZUS. Będzie to akcja jednorazowa czy rozciągnięta w czasie? Przejście z OFE do ZUS będzie obligatoryjne czy dobrowolne? I pytanie najważniejsze: czy w tej (potencjalnej) operacji rząd będzie się kierował interesem przyszłego emeryta, zapewnieniem sobie finansowania realizacji programu wyborczego czy czysto księgowej poprawie stanu finansów publicznych?

A może to wszystko to tylko strachy na lachy wzniecane przez środowisko finansowe? Być może. Obawiam się jednak, że desperacja w poszukiwaniu środków finansowych skieruje wcześniej czy później uwagę rządu na OFE.

Moim zdaniem rząd nie ma potrzeby szukania środków w OFE na ratowanie finansów publicznych. Bo to nie brak środków, a próby realizacji populistycznego programu wyborczego są problemem.  

OFE proponowałbym zostawić. Wydaje się, że nadchodzi powoli czas by zwiększyć paletę inwestycji OFE (i generalnie rolę w gospodarce),  a nawet pozwolić na skromne zakupy rządowych obligacji. Ale to już temat na inną poważniejszą dyskusję.

Ustawa dla frankowiczów. Kto podejmie decyzje za PiS i prezydenta?

marek_zelinski

Nie ukrywam, że poruszyła mnie (negatywnie) wypowiedź Henryka Kowalczyka dla TVN24bis.pl. sprzed kilku dni, a  dotycząca oszacowania finansowych skutków prezydenckiej ustawy dla tzw. frankowiczów. H.Kowalczyk to poseł PiS oraz szef Komitetu Stałego Rady Ministrów. Jednocześnie jedna z czołowych „twarzy” rządu w kwestiach gospodarczych. H.Kowalczyk pozwolił sobie na ostrą krytykę szacunków dostarczonych przez KNF dotyczących prezydenckiej ustawy dla frankowiczów. Mowa o dokumencie: „INFORMACJA w zakresie skutków projektu ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki Wpływ na instytucje kredytowe” opublikowanym przez KNF 15 marca, czyli dwa miesiące po opublikowaniu prezydenckiej ustawy dot. pomocy dla frankowiczów. H.Kowalczyk dyskredytował dokładność wyliczeń, sugerował że zostały być może zawyżone i że – generalnie – KNF nie wykonał zadania tak jak oczekiwano. A czego wobec tego oczekiwał H.Kowalczyk? Moim zdaniem wypowiedź szefa Komitetu Stałego jest tylko potwierdzeniem, że prezydent i politycy PiS nie do końca wiedzą co zrobić z wyborczą obietnicą. Na tą chwilę stosowana jest zasada gry na czas. W przekazie medialnym zarówno prezydent jak i rząd unikają wzmianek o jednej z głównych obietnic wyborczych. W zasadzie, gdyby nie pytania dziennikarzy, o ustawie frankowej byśmy zapomnieli.

Przypomnę, że już ponad 12 m-cy temu (w kampanii wyborczej) A.Duda wspominał o hojnej pomocy dla frankowiczów. Dopiero po ponad 8 miesiącach od wyboru na prezydenta i 5-ciu od rozpoczęciu kadencji, podał do wiadomości publicznej swój pomysł na pomoc frankowiczom. Długo więc czekaliśmy na projekt. Kiedy się doczekaliśmy, to okazał się on dość ogólny i niebywale hojny dla frankowiczów. Generalnie można powiedzieć, że jest to niemal całkowite grzechów odpuszczenie. W takim ujęciu skutki dla sektora bankowego, i pośrednio dla gospodarki, są monstrualne. Moim zdaniem projekt w takim brzmieniu to nic innego jak gra na czas. Ale nie jest to gra nazbyt wyrafinowana. Żeby zyskać czas, prezydent przerzucił ciężar oszacowania skutków ustawy na KNF. Dla kogoś kto zna materię sprawy, dane KNF zaskoczeniem nie są. Zresztą już podobne dane podał w lutym NBP w Raporcie o stabilności systemu finansowego (od str. 120). Moim zdaniem, to prezydent powinien się wytłumaczyć dlaczego jego doradcy (lub zaprzyjaźnione z PiS tzw. think tanki) nie dokonali podstawowych szacunków, które są dość proste w przeprowadzeniu. Jestem przekonany, że było to celowe działanie. W te sposób prezydent zyskał kolejne miesiące.

Mamy kolejny akt sztuki. H.Kowalczyk wątpi w wyliczenia i udaje, że wierzy iż skutki prezydenckiej ustawy może są mniejsze. Do tego ośmiesza KNF. Kwestionowanie raportu KNF i deprecjonowanie tej instytucji, niczego nie da. Za kilka miesięcy będzie nowy szef KNF i wyliczenia będą takie same, bo inne być nie mogą. H.Kowalczyk jako kolejny etap dyskusji, rzekomo zbliżający nas do ostatecznego kształtu prezydenckiej ustawy, wskazuje na posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej. Posiedzenie ma się odbyć 18 kwietnia. Nie dziwi mnie, że nie potwierdził tego Marek Magierowski, szef biura prasowego Kancelarii Prezydenta. Inaczej oznaczałoby to nadanie pracom nad ustawą prezydenta większej dynamiki, a zapewne nie o to chodzi. Wg informacji M.Magierowskiego, ośrodek prezydencki nigdy nie twierdził, że ustawa nie może ulec modyfikacji. M.Magierowski podaje iż nowością będzie… propozycja rozłożenia bankom skutków ustawy w czasie (potwierdzał to m.in. H.Kowalczyk) wraz z zaangażowaniem w cały proces NBP oraz BFG. Niemniej, zdaniem Magierowskiego, zaprezentowane zasady ulżenia frankowiczom będą utrzymane.

Jak widać gra na czas i utrzymywanie frankowiczów przy nadziei, będą kontynuowane w najbliższym okresie. Przede wszystkim pomysł rozłożenia bankom w czasie skutków ustawy, biorąc pod uwagę ich skalę,  powinien był być ujęty w styczniowej wersji ustawy. Udział w całym projekcie NBP był również oczywisty. Zresztą NBP nie będzie jedyną instytucją zaangażowaną przy realizacji ustawy w obecnej wersji i jej skutków. Traktowanie udziału NBP jako nowości i przejaw szukania kompromisu jest po prostu śmieszne. Przy takiej skali kosztów dla banków, udział NBP (lub gotowość do operacji wspierających sektor bankowy i procesu kredytowego) był oczywisty od początku.

Prezydent i PiS stali się ofiarami własnej obietnicy i jej hojności i nie wiedzą co z tym począć. Teraz PiS ma pełnię władzy i tylko PiS jest odpowiedzialny z realizację obietnic dla frankowiczów. Formalnie ustawie patronuje prezydent, ale jej realizacja i łagodzenie skutków dla sektora bankowego i gospodarki spadnie na rząd i urzędników głównych instytucji finansowych, których pośrednio lub bezpośrednio wskażą politycy PiS (chodzi o szefów NBP i KNF). Gra na deprecjonowanie KNF niewiele da. Raczej jest przejawem braku jednoznacznego pomysłu co dalej robić z ustawą frankową w jej obecnej wersji.

Prezydent na razie nie chce ustąpić w kwestii skali pomocy dla frankowiczów. To potwierdza kontynuowanie procesu przeciągania konsultacji ws ustawy. W najbliższych miesiącach będziemy świadkami udawanego procesu konsultacji i wypracowywania jakiegoś kompromisu. W końcu jednak trzeba będzie podać opinii społecznej koszty operacji i jej skutki dla systemu bankowego.

Moim zdaniem ktoś w końcu powinien zmusić prezydenta do wyjaśnienia dlaczego jest tak hojny dla frankowiczów. Ustawa w obecnym brzmieniu jest po prostu niemoralna. Niemal całkowicie znosi skutki dawnej decyzji frankowiczów. Każdy ma prawo nie czytać podpisywanych umów i nie rozumieć ryzyka jakie podejmuje, ale ludzie powinni wtedy ponosić jakąś odpowiedzialność za negatywne skutki swoich poczynań ekonomicznych. Na razie prezydent unika szerszej dyskusji na ten temat.

Ustawa w obecnym kształcie będzie też budziła wcześniej czy później spory w rządzie, ponieważ jej skutki utrudniają realizacje tzw. planu rozwojowego Morawieckiego, który z olbrzymią pompą prezentował rząd.

Pod ogromnym znakiem zapytania stoi rola NBP w całym procesie. Pytań jest tak wiele, że nie wiadomo od którego zacząć.

2015. Branże lepsze i gorsze oraz mały bohater.

marek_zelinski

Opublikowane niedawno dane GUS (Biuletyn Statystyczny) pozwalają scharakteryzować, które z branż ciągnęły naszą gospodarkę w górę w ubiegłym roku. Przypomnę, że w 2015 r. PKB wzrósł o 3,6%, czyli niemal o tyle samo co w 2014 r. Wzrost na tym poziomie pozwala zapanować nad finansami publicznymi, zmniejszać bezrobocie czy zachęcić przedsiębiorców do powolnego zwiększania nakładów inwestycyjnych.  

Przychody przedsiębiorstw ogółem wzrosły skromnie, bo tylko 3,6%. Wynik pewnie byłby o 2 a może i 3 pkt. proc. lepszy gdyby nie górnictwo, sektor produkcji koksu i przetwórstwa ropy naftowej. Do tego dochodzi dość niska dynamika wzrostu produkcji budowlanej (ledwie 1,2% yoy) i niewielki spadek w przetwórstwie żywności. Te dwa sektory to ok. 10% przychodów ze sprzedaży przedsiębiorstw (z pominięciem rolnictwa i sektora finansowego). Obecna sytuacja budownictwa może nie jest na miarę marzeń, ale i nie jest powodem do zmartwień. W przypadku sektora spożywczego, głównym powodem braku wzrostu przychodów w 2015 r. były: deflacja i naturalna – doskwierająca od lat - bariera popytu. W tym ostatnim przypadku to w końcu naturalne zjawisko. Nie jesteśmy w stanie jeść więcej, a popyt na produkty wysokomarżowe i wysoko przetworzone rośnie dość powoli.

Liderami wzrostu przychodów, którzy przyczynili się do wzrostu ogółem byli: producenci urządzeń elektrycznych, sektor motoryzacyjny, handel detaliczny oraz sprzedaż pojazdów samochodowych i części, sektor tekstylny, sektor gumowy i chemia. Na uwagę zasługuję też: transport i telekomunikacja. Małym bohaterem naszej gospodarki jest sektor wyrobów skórzanych. Udział sektora w przychodach ogółem przedsiębiorstw to ledwie 0,1%, ale to jedna z dynamiczniejszych branż. Średni wzrost przychodów w minionych trzech latach, to niemal 10% rocznie. Niemal identycznie rocznie jeden z naszych czołowych eksportowych sektorów, czyli produkcja mebli.

