OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • poniedziałek, 20 marca 2006
    • Wyniki gosp. I 2006 cz2

      Ponieważ w poprzednim raporcie miesięcznym nie wspomniałem o tym co słychać w wynagrodzeniach, koniecznie więc chcę nadrobić to teraz, bo i tu zaczyna się dziać coś ciekawego. Do analizy używam danych obejmujących wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw publikowane przez GUS.

      Sądzę że dane styczniowe potwierdzają tendencją jaka zaczęła się zarysowywać pod koniec ubiegłego roku. Wpierw jednak trochę „tła” dla zrozumienia wniosków do jakich można dojść śledząc wyniki wynagrodzeń z ostatnich miesięcy. Chyba jednym z większych problemów w przypadku realnej dynamiki wynagrodzeń jest określenie jakie tempo jest naturalne dla gospodarki i jakie tempo jest bezpieczne. W drugim przypadku chodzi o szukanie odpowiedzi na pytanie: po przekroczeniu jakiego tempa realnych wynagrodzeń gospodarka zaczyna się zachowywać nienaturalnie. Pominę tu dla uproszczenia tak istotne kwestie jak wynagrodzenie jako pochodna wydajności czy wpływ poczucia stabilizacji (pewności utrzymania pracy) pracownika na jego oczekiwania konsumpcyjne zaspokajane również kredytem. Temat płac chciałbym również szerzej przedstawić w bieżącym roku w osobnym opracowaniu.

      Dla lepszego zrozumienia problemu zamieszczam ilustrację przedstawiającą realną dynamikę wynagrodzeń od 1994 r. Proszę zwrócić uwagę na dwa okresy. Pierwszy to lata naszego boomu gospodarczego, który zakończył się dość gwałtownie. Wynagrodzenia rosły wtedy w tempie rzędu 6% rocznie. Drugi okres to bieżąca dekada, przy czym bardziej mam na myśli okres od krótkiego ożywienia gospodarczego w 2000 r. do 2003 r., czyli kiedy trwający do dzisiaj wzrost gospodarczy zaczął przybierać na sile. W drugim, skromnym dla gospodarki  okresie, dynamika realna wynagrodzeń na ogół trzymała się przedziału 1,5%-2,0%. W ten sposób otrzymujemy dwie graniczne wartości wytyczone na podstawie krótkiej historii gospodarki wolnorynkowej w Polsce.

      W 2004 r. wzrost gospodarczy wspomagany dodatkowo wejściem do UE przełożył się również na wzrost wynagrodzeń. W II połowie 2004 roku jednak wzrost ten został szybko zatrzymany, co dobrze pokazuje jak wielki postęp miał miejsce w Polsce w kwestii kontroli kosztów w przedsiębiorstwach w ciągu 10 lat. W II połowie ubiegłego roku powrócił umiarkowany wzrost wynagrodzeń, by pod koniec roku zacząć przybierać na sile. W styczniu tego roku wynagrodzenia wzrosły realnie w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 2,9%. Na wykresie widać jak zmienne są miesięczne wyniki, co trochę utrudnia bieżącą analizę danych. Dla „wygładzenia” zmian używam średniej kwartalnej. Biorąc pod uwagę doświadczenia polskiej gospodarki i jej stan obecny, byłoby dobrze gdyby roczna dynamika realna wynagrodzeń nie przekraczała tempa 3%. Należy jednak zaznaczyć, że w niewielkiej części realny wzrost wynagrodzeń może wynikać z niskiej inflacji, którą stosuję tutaj do urealnienia

      Czytając komentarze po publikacji danych na przełomie roku, odniosłem wrażenie że analitycy związani z rynkiem międzybankowym trochę lekceważą to co się dzieje w sferze wynagrodzeń. Zdarzały się nawet komentarze, że to jedynie niektóre działy gospodarki wskutek gwałtownego wzrostu wynagrodzeń wpłynęły na wynik ogólny. Nic bardziej błędnego. W zdecydowanej większości działów gospodarki rosły płace na przełomie roku i raczej nie zdarzało się w przeszłości, by grupa działów przez 2-3 miesiące była w stanie tak „podbić” tempo wzrostu.

      Reakcja rynku finansowego na styczniowe dane makroekonomiczne lekko mnie zaskoczyła. Przypomnę, że w lutym stopa referencyjna NBP zgodnie z oczekiwania większości analityków została obniżona z 4,50% do 4,25%. Decyzja została podjęta w ostatnim dniu stycznia, więc zaczęła obowiązywać w lutym.

      W lutym dość wyraźnie rynek zareagował na nowe dane makroekonomiczne. W II dekadzie miesiąca, na rynku stopy zaczęły powoli się obniżać, by po serii podstawowych danych publikowanych w ciągu kilku dni gwałtownie przyspieszyć spadki w końcówce tejże dekady. W efekcie od końca stycznia do 20 lutego stopy od 3M do 12M spadły od 0,2% do 0,3%. Jeszcze większy był spadek rentowności obligacji. Tutaj byliśmy świadkami spadków od 0,3% do 0,5% dla terminów od 2 do 10 lat. Nieczęsto się zdarza spadek całej krzywej rentowności w takiej skali. W ciągu miesiąca rynek przeszedł od ostrożnego podejścia do lekkiego optymizmu. Oczekiwanie trochę przekraczały skalę obniżki stóp jakiej dokonała RPP na koniec lutego (z 4,25% na 4,0%).

      Moim zdaniem styczniowe informacje podkreślają, że wciąż mamy do czynienia z sytuacją którą można określić schematem: wzrost gospodarczy przy braku presji cenowej. Wskazane przez mnie niektóre dane nakazują jednak pewną ostrożność. Na rynku tymczasem pojawiły się symptomy wiary, że taka sytuacja będzie trwać bardzo długo, a nawet będzie się pogłębiała. W dłuższej perspektywie trudno uwierzyć, że ceny będą miały tendencję zmian przeciwną do wzrostu gospodarczego. Zastanawiam się ile w tym wiary opartej na makroekonomicznej analizie, a ile bezwładności zachowań.

      Znaczną poprawę nastrojów dość dobrze widać na przedstawionym wykresie. Tym razem wykorzystałem bieżące stopy 3M (trzy miesiące) i prognozowane stopy 3M, jakich rynek oczekuje za 3, 6 i 9 miesięcy. Stopa 3M i jej prognozy zostały pobrane z krzywych rentowności na 25-tego każdego miesiąca. Przyjąłem, że w połowie III dekady każdego miesiąca rynek „przetrawił” już wszystkie istotne makroekonomiczne informacje i wyrobił sobie pogląd na najbliższą przyszłość.

      W ostatnich dniach lutego prognozowane stopy 3M układały się na poziomie 3,90%. Oznacza to, że rynek rozważa kolejną obniżkę stóp która mogłaby być dokonana w okresie wiosennym. Poziom prognozowanych stóp wskazuje, że wśród dealerów brak jednak jednomyślności.

      Na rynku walutowym było równie spokojnie jak w styczniu. Złoty w ujęciu koszyka walutowego stracił powody do dalszego wzmacniania w ostatnich miesiącach, więc proces ten uległ znacznemu zwolnieniu. Można odnieść wrażenie, że rynek walutowy czeka na jakiś nowy bodziec, który pozwoli mu przynajmniej przejściowo się osłabić. Mogłoby to być zamieszanie w krajowej polityce lub spadek na giełdzie, na której znacznie już przesadzono z dyskontowaniem wzrostu gospodarczego.

      Marek Żeliński, marzec 2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2006 22:01
    • Wyniki gosp. I 2006 cz1

      W styczniu ceny wzrosły o 0,2% w porównaniu z grudniem 2005 r. To niewiele jak na tą porę roku. Średni wzrost w styczniu za lata 2001-2005 wynosi ok. 0,5%. Chciałem posłużyć się średnią z całej dekady, ale w styczniu 2000 roku miesięczny wskaźnik był wyjątkowo wysoki (1,8%). Był to okres kiedy po mocnym spadku inflacji w pierwszych kwartałach 1999 r. (głównie z powodu drastycznego spadku cen żywności), sytuacja zaczęła się radykalnie odwracać pod koniec roku. Na tyle dynamicznie, że w sierpniu 2000 r. roczny wskaźnik inflacji sięgnął niemal 12%.

      Żywność i napoje bezalkoholowe wzrosły o 0,4%. Nie jest to wzrost zbyt duży, ale większy niż wskaźnik miesięczny sprzed roku (-0,2%). W efekcie roczna dynamika tej grupy towarów zwolniła tempo obniżania, z -1,3% w grudniu do -0,8% w styczniu. Moim zdaniem mamy do czynienia właśnie ze zwalnianiem tempa spadku cen żywności. Jest to o tyle istotne, że  żywność ma dość silny wpływ na zmiany inflacji, mimo iż jej udział w „koszyku” inflacyjnym stanowi tylko ok. 27%. Silny wpływ cen żywności to pochodna zmian cen na rynkach rolnych i akceptacji cen sprzedaży przez konsumentów. Silny wpływ na żywność mają ceny mięsa. I wcale nie chodzi mi tutaj o popularny w mediach drób, którego ceny rzeczywiście spadają. Większy wpływ na koszyk wywiera wieprzowina, której spożywamy ok. dwa razy więcej. Do problemu wpływu cen mięsa na zmiany cen żywności wrócę w najbliższym czasie.

      Ceny pozostałej grupy towarów i usług z koszyka inflacji, nazwijmy je roboczo „nieżywnościowe”, wzrosły w ujęciu rocznym o ok. 1,3%. Jeszcze rok wcześniej wskaźnik roczny sięgał 3,0%.Wyniki tego wskaźnika z przełomu roku wskazują, że nie co liczyć na dalsze poważniejsze spadki. Na grupę „nieżywnościową” silny wpływ mają ceny użytkowania mieszkania. Obejmują one czynsz i czynniki energii. Dynamika roczna cen tej grupy zaczyna powoli przybierać na sile od kilku miesięcy. Koszty użytkowania mieszkania stanowią od trzech lat ok. 21% koszyka inflacji ogółem, a w koszyku „nieżywnościowym” odpowiadają za 30% naszych wydatków.

      Generalnie styczniową inflację należy ocenić jako niską. Przedstawione podstawowe trendy nie mają na celu zatrzeć tego wrażenia, a jedynie zwrócić uwagę że scenariusz dalszego spadku rocznej inflacji jest mało prawdopodobny.  Roczny wskaźnik inflacji za luty powinien zawierać się w przedziale 0,8%-1,0%.

      Miesięczny wskaźnik cen produkcji sprzedanej wyniósł 0,4%. Wprawdzie jak na styczeń jest to wartość dość przeciętna, ale wpłynęła wyraźnie na roczną dynamikę. Wskaźnik roczny cen produkcji sprzedanej zaczyna powoli rosnąć. Z 0,2% w grudniu do 0,5% w styczniu. Najprawdopodobniej w lutym roczny wskaźnik przekroczy 1,0%, ze względu na niską wartość wskaźnika miesięcznego z lutego 2005 r. Ten nie będzie już brany pod uwagę.

      Wyniki ze stycznia pozwalają potwierdzić odwracanie tendencji spadkowej we wskaźnikach cenowych działów gospodarki, które są brane pod uwagę do wyliczenia. Wśród wielu powodów warto zwrócić uwagę na zmiany kursów walutowych, a dokładniej EUR. O ile w latach 2003 i 2004 zmiany na rynku walutowym przyczyniły się do wzrostu cen, to od połowy 2004 r. dynamiczny proces wzmacniania złotego spowodował wyhamowanie tendencji wzrostu cen w przemyśle. W ostatnich miesiącach ubiegłego roku, proces wzmocnienia złotego znacznie zwolnił swoje tempo. W ujęciu koszyka walutowego, na przełomie roku złoty wzmacniał się już tylko w tempie od 1% do 3% rocznie.

      Ceny usług budowlano-montażowych czwarty miesiąc z rzędu wzrosły miesięcznie tylko o 0,1%, utrzymując roczny wskaźnik cen również na poziomie stałym od kilku miesięcy czyli 2,3%.

      Produkcja sprzedana wzrosła o 9,5% w ujęciu rocznym. To tempo niemal identyczne jak miesiąc wcześniej. W poprzednim opracowaniu zwracałem uwagę, że prawdopodobnie mamy do czynienia ze zwalnianiem dynamiki wzrostu. Wyniki stycznia mogą to potwierdzać, ale przypominam że nie miałem na myśli spadku dynamiki wzrostowej do zera. Generalnie dane styczniowe potwierdzają, że gospodarka znajduje się w trendzie wzrostowym i kto wie, może taką dynamikę utrzymamy przez większość roku. Byłoby to bardzo dobre osiągnięcie.

                  Wyniki produkcji budowlano-montażowej w pierwszej chwili mogą budzić poważne rozczarowanie. Produkcja budowlana spadła w porównaniu z grudniem aż o ponad 70%. Nie ma się jednak czego obawiać, gdyż jest to charakterystyczny w tym okresie sezonowy spadek produkcji. W ostatnich kilku latach realne spadki w porównaniu z grudniem bywały o kilka procent mniejsze.  Należy jednak podkreślić, że dywagacje „mały” czy „duży” miesięczny spadek w przypadku budownictwa nie sensu w okresie zimowym. To dlatego, że budownictwo jest silnie uzależnione w tym okresie od pogody. Miniony styczeń na tle ostatnich kilkunastu lat był wyjątkowo mroźny.

      W ujęciu realnym rocznym produkcja budowlana spadła w styczniu o blisko 8%. Ponieważ wyjątkowo niskie temperatury utrzymywały się również w lutym, więc z dużym prawdopodobieństwem możemy oczekiwać znacznego spadku w kolejnym miesiącu. Podobne sytuacje miały już miejsce w przeszłości. W ostatnich kilkunastu latach z bodaj najbardziej drastycznym przypadkiem mieliśmy do czynienia na początku 1996 r. Pod koniec 1995 r. średni realny wzrost produkcji budowlano-montażowej sięgał 20%, by nagle w dwóch pierwszych miesiącach 1996 r. osiągać rezultaty rzędu -15%.