Pod względem osiąganych wyników finansowych pojawia się większość z wymienionych wyżej sektorów gospodarki, ale jest i kilka ciekawostek. Z roku na roku poprawia się wynik sektora napojów i to mimo braku specjalnych sukcesów w sprzedaży. Rent. przychodów netto to ponad 7% w 2015 r. Nieco lepsze wyniki notowały: sektor skórzany, przetwórstwo drewna i produkcja papieru oraz szeroko rozumiana chemia (oprócz koksu i produkcji paliw płynnych). Wyniki z przedziału 3,8% do 7,2% odnotowały sektory maszynowe i technologiczne (od produkcji metali po maszyny i samochody). Wynik tych ostatnich szczególnie cieszy, ponieważ nie zawszy był skorelowany ze wzrostem przychodów.

Analiza zmian przychodów i rentowności prowadzi do wniosku że – mimo oczywistych powodów do zadowolenia - nie odnotowaliśmy swego rodzaju eksplozji wyników jakie zdarzają się niektórym sektorom w okresach dynamicznego wzrostu gospodarczego. To naturalne, bo mówimy o wzroście PKB na poziomie 3,5%, spadku cen (ujemna dynamika PPI) i dość przeciętnych tempie wzrostu gospodarczego w naszym otoczeniu gospodarczym. W takich okolicznościach osiągnięte przez większość sektorów wyniki gospodarcze należy ocenić jako naprawdę satysfakcjonujące.

Rok 2015 r. był drugim z rzędu rokiem wyraźnego wzrostu nakładów inwestycyjnych. W 2014 nakłady wzrosły niemal o 20%, co częściowo było tzw. efektem bazy. W 2015 roku to już tylko 13,4%. Oceniając ubiegłoroczny rezultat na tle dziesięciu lat wcześniejszych, można powiedzieć, że 13,4% to wynik umiarkowanie dobry. Liderami wzrostu inwestycji były sektory: przetwórstwa tytoniu, przetwórstwa drewna, chemiczne (w tym farmaceutyka), środków transportu (m.in. motoryzacja), energetyczny i transportu. Nasz malutki bohater, sektor skórzany, ostro przystąpił do inwestowania już w 2014 r.

Skupiłem się powyżej na wskazaniu liderów w poszczególnych dyscyplinach. Nie znaczy to, że pozostałe sektory były radykalnie gorsze. Na ogół odnotowywały wyniki przyzwoite lub nie budzące poważniejszych obaw. Praktycznie, co warto podkreślić, poza małymi wyjątkami nie ma w 2015 sektorów które ciągnęły gospodarkę w dół. Te wyjątki to oczywiście górnictwo węgla kamiennego i sektor paliwowy. Przy czym w tym drugim przypadku należy pamiętać że sektor obejmuje koksownictwo i producentów paliw, czyli podsektory bardzo się od siebie różniące przedmiotem działalności oraz skalą i czasem wystąpienia problemów.

Do poprawy wyników przedsiębiorstw niefinansowych przyczynił się również eksport. Od 4-5 lat polski eksport (w eur) rośnie rocznie  w przedziale od 5% do 10%. W 2015 r. po raz pierwszy odnotowaliśmy nadwyżkę w wymianie handlowej co jest niemałym sukcesem. Nadal rośnie dodatni bilans wymiany w produktach rolno-spożywczych. W ubiegłych roku spadł import niektórych chemikaliów oraz utrzymał się dobry wynik (saldo) pozostałych wyrobów przemysłowych w tym maszyn i urządzeń.  

Program 500 plus, programem promocji oszczędzania?

marek_zelinski

 

W marcu w mediach zaczęła krążyć informacja o zaproponowaniu beneficjentom programu 500 plus dedykowanych dla nich obligacji. W minionym tygodniu przedstawiciele Ministerstwa Finansów potwierdzili tą informację. Na razie pomysł jest w fazie koncepcyjnej i niewiele o nim wiadomo. Można sobie co nieco wyobrazić w oparciu o to co wiemy o programie 500 plus, jego finansowaniu oraz rynku obligacji detalicznych.  Pomysł proponowania obligacji zamiast gotówki (lub przelewu) wzbudza sporo pytań i kontrowersji. Tym bardziej, że obawiam się iż idea obligacji 500 plus ma przykryć mankamenty tego programu i jego konsekwencji dla budżetu państwa. Krótko mówiąc, propozycja jest nieco dziwna. Jak rozumiem beneficjenci programu mają dostać alternatywę: kasa lub obligacje. Oczywiście będzie zapewne można wybrać proporcje w jakich beneficjenci będą chcieli otrzymać świadczenie.

Pierwotnie program 500 plus miał być przeznaczony na wsparcie rodzin, m.in. w kontekście demograficznym. Krytycy programu zwracali uwagę, że zasady przyznawania świadczeń spowodują iż pieniądze popłyną również do rodzin w dobrej i bardzo dobrej kondycji ekonomicznej. Biorąc pod uwagę ograniczenia programu (m.in. na drugie dziecko i do 18 roku życia), rozdawnictwo pieniędzy rodzinom w lepszej kondycji ekonomicznej wydawało się  nieracjonalne. Pomysł z obligacjami to ni mnie ni więcej jak przyznanie, że część rodzin dostała pieniądze niepotrzebnie. Obligacje nie są też odpowiedzią na zarzut o niskie kryterium wiekowe (18 lat), kiedy dziecko przestaje być „liczone” do programu. Może lepiej byłoby podnieść kryterium wiekowe zamiast dać możliwość przenoszenia wypłaty o kilka lat.

Nie ma co ukrywać, że za pomysłem z obligacjami kryje się polityka i sytuacja finansów publicznych. Dla budżetu emisja obligacji oznacza przesunięcie wypłaty świadczenia na kolejne lata. W tym roku program 500 plus pochłonie 17 mld i 22 mld w kolejnym. Program nie ma zapewnionego finansowania stąd w interesie rządu jest przesunięcie wypłat w jak największym stopniu na kolejne lata, bo to zmniejszy bieżące obciążenie budżetu. Tylko czy w kolejnych latach będzie lepiej? Wątpię, bo rząd zamierza funkcjonować w średnim terminie przy deficycie finansów publicznych 3% (do PKB).

W obronie pomysłu emisji obligacji 500 plus pada argument: wspieranie oszczędzania. Dla mnie to niezrozumiałe, bo wszelkie świadczenia państwowe powinny być obliczane na obsługę bieżących potrzeb dla jakich dedykowany jest dany program. Równie dobrze można podnieść 2-3 krotnie świadczenia z zakresu pomocy społecznej i od razu próbować ściągać je z rynku kusząc korzystnym oprocentowaniem. Nie sądzę, by celem państwa było wpieranie oszczędzania u osób zamożniejszych poprzez uprzednie rozdawnictwo pieniędzy i emisję obligacji na korzystnych warunkach. Byłoby to niebywałe kuriozum.

Pomysł na obligacje dla beneficjentów programu 500 plus przewiduje emisję specjalnych obligacji dla beneficjentów programu. Szczegóły na razie nie są znane. Jak rozumiem, musiałoby to być warunki lepsze od obecnie dostępnych dla przeciętnego obywatela (dane w tabeli). Obecnie dostępne obligacje detaliczne może nie porywają oprocentowaniem, ale oferta jest lepsza od większości lokat bankowych. Korzystniejsze oprocentowanie to nic innego jak podniesienie kosztów programu 500 plus, co stawia pytanie o sens takiej inicjatywy i rzeczywiste intencje pomysłodawców. Obligacje detaliczne, jak każde inne, będą musiały pozostać zbywalne na rynku wtórnym. Zbywanie obligacji 500 plus na rynku wtórnym, przy ich pierwotnie korzystnym oprocentowaniu, będzie pozwalało na uzyskiwanie wyjątkowo korzystnej stopy zwrotu.

Trudno powiedzieć jaka część świadczeń może być przyjęta w obligacjach. W ujęciu całorocznym, koszt programu może sięgnąć 22 mld zł. Może MF ściągnie z tego kilkaset mln zł w obligacjach, a może 1,5 mld. Trudno mi sobie wyobrazić większą kwotę. Wiele zależy od konstrukcji obligacji. Paradoks polega na tym, że im większa kwotę obligacji beneficjenci przyjmą, tym większą porażkę programu 500 plus będzie to oznaczało. Bo wtedy dowiemy się jaka część była rozdawana niepotrzebnie i/lub nietrafnie. Z całą pewnością program ma zbyt duży rozmach, ale nadwyżki Polacy w większości przetrzymają w lokatach bankowych. Jak na razie wciąż preferujemy krótkoterminowe formy oszczędzania.

Moim zdaniem idea z obligacjami, tylko potwierdza że rząd ma świadomość skutków programu 500 plus dla finansów publicznych i niemałe obawy z tym związane. Publicznie, ze względów wizerunkowych, nikt tego nie chce przyznać. Pomysł z obligacjami może dać krótkotrwałe  wytchnienie. Co do zasady obligacje powiększą koszt programu, a korzystniejsza ich konstrukcja (w tym oprocentowanie) tylko powiększy jego niesprawiedliwość.

Uderza desperacja z jaką rząd chciałby przesunąć w czasie wypłatę budżetowych pieniędzy. Formalnie przecież, Polacy mają szereg możliwości lokowanie nadwyżek finansowych. W tym obligacje. Zastanawia więc pomysł konstruowania dedykowanych obligacji, dla beneficjentów programu 500 plus. A łatwo nie będzie, bo już wiele instytucji finansowych poprawia, lub zapowiada że poprawi, ofertę pod falę pieniędzy jaka zacznie pojawiać się na rynku.

Zalet programu widzę niewiele. Gdyby przyjąć rządowy punkt widzenia, im więcej rodzin wybierze obligacje tym mniejszy będzie bieżący deficyt budżetowy. Dla obecnego rządu, każdy mld zł wydatków przeniesiony na koleje lata to sukces. Formalnie obligacje, w zależności od ich ostatecznej konstrukcji, mogą pozwolić rodzicom przesunąć wypłatę części świadczeń z okresu sprzed ukończenia 18 lat przez dziecko na lata kolejne gdy dziecko nadal będzie wymagało nakładów. Z tym że ten efekt można było rozwiązać poprzez modyfikację programu. Swego rodzaju „zaletą” jest też to, iż sama fakt powstania idei dedykowanych obligacji potwierdza że gdzieś tam ktoś jednak ma świadomość napięć jakie wywołują próby realizacji wyborczych obietnic.

Wątpię by dedykowane specjalne obligacje odniosły jakiś spektakularny sukces. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłaby modyfikacja programu 500 plus i jego ograniczenie.

 

Stabilny i zrównoważony wzrost gospodarczy.

marek_zelinski

2016_03_02_dynamika_PKB

Wzrost PKB po IV kwartale można śmiało określić jako satysfakcjonujący. W IV kw gospodarka urosła yoy o 3,9%, a w całym ubiegłym roku o 3,6%.