      W takich przypadkach należy pamiętać by zachować znaczną ostrożność przy określaniu trendu. W przypadku stycznia bieżącego roku, proponuję w zasadzie go pominąć. Ponieważ luty zapowiada się na również dość mroźny miesiąc, więc dopiero wyniki marca i kwietnia pozwolą określić trend rozwoju i zaryzykować postawienie pierwszych poważniejszych na 2006 r.

      W wynikach podaży pieniądza za styczeń zwraca uwagę przede wszystkim wzrost kredytów dla podmiotów gospodarczych. W styczniu kredyty dla przedsiębiorstw wzrosły o 1,2% w porównaniu z grudniem. W ujęciu realnej dynamiki rocznej przekłada się to na wzrost niemal 3%. Pozornie to wielkość mała, ale potwierdzająca zarysowane na koniec 2005 r. tendencje. Dla pewności wolałbym poczekać na wyniki jeszcze dwóch miesięcy, ale rezultaty stycznia potwierdzają moją sugestię przedstawioną przy okazji omawianiu wyników z grudnia, czyli wzrost akcji kredytowej banków.

                  Z drugiej strony mamy wyraźny spadek zainteresowania oszczędzaniem przez gospodarstwa domowe. W II połowie ubiegłego roku nasze oszczędności przyrastały w tempie 5% w ujęciu realnej dynamiki rocznej. W styczniu przyrost osłabł do niemal 2%. Czyżby miałby to być pierwszy drobny sygnał, że tracimy ochotę do oszczędzania i to w sytuacji kiedy od kilku miesięcy wzrastają realne płace ? Na potwierdzenie tego proponowałbym jeszcze poczekać. Ponadto należy pamiętać, że w ostatnich latach przyrost wolnych środków w znacznej części kierowany jest na alternatywne formy oszczędzania jak akcje czy fundusze inwestycyjne. Coraz więcej pieniędzy wydajemy również na ubezpieczenia. Zmiennym powodzeniem cieszą się obligacje dla osób fizycznych. A szkoda, bo w porównaniu z depozytami bankowymi są korzystniejsze. Odnoszę wrażenie, że Polacy wciąż nie doceniają obligacji Skarbu Państwa, które można nabyć w placówkach PKO BP czyli wszędzie.

      Niemniej jednak lokaty bankowe gromadzą ponad 60% oszczędności gospodarstw domowych. Spadek ich udziału w strukturze oszczędności nakazuje zachowanie znacznej ostrożności przy wyciąganiu zbyt daleko idących wniosków ze zmian w oszczędzaniu. Jeszcze w latach 90-tych wobec dominacji oszczędzania w bankach, zmiany w tej kategorii można było traktować jako barometr skłonności do oszczędzania.

      Na szczęście mniejsze zainteresowanie oszczędzaniem przez gospodarstwa domowe został zrekompensowany przez przedsiębiorstwa. W efekcie roczna realna dynamika przyrostu depozytów utrzymała się na poziomie ok. 10%.

      Marek Żeliński, marzec 2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2006 21:57
  • wtorek, 14 marca 2006
    • Ocena Raportu Otwarcia przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha cz4

      W ocenie kontroli działalności firm, cała diagnozę ograniczono do podania liczby organów kontrolujących. To efekt zarówno wydzielania się służb kontrolujących jak i powstawanie nowych. Autorzy ani słowem nie wspominają o powodach tego zjawiska, ani po co są kontrole. Pomagają konsumentom dóbr i usług oraz podmiotom gospodarczym. To jak historia z sokami. Po liberalizacji rynku mieliśmy do czynienia z sokami i barwionymi napojami z dodatkami smakowymi o takiej samej nazwie. Konsument kupował ten drugi, bo to było to samo (tzn. uwierzył deklaracji na etykiecie), ale taniej. Konsument został oszukany, a pierwszy przedsiębiorca zaczął się zastanawiać czy warto inwestować w jakość i czy poważnie traktować konsumenta. Nietrudno znaleźć w prasie codziennej i branżowej skargi przedsiębiorców rozczarowanych słabą skutecznością służb państwowych w walce z nieuczciwą konkurencją. To są piekarze, transportowcy, producenci serów i cała rzesza innych.

      Przy okazji omówienia pomocy publicznej autorzy podali, że skokowo wzrosła w latach 2002 i 2003, no i że jest kierowana do niewielkiej grupy podmiotów. Czytelnik musi albo uwierzyć, albo poszukać tych informacji w źródłach, z których korzystali autorzy. Proponuje sprawdzić. Spiętrzenie pomocy publicznej w tym okresie to rezultat co najmniej kilku przyczyn. Wskażę niektóre. To efekt przygotowań do prywatyzacji hutnictwa i realizowania kolejnego etapu przekształceń w górnictwie. Jest tu jeszcze problem sektora stoczniowego. Grupa największych podmiotów zaczęła przeżywać poważne problemy finansowe i państwo zaangażowało się w proces ich ratowania przed całkowitym upadkiem. Problemy stoczni to obok ewentualnych własnych błędów, splot kilku innych czynników jak spadek koniunktury, konkurencja stoczni azjatyckich i niekorzystna zamiana kursu dolara. Przy kruchym finansowaniu stoczni, efekt musiał był tragiczny. Nie wiem czy autorzy to sprawdzali czy ograniczyli się jedynie do pobieżnej lektury artykułów z gazet, które wskazali jako źródło. Nie zamierzam usprawiedliwiać tzw. decydentów i ich nadmiernej hojności, ale dyskusja o finansowej pomocy państwa to nie jest problem dać czy nie w przypadku Polski, ale ilu podmiotom i na jakich zasadach. Ja uważam, że warto było dać szansę niektórym stoczniom czy zakładom lotniczym (tam tez kierowano pomoc).

      Porównanie pomocy publicznej z wpływami z prywatyzacji jest chyba tylko zabiegiem socjotechnicznym, bo jak wskazałem, obydwoma procesami kierowały zupełnie inne czynniki w ostatnich kilku latach. Podobnie z porównaniem poziomu wsparcia w UE-15. U dołu strony 26 autorzy cytują fragment artykułu, gdzie ujęto pomoc publiczną w relacji do PKB. Ale jakże wysoki jest PKB w UE-15. Ponadto UE restrukturyzowała dawne państwowe molochy od dawna, hojnie je dotując czy ograniczając konkurencyjny import dóbr i usług. Miałem okazję porównywać tempo redukcji sektora wydobywczego Polski z grupą krajów z UE-15. W większości przypadków proces ograniczania wydobycia, redukcji zatrudnienia oraz poprawy wydajności w skali takiej jak nasza, trwał co najmniej dwa razy dłużej. Mówiąc inaczej, my to robimy niemal w biegu i przy znacznie mniejszym wsparciu państwa. Autorzy niestety nie wskazali, jaką kwotą państwo miało wspierać te sektory i czy w ogóle miało wspierać.

      Zmierzając powoli do końca, chciałbym skruszyć jeden z większych mitów bieżącej dekady, a który kilkakrotnie przewija się również w Raporcie. Mam na myśli koszty pracy. Autorzy zdają się sugerować, że tylko przez upór polityków pozycja ta jest tak duża. Kilka zgrabnych porównań w Raporcie (np. że dochody z pracy, stanowią aż 41% dochodów sektora publicznego w 2005 r.) oraz drażnienie czytelnika marnowanymi miliardami złotych miało to potwierdzić. Może właśnie tutaj porównanie kosztów pracy z krajami UE byłoby bardziej pomocne i wskazało nam ile mamy do nadrobienia. Tylko, że wynik nie byłby taki porażający. Postaram się opisać ten problem przykładem. Wyobraźmy sobie mały podmiot produkcyjno-handlowy, który zatrudnia cztery osoby i łączne koszty pracy stanowią 40% kosztów ogółem. Przyjmijmy również, że na 1 złotego płacy netto przypada prawie 0,9 złotego obciążeń. No i dokonajmy cięć kosztów. Tylko o ile? Takich propozycji nie potrafię znaleźć ani w raporcie ani w mediach. Idźmy więc śladem wskazanym przez autorów na stronie 20 raportu (finanse publiczne). Jeżeli trend spadkowy dochodów był dobry to pociągnijmy go dalej. W 2004 r. zeszlibyśmy na poziom ok. 34%. Tymczasem w 2004 r. było to ok. 40%. Po przeliczeniu przez nominał PKB w 2004 r. wynika, że finanse publiczne miały obrócić kwotą ok. 55 mld złotych mniejszą od rzeczywistej (spadek o ok. 15%).

      Przyjmuję więc obniżenie obciążeń wynagrodzeń o 15%. Po przeliczeniach okazuje się, że łączne koszty płac spadłyby o ok. 7%, a koszty ogółem prawie o 3%. To jeszcze należy rozłożyć na trzy lata, gdyż przyjąłem załamanie trendu w 2001 r. Jak więc widać z przykładu nie to jest powodem zatrzymania rozwoju przedsiębiorczość, a przeniesienie tak wyliczonych korzyści na zatrudnienie w gospodarce daje również marginalny efekt.

      Jest jeszcze druga strona takiej obniżki. Co obniżamy po stronie wydatków? Na potrzeby przykładu posłużę się ochroną zdrowia i przyjmuję, że wszystkie pozycje wydatków obniżamy proporcjonalnie. W bieżącym roku z naszych składek zebrano ok. 60 mld złotych na świadczenie usług zdrowotnych i dopłat do leków. Spadek o 15% oznacza ubytek prawie 9 mld złotych. To odpowiada 1,5 krotności kwoty przeznaczonej na refundację leków. Nawet gdyby radykalnie obniżyć koszty dystrybucji tych środków (cięcia administracji), to i tak musimy w końcu zacząć lepiej opłacać pracowników służby zdrowia.

      W raporcie autorzy poruszyli problem obciążeń wynagrodzeń i służby zdrowia, ale tak żeby czytelnika utwierdzić w jego oczekiwaniach. Z jednej strony niedobre państwo zabiera zbyt dużo pieniędzy, a z drugiej nie chce spełnić oczekiwań związanych z ochroną zdrowia. A problem pozostaje i rezygnacja ze składek oraz całkowita prywatyzacja opieki medycznej nie rozwiążą problemu dysproporcji pomiędzy oczekiwanym poziomem opieki zdrowotnej a możliwością jego zaspokojenia. W rzeczywistości pozostaje tu tylko metoda drobnych kroków.

      Być może można nawet ograniczyć składki emerytalne albo w ogóle je zlikwidować i pozostawić decyzję o oszczędzaniu obywatelom. Nie zauważyłem jednak by ktoś miał odwagę to zaproponować, czy tez by ktoś sugerował, że emerytury w Polsce będą zbyt duże. Tymczasem słyszymy apele o dodatkowe oszczędzanie i przesuwanie wieku przejścia na emeryturę. Nikt również nie pokusił się o prognozę, co pracodawcy zrobią z tak uwolnionymi środkami.

       

      W mojej opinii Raport jest raczej rezultatem osobistego spojrzenia jego autorów i dość popularną w Polsce krytyką dla krytyki, a nie diagnozą. W mojej opinii diagnoza, to w miarę równomierne rozłożenie akcentów w tematach, których autorzy się podjęli. Dopiero to pozwoliłoby nam określić skalę sukcesów i porażek oraz wskazało rzeczywisty dystans do nadrobienia w każdym z wymienionych tematów. Mam okazję wykorzystywać w codziennej pracy większość danych i informacji zaprezentowanych przez autorów, stąd moje zdziwienie sposobem ich użycia i wyciąganymi wnioskami. A daleki jestem od propagandy sukcesu i obrony poszczególnych ekip rządzących. Nawet na 35 stronach można było zawrzeć rzetelniejszy opis stanu gospodarki. Autorzy w niektórych miejscach dokonywali powtórzeń lub umieszczali dość przypadkowe wskaźniki czy ilustracje.

      Autorzy w rzeczywistości ulegli postawie schlebiania Polakom, osiągając chyba efekt przeciwny do zamierzonego. Po lekturze raportu Polacy mogą się utwierdzić w przekonaniu, że mają prawo oczekiwać konsumpcji na poziomie krajów UE-15. Państwo jest winne słabej chęci kształcenia i szukania nowych kwalifikacji, zabiera nam pieniądze, utrudnia nam zdobywanie dóbr konsumpcyjnych (i nie ma znaczenia czy nas na nie stać), uniemożliwia leżenie w szpitalu, powinno nam dać komputer i zafundować bilet lotniczy, no i jest winne temu, że wciąż nie mamy nowego mieszkania. Przedsiębiorcy do urzędników mogą skierować pytanie gdzie jest rynek z pierwszych lat 90-tych, kiedy sprzedawało się niemal wszystko ze znaczną marżą, a teraz trzeba stale monitorować oczekiwania klientów i szukać nowych możliwości rozwoju.

      Zabrakło mi informacji, że elastyczność gospodarki rynkowej zależy również od zdolności adaptacji obywateli i przedsiębiorców do stale zmieniających się warunków rynkowych. Szkoda, że przy okazji omawiania finansów publicznych czy utrudnień związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, autorzy nie zwrócili uwagi na roszczeniową postawę niektórych grup społecznych czy zawodowych (czasami słuszną) oraz narzekań organizacji branżowych, które oczekują „systemowego” (bardzo często pada to określenie) podejścia do ich problemów. Po czym po dokładniejszej lekturze okazuje się, że w wielu przypadkach chodzi o zestaw ulg i propozycje dodatkowych zapisów w kilka ustawach, no i jakąś preferencyjną linia kredytową (redystrybucja!). Wcale do rzadkości nie należą propozycje ograniczeń utrudniających rozpoczęcie działalności gospodarczej w takiej czy innej branży, które mają stanowić barierę przed nieuczciwa konkurencją. I wcale nie mam na myśli organizacji reprezentujących przedsiębiorstwa należące do Skarbu Państwa.