Po rozbudzeniu ambicji gospodarczych przez ministra Morawieckiego w obszarze inwestycji, osiągnięty wynik w tym obszarze w IV kw i całym 2015 r. zdaje się być rozczarowujący. Pozornie. W IV kw nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o niemal 5%, czyli w stopniu niewiele lepszym niż w III kw. Wskazanie dla całego roku to 6,8% wzrostu nakładów. Tak więc mimo dość dobrym warunków gospodarczych, przedsiębiorcy nie palą się do nadmiernego inwestowania. Są dość ostrożni. Być może nie są pewni sytuacji krajowej i w UE w dłuższej perspektywie. Nie uważam jednak by poziom nakładów był zły, czy też miał budzić zmartwienie. W relacji do PKB, poziom nakładów bardzo powoli rośnie. Z 19% na początku 2014 r. osiągnął 20,1% w 2015 r. To w zasadzie wartość średnia dla krajów UE. Parę innych krajów z naszej części Europy ma podobny wzrost PKB jak my, lub nieco niższy, przy większym o 1-2 pkt. proc. udziale inwestycji w PKB. Nie zamierzam oczywiście sugerować że poziom inwestycji jest ok. Większa dynamika inwestycji i udział w PKB byłyby jak najbardziej pożądane, ale najwyraźniej przedsiębiorcy nie ruszą szerszym frontem z inwestycjami dopóki nie upewnią się, że gospodarka przyśpieszy.

W strukturze przyrostu PKB w 2015 r. inwestycje odpowiadają za ponad 30% tegoż wzrostu. A to już jest wynik bardzo ładny.

Stale rośnie spożycie gospodarstw domowych. Dynamika 3,1% yoy za IV kw i 3,1% za cały 2015 r. to wartości na średnim poziomie dla ostatnich piętnastu lat. Tak więc to wynik dobry, ale i – co trzeba podkreślić – stabilny od kilku kwartałów, co jest niezwykle istotne dla wszystkich uczestników gospodarki wolnorynkowej.

W rachunku PKB udział spożycia gosp. dom. bardzo powoli spada ( 58% w 2015 r.). Przy czym nie ma powodów do zaniepokojenia. Należymy w UE do państw o relatywnie znacznym udziale spożycia w PKB. Spadek w rachunku struktury, to naturalna konsekwencja powolnej poprawy w inwestycjach i wymianie międzynarodowej.

No i na koniec wyniki wymiany handlowej. To od lat jeden w powodów do dumy. Jeszcze 20 lat temu udział eksportu w relacji do PKB to 23%. Wskaźnik powoli rósł, ale z chwilą wejścia do UE wzrost nabrał mocniejszego tempa. Teraz udział eksportu w PKB to już niemal 50%. I właśnie dobry wynik PKB w IV kw w znacznym stopniu zawdzięczamy korzystnej różnicy w wymianie handlowej  między IV kw 2015 w IV kw 2014 r. Poprawa salda obrotów zagranicznych przyczyniła się aż w 40% do przyrostu PKB w całym ubiegłym roku. Pomogły nam trzy czynniki: przyzwoity wzrost gospodarczy w UE, skuteczność polskich przedsiębiorców i słabnący złoty.

Ubiegły rok należy zaliczyć do udanych dla polskiej gospodarki. Gospodarka rozwijała się w sposób dość zrównoważony i stabilny. Pozostaje sobie tylko życzyć przynajmniej takiego wzrostu gospodarczego na kolejne lata.

Pułapka średniego wzrostu.

marek_zelinski

Nasza najnowsza historia gospodarcza, to temat na grubą książkę. Zapewne ciekawym rozdziałem byłyby również ekonomiczne terminy czy modne hasła używane do określania problemów, dumy z osiągnięć czy ambicji. Całkiem niedawnym przebojem była jeszcze  „zielona wyspa”. Teraz coraz częściej wymieniany termin to „pułapka średniego wzrostu”. Co oznacza ten termin? To przejaw obawy, ale i narodowej ambicji. „Pułapka średniego wzrostu” jest już terminem na tyle często powtarzanym w debacie ekonomistów i polityków, że i w planie ministra Mateusza Morawieckiego termin ten jest punktem odniesienia. „Pułapka średniego wzrostu” to coś od czego mamy uciekać.

Geneza „pułapki”. W zależności od tego jak daleko sięgniemy, wyliczenia średniej dynamiki PKB dają wskazania od 3,5% do 4,0%. Średnia z dziesięciu ostatnich lat, to ok. 3,8%. Ostatnio zaś zaczynamy się przyzwyczajać do „okrągłej” wartości 3,5% rocznego tempa wzrostu PKB w Polsce.  W latach 2014, 2015 takie właśnie mniej więcej mieliśmy tempo wzrostu. Wokół tego poziomu też oscylują prognozy średnioterminowe dla Polski. Żyjemy więc w świecie „trzy i pół”. To zaczęło rodzić obawy, ale i pytania, czy Polska zdana jest już tylko na średni wzrost i czy słusznym terminem jest słowo „pułapka”.  Jako jedną z głównych przyczyn utrzymywania się Polski na średnim poziomie wzrostu podaje się (rzekome) oparcie modelu gospodarczego na taniej sile roboczej, słabe tempo innowacyjności, uzależnienie od inwestycji zagranicznych itp. Diagnoza zawarta w ostatnim zdaniu nie jest moim zdaniem zgodna z prawdą, co nie zmienia faktu że jest niestety dość popularna. Przechodzimy powoli i naturalnie wszystkie etapy rozwoju, które pozwalają nam skracać dystans do krajów rozwiniętych. Długo to jeszcze potrwa. Ale też z niskiego pułapu zaczynaliśmy.

Ja terminu „pułapki” nie używam w odniesieniu do polskiej gospodarki, więc nie muszę się z niego tłumaczyć. Tłumaczyć się powinni ekonomiści i politycy którzy operują nim w kategorii zagrożenia i konieczności podjęcia działań na rzecz podniesienia tempa wzrostu gospodarczego. Skoro ten termin jest niemal poniżej naszej godności i ambicji, to co zrobić by było lepiej, tzn. szybciej. Jak na razie grono ekonomistów i polityków z nurtu ambitnych nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Rozczarowanie średnim tempem wzrostu na przestrzeni minionych lat najczęściej wyrażali ekonomiści liberalni. Twierdzili, że warunkiem wejścia na większe obroty jest – w dużym uproszczeniu - liberalizacja gospodarki i zmniejszenie obciążeń podatkowych. Wśród ekonomistów lewicujących (przepraszam za kolejne uproszczenie), pojawiały się terminy: świadoma polityka gospodarza państwa, industrializacja itd.

A czy średni poziom wzrostu gospodarczego w okolicach 3,5% jest zły? To tylko, bynajmniej nie prowokacyjne, pytanie. Warto je sobie zadać, zanim się wszyscy nakręcimy i za kilka lat będziemy szukać winnych rozbudzeniu niespełnionych nadziei. Rozwój jak Irlandia też już kiedyś obiecywano.

Wbrew pozorom wzrost w przedziale 3%-4% PKB jest dość satysfakcjonujący dla Polski. W takim warunkach można odzyskać panowanie nad nadmiernym deficytem finansów publicznych i funkcjonować na bezpiecznym jego poziomie. Spada powoli bezrobocie oraz można prowadzić stabilną i w miarę aktywną politykę społeczno-gospodarczą.

Trudno mi tez odpowiedzieć na pytanie w oparciu o co część polityków i ekonomistów opiera rozbudzane nadzieje. Nasza gospodarka wchodziła na wyższe obroty w zasadzie tylko podczas dobrej koniunktury w otoczeniu gospodarczym. Tylko w dwóch okresach nasza gospodarka rozwijała się w tempie powyżej 5% PKB. To były lata 1994-1998 i 2004-2008. Sięgneliśmy poziomu 5% „na chwilę” w roku 2011. Trzeba dodać, że w pierwszym z wymienionych okresów (lata 90-te) pomógł nam start z niskiego poziomu, a w drugim – wejście do UE. Do tej pory dynamikę PKB 6%-7% osiągaliśmy na krótko i tylko w okresie koniunktury gospodarczej przynajmniej w Europie. Nasze tempo PKB jest średnio o 2,0-2,5 pkt procentowe wyższe niż krajów rozwiniętych. W okresach boomu gospodarczego ta różnica wyraźnie przekracza 3 pkt. proc. (na krótko sięga 4 pkt. proc.).

Powodów do rozbudzania nadmiernych ambicji nie daje też porównanie z innymi krajami. W tym z krajami byłego bloku wschodniego. Porównanie Polski z krajami tej grupy lokuje nas (średnie tempo PKB dla okresu 20 i 15 lat) w czołówce.  W latach 90-tych niezwykle dynamicznie rozwijały się np. Łotwa i Estonia. Niemniej to już melodia przeszłości. To dość małe kraje których gospodarki nie za bardzo nadają się do porównań z gospodarkami większych krajów. Zresztą, to inna cechą małych krajów, widać u nich łatwość odnotowywania skrajnych wskazań. Załamanie gospodarcze obydwu z wymienionych w 2008 i 2009 spowodowało spadek PKB o kilkanaście procent u każdego z nich (wynik łączny dla dwóch lat).

Nie mamy się czego wstydzić i przy porównaniu z Irlandią czy Koreą Płd. Były czasy gdy obydwa te kraje stawialiśmy sobie jako punkt odniesienia. Jednak czasy gdy te gospodarki pędziły w tempie 8%-10% PKB są już dość odległe i miały miejsce w warunkach nieprzystających do naszych.

Pozostaje oczywiście porównanie z Chinami czy Indiami, ale jak rozumiem, odwoływanie się do tych wzorców wzrostu gospodarczego w ogóle nie ma sensu oraz byłoby w Polsce trudne do zaakceptowania przez społeczeństwo.  Inna rzecz, że kraje te startowały z niebywale niskiego poziomu rozwoju gospodarczego.

Jakby to nie zabrzmiało dziwnie, przedłużony wzrost gospodarczy na bardzo wysokich obrotach (czytaj : wysokim tempie PKB) bywa też …szkodliwy, szczególnie gdyby miał być kreowany popytem przez cały okres lub jego końcowej fazie. Gospodarka potrafi w ciągu kilka lat funkcjonowania na wysokim biegu wejść w stan przegrzania. W takim sytuacjach zejście do poziomu wzrostu 2%-3% rodzi już napięcia społeczne.

Jak widać z tła na jakim osadziłem Polskę, obecne tempo PKB dla Polski na tle perspektyw światowych, nie jest takie złe jakby się pozornie wydawało. I z cała pewnością nie jest to pułapka lub nie musi być. Czy Polską gospodarkę stać na szybsze tempo? Owszem, a przynajmniej jestem w stanie sobie wyobrazić okoliczności w jakich może się to stać. Podniesie średniego tempa wzrostu z 3,5% do 4,5% (przy tempie PKB w UE jak obecne) jest teoretycznie do osiągnięcia. Nie ma co jednak ukrywać, że jeśli chodzi o receptę na sukces, to więcej racji jest po stronie ekonomistów liberalnych. Powiedziałbym tak: 60-65% racji dla liberałów, 40%-35% dla ekonomistów lewicowych. Racje pierwszych to: relatywnie niskie podatki i koszty pracy. Racje drugich: redystrybucja dochodu narodowego i udział sektora publicznego w procesie rozwoju gospodarczego. Obydwie grupy łączy wsparcie finansowe (np. bodźce podatkowe) dla podmiotów gospodarczych.

Nie odbieram szczerości i wiary ministrowi Morawieckiemu w dążeniu do wyrwaniu nas z tzw. „pułapki średniego wzrostu”. Obawiam się, że jego największym wyzwaniem będzie polityka rządu, którego jest ministrem. Realizacja obietnic wyborczych na pewno nie ułatwia w dłuższym terminie wejście gospodarki na wyższe obroty i ich utrzymanie. Rząd forsuje szeroki program społeczny finansowany głównie długiem publicznym, co tylko zmniejsza możliwości manewru ministra Morawieckiego. Podobnie z prezydencką ustawą dla frankowiczów. W obydwu przypadkach minister Morawiecki delikatnie wyraził już swoją dezaprobatę.

Ryszarda Bugaja spóźnione żale.

marek_zelinski

Ryszard Bugaj ogłosił, że odchodzi z Narodowej Rady Rozwoju (NRR) przy prezydencie. Zanim pozwolę sobie na ocenę uzasadnienia decyzji, zacznę od laurki pod adresem prof. Ryszarda Bugaja. R.Bugaj to jeden z niewielu ekonomistów wolnorynkowych o tzw. lewicowym odcieniu, którzy potrafią ciekawie uzasadnić swoje poglądy lub ich większość. Zwracam na to uwagę, ponieważ komentatorzy i ekonomiści o odcieniu lewicowym nazbyt często przybierają nie tyle postawę lewicową, co raczej jej karykaturalną postać.  Czasami poglądy i dokonywane wybory  R.Bugaja odbierałem jako formę przekory w sporze z ekonomistami wolnorynkowymi tzw. środka lub liberalnymi. Czasami profesor zdawał się nie akceptować tego że gospodarka – czy ekonomia w ogóle – narzuca nam pewne ograniczenia  w prowadzeniu polityki społecznej.  Być może źle się stało, że profesor kojarzony z tzw. łagodniejszą twarzą wolnego rynku, nie współpracuje szerzej z żadną  z lewicowych partii. Partie lewicowe powinny być żywo zainteresowane nawiązaniem z nim współpracy. Z całą pewnością byłoby to z korzyścią dla polskiej lewicy, która miewa skłonność do populizmu. Koniec laurki.

Doceniam fakt, że R.Bugaj upublicznił swoje odejście z NRR, być dać wyraz sprzeciwu wobec zmian jakie zachodzą w obszarach polityki, gospodarki i prawa i mają pełne przyzwolenie prezydenta. Nie zmienia to jednak faktu, że list do prezydenta jest również próbą neutralizacji ewentualnych pytań (i zarzutów) do prof. Bugaja  o jego poglądy  i o to czy odpowiada mu firmowanie swoim nazwiskiem obecnych zmian również w obszarze gospodarki. Moim zdaniem – przekora R.Bugaja – zawiodła go w miejsce, z którego musiał się w końcu wycofać nadając temu, przed opinię publiczną, formę protestu. Spore wątpliwości budzi też rozkład akcentów w uzasadnieniu rezygnacji.

NRR to 10 zespołów tematycznych przy prezydencie, z czego jeden obejmuje problematykę gospodarczą. Prezydent w kampanii deklarował, że będzie się opierał na głosie naukowców i autorytetów. Biorąc pod uwagę to co deklarował w obszarze  społeczno-gospodarczym w okresie kampanii , nie miałem najmniejszych wątpliwości że tak nie będzie lub że prezydent będzie udawał że korzysta z autorytetów. Niestety sprawdził się ten gorszy wariant. Już sam fakt podjęcia współpracy rodzi pytanie czy ekonomiści zasiadający w NRR (w tym i R.Bugaj) akceptowali przekaz społeczno-gospodarczy A.Dudy z okresu kampanii wyborczej. Pozostawię to na razie bez oceny.

Ryszard Bugaj jest ekonomistą, ale jako główną przyczynę odejścia podał działania prezydenta i PiS w obszarze mediów, prawa (m.ni. spór o TK), służby cywilnej itd. Ta grupa powodów nic nie tłumaczy, a wręcz rodzi pytanie: dlaczego R.Bugaj tak długo zwlekał z odejściem. Skandaliczny spór wokół TK, i fatalna w nim rola prezydenta,  zaczął się na przełomie listopada i grudnia ubiegłego roku. Tymczasem R.Bugaj potrzebował aż dwóch miesięcy, by dać wyraz swojej dezaprobacie. Wiele innych autorytetów zrobiło to niemal natychmiast. Jest mi niezręcznie komentować tego typu postawy, ale wejście w skład zespołu ekonomicznego NRR przy obecnym prezydencie było swego rodzaju deklaracją sporego zaufania wobec prezydenta oraz wyjątkową tolerancją na ekonomiczny populizm z którego obecny prezydent obficie korzystał w swojej kampanii wyborczej.

Ekonomiczna część uzasadnienia odejścia z NRR moim zdaniem nie do końca szczerze oddaje prawdziwe powody odejścia  A już na pewno jest próbą ukrycia naiwności i nietrafnie lokowanego zaufania i nadziei jakimi R.Bugaj się kierował.

R.Bugaj podaje, że podjął współpracę z prezydentem m.in. w nadziei na  prowadzenie innej polityki społeczno-gospodarczej przez rząd PiS. Innej (znaczy się lepszej) od tej z dwóch kadencji rządu PO-PSL. Moim zdaniem krytyczna ocena polityki gospodarczej poprzedniej koalicji jest nieuzasadniona w dużym stopniu i warto byłoby poznać dokładniej jej uzasadnienie, ale każdy ma oczywiście prawo do własnych poglądów.

Pretensje R.Bugaja jakoby nie doczekał się programu rządu są niezrozumiałe. PiS od pierwszych dni rządzenia nie ukrywał intencji i tego że będzie na siłę wcielał w życie swoje postulaty wyborcze i faktycznie zaczął to robić ku zdziwieniu ekonomistów. Ekonomiści nie mieli problemu z rozkładem ryzyk, celów i intencji obecnego rządu. Dlaczego miał je R.Bugaj… nie mam zielone pojęcia. Ponadto poznaliśmy cele rządu wyrażone przez premier Szydło w expose.

R.Bugaj wyraża rozczarowanie, że prezydent nie korzystał z rad ekonomistów NRR. Biorąc pod uwagę wyrażane poglądy prezydenta w kampanii prezydenckiej i później,  nie pozostawiały złudzeń, że NRR – przynajmniej w jej części ekonomicznej – będzie tylko i wyłącznie przysłowiowym kwiatkiem do kożucha. Prezydent chciał pokazać, że wielu ekonomistów spoza kręgu PiS chce z nim współpracować i mu się to udało. Przynajmniej na pewien czas. Ryszard Bugaj powinien był ostro protestować gdy krótko przed wyborami parlamentarnymi prezydent cynicznie zagrał ustawą o obniżeniu wieku emerytalnego. Potem było już tylko gorzej. Prezydent akceptował podpisami lub werbalnie wszelkie rządowe pomysły.  Demonstracyjne milczenie prezydenta w wielu przypadkach też jest wielce wymowne. Od siebie dorzucił obniżenie wieku emerytalnego, obniżenie kwoty wolnej od podatku (PIT) i niepoważną ustawę dla frankowiczów.  W przypadku wyliczeń skutków obniżenia wieku, pracownicy prezydenta popełnili dziecinny błąd rachunkowy, który tylko potwierdzał że poprawka była pisana na kolanie. Pomysł dot. kwoty wolnej jest również niedopracowany. Nie wspomnę już o ustawie dla frankowiczów. Prezydent oszacowanie skutków tej ustawy przerzucił na KNF i inne instytucje opiniujące, by na nie przerzucić moralną odpowiedzialność na korektę tej ustawy.  Pomijam już to że ta ustawa jest po prostu niemoralna. Ja ciekaw jestem opinii R.Bugaja do tej ustawi i szacunku konsekwencji jej wejścia w życie.

Prezydent mógł stworzyć wokół siebie centrum myśli społeczno-ekonomicznej, co zresztą deklarował w wyborach. Nie zrobił tego i w rzeczywistości nigdy nie był tym zainteresowany. Jak na razie wystarcza mu rola biernego wykonawcy polityki ‘gospodarczej’ PiS i nawet nie próbuje udawać że jest inaczej.

Ja oczekiwałbym od R.Bugaja nie tyle demonstracji, które mają go ratować w oczach opinii publicznej, co zaprezentowania opinii na temat rządowych pomysłów które mimowolnie firmował swoim nazwiskiem przez  kilka miesięcy. To co robi prezydent i rząd to banalna i rozdęta do niebezpiecznych rozmiarów lewicowość, która będzie wymagała korekty. Czy Ryszard Bugaj taką lewicowość wspiera??

Nie poparłbym programu Rodzina 500 plus, bo ?

marek_zelinski

Nie poparłbym programu w Sejmie programu  Rodzina 500 plus. Z wielu względów.

Na program 500 plus trzeba patrzeć w szerszym kontekście. Program w tym roku będzie kosztował 17 mld zł, a w przyszłym 23 mld zł. O ile w tym roku finansowanie będzie dopięte „na styk”, to w przyszłym roku  tegoroczne źródła nie pokryją nawet połowy deklarowanych wydatków. Wpływy z tytułu LTE są jednorazowe i w przyszłym roku rząd będzie musiał „dobrać” z innych źródeł kilkanaście mld zł lub o tyle powiększyć dług. Oszczędności w finansach publicznych w takiej skali są praktycznie  niemożliwe. Zresztą PiS w kampaniach wyborczych zapewniał, że żaden z programów społecznych nie będzie się odbywał kosztem redukcji obecnych wydatków.

Program 500 plus nie wydaje się być w ogóle zgrany z planowaną na przyszły rok akcją podniesienia kwoty wolnej od podatku (PIT). W zależności od wartość kwoty wolnej (wg wyroku TK lub pomysłu prezydenta) koszty (tzn. utrata wpływów) sięgną od 14,5 do 20 mld zł. Obydwa te programy łącznie to ok. 2% PKB.

Kiedy tak przypomnieć sobie co politycy PiS mówili w kampaniach wyborczych w 2015 r. oraz co rząd podaje w uzasadnieniu do programu 500 plus, to szczerze mówiąc nie jestem pewny co jest celem programu. W kampaniach wyborczych politycy PiS bardzo dużo mówili o biedzie i niskich wynagrodzeniach. Tematyka kosztów utrzymania rodziny i demografia były w najlepszym wypadku tematami równorzędnymi . Do tego dochodził wzrost nakładów na służbę zdrowia i obniżenie wieku emerytalnego. Program 500 plus mimo ogromnych nakładów wydaje się mieć dość przypadkowo rozłożone akcenty. Krótko mówiąc: rozdajemy dużo i na oślep.