      Zabrakło mi rzetelnej informacji o wzroście gospodarczym w ostatnich dwóch latach i chociaż wzmianki o znacznym sukcesie, jakim był wzrost eksportu i redukcja deficytu obrotów bieżących. To jeden z grupy podstawowych mierników konkurencyjności gospodarki. Należało również zwrócić uwagę, że wzrost eksportu odbył się przy relatywnie - jak na polskie warunki - silnym złotym. To przecież sukces krajowych przedsiębiorców. Radykalnie spadły stopy procentowe, co obniżyło koszt kapitału. Stale wzrasta rynek leasingu i faktoringu. Właśnie w bieżącej dekadzie przełamano monopol w kolejnych kilku sektorach, jak telekomunikacja (telefonia przewodowa), rynek kolejowych przewozów towarowych czy pasażerskiego transportu lotniczego.

      I rzecz chyba najważniejsza. W Polsce od dłuższego czasu spada bezrobocie. Brak tej informacji w Raporcie mnie nie zdziwił, chociaż można tego było oczekiwać od dawna. Już w latach 2001-2002 dynamika zmiany liczby bezrobotnych przyjęła na tyle trwały trend, że wiadomo było, iż od przełomu lat 2003/2004 liczba bezrobotnych zacznie spadać. Przez dwa ostatnie lata wskaźnik bezrobocia spadł o prawie 3%.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2006 23:30
    • Ocena Raportu Otwarcia przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha cz3

      Analizę Państwa słusznie rozpoczęto od finansów publicznych. Niemniej jeden z najciekawszych tematów raportu  został sprowadzony do grupy przypadkowych liczb.

      W przypadku sektora finansów publicznych należało dokonać podziału na część budżetu państwa i pozostałą. W przypadku części „państwowej” spadek w porównaniu z początkiem ubiegłej dekady jest ogromny. Ok. 10 lat temu wydatki budżetu państwa przekraczały 30% PKB, a obecnie (2005 r.) raczej nie przekroczą 23%. To oznacza ogromną jakościowa zmianę w redystrybucji pieniędzy podatników, jaka się odbyła po 1990 roku. Ten proces (wg wskazanych kanałów dystrybucji) zakończył się na przełomie dekad. Żeby tego nie pokazać, autorzy dyskretnie to pominęli. A można było, bo tematów do krytyki i tak nie brakuje.

      Spostrzeżenie autorów dotyczące spadku wydatków (w relacji do PKB) na przełomie dekad i odwrócenie tego procesu świadczy, że autorzy postanowili przemilczeć jego podstawowe przyczyny. Proszę spojrzeć na budżet państwa z tamtych lat. Rozpoczęto reformę finansów bez oglądania się na skutki. Co gorsza na proces ten nałożył się poważny spadek koniunktury gospodarczej w kraju. Rezultaty były opłakane.

      Patrząc na przemiany w naszym kraju musimy sobie uświadomić przykrą prawdę. W przeliczeniu na obywatela jesteśmy krajem wciąż bardzo skromnym, co autorzy słusznie pokazali. Gdyby tak policzyć konieczne inwestycje (drogi, mosty, trasy kolejowe, lotniska i cały szereg innych), również w przeliczeniu na obywatela, to porównanie wypada jeszcze gorzej. Dodatkowo np. kraje UE-15 miały znacznie więcej czasu na dokonanie zmian, a my je musimy dokonać w tempie nieraz kilkukrotnie szybszym przy ograniczonych środkach, a czasu mamy niewiele. Przykładowo zbliżają się kolejne terminy liberalizowania rynku usług kolejowych. Zgodnie z wymogami UE musimy poprawić stan techniczny głównych szlaków kolejowych. Ponadto we własny interesie musimy poprawić jakość transportu kolejowego. Zrzucanie winy na podmioty z grupy PKP, które mają hamować przemiany, to tylko część prawdy. Proszę porównać wsparcie finansowe kolei w relacji do PKB w Polsce i w krajach UE-15. W dużym uproszeniu należałoby znaleźć kwotę rzędu 1 mld złotych ponad to, co już dajemy. Tego typu problemy wymuszają konieczność utrzymania znacznej redystrybucji. Zresztą proponuje nie narzekać. Autorzy chyba świadomie nie pokazali problematyki redystrybucji na tle pozostałych państw europejskich. Po prostu linie wykresu dla Polski i większości pozostałych krajów europejskich mogłyby się niemal pokrywać. Wlejmy też tez trochę nadziei. Udało się wstępnie opanować problem rent i rosnących z tego tytułu wydatków. Prace nad listą leków refundowanych i skalą refundacji, doprowadziły do znacznego zwolnienia dynamiki środków budżetowych przeznaczanych na ten cel, ku zaskoczeniu firm farmaceutycznych. To tylko wybrane przykłady.

      Przedstawianie problematyki długu publicznego w ujęciu nominalnym i w porównanie do wydatków budżetowych to tylko żonglerka danymi dla wystraszenia czytelników. Proponuję ujęcie jak w przypadku finansów publicznych, czyli w relacji do PKB. Nie zamierzam umniejszać powadze sytuacji i mam świadomość, że stąpamy po cienkiej kładce. Swoją drogą czytelnicy przecieraliby oczy ze zdumienia, gdyby zobaczyli dług publiczny w relacji do PKB w krajach UE-15, szczególnie z lat 90-tych.

      Absolutnie nie zgadzam się, przynajmniej co do skali zarzutu, że w Polsce od dłuższego czasu nie ma klimatu przychylnego przedsiębiorcom. Jest to dość modna teza przedstawiana w ostatnich latach. Powstała w reakcji na  poszukiwanie winnych wysokiego bezrobocia i chyba pozyskania sympatii środowisk przedsiębiorców, którzy wciąż mają w pamięci pierwszy lata ubiegłej dekady.

      W Polsce przed kilku laty skończył się proces ekstensywnego rozwoju rynku. Świetnie to widać po analizie wzrostu liczby podmiotów w gospodarce i w ujęciu sektorowym oraz analizie wielkości i dynamiki sprzedaży szeregu dóbr. I nie dlatego, że ktoś zabronił czy utrudniał Polakom produkować,  sprzedawać i kupować. Pod koniec lat 90-tych przybrał na sile proces konsolidacji w większości sektorów. Proszę spojrzeć na liczbę sklepów. Rosła dynamicznie przez pierwsze kilka lat poprzedniej dekady. Potem silniej dały o sobie znać sieci hiper- i supermarketów, a Polacy nie są w stanie cały czas kupować w takim tempie jak w latach 90-tych. Swoją drogą był to radosny okres konsumpcji i nadrabiania zaległości w poziomie życia. W przypadku aptek czy stacji benzynowych mamy podobną sytuację. Wprawdzie ich liczba jeszcze rośnie, ale w tempie znacznie wolniejszym. Liczna aptek w przeliczeniu na liczbę ludności sięgnęła już poziomów osiąganych w krajach UE-15. Podobnie ze stacjami. Czyżby w opinii autorów winne było państwo. W obydwu przypadkach nowi przedsiębiorcy nadal będą inwestowali w te usługi, ale kosztem wyparcia innych już działających. W przypadku stacji benzynowych na horyzoncie pojawił się już nowy konkurent – stacje budowane przez wielkie sieci handlu detalicznego. Dla aptek również – leki (oczywiście tzw. OTC) można dostać w sklepie spożywczym, w kiosku, przy kasie w supermarkecie, a nawet przez internet. Nie możemy przecież zatrzymać procesu rozwoju sieci dużych księgarni i sprzedaży książek przez internet, żeby powstrzymać spadek liczby małych księgarń czy hurtowni. Możemy tak prześledzić każdą branżę gospodarki. Co ciekawa nawet obniżanie stawek podatków dochodowych nie zatrzymało tego procesu.

      W tym samym czasie rozwijały się nowe typy działalności (np. firmy ochroniarskie, kurierskie), ale rynek nie jest z gumy. Warto spojrzeć na ten proces z punktu widzenia dochodów Polaków i tempa nasycania poszczególnymi dobrami.

      Nie wątpię, że liczba dokumentów i tzw. biurokracja jest uciążliwa dla podmiotów gospodarczych. Z całą pewnością dyskusja o tym, który papierek jest potrzebny a który nie, nigdy się nie skończy. Też jestem po stronie zwolenników uproszczenia, tam gdzie to możliwe. Niemniej nie łudźmy przedsiębiorców sprowadzeniem wszystkiego  do jednego e-maila czy kartki papieru. Każde uproszczenie jest likwidacją złożoności na potrzeby podmiotów gospodarczych. Często śledząc prasę ekonomiczno-poradnikową dla przedsiębiorców trafiam na żale typu „a dlaczego ustawodawca nie przewidział specyfiki mojej działalności, tylko potraktował wszystkich jednakowo, a to tylko dwa paragrafy w ustawie oraz jeden załącznik czy dwa formularze więcej do wypisania”. Obawiam się zresztą, że po radykalnym uproszczeniu, rzeszę usatysfakcjonowanych zastąpiłaby rzesza niezadowolonych, z powodu uproszczeń, likwidacji ulg itd., które powodowały wzrost tzw. biurokracji. Wierzę, że ZUS i Urzędy Skarbowe też będą – chociażby pod naciskiem opinii publicznej – zmniejszały skale tego typu obciążeń. Oczywiście w tej części, która zależy bezpośrednio od nich. Zresztą są na tym polu osiągnięcia w tych instytucjach czy również w „biurokracji” związanej ze współpracą z bankami. Na miejscu autorów zachęcałbym raczej przedsiębiorców do zlecania tego typu usług firmom zewnętrznym. I chyba nie ma sensu ciągnąć tego tematu dalej, bo i sami autorzy sprowadzili go do prostej krytyki. W ostatnich miesiącach zauważyłem w prasie podejmowane próby oceny zjawiska biurokracji, w których podaje się miliony ton, liczbę uchwalanych co roku ustaw czy ich łączny ciężar. Dla mnie jest to raczej przykład bezradności  w ocenie „biurokracji”, niż rzetelna diagnoza z prawidłowym rozłożeniem akcentów. Brak tu też informacji o rozwoju rynku oprogramowania dla przedsiębiorców czy firm zajmujących się „biurokracją” w ich imieniu.

      Na zakończenie autorzy zwrócili uwagę na wzrost wydatków na administrację publiczną w latach 2001-2004. To kategoria szersza niż pracownicy Urzędów Skarbowych czy ZUS i nie wszyscy mają związek z obsługą działalności gospodarczej. Autorzy podali te kwoty chyba tylko dlatego, że były duże. Czytelnik nie otrzymał żadnego komentarza. Wzrost kosztów utrzymania administracji wygląda znacznie skromniej w ujęciu realnym (o ok. 2/3 mniej). Gdyby wziąć pod uwagę wzrost płac realnych w gospodarce w tych latach, czy realny wzrost kosztów przedsiębiorstw,  to zaprezentowane liczby przestają robić jakiekolwiek wrażenie. Na pocieszenie powiem, że liczba urzędników „skarbowych” nie uległa poważniejszej zmianie, przynajmniej w obecnej dekadzie.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2006 23:27
  • niedziela, 12 marca 2006
    • Wyniki gosp. XII 2005 cz3

      Reakcje  rynków finansowych

       

      Patrząc na zmiany stóp procentowych na polskim rynku czy kursów walutowych, można było odnieść wrażenie że styczniowa porcja danych o gospodarce nie zrobiła na obserwatorach większego wrażenia. Złoty już w I połowie stycznia znacznie się wzmocnił, a stopy procentowe powoli się obniżały w zmienny tempie od II połowy grudnia. Dane za grudzień stanowiły w znacznym stopniu potwierdzenie oczekiwań jakie pojawiły na rynku po publikacji danych gospodarczych za listopad. Odżyły więc, i znalazły uzasadnienie,  nadzieje na obniżkę stóp procentowych z III kw ubiegłego roku. Zgodnie z niemal powszechnymi oczekiwania prezentowanymi przed styczniowym spotkaniem Rady Polityki Pieniężnej, Rada obniżyła stopy o 0,25%. W ten sposób tzw. stopa referencyjna osiągnęła najniższy w historii poziom 4,25%.

      Przez cały styczeń kurs EUR wzmocnił się o 3%, a USD o 0,8%. Na koniec stycznia podstawowe dla polskiej wymiany handlowej waluty osiągnęły poziomy odpowiednio: 3,82 i 3,16.

      Na rynku depozytów pod koniec stycznia nastroje nie były już dokładnie te same co we wspomnianym III kw ubiegłego roku. Stawki WIBOR depozytów 1M i 3M były równe i wyniosły 4,40%. W porównaniu do stawek z końca września oznacza to spadek odpowiednio o 0,2% i 0,1%. Stawki depozytów od 6M do 12M osiągnęły poziom niemal identyczny jak 4 miesiące temu, czyli prawie 4,40% każdy z terminów. Inaczej było już na rynku obligacji, szczególnie 5-cio i 10-cio letnich. Na dłuższych terminach widać opór przed powrotem do poziomów wrześniowych. Na koniec stycznia oprocentowanie obligacji 5-cio letnich

      osiągnęło poziom 4,9%, a 10-cio letnich 5,0%. Widać więc, że rynek zachowuje pewną ostrożność w ocenie nowych danych makroekonomicznych.

      Analiza rozkładu prognozowanych stóp 1M na najbliższy rok na podstawie krzywej rentowności wyznaczonej z wartości średnich WIBID i WIBOR na koniec stycznia, wskazuje że rynek bierze pod uwagę obniżkę stóp o maksymalnie 0,25%. Jednak rozkład tak wyliczonych stóp nie wskazuje by rynek wyjątkowo „obstawiał” jakiś termin. 

       

      Marek Żeliński, styczeń 2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 marca 2006 17:59
    • Wyniki gosp. XII 2005 cz2

      Podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji

       Grudniowe wyniki podaży pieniądza utrwaliły tendencje wzrostowe w zaciągania kredytów przez gospodarstwa domowe. Po wzroście w grudniu o 1,3% w porównaniu z listopadem, roczna dynamika realna sięgnęła 25%. Wśród podstawowych czynników kreacji pieniądza to najszybciej rosnąca kategoria i najsilniej przybierająca na sile. Jeszcze w roku 2004 dynamika realna zadłużenia gospodarstw domowych rosła stabilnie w przedziale 10-15%. W roku 2005 zaczęła niemal z miesiąca na miesiąc przybierać na sile.