Z rodzin wymagających wsparcia, dostaną środki z 500 plus tylko te które mają min dwoje dzieci lub się na dziecko zdecydują. Wątpliwe jednak by jakaś istotna część z 53 procent dzieci, które są jedynakami, doczekała się z tytułu programu rodzeństwa. Z pomocy wykluczeni zostali rodzice samotni z jednym dzieckiem. Program jest dość hojny dla rodzin z dwójką dzieci i więcej. Biorąc pod uwagę rozkład biedy i wynagrodzeń, niepotrzebnie wpieramy rodziny, które nie wymagają wsparcia lub nie tak dużego jak oferuje program. Zupełnie niezrozumiałe jest wstrzymanie wsparcia dla dzieci po ukończeniu 18-tego roku życia, czyli w okresie gdy wyjątkowo dużo na nie wydajemy i gdy – po roku lub dwóch - stajemy w obliczu ewentualnego finansowania dalszej nauki lub ponoszenia kosztów zdobywania umiejętności zawodowych. Próg 18 lat kryje też w sobie spore ryzyko. Zazwyczaj powołujemy na świat dzieci w odstępach 3, 4 lat. Jeżeli mamy przykładowo rodzinę 2+5, to w ciągu kilkunastu lat rodzina systematycznie traci wsparcie. Matka która zrezygnowała z pracy by poświecić się dzieciom i żyć m.in. z pieniędzy otrzymywanych na nie, gdzieś po 50-tce zacznie tracić środki na dzieci i na siebie.

Jeszcze gorzej wygląda kwestia walki z biedą. Wsparcie z programu dostają tylko rodziny z liczbą dzieci 2 i więcej. Część rodzin (głównie z jednym dzieckiem), osoby z dziećmi powyżej 18 lat i osoby w wieku ok. 55 plus (dzieci dorosłe i usamodzielnione) nie skorzysta ze wsparcia. Tymczasem ubóstwo również występuje w tych kręgach.

Ogromną wadą programu 500 plus jest brak spójności z obecnymi formami pomocy. Na potrzeby programu tworzone są odrębne zasady przyznawania wsparcia (rozdawanie pieniędzy praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli ich wydatkowania). W tym rodzinom, które wymagają większej kontroli i opieki.

Tak ogromne środki jakie chcemy wydawać (program 500 plus oraz kwota wolna od podatku), powinny być rozdzielone na szereg kierunków i uruchamiane stopniowi w okresie minimum jednej pełnej kadencji parlamentu (tzn. rządu danej partii czy koalicji). Pieniądze powinny być rozdzielone na OPSy, finansowanie opieki nad dziećmi (żłobki, przedszkola, świetlice szkolne), wsparcie w okresie bezrobocia jednego lub obydwojga rodziców. I nie więcej niż połowę udostępniać bezwarunkowymi przelewami czy poprzez system ulg/kwoty wolnej od podatku. Sugerowałbym wsparcie rodzin 1+1, przynajmniej  w skromnym zakresie i stawkę lekko degresywną przy wsparciu rodzin wielodzietnych. Itd. itd. Wariantów może być wiele.

Wadą programu jest jego skala i brak zapewnionego finansowania w kolejnych latach. Uruchamianie programu przy funkcjonowaniu państwa z def. finansów publicznych na poziomie 3% w relacji do PKB, powoduje powstanie dodatkowego czynnika ryzyka ograniczenia nakładów w okresach słabej koniunktury lub kryzysów. W takich wypadkach beneficjenci muszą się liczyć z przejściowymi redukcjami nakładów na 500 plus w kolejnych latach.

Tak kwota jak i konstrukcja programu spowoduję w najbliższych latach koniczność modyfikacji programu oraz  - niestety – ograniczenie wsparcia innych celów polityki społeczno-demograficznej. Niestety to są konsekwencje programów społecznych motywowanych sondażami popularności.

Gdybym był szefem partii opozycyjnej zaproponowałbym wstrzymanie się od głosu, a już na pewno wstrzymanie się od poparcia programu. Skoro rząd PiS i prezydent kupują za publiczne pieniądze przychylność Polaków, to niech to robią na własne konto.

Osłabienie złotego. Chyba byłoby lepiej gdyby ministrowie od gospodarki przestali się jednak wypowiadać.

marek_zelinski

2016_01_23_euro_pln1

Poziom, jaki osiągnął w ostatnich dniach nasz  złoty oraz atmosfera w jakiej się to wydarzyło, wywołały pytania o ewentualną interwencję walutową NBP na runku. Wypowiedzieli się już: Marek Belka, Paweł Szałamacha  i Mateusz Morawiecki. Mamy więc wypowiedzi przedstawiciela NBP oraz ministrów obecnego rządu pełniących rolę „gospodarczych twarzy rządu” i takie też oczywiście funkcje. Na szczęście wymiana refleksji nie odbywa się w atmosferze paniki , więc możemy się spokojnie wymieniać opiniami i ocenami tego gdzie jesteśmy i dlaczego. Zanim dalej przedstawię swoje skromne refleksje, przypomnę że pisząc ‘złoty’ mam na myśli swego rodzaju syntetyczną walutę której wartość wynika z kursów ważonych udziałem waluty w wymianie handlowej. W innych przypadkach będę podawał o który kurs chodzi, by ułatwić zrozumienie. Jest oczywistym, że będzie to eur/pln, ponieważ to euro jest najpopularniejszą walutą w Polsce, co wynika ze znaczenia tej waluty w wymianie handlowej.

Mg moich szacunków złoty w ostatnich latach miał skłonność to do trzymania się po „słabszej” stronie. Można spotkać opinie, że złoty poprawnie odzwierciedlał wycenę fundamentalną Polski. Nie spieram się. Nie ma sensu, bo różnica w zasadzie nie przekracza pięciu pkt. proc. Mamy więc do czynienia głównie z różnicą w przyjętych założeniach lub kalibracją narzędzia.

W ubiegłym roku ocena naszego kraju określana kursem zaczęła się powoli pogarszać. To efekt ryzyk światowych oraz ryzyka polityczno-ekonomicznego Polski. Gdyby patrzeć na kierunek zmian kursu oraz wyceny, to można powiedzieć że obecnie złoty jest na poziomie sugerowanym przez trend ukształtowany  w ostatnich miesiącach roku. Oczywiście operowanie trendem w tym akurat przypadku byłoby  nadmiernych uproszczeniem, czy nawet dziecinadą.

Obecnie, wg moich szacunków, złoty jest osłabiony w stosunku do swojej fundamentalnej wartości o ok. 15%-17%. Podobne  odchylenia złotego mieliśmy pod koniec 2011 i na początku 2009. W takich przypadkach na rynku pojawiał się NBP z interwencją walutową. Z tym, że NBP i generalnie banki centralne, interweniują gdy rynek wykoślawia wartość waluty z powodu paniki lub próby ataku na walutę (ewentualnie mieszanki obydwu).  Rozmyślnie przeprowadzona interwencja, zniechęca do rynkowych szaleństw i na ogół kończy je. Ostatecznie  nawet powoduje powrót do poziomów wycen walut sprzed kryzysu. W naszym obecnym przypadku nikt do interwencji nie nawołuje oraz jej nie oczekuje. Ani rynek, ani wymienieni wyżej decydenci. Skąd więc ten konsensus?

Z rynkiem trudno się spierać, szczególnie wtedy gdy wyznaczona przez niego cena daje się w większości uzasadnić. Słynny, i budzący wciąż kontrowersje, rating S&P trafnie wypunktował nasze problemy. Jesteśmy krajem który obecnie ma przyzwoitą sytuację makroekonomiczną, ale deklarujemy że już w średnim terminie mamy lekceważący stosunek do deficytu finansów publicznych. Bo? Bo tak.

Wobec powyższego M.Belka w odpowiedzi na pytanie o ewentualną interwencję, przyznał że w obecnych warunkach nie ma ona uzasadnienia i byłaby bezcelowa i nieskuteczna. Złoty w ostatnich miesiącach osłabia się bez paniki i mając podstawy do obaw. Obaw o gospodarkę krajową dostarcza rząd, niepotrzebnie radykalnie powiększając niepewność co do naszej przyszłości. Rząd musi podać wiarygodne źródła finansowania swoich wyborczych pomysłów lub okroić je do możliwych do sfinansowania. Tymczasem rząd nie chce zrobić ani jednego ani drugiego. W tym drugim przypadku rząd musiałby ogłosić, że wycofuje się z większości obietnic (w rozumieniu kwotowym) lub zadeklarować publicznie, że wykonanie warunkuje znalezieniem źródeł finansowania. Na razie nic takiego się nie stało. Przeciwnie. Ministrowie obecnego rządu wydają różne oświadczenia, które nie są odpowiedzią na pytania analityków S&P i ekonomistów. Gorzej. Wspomniani ministrowie starając się zaciemnić ocenę S&P i lekceważyć osłabienie waluty, wypowiadają słowa które budzą zdumienie i prowokują kolejne pytania. Minister Szałamacha deklaruje jakby od niechcenia, że nie ma sensu obecnie interweniować, stąd Ministerstwo Finansów nie będzie tego robić. Tylko ze taka wypowiedź sugeruje, że lekceważy w tym rolę NBP. To NBP decyduje (a przynajmniej powinno) o interwencji i ją przeprowadza. MF jest tylko instytucją wpierającą NBP w działaniach. Czyżby miało to być potwierdzenie obaw analityków S&P, że rola NBP będzie marginalizowana, a jej działania oraz RPP poddane woli rządu? Minister Szałamacha nie chce chyba nam sugerować, że MF będzie prowadziło działania bez zgody i współpracy z NBP?  Druga intrygująca wypowiedź, to deklaracja podjęcia działań na rzecz zmniejszenia udziału inwestorów zagranicznych (określał to poprzez obligacje nominowane w walutach obcych). Trzeba przyznać że obrażanie się na zagranicznych nabywców obligacji skarbowych w czasie gdy rząd będzie musiał nas bardziej zadłużyć by zrealizować obietnice wyborcze, jest niezrozumiałe.

Minister Morawiecki również próbuje lekceważyć obawy ekonomistów i osłabienie złotego. Tak jak P.Szałamacha stwierdza, że interwencji nie będzie (tak jakby jej chęć i skuteczność zależały od rządu). A dalej dodaje : „W dłuższej perspektywie zależałoby nam, żeby utrzymać wahania ceny "złotówki" w granicach 4,10-4,40” (cytat za forsal.pl). Czyli że co? Czyli że nic wielkiego się nie stało, bo w gruncie rzeczy poziom wyznaczony przez eur/pln  akurat jest zgodny z górną granicą wahań przedziału, który preferuje rząd? Jeśli tak, to pojawiają się poważne pytania i wątpliwości. Czy mam rozumieć, że rząd chce prowadzić politykę podkręcania wzrostu PKB poprzez eksport?  W jaki sposób rząd chce utrzymywać niedowartościowanego złotego w określonych przez ministra Morawieckiego granicach? Czy to jest uzgodnione z NBP?

S&P niestety NIE pomylił się w ocenie.

marek_zelinski

Stało się to czego w tym roku już mogliśmy być pewni. Dyskusje czy S&P powinien to zrobić w styczniu 2016 czy na koniec lutego lub w kwietniu nie mają sensu.  Obecnie rządzący politycy już od dawna skupiają na sobie uwagę agencji ratingowych.  Obniżenie ratingu mamy na własne życzenie (!). Sytuacja gospodarcza na koniec rządów PO-PSL była inna (o czym dalej).

S&P obniżył nam rating skupiając się przede wszystkim na dwóch na przekazach. (1) obniżenia jakości i skuteczności działania instytucji  odpowiedzialnych za działanie państwa prawa, (2) poważne ryzyko pogorszenia kondycji finansów publicznych.

Co poniektórych oburza odniesienie się S&P do oceny majstrowania obecnego rządu przy podstawowych instytucjach ładu prawnego. Sugeruje się tez w niektórych komentarzach, że ocena S&P oparte było głównie na ocenie politycznej nowego rządu. Moim zdaniem nie. Niemniej partia rządząca niemal od początku zademonstrowała lekceważenie prawa. Bezwzględne ‘neutralizowanie’ Trybunału Konstytucyjnego, lekceważenie wszelkich zasad przy procedowani zmian w prawie, budzą zdumienie nie tylko w Polsce. Taki kraj – jak uczy doświadczenie – staje się nieprzewidywalny również w sferze ekonomicznej.

A teraz o gospodarce.

U końca funkcjonowania poprzedniego rządu, sytuacja makroekonomiczna była dość przyzwoita. PKB obecnie i w średnim terminie na poziomie 3,5% rocznie. Jak na nasze warunki to bardzo przyzwoity wzrost gospodarczy. Poprzednia koalicja rządowa sprowadziła deficyt finansów publicznych do poziomu 3% PKB w 2015 z niemal 8% z latach 2009 i 2010 (skutki kryzysu). Na 2016 i 2017 planowane było zejście z deficytem bliżej 2%. Do tego względnie stabilny kurs walutowy, niska inflacja,  stopy procentowe, korzystna sytuacja w wymianie handlowej. Owszem, główne ugrupowanie koalicyjne poprzedniego rządu (mowa o PO) rozpędzało się z obietnicami w okresie wyborów, ale były one mocne mniejsze niż w przypadku PiS. Do tego doświadczenia działania poprzedniej koalicji wskazywały, że nie zaryzykuje ona pogorszenia kondycji finansów publicznych i w razie czego poniecha realizacji programu, rozciągnie w czasie lub zredukuje.

Warto przy tej okazji dodać, że taki kraj jak nasz, powinien zejść z def.fin.publ. wyraźnie poniżej 3%. I wcale nie dlatego, że tak sobie życzy UE. Poziom poniżej 3% jest  bezpieczniejszy m.in.  na wypadek kryzysu. Mamy już zbyt bogate doświadczenia aby po raz kolejny popełniać ten sam błąd. W Polsce za każdym razem gdy def.fin.publ. spada poniżej 3%, politycy tracą zapał do jego dalszej redukcji.

Od jesieni mamy nowy rząd, którego politycy nie ograniczali się w obietnicach finansowych w czasie kampanii wyborczych. Powrót do ‘dawnego’ wieku emerytalnego, wyższą kwotę wolną od podatku, program 500 zł na dziecko i kilka pomniejszych. Ten zmasowany program ekonomicznie jest nierealizowalny bez znalezienia regularnych wpływów, które go pokryją. Na pytanie o dodatkowe wpływy, była stała odpowiedź: podatek bankowy,  od marketów oraz….poprawa ściągalności podatków (redukcja szarej strefy) oraz wpływy z podatków będących efektem wykreowanego przez PiS wzrostu gospodarczego. Krótko mówiąc, zapowiadano nam program szerokiego rozdawnictwa i wiary we wzrost gospodarczy kreowany popytem.

 

 

Po wyborach wszyscy patrzyli co politycy PiS zrobią z obietnicami. A ci zaczęli je wprowadzać w życie. Na pierwszy ogień poszedł program 500 zł na dziecko. Rząd finansuje go podatkiem bankowych i od marketów. Tylko że to pokrywa 35% programu. Do tego dochodzą płatności z przetargu na LTE (które notabene firmy i tak sobie odbiją na klientach w kolejnych latach) i efekt przesunięć niektórych pozycji między budżetem z 2015 a 2016. Już na potrzeby realizacji programu 500 zł na dziecko, rząd zmienił tzw. regułą wydatkową. W 2016 r. zamiast dalej obniżać def.fin.publ., nowy rząd zdecydował się utrzymywać poziom 3%.

Najgorsze jest to co ma być dalej. Do realizacji pozostała obietnica obniżenia wieku emerytalnego i zwiększenie kwoty wolnej od podatku (PIT). Projekt ustawy prezydenta o obniżeniu wieku już jest procedowany. Łączne koszty dodatkowe sam prezydent szacuje na 40 mld zl w najbliższych czterech latach. Zwiększenie kwoty wolnej (uszczuplenie wpływów z PIT ok. 15 mld zł rocznie) zostanie prawdopodobnie przesunięte na przyszły rok.

O ile budżet na 2016 jest dociśnięty kolanem, to nikt nie wie jak rząd pokryje skutki dwóch kolejnych obietnic wymienionych wyżej oraz czym zastąpi środki z LTE w kolejnych latach. Poprawa ściągalności podatków jest nierealna w skali jaka zapewni utrzymanie def.fin.publ. na 3%. Po drugie poprawa ściągalności to nie twarda prognoza, a tylko wiara.

Jakiekolwiek pytania i obawy dotyczące wzrostu def.fin.pub. w kolejnych latach są zbywane przez premier Szydło i ministrów. Tak jest od początku funkcjonowania rządu. Jesteśmy świadkami niebywałej sytuacji, kiedy nowy rząd – nie przymuszony sytuacją makroekonomiczną – świadomie naraża finanse publiczne na poważne ryzyko i osłabia ciężko wypracowany wizerunek Polski. Determinacja członków rządu w tym  działaniu jest tak silna, że można to wręcz nazwać prowokowaniem agencji ratingowych. I w końcu .. stało się.

Reakcje członków rządu na obniżenie ratingu są niezrozumiałe. Ministrowie Szałamacha i Morawiecki udają że nie wiedzą z jakiego powodu S&P obniżył rating. Nie wymieniają najważniejszego punktu jakim jest przyszłość finansów publicznych. To tylko potwierdza, że są świadomi zagrożeń na jakie rząd PiS wystawia kraj w kolejnych latach. Buńczuczne oceny, że S&P się pomylił, czy że wycofa się z wkrótce z decyzji, nie są już nawet zabawne. S&P może się oczywiście wycofać z decyzji i w przyszłości poprawić rating. Warunkiem będzie m.in. poważne i odpowiedzialne podejście do finansów publicznych.  

Skutkiem pogorszenia ratingu jest słabszy złoty i wzrost oprocentowania papierów skarbowych. Tradycyjnie już, za wygłupy polityków zapłacą obywatele.

Ps. Ubawiłem się słuchając przedstawicieli rządu i PiS w mediach, że działanie S&P jest niezrozumiałe biorąc pod uwagę tzw. twarde fundamenty  gospodarcze Polski (np. dynamika PKB, relatywnie niski wsk. bezrobocia itd.). Przecież jeszcze niedawno politycy PiS upierali się w mediach, ze Polska jest w fatalnej kondycji po ośmiu latach poprzednich rządów. Ech ci politycy…..

Refleksje o tzw. podatku bankowym i bankach.

marek_zelinski

W przededniu wejścia w życie  tzw. podatku bankowego (dokładniej: podatku od niektórych instytucji bankowych), sytuację sektora należy ocenić jako dobrą. Kilkakrotnie już wspominałem, że nie byłem i nie jestem doktrynalnym przeciwnikiem dodatkowego obciążenia sektora bankowego (czy szerzej finansowego). Nie ma co ukrywać, że jest to sektor relatywnie bogaty. Przynajmniej na razie.

Trochę o ‘podatku’ i jego otoczce ekonomiczno-politycznej.

W opinii rządzących podatek bankowy to forma kary za wyprowadzanie zysków za granicę, za zbyt drogie usługi dla obywateli, i za to że sektor jest zdominowany przez kapitał zagraniczny, który – jak ‘powszechnie wiadomo’ – rzekomo oszukuje na podatkowych trickach. To taki podatek podlany populistycznym sosem, by lepiej sprzedawał się medialnie wśród części elektoratu. Niestety nie udało się udowodnić (bo chyba wcale nie o to chodzi), by banki oszukiwały na podatkach. Pretensje o to, że akcjonariusze pobierają dywidendę też wydają się co najmniej dziwne. Trzeba pamiętać, że w okresie ‘pokryzysowym’, większość z kilkunastomiliardowych zysków banków była pozostawiona w kapitałach własnych oraz że wśród akcjonariuszy są również drobni polscy inwestorzy (bezpośrednio lub pośrednio przez OFE i TFI).  

Sektor bankowy wpłaca rocznie do kasy państwa między 3,5-4,0 mld zł (podatek naliczony; dane m-czne KNF dla sektora bankowego) podatku dochodowego. Sektor jest dobrym i stabilnym podatnikiem, czego się nie da powiedzieć o znacznej części pozostałych podatników, w tym głównie polskich.

Banki obok standardowego opodatkowania muszą zabezpieczać środki w ramach BFG i uzupełniać kapitały na wniosek KNF, czasami w stopniu większym niżby same miały na to ochotę. Głównie z pieniędzy banków komercyjnych pokryte były depozyty upadłych SKOKów i ewentualne dalsze. Banki pokryją też wypłaty dla klientów BS z Wołomina. Łącznie daje to już ok. 5 mld zł. Do tego dochodzą zapowiadane już przez KNF wymogi podnoszenia kapitałów (m.in. z powodu kredytów frankowych).

Jednak jednym z największych wyzwań będzie (może być?) ustawa frankowa wg PiS. Nie wnikam czy będzie to wersja prezydencka czy rządowa, bo ostatnio media odnotowały mały spór o to kto jest za nią odpowiedzialny. Znamienne jednak jest, że sprawa jakby ucicha a podawane przez media kwoty rekompensat dla frankowiczów są ograniczane. Wygląda na to, że zarówno rząd jak i prezydent w końcu zauważyli, że możliwości ‘dojenia’ sektora bankowa są jednak ograniczane.