      Jak można się było spodziewać, w końcu wzrosły realnie kredyty dla przedsiębiorstw. Zmiany dynamiki w ostatnich miesiącach oraz poprawa sytuacji finansowej przedsiębiorstw wskazywały na zatrzymanie procesu spadku zadłużenia i odwrócenie tendencji. Wydaje mi się, że właśnie to jest jednym z najistotniejszych wydarzeń jakie wskazały wyniki podaży pieniądza za grudzień. Roczny realny wzrost w grudniu to zaledwie 1,7%, ale sądzę że potwierdzający powolny realny wzrost zadłużania się przedsiębiorstw z jakim powinniśmy mieć do czynienia w 2006 r.

      Wspomniane dwie grupy kredytobiorców odpowiadają za blisko 90% wartości kredytów, w tym gospodarstwa domowe za 47%. Ta grupa obejmuje również drobniejsze podmioty gospodarcze, gdzie rozróżnienie finansów prywatnych od firmowych bywa dość trudne.
      Ostatecznie kredyty ogółem wzrosły w ciągu roku realnie o 12,4% w ujęciu grudzień do grudnia. Po raz pierwszy również dzięki kredytom dla przedsiębiorstw. Przyznam, że pominąłem tu wyniki listopadowe, ale to dlatego że roczna dynamika kredytów dla przedsiębiorstw była marginalna. Zaledwie 0,3%.

      Dynamika realna roczna depozytów ogółem uległa niewielkiemu spadkowi. W listopadzie wyniosła 11,4%, a w grudniu – 9,9%. Depozyty gospodarstw domowych stanowią w tej grupie 59%, a przedsiębiorstw – 29%. Roczna dynamika depozytów gosp. domowych wyraźnie osłabła, obniżając się z 5,5% w listopadzie do 4,8% w grudniu, a w przypadku przedsiębiorstw było to odpowiednio: 19,3% i 16%.

      W przypadku gosp. domowych można mówić o utrzymaniu stałego trendu na poziomie 5% od połowy 2005 r. Znacznie trudniej ocenić trend w przypadku depozytów przedsiębiorstw i dane grudniowe niewiele nam tu pomagają. Ze względu na znaczną zmienność rocznej dynamiki na przestrzeni ostatnich kilku kwartałów, pominę tu dłuższe rozważania o jej przyczynach. Uważam że dane grudniowe potwierdzają powolny spadek dynamiki wzrostowej depozytów przedsiębiorstw, co wydaje się zresztą dość naturalne biorąc pod uwagę to co działo się od końca 2003 r.

      Przy tej okazji chciałbym zapowiedzieć prezentacje swojego punktu widzenia na kwestie znacznych dysproporcji pomiędzy tempem zmian zadłużenia przedsiębiorstw a ich depozytami i gotówką w obiegu. Kilka kwartałów temu przyrost wolnych środków przedsiębiorstw wraz ze zbyt słabym tempem inwestycji wywołał spore kontrowersje wśród niektórych ekonomistów. Wydaje mi się, że zupełnie niepotrzebnie. Wymaga to jednak szerszego opracowania, które wykracza poza ramy miesięcznej opinii o gospodarce. Postaram się ten temat poruszyć w najbliższych miesiącach, dlatego że posuwano się do bardzo uproszczonych wyjaśnień.

      Podsumowując grudniowe wyniki kreacji pieniądza, zwrócić należy uwagę na wzmagająca się skłonność Polaków do zadłużania i potwierdzenie czekającego nas dalszego wzrostu popytu na kredyty ze strony przedsiębiorstw.

      Na zakończenie zwrócę jeszcze uwagę na kreację pieniądza w podstawowym układzie, jako suma aktywów zagranicznych, kredytów i zadłużenia netto instytucji rządowych. W grudniu 2005 r. wartość ta wzrosła realnie o blisko 11% w porównaniu z grudniem 2004 r. Przez większość 2004 r. dynamika ta była bliska 0%, by zacząć realnie wzrastać od początku 2005 r. Najsilniej tempo kreacji wzrastało w I połowie roku, by znowu przyspieszyć w końcówce roku.  Wskazane dane potwierdzają, że w bieżącym roku zarówno Rada Polityki Pieniężnej  jak i analitycy będą musieli baczniej przyglądać się wynikom podaży pieniądza, gdyż mogą się tu pojawić pewne napięcia. Wątpię byśmy mogli oczekiwać powtórki z II poł. lat 90-tych, ale warto dla zasady zrobić powtórkę materiału i prześledzić to co się działo w latach 1995-2001. To były czasy kiedy na miesięczne raporty o podaży pieniądza oczekiwano niemal z takim samym napięciem jak obecnie na raporty o inflacji czy produkcji sprzedanej.

       

       Bilans płatniczy (wg NBP)

       Ze względu na termin publikowania wyników bilansu płatniczego omówione zostaną wyniki bilansu za listopad 2005 r. NBP  w połowie każdego miesiąca NBP publikuje dane niemal sprzed dwóch miesięcy, tzn. w styczniu poznaliśmy wstępne dane za listopad.

      Eksport w listopadzie sięgnął 6,6 mld EUR a import – 6,9 mld EUR. Eksport w listopadzie wzrósł w porównaniu z wynikiem z roku wcześniejszego o ponad 17%, a import o 18,5%. Należy zwrócić uwagę na dwa trendy potwierdzone wynikami z listopada. Pierwszy to przyspieszenie eksportu w ujęciu EUR, co trwa kolejny miesiąc z rzędu. Drugi – przyspieszanie dynamiki importu.

      Utrwalona wynikami listopada poprawa dynamiki eksportu w II połowie roku oznacza, że krajowi producenci nadal dobrze sobie radzą na rynkach zagranicznych i ich dobra passa jeszcze się nie skończyła. Dodatkowo sprzyja nam koniunktura na zagranicznych rynkach. Wyniki importu wskazują natomiast, że w miarę utrwalania się wzrostu gospodarczego w Polsce, gospodarka i gospodarstwa domowe zaczynają silniej „zasysać” dobra importowe. Oczywiście do przyspieszania dynamiki importu przyczynia się od dłuższego czasu mocny złoty. Mówiąc inaczej dobra zagraniczne w ciągu ostatnich kilku miesięcy stały się tańsze w porównaniu z I połową 2004 r.

      Deficyt handlowy w listopadzie wyniósł 335 mln EUR, natomiast deficyt obrotów bieżących sięgnął aż 654 mln. Dla dokładniejszej oceny dwóch ostatnich wartości tradycyjnie warto je przyrównać do rocznego PKB. Roczne wartości deficytów uzyskuję poprzez dodanie do rezultatów listopada wyniki jedenastu wcześniejszych miesięcy. Deficyt handlowy utrzymał wartość 1% PKB, a więc przestał się już zmniejszać. Deficyt obrotów bieżących wzrósł natomiast z 1,5% w październiku do 1,6% w listopadzie. Bez względu na ewentualne korekty danych przez NBP jesteśmy świadkami zatrzymania trendu spadku deficytów.

      Zatrzymania się korzystnych trendów, tzn. zmniejszania się deficytów w ujęciu do PKB, nie należy się obawiać czy traktować jako szczególne nieszczęście. Mało kto kilkanaście miesięcy temu prognozował utrzymanie się tak korzystnych trendów w wymianie handlowej. W związku z tym z makroekonomicznego punktu widzenia gospodarka ma pewien „zapas”.

      Marek Żeliński, styczeń 2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 marca 2006 17:41
  • środa, 08 marca 2006
    • Wyniki gosp. XII 2005 cz1

      Wskaźniki cenowe

       Drugi miesiąc z rzędu miesięczny wskaźnik inflacji zanotował niski poziom. Inflacja w relacji grudzień/listopad spadła o 0,2%. Z taką sytuacją mamy do czynienia po raz pierwszy. O tej porze roku wskaźniki osiągały średnią wielkość 0,2%. Jedynie w listopadzie 2002 r. miesięczny wskaźnik wyniósł -0,1%. Ujemne wskaźniki przez dwa miesiące z rzędu musiały zaowocować znacznym spadkiem inflacji rocznej. W grudniu inflacja roczna spadła do 0,8%. Biorąc pod uwagę miesiące od lipca do października, kiedy to wskaźniki miesięczne były na poziomie wartości przeciętnych dla danego miesiąca lub nawet wyższych, taka informacja spowodowała powrót nadziei na rynku finansowym na obniżkę stóp procentowych przez RPP.

      Głównym sprawcą spadku były artykuły z grupy „żywność i napoje bezalkoholowe”. Ceny tej grupy towarów nie zmieniły się w porównaniu do listopada. Tymczasem niemal każdego grudnia w bieżącej dekadzie ceny żywności niemal zawsze rosły o 0,5%. Ostatecznie więc roczna dynamika cen żywności wyniosła -1,3%.

      Kolejny wskaźnik cenowy oczekiwany przez analityków to wskaźnik cen produkcji przemysłowej (PPI skrót ang.), którą można w uproszczeniu nazwać „inflacją” w przemyśle. Jest to ważony wskaźnik cen sprzedaży działów gospodarki od 10 wg PKD po 40 i 41, czyli od górnictwa po energetykę i sektor wodno-kanalizacyjny.

      Wskaźnik roczny  PPI wzrósł z -0,4% w listopadzie do 0,5 w grudniu. Stało się to głównie za sprawą zastąpienia wskaźnika miesięcznego z grudnia 2004 r. (-1,3%), nowym w wyliczeniu PPI rocznego. Potwierdza to trend wzrostu rocznego wskaźnika PPI. Warto się temu bacznie przyglądać w najbliższym czasie, mimo iż wciąż wskaźnik roczny jest na niskim poziomie.

      Warto przy tej okazji wspomnieć o wskaźniku cenowym w budownictwie. Produkcja budowlano-montażowa i zmiany jej cen to historia znacznie inna od wcześniej omawianych wskaźników. Wspominam o budownictwie dlatego, iż można je częściowo traktować jako miernik – choć niedoskonały - nakładów inwestycyjnych w gospodarce. Jak by nie było, stanowi ok. 1/3 nakładów inwestycyjnych w Polsce.

      Dość dobra koniunktura w budownictwie nie pozwoliła cenom na zatrzymanie czy spadek. W grudniu ceny robót budowlano-montażowych wzrosły o 0,1%, czyli tak jak w listopadzie i październiku. Ponieważ jest to czwarty miesiąc z rzędu, kiedy wskaźniki miesięczne są takie same jak w 2004 r., to roczny wskaźnik cenowy utrzymuje się na poziomie 2,3%. W jakimś stopniu przyczyniła się do tego temperatura. Późną jesienią i na początku zimy średnie temperatury miesięczne przekraczały nieco wartości z lat wcześniejszych. To pozwalało prowadzić prace budowlane w większym zakresie niż planowano.

      W sumie dwa pierwsze wskaźniki cenowe są na niskich poziomach, a inflacja na niższym niż wcześniej oczekiwano. Wyniki grudniowe potwierdzają założenie, że w najbliższych miesiącach nie należy oczekiwać poważniejszych napięć cenowych w gospodarce.

       

      Produkcja sprzedana przemysłu i produkcja budowlano-montażowa

       Dynamika realna produkcji sprzedanej przemysłu, obok wskaźników cenowych, to kolejna najważniejsza informacja ekonomiczna publikowana co miesiąc.

      O rezultatach grudnia śmiało można powiedzieć, że są dobre. W ujęciu rok do roku produkcja wzrosła o 9,2%. Oznacza to nieprzerwany wzrost dynamiki sprzedaży od II kw. Patrząc na wykres dynamiki sprzedaży samoczynnie nasuwa się wniosek, że mamy do czynienia z kolejnym cyklem w produkcji sprzedanej i to dobrze się rozwijającym. Przyjmując jako miarę długości cyklu czas jaki upływa od osiągnięcia wartości najniższych, to można powiedzieć że cykl w naszych warunkach trwa ok. 3 lata. Jeżeli tak, to za nami jest ok. 20% cyklu, a przed nami ...? W rzeczywistości nie jest to takie proste, szczególnie obecnie. Wskazany początek cyklu to w rzeczywistości efekt statystyczny. Na przełomie I i II kwartału dynamika realna produkcji sięgnęła nawet wartości ujemnych, ale dlatego że okres ten odnosił się do ostatnich miesięcy przed wejściem do UE, kiedy to produkcja biła rekordy. Żeby uniknąć, a dokładniej zmniejszyć wpływ tego typu problemów statystycznych, odnoszę produkcję również do okresów sprzed dwóch i trzech lat. Takie ujęcie problemu pozwala powiedzieć, że wynik grudniowy oznacza kontynuację wysokiej dynamiki produkcji przez cały 2005 rok. A przede wszystkim oznacza, że jest/był to trend dość stabilny. Niestety o ile można dzięki temu ominąć część wad wskazań rocznej dynamiki, to odniesienie do dwóch, trzech lat wcześniej nie pozwala wskazać precyzyjnie kierunku zmian na najbliższe miesiące.

      Postaram się w najbliższych miesiącach szerzej opisać zjawisko cyklu w realnej dynamice produkcji przemysłowej. W minionym 10-leciu byliśmy świadkami trzech takich cykli.

      A wracając do grudnia 2005 r., pomińmy  dociekania jaka to jest część cyklu i pamiętajmy że ten miesiąc odnosił się już do fazy „po” silnych wzrostach gospodarki spowodowanych momentem wejścia do UE. Tak więc korzystne wyniki grudniowe potwierdzają, że gospodarka jest w trendzie wzrostowym, chociaż przy wykorzystaniu wskazanego warsztatu statystycznego daje się dostrzec symptomy zwalniania tempa dynamiki produkcji sprzedanej przemysłu. Czy to źle? Absolutnie nie. Powiedziałbym nawet, że byłby to niezdrowy symptom gdyby produkcja stale rosła w tak dużym tempie. Zarówno nasze portfele jak i chłonność rynków zagranicznych mają swoje granice.

      Produkcja budowlano-montażowa w ujęciu rocznym wzrosła w grudniu o 8,3%. Pamiętając o wahaniach dynamiki w budownictwie spowodowanych warunkami meteorologicznymi, można powiedzieć że w końcówce roku roczna dynamika ustabilizowała się na tym mniej więcej poziomie. To również dobry wynik. Wskazania dynamiki dwu i trzyletniej pozwalają prognozować, że takie tempo może być utrzymane w najbliższych miesiącach.

      Marek Żeliński, grudzień 2005


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2006 22:36
    • Ocena Raportu Otwarcia przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha cz2

      W części określającej dostępność mieszkań autorzy wskazuję, że buduje się w Polsce ok. 100 tys. mieszkań, no i nic się nie zmienia. To jedno z tych miejsc gdzie autorzy grubo przesadzili. Polski rynek mieszkaniowy, przeżył niezwykłą transformację w ostatnich kilkunastu latach. „Dno” osiągnęliśmy w 1996 r. liczbą 62,1 tys. oddanych mieszkań. W ubiegłym roku było to już 108 tys., a w bieżącym powinno być nieco więcej. W rzeczywistości, gdyby autorzy raportu nieco rzetelniej chcieli spojrzeć w te liczby i odjęli wahania spowodowane zmianami przepisów, to budownictwo mieszkaniowe utrzymało jednak trend wzrostowy. Proponuję przyjrzeć się również relacji mieszkań oddawanych do zezwoleń na budowę. Od kilku kwartałów dzieje się coś ciekawego i wytłumaczenie tego tylko wzrostem popytu spowodowanym zapowiadanym wzrostem stawki VAT (bardzo popularne tłumaczenie w ostatnich miesiącach) nie w pełni to wyjaśnia. Jednak w Raporcie nie ma o tym ani słowa.

      Wskaźnik zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych w relacji do nowych małżeństw to tylko 50%, a roczny przyrost powierzchni na osobę też jest nie satysfakcjonujący. A jaki powinien być? Tego się nie dowiedzieliśmy. W rzeczywistości podstawowym problemem jest cena metra kwadratowego nowych mieszkań i średnia płaca netto. W Polsce średni koszt budowy metra kwadratowego powierzchni użytkowej to ok. 2,4 tys. złotych. Ze znanych mi informacji rzadko gdzie w Polsce udaje się zejść poniżej 2,0 tys. złotych. Płaca netto (podaję dla przedsiębiorstw przemysłowych) to nieco ponad 1,6 tys. Oczywiście musimy brać pod uwagę tylko tą część, która pozostaje do dyspozycji po dokonaniu opłat i podstawowych zakupów (np. żywność). Polecam spojrzeć w rozkład płac w społeczeństwie. Ok. 65% społeczeństwa osiąga zarobki niższe od średniej.  I to tu jest niestety podstawowy problem decydujący o popycie na mieszkania. Uproszczenie przepisów budowlanych czy brak uaktualnionych planów zagospodarowania przestrzennego nie ma dla przedstawionych parametrów w zasadzie żadnego znaczenia. Tak naprawdę z niewielkimi zakłóceniami (pozytywnymi i negatywnymi) mamy do czynienia z grą popytu i podaży. Radykalna poprawa przyrostu mieszkań wymagałby znacznej większej od dotychczasowej interwencji państwa i idącymi w ślad za tym potężnymi środkami finansowymi.

      Kwestie regulacyjne pokazano jako krzywdzące dla rynku. Dla porządku przypomnijmy, że zdarzały się i dobre pomysły. Ulgi remontowo-budowlane należały do najczęściej wykorzystywanych przez Polaków i pod względem wartości stanowiły największa pozycję w odliczeniach. Dochodzi do tego np. Krajowy Fundusz Mieszkaniowy czy idea TBS-ów oraz szereg innych.

      Punkt opisujący jakość życia kończy się przedstawieniem stanu mobilności Polaków i stanem ich zdrowia. Do oceny mobilności użyto liczby przekroczeń granicy. Żeby wyeksponować tendencję spadkową w podróżowaniu ograniczono się do podania sytuacji z bieżącej dekady. Przypomnijmy, że ten okres to silny spadek dynamiki wzrostu gospodarczego wraz ze wzrostem bezrobocia po okresie wysokiego wzrostu gospodarczego w latach 90-tych. Dynamika płacy realnej w okresie największej dynamiki wzrostu gospodarczego z lat 90-tych była ok. dwa razy większa niż w bieżącej dekadzie. To już nie wina urzędników. Ale to temat na inną dyskusję. Tak więc podanie tak spreparowanego wskaźnika, nie jest niczym oryginalnym. Autorzy nie pokusili się o wskazanie czy chodzi o turystykę, podróże gospodarcze czy w poszukiwaniu pracy. Tytuł tego punktu raportu wskazuje, że ktoś zatrzymał ten wzrost. Zastanawiam się, kto i czy akurat ma to być przedmiotem największej troski. Jeżeli chodzi o podróże turystyczne, to nie sądzę by urzędnicy w tym przeszkadzali. Nie widzę również powodu by mieli to wspierać. Dalej autorzy analizę mobilności nagle ograniczają tylko do podróży lotniczych, tak jakby to miał być najbardziej reprezentatywny wskaźnik dla kraju przechodzącego transformację. Proponuję przed wydaniem opinii sięgnięcie po dane. Od początku przemian niemal nieprzerwanie rośnie korzystanie z transportu lotniczego. Liberalizacja rynku usług lotniczych i udostępnienie rynków pracy przez niektóre kraje UE, wywołały prawdziwy boom na tym rynku w Polsce w ostatnich dwóch latach. Nawet przedstawiciele tzw. tanich linii lotniczych przyznają, że nie spodziewali się takiego skoku. Poszło za tym ożywienie regionalnych lotnisk. Tymczasem autorzy skwitowali to jedynie twierdzeniem o spadku cen biletów i że tak naprawdę nic się wielkiego nie dzieje. W takim razie gdzie i po co Polacy latają tak gromadnie? Można było przytoczyć wyniki badań z ubiegłego roku wskazujące jak wielu przedsiębiorców nie było zainteresowanych faktem wejścia Polski do UE, a więc nie przejawiali najmniejszej ochoty lataniem w tamtą stronę. Do szacowania mobilności Polaków, w rozumieniu wyjazdów zagranicznych, proponowałbym podać liczbę obywateli, którzy wyjeżdżają w celach zarobkowych. Takie szacunki były podawane w mediach.

      W części dotyczącej gospodarki autorzy próbują wskazać na zbyt wolne tempo zmian, no i generalnie, jak zwykle, że jest bardzo źle. W takim razie, jakie powinno być tempo wzrostu PKB dla kraju takiego jak Polska? W ocenie nadrabiania dystansu do UE podano jedynie lata bieżącej dekady. Powinno się podać cały okres od 1990 r., z krótkim wyjaśnieniem zmienności tempa dochodzenia do poziomu rozwoju krajów UE-15 w Polsce i zaprezentowanych krajach. Ponadto pamiętajmy, że sama metodologia użytego wskaźnika zawiera w sobie kilka uproszczeń, które wpłynęły na ostateczny wynik (np. silne wzmocnienie złotego w pierwszych latach okresu wskazanego w tabeli). Zamiast więc podawać kolejny wykres na stronie 13, warto było zastąpić go niezbędnym komentarzem, który pozwoliłby czytelnikowi nieco lepiej zrozumieć prezentowany temat. I wcale nie idzie mi tutaj o korzystniejsze zaprezentowanie Polski. Po prostu autorzy przesadzili w drugą stronę.

      Podobnie wyszło z Bezpośrednimi Inwestycjami Zagranicznymi (BIZ). W tym temacie można sobie udowadniać cokolwiek kto zechce, co też autorzy uczynili. Pobieranie danych z jednego roku (autorzy oparli się na danych tylko z 2004 r.) nie ma żadnego sensu, gdyż zmienność BIZ jest często efektem jednostkowych dużych wpływów inwestycyjnych, które rozkładają się nieregularnie na przestrzeni lat. W bieżącym roku jest znacznie lepiej i wystarczyło zwrócić na to uwagę, no i nasz (tzn. polski) „słupek” na wykresie byłby wyższy. Wykorzystywanie argumentu dynamiki w porównaniu do okresu „kilka lat temu” jest zaskakujące. W dużym stopniu to efekt znacznych prywatyzacji. Nie co dzień sprzedaje się takie kolosy jak Telekomunikacja czy Petrochemia Płocka. Dziwi mnie ocena autorów Raportu sugerująca, że mogło być lepiej w porównaniu z tamtym okresem. Musielibyśmy chyba zwiększyć dwukrotnie udział w inwestycjach w regionie. Po analizie danych z kilku lat dotyczących rozłożenia inwestycji w naszym regionie mam być może pewien niedosyt, ale bez przesady, my nie jesteśmy pępkiem świata. Dla inwestora, który chce wejść na  rynek europejski np. ze sprzedażą 300 tys. samochodów osobowych, Czechy mogą się okazać np. znacznie lepsze pod względem geograficznym. Autorzy, podobnie jak większość komentatorów tego zjawiska, ograniczyli się tylko do przesadzonego krytycznego spojrzenia. Najwięksi inwestorzy, których rynek zbytu wykracza poza kraj inwestycji, oczekują ustępstw o charakterze finansowych. Propozycje obniżenia stawek podatków, jakie padały przy okazji wyborów, to grubo za mało. Tu niestety pojawia się rola państwa jako regulatora. Z jednej strony zniesienia barier decyzyjnych (i tu się pewnie wszyscy zgadzamy), a z drugiej - ustawodawstwa skierowanego tylko na przechwycenie największych inwestorów i dającego ponadprzeciętne ustępstwa finansowe z nadzieją na efekt mnożnikowy inwestycji. Autorzy nie wymieniają swoich oczekiwań, ani nie dają odpowiedzi, dlaczego jest jak jest. Niestety tak za każdym razem wygląda dyskusja po utraconej dużej inwestycji przez Polskę. Przez media przelewa się wtedy fala opinii,  w których autorzy ścigają się w krytyce. Niestety brak jest opinii odnoszących się do skali ustępstw wobec inwestorów zagranicznych. Autorzy Raportu przedstawiając diagnozę, tak użyli danych, żeby przedstawić Polskę jako kraj wyjątkowo fatalnie prowadzący politykę dotyczącą napływu inwestycji. Zapewniam, że tak źle nie jest. Dla mnie diagnoza to określenie zjawiska i odniesienie do stanu potencjalnie możliwego. Dane z ostatnich kilkunastu lat dotyczące BIZ w naszym regionie pozwalają wyznaczyć taki poziom odniesienia.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2006 22:18
    • Ocena Raportu Otwarcia przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha cz1

      Telewizyjna krótka prezentacja „Raportu Otwarcia 2005/2006” zachęciła mnie do odnalezienia w internecie całego opracowania. Ciekawy byłem go dlatego, że autorzy deklarowali, iż jest to Raport o stanie państwa, a nie o przerzucaniu winy na poprzednie rządy czy parlamenty. To zapowiadało nową jakość w dyskusji o sytuacji społeczno-ekonomicznej kraju. Tymczasem Raport jest w gruncie rzeczy dość krótkim dokumentem skupiającym się na relacji obywatele i podmioty gospodarcze a państwo, przy czym państwo występuje tu w jednej roli - „złego”.  Formalnie rzadko jest bezpośrednio wskazane, ale w opracowaniu ciągle występuje tajemna siła, która krępuje i hamuje nasze aspiracje i rozwój.

      Przedstawiane fakty w wielu miejscach są mało reprezentatywne dla zjawisk, które mają opisywać. A tak naprawdę, dobrane dość przypadkowo. Niemniej jego podstawową wadą jest prezentacja danych i wyciąganie wniosków pod z góry założoną tezę, która przyświeca całemu opracowaniu. Tłumaczenia autorów, że to tylko krótka ocena mająca być łatwa w odbiorze, nie jest moim zdaniem wystarczające. W tej łatwości autorzy posunęli się do niemal totalnej krytyki w dość modnym w bieżącej dekadzie stylu, że wszystkiemu winne jest państwo, a dokładniej organy regulacyjne i urzędnicy. Oczekiwałem raczej, że czytelnik zostanie zmuszony do pewnego wysiłku intelektualnego. Przykładowo nad problemem relacji ekonomicznych na linii obywatel-państwo. Szkoda, bo w opracowaniu pominięto, iż w wielu pozytywnych procesach czynnik regulacyjny państwa odegrał niemałą rolę, którą autorzy pomijają by lektura opracowania ani na moment nie pozwoliła zwątpić czytelnikowi w zadaną już we wstępie tezę.

      Autorzy wspierają się danymi wielu instytucji, w tym zagranicznych, próbując chyba przez to podnieść wartość prezentowanych poglądów. Mam okazję korzystać również i z tych źródeł, stąd też moja opinia o bardzo selektywnym wyborze przytaczanych rezultatów badań. Te same instytucje opublikowały szereg innych raportów, dotyczących prezentowanych w raporcie problemów i obejmujących swymi wynikami Polskę. Czytając Raport nie potrafiłem się jednak pozbyć się wrażenia, że autorzy świadomie pomijali rezultaty tych opracowań w tych miejscach gdzie nie potwierdzały one założonej tezy.

      Postanowiłem zwrócić uwagę na defekty Raportu, chociaż wątpię bym wpłynął w ten sposób na podniesienie jakości dyskusji ekonomicznej. Być może jednak warto, skoro rzetelna diagnoza ma nas prowadzić do prawidłowych wniosków i decyzji. Podam tu przykład dyskusji o podatkach. Z niebywałym uporem jako przykład restrykcyjności podatkowej podaje się we wszystkim mediach podatek VAT. Podaje się jednak stawkę podstawową, czyli 22% i drażni czytelnika oraz widza przykładem innych państw, gdzie stawka ta ma być mniejsza. Przeglądając codzienną prasę, w tym ekonomiczną, znalazłem dosłownie jeden przypadek w ostatnich 2-3 latach podania ważonej stawki VAT w gospodarce. Wątpię by było to tylko przyczyną niewiedzy. Mam wrażenie, że część reformatorów całkiem świadomie unika podawania tego faktu, dzięki czemu prezentowane przez nich programy naprawy mają zyskać na wiarygodności oraz aplauz opinii publicznej. Dlatego też, co wskazuję poniżej, autorzy Raportu wpisali się raczej w polemikę polityczną niż obiektywną dyskusję.