Śmieszy mnie trochę akcentowanie iż podatek obciąży niedobry, bo zdominowany przez kapitał zagraniczny, sektor instytucji finansowych. W segmencie bankowym i ubezpieczeniowym, najwięksi gracze to kapitał polski (i to tzw. państwowy!). Mam na myśli PZU i PKO BP. Te podmioty oraz kilka mniejszych z kapitałem krajowym, dadzą ok. 40 % wpływów z podatku (!).  Jak widać, chodzi tu bardziej o pozyskanie za wszelką cenę funduszy na finansowania obiecanego w wyborach programu społecznego niż racjonalność obciążania sektora finansowego, a w tym bankowego.

Bankowcy zwracali uwagę by ewentualne (lub warunkowe) obciążenia były związane z zapewnieniem bezpieczeństwa systemu bankowego. Sprawa SKOKów, kredytów frankowych (których prawa do zaciągania PiS przed laty bronił!), skutki kryzysu w sektorze finansowym (na szczęście nie naszym) sprzed kilku lat, dały wszystkim wiele do myślenia. Wydaje się niestety, iż obecna ekipa rządząca nie wyciągnęła żadnych wniosków, będąc pochłonięta myślą wyciągnięcia ile się da z sektora bankowego.

Sytuacja finansowa sektora.

W dużym skrócie dzieje się to co przewidywano. Wskutek spadku stóp procentowych, silnej konkurencji oraz administracyjnych ograniczeń (słynne opłaty z rozliczania kart) itd., spada wynik finansowy netto sektora bankowego. Wynik z okresu IV kw 14 – III kw 15 w porównaniu z okresem wcześniejszym analogicznym, spadł o 12%, czyli…. 2 mld zł. Wynik dla pełnych lat kalendarzowych wiele inny być nie może, w rozumieniu spadku wyniku netto. Mityczne rentowności, stopy zwrotu, powoli odchodzą w zapomnienie i jest to jeden z czynników, który rząd konsekwentnie ignorował.  Zmiany technologiczne i konkurencja powodują iż banki od ok czterech lat powoli redukują zatrudnienie o 1 tys.-2 tys. osób rocznie (ok. 1% zatrudnionych rocznie). Powoli obniża się wynik z działalności bankowej na jednostkę aktywów.

Nie ma, moim zdaniem, najmniejszej wątpliwości, że banki będą się starały przenieść przynajmniej połowę kosztu podatku na otoczenie gospodarcze, w tym głównie na klientów.  I jestem też przekonany, że politycy PiS byli tego świadomi od samego początku. W końcu utrata co 16-tej złotówki z przychodów z tytułu przychodów odsetkowych, prowizji i dywidend czymś musi być wyrównana po stronie przychodów lub kosztów.

Nie zamierzam bynajmniej twierdzić, że bankowcy są biedni. Akceptuje również sytuacje , że sektor bankowy może pełnić po prostu rolę płatnika podatku od obywateli których stać na korzystanie z usług bankowych lub którzy muszą z nich korzystać. Uważam tylko, że idea i wydolność podatkowa (podatek bankowy) oparta jest na danych historycznych i bez analizy wyzwań przed jakimi stoi sektor. Podatek mógł być mniejszy i wprowadzany stopniowo, co dałoby czas bankom na stopniowe dostosowanie się, a rządzącym na przemyślenie całej idei (w tym konstrukcji podatku).  

Jeżeli już tak bardzo PiS i prezydent chcą odebrać bogatym bankom kasę, to może byłoby lepiej popracować nad poszerzeniem ustawy o upadłości konsumenckiej. A to tylko jedna z wielu propozycji i bynajmniej nie najważniejsza. Niestety ustawa była procedowana tak szybko że nie było czasu na poważną dyskusję.

Gospodarka sobie, a giełda sobie.

marek_zelinski

Przyznam, że rok temu zapewne nie wpadłbym na to, iż giełda może być tak nisko w rozumieniu indeksów WIG czy WIG20. Oczywiście stan nastrojów na naszej giełdzie to zapewne nie dzieło sił nadprzyrodzonych (bo te mają inne, jak sądzę, poważniejsze zajęcia), ale jak najbardziej wynik działania ‘ludzkiej’ ręki i obaw o najbliższą przyszłość. Przyczyn jak to zwykle bywa jest kilka. Ale za nim do nich przejdę, krótko przedstawię wyniki przedsiębiorstw po trzecim kwartale.

Dynamika kwartalnych przychodów yoy jest na poziomie 6% już trzeci kwartał z rzędu, co jest naprawdę dobrym wynikiem. A już na pewno nie jest świadectwem kryzysu, czy pogorszenia koniunktury gospodarczej. W III kw nieco szybciej od przychodów wzrosły koszty (dynamika yoy 7,5%) i – co się raczej rzadko zdarza – dość znaczny był ujemny wynik przychodów i kosztów finansowych. Cykl należności podniósł się do poziomu z 2012 r. W efekcie widoczne jest niewielkie pogorszenie wyniku finansowego przedsiębiorstw. Moim zdaniem głównie z powodu czynników jednorazowych, a więc nie przenoszących się na ewentualny trend. Nie zmienia to bynajmniej faktu, iż wynika samego tylko III kw odbiegają od wyników z kwartałów poprzednich (oczywiście opierając się zawsze na porównaniu z analogicznymi kwartałami roku wcześniejszego). Nawet jeżeli słabsze wyniki przedsiębiorstw mają przełożenie na indeksy giełdowe, to nie aż w takim stopniu jakby wskazywały na ro spadki naszych głównych indeksów. Ponadto, wspomniane wyżej pogorszenie wyników finansowych przedsiębiorstw miało miejsce w III kw. Tymczasem WIG pikuje w dół od maja, a WIG20 już od marca.

Dość często w ostatnich miesiącach analitycy zrzucają odpowiedzialność za coraz gorsze nastroje giełdowe na polityków. Jest to w dużym stopniu słuszny zarzut, niemniej z pewnym ‘ale’. Od początku było wiadome, że rok z podwójnymi wyborami spowoduje emisje w przestrzeń medialną ogromnej dawki ekonomicznego populizmu, co wystawia inwestorów na poważną próbę. Problemy frankowiczów niemal od początku roku uświadomiły inwestorom, że najprawdopodobniej powstanie ustawa łagodząca skutki wzrostu kursu CHF kredytobiorcom oraz otwarta zostanie ścieżka pozwalająca na przewalutowanie kredytu. Już pierwsze pomysły wskazywały jak poważne mogą to być kwoty. Wraz z rosnącą popularnością w sondażach  A.Dudy i samej PiS, coraz bardziej realne stawały się ‘sektorowe’ pomysły PiS. Chodzi o spółki energetyczne, banki, spółki surowcowe, handlowe itd. Nowy rząd potrzebuje na gwałt pieniędzy na realizację wyborczych obietnic. Będą więc podatki sektorowe, dywidendy, ktoś musi ‘wziąć’ na siebie problemy spółek węglowych itd. Będą – co oczywiste – masowe zmiany na stanowiskach firm państwowych. Pomysły na sektorowe daniny i role poszczególnych sektorów w koncepcji gospodarczej PiS były albo niedopracowane, albo zbyt często ulegały i ulegają modyfikacji.

Jak wyżej wskazałem, rok wyborczy – szczególnie przy zdobywaniu popularności przez ugrupowanie populistyczne – jest ryzykowny dla inwestowania, m.in. na giełdzie. Działania i pomysły PiS łączą radykalizm ze znaczną niepewnością, co naturalnie zniechęca do inwestowania na giełdzie do czasu wyjaśnienia sytuacji i podjęcia ostatecznych decyzji przez rząd.  Co więc robią w takiej sytuacji gracze giełdowi? Dyskontują napływające informacje i niepewność. Po prostu wycofują się i czekają. Tak więc ostrożność inwestorów i chwilowa niechęć do giełdy są zasadne.  

Obawy inwestorów podsyca również polityka makroekonomiczna obecnego rządu, co ma swoje przełożenie i na giełdę. Mało kto się spodziewał, że PiS wraz z prezydentem będzie z taką determinacją wprowadzał w życie ekonomiczne obietnice z okresu wyborów (wiek emerytalny, 500 zł na dziecko itd.). Wygląda na to, że rząd PiS nie jest zainteresowany dalszym spadkiem deficytu finansów publicznych i musimy liczyć się z tym, że w najbliższych latach będziemy żyć z 3-procentowym deficytem finansów publicznych. A co kiedy za 4-5 lat przyjdzie nam się zmierzyć z konsekwencjami obniżenia wieku emerytalnego?

Jesteśmy świadkami dość intrygującej sytuacji. Mamy przyzwoity, zrównoważony wzrost gospodarczy. Dobre wyniki przedsiębiorstw (mowa o danych GUS) w ostatnich kwartałach i ….spadające ostro główne indeksy giełdowe. Po części to wpływ korekty wycen o pomysły polityków, ale wydaje się że indeksy spadły nazbyt mocno w obawie o dalsze pomysły PiS. Politycy mają prawo do modyfikacji polityki gospodarczej, ale nie powinni niepotrzebnie straszyć inwestorów. Powinni pamiętać, że na giełdzie są również inwestycje tych obywateli, którzy inwestują średnioterminowo i na emeryturę. Politycy nie powinni więc narażać giełdy na spadki większe niż to konieczne.

Według moich szacunków WIG odbiega o 15%-20% od właściwej wartości (tzw. wycena fundamentalna). Indeks zaczął spadać już w II kw 2015 r. Obecna wycena jest charakterystyczna dla okresów spowolnienia gospodarczego na poziomie 2% tempa wzrostu PKB. Taki poziom PKB utrzymywany przez 2-3 lata, potrafi działać w Polsce jak recesja.

W zasadzie WIG jest na poziomie przy którym powoli warto zacząć inwestować. Niestety nadal niejasna jest sytuacja banków (nie jest znana m.in. ostateczna wersja pomocy frankowiczom czy klientom SKOKów i banków spółdzielczych). Niewiele lepsza jest sytuacja szeroko rozumianego sektora energetyczno-surowcowego.

Do tej pory naszym problemem było zupełne zignorowanie wzrostów na czołowych giełdach zagranicznych. Nasze główne indeksy pozostawały niemal niewzruszone, co rodziło ryzyko, że w chwili korekty w USA czy w Europie, nasza giełda również odczuje tąpnięcie. Tymczasem tąpnięcie u nas nastąpiło w tym roku, ale bez wpływu czynników zewnętrznych. Dla przykładu: ceny akcji w Niemczech czy w USA utrzymują się na relatywnie wysokich poziomach. U nas zaś jest w niemal na odwrót.

Co więc czynić? Cóż, wycena fundamentalna rynku akcji rzadko bywa na tak niskim poziomie. Nie wykluczając dalszych spadków wydaje się, że jesteśmy w dobrym punkcie do rozpoczęcia inwestowania. Powoli i spokojnie, bo – nie ukrywam – ryzyko polityczne jest dość spore. Wierze jednak, że jeżeli obecne poziomy to jeszcze nie dno, to zapewne jest ono niedaleko.