      W komentarzu odniosę się do wybranych opinii i prezentowanych faktów. Z dwóch powodów. Z niektórymi można się zgodzić, albo ewentualne różnice w interpretacji nie są na tyle istotne by umieszczać je tekście. Drugim powodem jest objętość opracowania i ogrom faktów, jakie musiałbym przytoczyć by zasiać przynajmniej zwątpienie wśród czytelników, którym przypadły do gustu wnioski prezentowane w raporcie.

       

      W części dotyczącej społeczeństwa autorzy Raportu na str. 6 podają trzy główne przyczyny spadku liczby ludności w Polsce. Trudno mi powiedzieć, dlaczego główna przyczyna jest wymieniona dopiero na trzecim miejscu. A i tu rozkład akcentów jest tu jednak niewłaściwy. Samo ryzyko zmiany typu pracy, miejsca pracy i w ogóle ryzyko jej utraty jest wystarczającym powodem wstrzymywania się od decyzji o urodzeniu dziecka. Zmiana pracy oznacza konieczność poszukiwania nowej, a to oznacza wiele miesięcy bez regularnych wpływów. Nowe miejsca pracy, jakie tworzyły się na przestrzeni lat wymagały często zupełnie innych kwalifikacji. Pamiętajmy, że zmiany na rynku pracy w największym stopniu dotyczyły osób o niskich kwalifikacjach i zarobkach, a oferowane nowe, wcale nie dawały większych zarobków nie dając również poczucia stabilizacji. Niestety taka jest konsekwencja radykalnych przemian społeczno-ekonomicznych skupionych w krótkich odcinkach czasu. Nie widzę więc powodów do szukania winnych. Wysoki wskaźnik bezrobocia jest już tylko dodatkowym straszakiem, wskazując na dysproporcje pomiędzy podażą i popytem na pracę.

      Zgodzę się, że następuje również dynamiczna przemiana światopoglądowa. Nie wiem tylko, dlaczego obarcza się tu winą tylko kobiety. Przyznam, że nie rozumiem przyczyny podanej jako pierwsza, czyli roli ZUS-w procesie demograficznym. Żałuję, że autorzy tego nie rozwinęli. Tu chyba ZUS ma pełnić przypisywaną mu od lat rolę chłopca do bicia. Ale nawet jeżeli, to i tak nie zasłużył na tak wysoką lokatę.

      Autorzy pochwalili Polaków za nabywanie sprzętu AGD, RTV, telekomunikacyjnego i komputerów. W przypadku komputerów zwrócili uwagę na te z możliwością dostępu do internetu. Szkoda, że nie zwrócono uwagi, iź Państwo również wspiera ten proces. Mam na myśli zapisy dotyczące swego czasu  zakupu sprzętu komputerowego czy ulgowe traktowanie zakupu tegoż sprzętu dla szkół oraz ulgę dotycząca korzystania z internetu. Do tego dochodzi działalność regulacyjna, która w końcu doprowadziła głównego operatora telekomunikacyjnego do ustępstw. Wiem, że tempo tego procesu nie zadowala wielu Polaków, ale mimo wszystko proponuję spojrzeć na dane dotyczące rynku telekomunikacyjnego za ostatnie cztery lata. Brakuje mi porównania procesu demonopolizacji i rozwoju rynku telekomunikacyjnego z innymi krajami. W innych częściach opracowania autorzy dość chętnie takie porównania stosują.

      W części dotyczącej wykształcenia Polaków ograniczono się głównie do uwagi, że nie jest najlepiej i ktoś lub coś zniechęca Polaków do kształcenia. Zamiast zwrócić uwagę na niezwykłą dynamikę procesu kształcenia, autorzy zestawili jedynie struktury dla Polski i krajów OECD. Korzystniejsza struktura wykształcenia w krajach OECD, to efekt kilku dziesięcioleci nacisku na edukacje i dostrzeżenie przez tamte społeczeństwa wynikających z tego korzyści. Zmiany w podnoszeniu kwalifikacji to nie tylko przyrost liczby studentów, ale i np. dynamicznie rosnący przez wiele lat rynek książki edukacyjnej czy kursów e-learningowych. Na problem struktury wykształcenia należałoby raczej spojrzeć przez pryzmat grup wiekowych. Trudno oczekiwać od 50-latka, że opiera się przed podjęciem studiów, skoro wciąż do rzadkości nie należy określenie w ofertach pracy: „wiek – maksymalnie 35 lat”. Tak naprawdę gdybyśmy spojrzeli szeroko na zjawisko edukacji w ostatnich latach, to dokonał się tu niebywały postęp. Oczywiście dostrzegam problem braku zapału do kształcenia zgodnego z oczekiwaniem rynku pracy czy też kształcenia bez tego bodźca. No, ale to już problem Polaków. Wspierając w Raporcie ideę wolności, warto było przypomnieć czytelnikom, że gospodarka wolnorynkowa to także wolność w podejmowaniu decyzji. Jeżeli więc ktoś, kto być może powinien powiększać swoją wiedzę nie robi tego, to jest już jego problem. Prasa ekonomiczna (dla przedsiębiorców), książka do nauki j.angielskiego, poradniki informatyczne są powszechnie dostępne dla większości Polaków. Państwo ustala tu nawet najniższe z możliwych stawki podatku VAT. W tej części Raportu nie potrafiłem jednak znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego w kraju, w którym zarejestrowanych jest ok. 3,6 mln podmiotów gospodarczych, sprzedaje się np. tylko kilkadziesiąt tysięcy sztuk „Gazety Prawnej”. Jest to jedna z wielu gazet dostępnych w prawie każdym kiosku, w której przedsiębiorcy mogą zdobyć mnóstwo cennych informacji dotyczących działalności gospodarczej. Wnioskiem tej części Raportu, jak rozumiem, jest określenie „powinniśmy zachęcać” do podnoszenia wiedzy i kwalifikacji. Czyżby dalsze ulgi, czyli redystrybucja środków za pośrednictwem budżetu i kolejne zapisy w kilku ustawach.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2006 22:04
  • wtorek, 07 marca 2006
    • Sytuacja gospodarcza po trzech kwartałach 2005 r. – wybrane zagadnienia cz4

      Produkt Krajowy Brutto

       

      Tradycyjnie podsumowaniem wyników gospodarczych za kwartał był zestaw danych publikowany wraz z wynikami PKB.

      W porównaniu z III kw ubiegłego roku PKB wzrósł o 3,7%. Przypomnę, że w I kw było to 2,1% a II kw 2,8%. Oceniając tempo PKB w bieżącym roku należy pamiętać że w 2004 r. było dość znaczne i wskutek tego dynamika w bieżącym roku być może nieco rozczarowuje. Odniesieni PKB z III kw do analogicznego okresu z jednego czy dwóch lat wcześniejszych potwierdza, że w gospodarka utrzymuje tempo wzrostowe. Pamięć tempa dynamiki PKB z lat 90-tych i świadomość jak wiele problemów ekonomicznych i społecznych (np. bezrobocie) łatwiej rozwiązać przy wysokim tempie wzrostu gospodarczego powoduje, że wyniki gospodarcze z tego roku są przyjmowane z pewną obojętnością czy nawet lekkim rozczarowaniem. Jeżeli spojrzeć na tempo PKB na tle pozostałych wskaźników gospodarczych, to rysuje się obraz dość stabilnego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Podstawy wzrostu są znacznie stabilniejsze niż w latach 90-tych czy podczas krótkiego ożywienia gospodarczego na początku bieżącej dekady.

      Jednak z największym zainteresowaniem oczekiwano informacji o nakładach brutto na środki trwałe. Rezultaty III kwartału miały pozwolić na określenie trendu w tempie nakładów inwestycyjnych. Przez pierwsze trzy kwartały 2004 r. dynamika była dość stabilna na poziomie 5,0%. Znaczne nadzieje zostały rozbudzone przez wyniki IV kwartału 2004 r. Wyniki I kw 2005 r. okazały się zaskoczeniem do tego stopnia, że GUS przedstawiał zasady wyliczania nakładów brutto na środki trwałe oraz wskaźnika cenowego do urealniania ich dynamiki. W III kw nastroje nieco się poprawiły w wyniku wzrostu o niemal 6,0%. Reakcja była dość podobna jak w przypadku PKB, czyli w sumie dobrze ale pozostaje pewien niedosyt.

      Zmienność wyników kwartalnych zarówno w przypadku nakładów inwestycyjnych jak i nakładów brutto na środki trwałe znacznie utrudnia wyciąganie wniosków odnośnie krótkoterminowych trendów. Każde kolejne dane kwartalne należy analizować pod kątem potwierdzenia wcześniejszych trendów. Jeżeli wyniki zanadto wykraczają poza zakres prognoz uzasadnionych wcześniejszym trendem lub innymi danymi makroekonomicznymi, to warto wstrzymać się z nową hipotezą do wyników kolejnego kwartału.

      Pewien niedosyt odczuwany po opublikowaniu wyników nakładów brutto na środki trwałe wynika raczej z dość szybkich zmian w tej kategorii jakie miały miejsce w latach 2002-2004 r. i nadziei jakie zostały przez to rozbudzone. W gruncie rzeczy mamy do czynienia z powolną poprawa gospodarki przy względnie zrównoważonej relacji pomiędzy konsumpcją a akumulacją.

       

       

       

      Rynki finansowe

       

      Dla rynków finansowych dane publikowane w cyklu kwartalnym jak np. wyniki przedsiębiorstw czy PKB, są głównie potwierdzeniem sytuacji gospodarczej jakiej obraz rynek otrzymywał dzięki danym publikowanym w cyklu miesięcznym (np. wskaźniki cenowe, produkcja sprzedana itd.). Wyjątkiem są tu na pewno nakłady inwestycyjne. Tak więc rynek ze znacznym prawdopodobieństwem przewiduje publikowane dane kwartalne, ale mimo to bywa że są one pewnym zaskoczeniem i wtedy dochodzi do korekty poziomów stóp procentowych, kursów, czy wskaźników giełdowych.

      Żeby lepiej zrozumieć sytuację na rynkach finansowych w III kw należy krótko przypomnieć wydarzenia z wcześniejszych kwartałów.

      Dynamiczny rozwój gospodarki w 2004 r. odbywał się przy znacznym wzroście cen. Rada Polityki Pieniężnej musiała podjąć decyzję  w rzeczywiście mało komfortowych warunkach. Był wzrost gospodarki, ale trudno było oszacować przejściowy efekt wejścia do UE. Wskaźniki cenowe rzeczywiście osiągały dawno niewidziane poziomy. Złoty wobec EUR wpierw znacznie się osłabił w 2003 i 2004 r. do poziomu niespotykane wcześniej by raptownie rozpocząć proces wzmocnienia w II kw 2004 r. i dynamiką realnego wzmocnienia (np. do wskaźników cenowych) przynajmniej dorównać sytuacji z jaką mieliśmy do czynienia w latach 2000 i 2001.

      Rozkład podwyżek stóp procentowych w 2004 r. wskazuje, że RPP miała nie lada problem z decyzją o poniesieniu stóp. Problem nie dotyczył samej podwyżki, ale o ile i  w jakim tempie. Rzeczywiście trudno było w tamtym okresie odpowiedzieć na pytanie, z jakim wzrostem gospodarczym mamy do czynienia i rozdzieleniem przyczyn wzrostu na długo- i krótkoterminowe.

      W II połowie 2004 r. i I kw 2005 r. widać już było, że gospodarka nie weszła na ścieżkę dynamicznego i niezrównoważonego wzrostu gospodarczego. Nie było również zagrożenia ze strony dynamiki wzrostu płac, a wręcz przeciwnie.

      W takiej sytuacji wiadomo było, że RPP zacznie obniżać stopy procentowe, co też rynek dość ostrożnie zaczął dyskontować od początku bieżącego roku. Decyzje o obniżce stóp głównie przypadły na II i III kw roku. Z poziomu 6,5% stopa interwencyjna spadła na koniec III kw do 4,5%. Obniżki stóp rozłożyły się mniej więcej po równo na II i III kw.

      Biorąc pod uwagę stawki FRA w III kw, rynek oczekiwał obniżenia stóp przez RPP do poziomu 4,25% lub nawet 4,0%. Biorąc pod uwagę szereg czynników ekonomicznych i politycznych, oczekiwania te były lekko przesadzone.

      Na rynku walutowym III kw to odreagowanie po okresie korekty trwającego rok okresu wzmacniania złotego. Miesięczny średni kurs EUR/PLN obniżył się z 4,10 na 3,92, natomiast USD/PLN z 3,40 na 3,20.

      Patrząc na zmiany kursów walut w ujęciu rocznej realnej zmiany (do urealnienia przyjąłem w tym przypadku roczną zmianę cen produkcji sprzedanej) można powiedzieć, że rynek generalnie powoli zwalnia proces wzmocnienia złotego. Widać to zarówno w ujęciu realnym jak i nominalnym. Niemniej jednak w III kwartale tempo rocznego realnego wzmocnienia była nadal wysokie, jeżeli porównać to z wartościami osiąganymi od II połowy lat 90-tych, kiedy to zaczęto w Polsce liberalizować rynek walutowy. Średnia roczna dynamika dla III kwartału wg powyższej metodologii sięgnęła -9% dla obydwu podstawowych walut.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2006 22:36
    • Sytuacja gospodarcza po trzech kwartałach 2005 r. – wybrane zagadnienia cz3

      Bilans płatniczy (wg  NBP)

       

      W III kw eksport wyrażony w EUR wzrósł o 14,1% w porównaniu do III kw 2004 r. To kolejny kwartał kiedy dynamika eksportu przekracza dynamikę importu, co stale zmniejsza ujemny bilans handlowy. Niestety przewaga dynamiki eksportu nad dynamiką importu powoli słabnie i w III kw tego roku wyniosła jedynie niemal 4%.

      Mimo to wyniki bilansu płatniczego to jeden z większych sukcesów polskiej gospodarki w bieżącym roku. Dynamicznemu wzrostowi eksportu w ujęciu  waluty krajowej od 2003 r. sprzyjał w znacznym stopniu osłabiający się złoty. W 2004 r. złoty dość szybko wzmocnił się, by dopiero w bieżącym roku znacznie osłabić tempo wzmocnienia. Dodatkowym czynnikiem wspomagającym eksport w 2004 r. było w pewnym stopniu wejście do UE. Przed akcesją niektóre branże zwiększały eksport, by wykorzystać ostatnie miesiące obowiązywania niektórych regulacji lub wykorzystać maksymalnie przyznane limity eksportowe. Oczywiście, z drugiej strony wraz z wejściem do UE polskie podmioty zyskiwały lepszy dostęp do rynków UE.

      W związku z powyższym w II poł. 2004 r. pojawiały się obawy co do trwałości wzrostu eksportu, tym bardziej że już w 2004 r. osiągnięto więcej niż oczekiwano. Roczny deficyt obrotów bieżących na początku 2000 r. osiągnął niebezpieczny poziom ok. 7,5% w relacji do PKB. Systematyczna poprawa w III kw doprowadziła do spadku tegoż deficytu do ok. 1,5%. Jedynie w II połowie 2004 r. miało miejsce przejściowe pogorszenie salda dochodów, co było związane z transakcjami ewidencjonowanymi w pozycji dochodów, czyli nie związanymi bezpośrednio z wymianą handlową.

      Wskaźniki cenowe

       

      Wyniki inflacji z trzeciego kwartału nie potwierdziły niektórych oczekiwań z końca II kwartału tego roku o dalszym spadku inflacji. Wskaźnik roczny w lipcu był jedynie o 0,1% mniejszy od wyniku osiągniętego w lipcu (1,4%). Zachęcało do takich oczekiwań m.in. zachowanie wskaźnika cen żywności i napojów bezalkoholowych (składnik inflacji), który niemal nieprzerwanie spadał od kilku miesięcy aż do lipca. W sierpniu miesięczny wskaźnik tej grupy towarów  był wyraźnie wyższy niż w latach wcześniejszych, natomiast we wrześniu podobnie zachowała się „nieżywnościowa” część koszyka inflacji. W efekcie roczna inflacja zaczęła się minimalnie podnosić.

      W każdym z trzech miesięcy III kwartału miesięczne wskaźniki zmian cen w przemyśle ogółem osiągały wartości wyraźnie niższe niż w latach poprzednich. W poszczególnych miesiącach kwartału miesięczne wskaźniki wyniosły odpowiednio: 0,2%, 0,1% i -0,3%. W trzech ubiegłych latach średni miesięczny wskaźnik z tego okresu wynosił ok. 0,4%. W przypadku miesięcznego wskaźnika cen przemysłowych nie występuje tak znaczna sezonowość w ciągu roku jak w przypadku inflacji, ale pomiędzy poszczególnymi latami dostrzegalne jest pewne podobieństwo, które częściowo można sezonowością wytłumaczyć. Zaburzenia wynikają na ogół z fazy koniunktury gospodarczej lub zmian na rynku walutowym. W efekcie powodowało to zepchnięcie wskaźnika rocznego w miesiącach VIII i IX na poziomy odpowiednio: -0,2% i –0,5%.

      Taki rezultat był wypadkową głównie odniesienia do poziomów cen z ubiegłego roku, kiedy to wzrosły one wyjątkowo wysoko oraz wzmacniającego się złotego w tym okresie złotego. Co ciekawe, na III kwartał przypada utrwalenie „odbicia” produkcji przemysłowej zapoczątkowane jeszcze w II kwartale, ale nie pociągnęło to za sobą wzrostu cen.

      W III  kwartale spadały ceny w większości działów gospodarki zaliczanych do przemysłu. Znaczniejszy wzrost był widoczny jedynie w niektórych działach obejmujących  górnictwo i kopalnictwo oraz w produkcji paliw.

      Kształtowanie się wskaźników cenowych w III kwartale na tle koniunktury gospodarczej miały odpowiedzieć na pytanie czy mamy do czynienia z poprawa koniunktury gospodarczej oraz w jakim stopniu pociąga to za sobą wzrost wskaźników cenowych.


      Można powiedzieć, że spadek wskaźników cenowych został powstrzymany, a w przypadku inflacji mieliśmy do czynienia z niewielkim wzrostem. Wskaźniki cenowe są na relatywnie niskim poziomie, ale poprawiła się koniunktura gospodarcza i utrzymuje się ryzyko osłabienia złotego, który przyhamował tempo cen w ostatnich kilkunastu miesiącach, po tym jak w 2003 i 2004 r. przyczynił się do ich znacznego wzrostu.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2006 22:28
    • Sytuacja gospodarcza po trzech kwartałach 2005 r. – wybrane zagadnienia cz2

      Po 3-4 kwartałach poprzedzających III kw 2004 r. poprawiły się w niewielkim stopniu wskaźniki płynności przedsiębiorstw. Generalnie wiec przedsiębiorstwa utrzymują płynność na poziomie niemal sprzed 10 lat. Tak wysoka płynność przynajmniej częściowo tłumaczy słabe zainteresowanie braniem kredytów w bankach.

      Nakłady inwestycyjne

       

      Tempo nakładów inwestycyjnych odnotowane w III kw tego roku w zasadzie nie wniosło niczego nowego do tendencji obserwowanych od ubiegłego roku i oczekiwań dotyczących związanych z rokiem bieżącym. Inwestycje III kw roku bieżącego w porównaniu z III kw 2004 r, wzrosły realnie o ok.10,0%. W układzie narastającym po trzech kwartałach inwestycje wzrosły realnie o 7,2%. Analiza zmian poszczególnych okresów (I półrocza i kwartały III i IV) wskazuje na to, że za cały rok wzrosną o ok. 9%, czyli o wartość najczęściej spotykaną w prognozach. Biorąc pod uwagę ewolucje jaką przeszła gospodarka w ostatnich kilku latach, wyniki uzyskane w inwestycjach należy określić jako pomyślne mimo, iż oczekiwania były nieco większe po pomyślnym ubiegłym roku. W prognozach gospodarczych niektórych instytucji z przełomu roku można było dostrzec nadzieje na nieco lepszy wynik za cały rok.

      Relacja prezentowanych przez GUS danych o inwestycjach w relacji do PKB daje jeszcze bardziej stabilny obraz sytuacji. Roczne sumy kroczące nakładów inwestycyjnych w relacji do podobnie liczonego PKB, wskazują na dość stabilna relację – ok. 6,8%. Wydaje się jednak że na koniec roku tak liczona relacja ma szanse osiągnąć 7,0%.

      Wyniki III kwartału powinny ucieszyć przedstawicieli branży budowlanej. Od poprzedniego roku dynamika nakładów na budynki i budowle jest wyższa od nakładów na maszyny i urządzenia. W ubiegłym roku w ujęciu nominalnym, dynamika nakładów na budynki i budowle była wyższa o 6% od nakładów na drugą grupę wskazanych środków trwałych. Obecnie po trzech kwartałach różnica ta jest utrzymana.

      Jedną z ciekawostek związanych z inwestycjami w bieżącym roku, i szczególnie widoczną w III kwartale, jest zatrzymanie wzrostu inwestycji w przemyśle i przyspieszenie w sektorach usługowych. W przemyśle inwestycje zaczęły wzrastać już od I poł. w 2003 r. W usługach nastąpiło to dopiero z niemal rocznym opóźnieniem.

       

       

      Zatrudnienie

       

      Trzeci kwartał potwierdził tendencje związane ze wzrostem zatrudnienia, które można obserwować od kilku kwartałów, czy nawet od pierwszych lat bieżącej dekady. W drugim przypadku mam na myśli słabnącą dynamikę wzrostu bezrobocia, przechodzącą w tendencję spadkową.

      Średnia stopa bezrobocia w III kw tego roku wyniosła 17,8% wobec 19,1% rok wcześniej. W ujęciu liczby bezrobotnych w analizowanym okresie oznacza to spadek o 7,4%, czyli nieco ponad 220 tys. osób. Pocieszające jest to, że spadek bezrobocia bardzo powoli przyspiesza. Przykładowo w I kw dynamika spadku wyniosła 6,2%.

      Ciekawych spostrzeżeń dostarczają wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) dotyczące zmian w zatrudnieniu wg grup wiekowych i wykształcenia. Wg tej metody bezrobocie spadło tylko o 4% w analizowanym okresie. Bardzo pocieszające są natomiast zmiany bezrobocia wg grup wiekowych i wg wykształcenia. W grupie wiekowej do 34 lat bezrobocie spadło aż o 7,3%. Największy spadek bezrobocia był widoczny wśród osób z najsłabszym wykształceniem. W grupie obejmującej osoby z wykształceniem od niepełnego podstawowego do gimnazjalnego, która stanowi aż 45,1% bezrobotnych, bezrobocie spadło niemal o 6%.


      Zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło w III kw bieżącego roku o 2% w układzie rok do roku. W działach przemysłowych gospodarki zatrudnienie wzrosło zaledwie o 1,1% , czyli w stopniu niemal identycznym jak w I i II kwartale. Warto tu jednak zwrócić uwagę że działy gospodarki wchodzące w skład przetwórstwa przemysłowego zwiększały zatrudnienie od II kw 2004 r. W III kw tego roku w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego w tej części gospodarki zatrudnienie wzrosło o 2,1%. Od 4% do 12,7% wzrastało zatrudnienie w takich działach przetwórstwa przemysłowego jak: produkcja wyrobów gumowych i z tworzyw sztucznych (PKD 25), produkcja metalowych wyrobów gotowych (PKD 28), produkcja pojazdów mechanicznych (PKD 34) czy produkcja mebli (PKD 36).

      W dziale „hotele i restauracje” zatrudnienie wzrasta kolejny kwartał z rzędu. Tym razem o 5,1%. W działach handlowych mamy do czynienia z podobną sytuacja. W handlu hurtowym zatrudnienie wzrosło o 1,5%, a w detalicznym trzeci kwartał z rzędu o ok. 8%. W ostatnim przypadku trzeba zachować pewien dystans do prezentowanych danych. Dane obejmują niewiele ponad 1 tys. podmiotów, a więc jedynie podmioty największe. W przypadku handlu detalicznego znaczna część obrotów jest realizowana przez małe podmioty nieujęte w prezentowanych wynikach kwartalnych przedsiębiorstw. Przychody kwartalne w trzech ostatnich kwartałach wzrastały w tempie od 13% do 27% w ujęciu rocznym. Mamy tu więc głównie do czynienia z przejmowaniem coraz większej części obrotów rynku handlu detalicznego przez największe podmioty i sieci sklepów, co pociąga za sobą niezbędny wzrost zatrudnienia.

      Chyba największym wydarzeniem jest pierwszy od kilku lat wzrost zatrudnienia w budownictwie (PKD 45). Jeszcze w ubiegłym roku dynamika roczna zatrudnienia wynosiła od -13,4% w I kw do ponad -7% w IV kw. W III kw tego roku roczna dynamika zatrudnienia sięgnęła niemal 1%.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2006 22:19
    • Sytuacja gospodarcza po trzech kwartałach 2005 r. – wybrane zagadnienia cz1

      Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych w III kwartale 2005 r. oraz opublikowane niemal równocześnie dane dotyczące PKB były z niecierpliwością oczekiwane przez ekonomistów i rynki finansowe. Z dwóch powodów. Pierwszy to obawy o słabnące tempo wzrostu gospodarczego w bieżącym roku, a drugi – możliwość porównania z III kwartałem 2004 r. Był to pierwszy kwartał w całości przypadający na okres „po wejściu” do UE. Wyniki po 2-3 wcześniejszych kwartałach (tzn. IV 2004 – II 2005), nie pozwalały w pełni oddzielić od siebie efektów coraz lepszej koniunktury, która poprawiała się systematycznie od 2003 r., od bodźców wynikających z faktu wstąpienia do UE. Mam na myśli przykładowo takie czynniki jak wykorzystywanie przedakcesyjnych limitów eksportowych (np. przemysł spożywczy), sprzedaż materiałów budowlanych czy wzrost zakupu i leasingu samochodów osobowych oraz ciężarowych. To oczywiście tylko wybrane przykłady. W rzeczywistości efekt „wejścia” do UE dotyczył również wielu innych sektorów gospodarki.

      Należy jeszcze wspomnieć o wyjątkowo korzystnych dla gospodarki zmianach kursu  EUR/PLN w okresie od 2003 do I kw 2004 r. W lutym 2004 r. średni miesięczny kurs EUR/PLN był na pułapie 4,85 czyli najwyżej od 1990 r. (dla porównania do czasu pojawienia się EUR wykorzystałem przeliczoną markę niemiecką). Od tego czasu złoty stale się wzmacniał. Dopiero w bieżącym roku doszło do „wygaszenia” tendencji wzmacniania się złotego. W relacji do EUR złoty ulegał wprawdzie dalszej aprecjacji, ale to już raczej efekt  zmian na rynku EUR/USD.

       

      Wyniki finansowe przedsiębiorstw

       

      Przychody ze sprzedaży w III kw 2005 w porównaniu do III kw 2004 wzrosły realnie o ok. 6%, co należy uznać za wynik dość przyzwoity. Przychody przedsiębiorstw przemysłowych wzrosły realnie o blisko 4%. Tempo przychodów było potwierdzeniem zmian w dynamice przychodów z produkcji sprzedanej jakie można było obserwować w przypadających na III kwartał miesiącach.

      Miłą niespodziankę sprawiły osiągnięte rezultaty działalności gospodarczej mierzone za pomocą wskaźników rentowności obrotu za poszczególne kwartały. Rekordowe rezultaty roku ubiegłego oraz również rekordowy odsetek podmiotów wykazujących dodatnią rentowność netto na tle koniunktury gospodarczej w 2004 r., wskazywały na konieczność oczekiwania wyraźnie słabszych wyników przedsiębiorstw w bieżącym roku. W pierwszych dwóch kwartałach tego roku wskaźniki rentowności były niższe od analogicznych z roku ubiegłego o 1,0% do 1,5%. Tymczasem wskaźniki rentowności odnotowane w III kw 2005 były jedynie o 0,4% do 0,7% niższe od odnotowanych rok wcześniej. Biorąc pod uwagę tendencje po trzech kwartałach można zaryzykować prognozę, iż wskaźniki rentowności za cały bieżący rok będą niższe jedynie o ok. 1,0% od analogicznych za 2004 r.

      Biorąc pod uwagę kroczące roczne wskaźniki rentowności brutto niemal na stałym poziomie utrzymały swoje wyniki sektory: przetwórstwa spożywczego (PKD 15; blisko 5,0%), produkcja wyrobów chemicznych (PKD 24; blisko 9,0%) czy produkcji pojazdów mechanicznych (PKD 34; 7,4%). Pomimo niewielkich spadków wciąż wysokie wyniki osiągają sektory związane z działami górnictwa i kopalnictwa (PKD od 10 do 14; łącznie blisko 17%), produkcji masy włóknistej (PKD 21; 10,1%), produkcji koksu i produktów rafinacji ropy naftowej (PKD 23; 10,0%), produkcja gotowych wyrobów metalowych (PKD 28; 6,8%). Słabe wyniki odnotowują producenci wyrobów tytoniowych (PKD 16; 1,6%) oraz producenci pozostałych środków transportu (dominują tu producenci statków, samolotów i wagonów) (PKD 35; 0,0%). Z wyraźnym pogorszeniem mamy do czynienia w przypadku producentów sprzętu RTV oraz części i podzespołów elektronicznych (PKD 32; -3,3%). To akurat wpływ producentów monitorów i telewizorów.

      Sektor budownictwa (PKD 45) utrzymał trend poprawy przychodów (dynamika realna) na poziomie II kwartału tego roku czyli ok. 11%. Niestety widać w bieżącym roku, że realny wzrost przychodów przestaje się przekładać poważniej na poprawę rentowności. W ubiegłym roku sektor uzyskał rentowność brutto na poziomie 1,8%. Należy przypomnieć, że w roku ubiegłym poprawa koniunktury zatrzymała realny spadek przychodów budownictwa. Czyli 2004 r. był pierwszym rokiem od 1999 r. kiedy produkcja budowlana przestała realnie spadać. Niestety pomimo iż roczny realny wzrost produkcji budowlano-montażowej zbliży się do 10%, to roczny kroczący wskaźnik rentowności brutto zatrzymał się na poziomie 1,8%.

      W działach gospodarki reprezentujących usługi, roczna krocząca rentowność brutto wprawdzie spadła w większości przypadków, ale w niewielkim stopniu. Specyficznym przypadkiem jest działalność związana z naprawa, obsługą i sprzedażą samochodów oraz sprzedażą detaliczną paliw do nich (PKD 50). Czwarty kwartał z rzędu dział odnotował spadek przychodów. Roczna krocząca rentowność brutto spadła z 2,3% w IV kw 2004 r. niemal do zera w III kwartale bieżącego roku.

      Pomijając działalność pocztowa i telekomunikacyjną (PKD 64), na uwagę zasługuje dział „hotelarstwo i restauracje” (PKD 55). Poprawa koniunktury i silny wzrost ruchu turystycznego w ostatnich kilku kwartałach zaowocowały niezwykle silną poprawa sytuacji finansowej tego działu. Od IV kw 2004 r. dział utrzymuje rentowność brutto na poziomie 9,0%, czyli wskaźniki widziane ostatnio na przełomie dekad.

      Marek Żeliński, grudzień 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2006 22:09
  • poniedziałek, 06 marca 2006
    • Spór o inwestorów zagranicznych cz2

      Na tym tle dopiero warto przyjrzeć się kilku faktom stawianym często w pierwszych dniach po wypowiedzi Pani Minister. Wydaje mi się, że i bez nich rozwój dużych placówek handlowych da się obronić oraz zniechęcić Polaków do demonizowania kapitału zagranicznego.

       

      Inwestycje

      Podaje się najczęściej kwoty od 35 do 40 mld złotych inwestycji narastająco, bodaj z raportów  Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ). Nawet jeżeli jest to przeliczona na krajowa walutę pozycja z tego źródła, to znacznie zawyżona. Podana kwota dotyczy środków zainwestowanych przez inwestorów zagranicznych w działy gospodarki z sekcji G, czyli od sprzedaży samochodów i paliw do nich, poprzez handel hurtowy do handlu detalicznego. Inwestycje w sieci detaliczne (tzn. supermarkety itd.), będące przedmiotem sporu, stanowią wyraźnie mniejsza kwotę. Niemniej trzeba przyznać, że są to inwestorzy najwięksi w tej grupie. Na dodatek na Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne (BIZ) nie składa się tylko przywieziona do kraju gotówka, ale również reinwestowane zyski i zaciągnięte zobowiązania na poczet inwestycji.

       

      Sprzedaż głównie polskich produktów

      Podaje się, że od 90% do niemal 100% sprzedawanych towarów stanowią wyroby krajowe. Podejrzewam, ze chodzi tu o towary z grupy FMCG. To nie żadna łaska, ale głównie prosty rachunek ekonomiczny. Powodów jest kilka. Polacy mają określoną siłę nabywczą portfeli i to eliminuje import (np. podstawowych produktów żywnościowych). Ogromny postęp w krajowym przetwórstwie przemysłowych (m.in. za sprawą zagranicznych inwestorów), tzn. jakość i asortyment, niższe koszty produkcji oraz  transportu załatwiają resztę.

       

      Rozwój krajowych podmiotów i szansa współpracy dla tysięcy innych

      Są podmioty, którym sieci handlowe pomogły i takie którym utrudniły życie. Czyżby takie twierdzenie miało oznaczać, że gdyby dużych placówek handlowych nie było, to i nie istniałyby te podmioty ? W większości są to podmioty, które istniały przed pojawieniem się supermarketów. A przede wszystkim, sprzedaż to głównie funkcja popytu krajowego, a nie liczby dużych placówek handlowych. One pełnią tu głównie rolę kanału dystrybucji.

       

      Promocja krajowego eksportu

      Sieci handlowe pomagają wejść naszym producentom na zagraniczne rynki. Tu się zgadzam, gdyż samodzielne wejście na obcy rynek może być dosyć trudne.  Rozwinięta sieć dystrybucji i marka sieci pozwoliły wielu producentom zwiększyć sprzedaż, powiększając ją o eksport. Dla wielu z nich oznacza to mniejsze koszty „wejścia” na obcy rynek.

      Niemniej trudno uwierzyć, że dzieje się to z sympatii dla krajowych producentów. Tu również prawa rynku są brutalne. Sieci są zainteresowanie produktami łączącymi w sobie odpowiednio parametry takie jak cena i jakość. W końcu w każdym kraju klienci zachowują się tak jak my w Polsce. Chcemy towar dobry, ale za jak najniższą cenę.

       

      Polacy lubią małe sklepy

      Ma to rzekomo potwierdzać np. liczba marketów przypadająca na milion mieszkańców oraz badania preferencji miejsc dokonywania zakupów. Badania wskazują, że lubimy nasze małe sklepy w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla wskazanych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wskaźniki te są wyższe od naszych, i to przy porównywalnych na ogół średnich lub niższych zarobkach. Biorąc to pod uwagę można by dojść do wniosku, że Polacy mają wręcz awersję do dużych obiektów handlowych. To dość zaskakujące, kiedy się przeanalizuje zmiany w polskim handlu i zachowania  konsumpcyjne Polaków. Nie ma żadnych podstaw do twierdzenia, że tak miałoby być. Odpowiedź jest dość prosta. Polska jest krajem o relatywnie większym rozproszeniu ludności i niższym wskaźniku samochodów na 100 mieszkańców. Gdyby więc tak przenieść część mieszkańców wsi i drobnych miasteczek do dużych miast i poprawić wskaźnik zmotoryzowania (kwestia dojazdu do marketów), nasz „słupek” na wykresie wyraźnie by się powiększył.

      Przeczy to również twierdzeniu o zgodnym współistnieniu małych i dużych placówek. Przytaczano tu dla potwierdzenia stałą od kilku lat liczbę sklepów, o czym wspominam wyżej. Biorąc pod uwagę dane prezentowane wcześniej, świadczy to raczej o determinacji drobnych handlowców do przetrwania, co nie powinno dziwić przy tak dużym bezrobociu.

       

      Stworzenie nowych miejsc pracy dla tysięcy osób

      Patrząc na zmiany zatrudnienia w gospodarce na przestrzeni kilkunastu lat, w handlu mieliśmy do czynienia nie tyle z wytworzeniem nowych miejsc pracy, co raczej z ich przesunięciem w obrębie handlu. Generalnie zatrudnienie w handlu nie uległo poważniejszym zmianom. W miejsce likwidowanych miejsc pracy w drobnym handlu, powstawały nowe w dużych placówkach i raczej w wielkości nieco mniejszej niż liczba miejsc likwidowanych. Tymczasem wiele komentarzy stwarzało wrażenie, że w handlu nastąpił przyrost miejsc pracy. Jeżeli liczba ta obejmowała miejsca pracy poza handlem, ale z nim związane, to przecież handel detaliczny też wywoływał konieczność ich istnienia.

      Proponuję inne spojrzenie. Wiem, że każdy przypadek utraty miejsca pracy to osobisty dramat, ale w Polce jest kilka branż które doświadczyły drastycznego spadku zatrudnienia i przypadek handlu na tym tle nie robi większego wrażenia.

      Wracając do początkowej myśli, sądzę, że istnienie dużych sieci handlowych da się obronić w znacznie spokojniejszej atmosferze. Niemniej z jednym trzeba się chyba zgodzić. Od kilkunastu lat doświadczamy w Polsce niezwykle dynamicznie zachodzących zmian  w większości sektorów gospodarki, starając się nadrobić dystans dzielący nas od krajów rozwiniętych. W związku z tym bywa, że procesy te zachodzą nawet kilka razy szybciej niż w krajach, na których się wzorujemy. Dla wielu przedsiębiorców, dużych i małych, niezwykła dynamika zmian utrudniała możliwość dokonania ich trafnej analizy oraz prognozy. Stąd m.in. tak znaczny opór niektórych środowisk handlowych przed zmianami. Mylili się nawet makroekonomiści. Proszę spojrzeć na prognozy makroekonomiczne z II połowy lat 90-tych.  Bezrobocie prognozowano na ogół na poziomie nawet o połowę niższym od obecnego.

      Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że rozwój sieci handlowych jest wynikiem zainteresowania krajowych konsumentów. W gruncie rzeczy jest to forma demokratycznego głosowania, w którym przeważyli konsumenci. Zmiany gospodarcze przyczyniły się do zmiany czasu pracy milionów ludzi i dla nich możliwość dokonania zakupów w pobliskim markecie to ogromna wygoda oraz oszczędność czasu. Źle się stało, że po raz kolejny określeniom „sieci handlowe” czy „inwestorzy zagraniczni” nadano pejoratywne znaczenie. Warto przypomnieć, że w wielkopowierzchniowym handlu detalicznym aktywny jest również krajowy kapitał, a niewłaściwe traktowanie pracowników czy nieświeży towar można też napotkać w małych sklepach.

       

      Marek Żeliński, listopad 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 marca 2006 22:10
    • Spór o inwestorów zagranicznych cz1

      W ostatnich dniach za sprawą wypowiedzi Pani Minister Finansów wrócił na łamy prasy temat roli zagranicznych sieci handlowych w przemianach polskiego handlu detalicznego. Mnie szczególnie uderzył sposób reakcji komentatorów życia społeczno-politycznego oraz przedstawicieli dużych sieci handlowych czy kilku podmiotów monitorujących zmiany w polskim handlu. Jest w polskiej publicystyce ekonomicznej grupa tematów, które mają opinię „niepodważalnych prawd”, i o których chwila refleksji czy zadumy jest uważana za zbyteczną czy wręcz grzech. W takich przypadkach powinno się być jedynie za albo przeciw. Podobnie jest i w tym przypadku. Zamiast interesującej polemiki, przez pierwsze strony gazet przelała się fala oburzenia bogato okraszona mało delikatnie wyrażanym zwątpieniem w poziom wiedzy ekonomicznej Pani Minister. Strona „oburzonych” jedynie sobie przypisała prawo prezentacji danych. Prezentowano przy tym przypadkowe dane, nadając im często dość zaskakującą interpretację.

      Spróbujmy więc inaczej.

      Zacznę od kilku informacji dla miłośników szufladkowania, którzy szukają odpowiedzi na pytanie „po której stronie sporu jestem”?. Po żadnej. Pani Minister mogła być może delikatniej wyrazić swoje poglądy. Na czas piastowania funkcji Ministra Finansów musi się oswoić z faktem, by zwracać baczniejszą uwagę na sposób formułowania poglądów. Ponadto poważnie wątpię by ktoś był w stanie zatrzymać proces rozwoju sieci sklepów handlu wielkopowierzchniowego, biorąc pod uwagę jego popularność wśród Polaków. Ja również dokonuję zakupów w super- i hipermarketach i pewnie nadal będę to robił.

      Żeby zrozumieć pewną niechęć do dużych sieci handlowych wśród drobnych handlowców i części polityków, przedstawię krótka historię handlu detalicznego w Polsce.

      Z chwilą zmiany ustroju gospodarczego kilkanaście lat temu, w Polsce miał miejsce niezwykle dynamiczny jego rozwój. W latach 1991-1992 średni wzrost liczby placówek detalicznych (określanych przez GUS jako „sklepy”) wynosił ok. 22% rocznie. Kolejne dwa lata to blisko 9% rocznie. Do końca dekady dynamika stopniowo słabła i liczba sklepów osiągnęła poziom ok. 450 tys. Z niewielkimi wahaniami poziom ten utrzymuje się do dzisiaj. Drobne punkty detaliczne w połowie lat 90-tych przerosły liczbę sklepów detalicznych, jednak od blisko 7 lat ich liczba systematycznie spada. W okresie największego wzrostu gospodarczego realne tempo wzrostu sprzedaży detalicznej przekraczało szybko rosnące płace realne. Wszystko to działo się przy spadającym bezrobociu. Po osiągnięciu szczytu przez wskaźnik stopy bezrobocia w połowie 1994 r., czyli prawie 17% (wg poprzedniej