Budżet na 2016 ciasno spasowany. Czyli jak tu upchnąć wyborcze pomysły.

marek_zelinski

Ogromna presja zrealizowania chociaż części obietnic wyborczych PiS mimowolnie przenosi naszą uwagę na budżet tegoroczny i budżet na rok przyszły. Skala finansowa obietnic dawała pewność, że wcześniej czy później nowy rząd wprowadzi do debaty publicznej ocenę materii budżetowej pozostawionej przez rząd PO-PSL oraz własne pomysły. Oczywiście każdy nowy rząd ma prawo do kreowania własnej polityki i, co za tym idzie, modyfikacji po stronie budżetu centralnego. Czasami zachodzi wręcz taka konieczność. Główne składniki pozostałych elementów finansów publicznych są poza zasięgiem krótkoterminowych decyzji politycznych (FUS, NFZ itd.) zmierzających do wygenerowania środków na realizację politycznych pomysłów. Inna rzecz, że te obszary (mowa o FUS i NFZ) już wymagają wsparcia ze środków budżetu centralnego lub jednostek samorządu terytorialnego (obszar służby zdrowia).

Warto więc spojrzeć na budżet w kontekście zmiany rządu, presji na realizacje wyborczych obietnic i generalnej oceny finansów publicznych, abstrahując przy tym na chwilę od polityki.

Zacznę od informacji o niewykonaniu planów budżetowych w poborze VAT, na co zwrócili uwagę w ostatnich dniach politycy nowego rządu, szukając chyba usprawiedliwienia dla redukcji obiecanych w minionych dwóch kampaniach wydatków społecznych. Plany dochodów podatkowych są tylko planami i niejednokrotnie ich realizacja o kilka procent odbiega od planów. Na chwilę obecną nie jest zagrożona realizacja (przekroczenia) planowanego deficytu. Każdy rząd ma swego rodzaju bufor bezpieczeństwa, czyli możliwość wstrzymania części wydatków (lub po prostu braku zainteresowania ich realizacji). W ostatnich trzech latach wydatki były średnio o kilka mld zł mniejsze od planowanych, co z powodzeniem zrekompensuje ewentualne mniejsze wpływy budżetowe. Wg najnowszych informacji rząd PiS chce w tym roku zwiększyć deficyt o 3-4 mld zł. Nie jest to jednak powód do rozdzierania szat.

Nieco gorzej wygląda sytuacja dla roku 2016. O ile rząd PO-PSL utrzymał w prognozach dochody na poziomie niemal identycznym jak planowane na rok bieżący, to wydatki mają być większe o ok. 8 mld zł. W efekcie planowy deficyt budżetowy w 2016 r. ma sięgnąć 54,6 mld zł, co stanowi już 2,9% PKB (wobec planowanego 2,6% PKB na 2015 r.). Dużo lub sporo. Prognoza PO-PSL to połączenie odpowiedzialności z budżetem wyborczym. Odpowiedzialność, to wpływy na poziomie roku obecnego. Wydatki zaś, to malutkie pofolgowanie. Rozmiar deficytu budżetowego na 2016 w relacji do PKB oznacza praktycznie maksymalne wykorzystanie deficytu finansów publicznych na progu dozwolonym przez UE (3% PKB). Jak rozumiem, politycy PiS nie są realizacją tegorocznego budżetu zaskoczeniu, ani prognozą rządu PO-PSL na 2016 r. Realizacja budżetu na 2015 pozwalała politykom PiS określić skalę wyzwań i możliwości. Podobnie z prognozą budżetową na przyszły rok. PiS nie krytykował podniesienia deficytu budżetowego z 2,6% PKB do 2,9% w 2016 r. Przeciwnie, wyborcy stale słyszeli narzekania na rząd PO-PSL że zbyt mało inwestuje i że zbyt słabo wspomaga potrzebujących oraz że nie wymaga to żadnych oszczędności.

Wobec powyższego rząd PiS postawił się w niezręcznej, z politycznego punktu widzenia, sytuacji. Próba realizowania obietnic wyborczych na poczet zwiększania deficytu w przyszłym roku jest praktycznie niemożliwa lub ograniczona do małych kwot (kilka mld zł). Zakładam, że deklaracje przedstawicieli PiS o nieprzekraczaniu granicy 3% PKB dla def. finansów publicznych są wiarygodne. Chociaż w ostatnich dniach przedstawiciele rządu Pis mówią o oscylowaniu wokół 3% PKB (2,8%-3,2%). Dla przykłady już ustępstwo o 0,2% to kwota niemal 4 mld zł.

Na chwile zostawmy analizę wpływu zmiany rządu na deficyt budżetowy i finansów publicznych, by przyjrzeć się temu problemowi z makroekonomicznej perspektywy. To pozwoli zrozumieć przed jakimi wyzwaniami stoją politycy i ile warte są obietnice.

Po kryzysie 2008/2009 Polska wpadła w pułapkę wysokiego deficytu finansów publicznych. Spadek wpływów, ograniczone możliwości nowych ich źródeł i praktycznie brak możliwości redukcji wydatków. W krótkim okresie deficyt finansów publicznych wystrzelił prawie do 8% PKB. Jeszcze jeden lub dwa pkt. proc. więcej i stalibyśmy się negatywnymi bohaterami w mediach europejskich. Poczuliśmy na własnej skórze skutki braku elastyczności w kształtowaniu wydatków budżetowych i nie tylko. Rząd PO-PSL podjął szereg działań by jak najszybciej deficyt zmniejszyć do poziomu poniżej 3% PKB (powinno się to udać właśnie w tym roku). Nie obyło się bez desperackich kroków jak redukcja przelewów do OFE czy podniesie wpływów z VAT. Sprzyjała nam też koniunktura gospodarcza. Wprawdzie nie było dynamicznego wzrostu PKB (jak w latach 2006-2008), ale utrzymaliśmy średni wzrost PKB w latach 2010-2015 na poziomie 3,2%. Przy takim tempie wzrostu PKB wysiłki zmierzające do obniżenia deficytu finansów publicznych poniżej 3% nie mają negatywnych skutków społecznych oraz nie krępują nadmiernie rządu w realizacji polityki gospodarczej. Po kilka latach zmagań udało się nam w tym roku (zapewne) w końcu zejść z def.fin.publ. poniżej 3% PKB (potwierdzają to dane na II kw). To spore osiągnięcie, ale nie koniec zmagań dla polityków.

Niestety wygląda na to, że jak tylko deficyt spada poniżej 3%, politycy niemal natychmiast przestają naciskać na dalszą jego redukcję i przyjmują że problemy są już za nami. To błąd i wygląda na to, że politycy (i społeczeństwo też) nie wyciągnęli lekcji do której przerobienia zmusiło nas życie. Zapewne w naszej sytuacji sugerowanie obniżenia def.fin.publicznych do zera jest nierealne i być może nawet niepotrzebne (w zależności od tego co jest przyczyną deficytu). Poziom 2% lub maks.2,5% mógłby być poziomem docelowym. W takiej sytuacji mamy (tzn. rząd) więcej czasu na reakcje w okolicznościach kryzysowych, a rozmiar deficytu pozwala na zatrzymanie wzrostu zadłużenia w relacji do PKB. Niestety od redukcji zadłużenia o obligacje z OFE do połowy tego roku, zadłużenie sektora rządowego i samorządowego wzrosło o 10%, co tylko potwierdza powyższe oceny.

 Prognozowane tempo PKB na najbliższe lata daje nam poczucie względnego bezpieczeństwa, ale i usypia czujność decydentów. Wystarczy że tempo PKB zejdzie do poziomu 2% lub niżej przez 2-3 lata z rzędu i sytuacja finansów publicznych zmienia się radykalnie, a zadłużenie znowu zbyt szybko rośnie. Jeżeli def.fin.publ. mamy utrzymywać między 2,5% do 3% (że już nie wspomnę o niższych poziomach), to dominująca część obietnic finansowych PiS będzie musiała być realizowane w ramach planowanych wpływów, co praktycznie krępuje ręce politykom PiS. Nie ma możliwości by na poczet programu 500 zł (w skrajnej wersji nawet 22 mld zł) na każde dziecko dokonać redukcji planowanych na 2016 r. wydatków. 22 mld zł to ponad 6% planowanych na przyszły rok wydatków budżetowych. Niewykluczone, że wskutek szeregu ograniczeń (wypłaty po I kw 2016 plus ograniczenie beneficjentów programu) zredukuje jego koszt nawet do kwoty rzędu 15 mld zł.

Co może zrobić PiS? Pozostaje szukać pokrycia na program 500 zł na dziecko przez wprowadzenie w życie podatku bankowego i od marketów (dodatkowe wpływy budżetowe). Łącznie mają – wg pomysłodawców – dać 8-9 mld zł rocznie. Nowe podatki ‘sektorowe’, małe ograniczenie wydatków budżetowych w 2016 plus niewielki powiększenie deficytu budżetowego faktycznie mogą pokryć pomysł 500 na dziecko (ale w wersji ograniczonej). Jednak program 500 zł nie wyczerpuje bynajmniej repertuaru obietnic PiS i prezydenckich. Pozostaje kwota wolna od podatki (w zależności od wersji – kilkanaście mld zł ubytku we wpływach) i powrót od ‘starego’ wieku emerytalnego, zwiększenie liczebności armii itd. Na tą chwilę jedyną formą pokrycia skutków tych pomysłów jest deklaracja radykalnego obniżenia luki podatkowej w VAT i podatkach dochodowych.

Do strony wpływów można ewentualne dodać efekt przyspieszenie koniunktury na skutek zwiększenia puli wydatków społecznych (m.in. wskutek realizacjI wyborczych programów PiS), ale mowa tu  ewentualnie o kilkudziesięciu pkt.baz. Efektem może być dodatkowe kilka mld zł. rocznie.

Teoretycznie nowy rząd powinien dążyć do dalszego obniżania deficytu finansów publicznych do poziomów zasugerowanych wyżej, by unikną dynamicznego wzrostu def.fin.publ. w okresie słabszego tempa PKB i uniknąć wzrostu zadłużenia do PKB (co zresztą PiS w swoim przekazie wyborczym krytykował). Realizacja programów społecznych powinna się w najbliższych latach skupiać kierowaniu pomocy do środowisk rzeczywiście wymagających wsparcia i być finansowana przynajmniej w połowie przez przesunięcia z innych pozycji itd.

Wybory wygrało ugrupowanie które zadeklarowało program o powaznych konsekwencjach finansowych dla finansów publicznych. Po wyborach widać działania zmierzające do przykrawania tych programów do realiów budżetowych i faktycznych potrzeb społecznych. Niestety wygląda na to, że obecne ugrupowanie rządzące nie dokona przełomu w spojrzeniu na finanse publiczne. Raczej przeciwnie. Najprawdopodobniej będziemy świadkami funkcjonowania pod dozwolonym pułapem 3% PKB dla def.fin.publ. z ryzykiem przekroczenia z powodu częściowego odwrócenia reformy emerytalnej. Szkoda. …znowu czekamy więc na zbawienny wysoki wzrost gospodarczy, który załatwi za polityków szereg problemów.

© OPINIE EKONOMICZNE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci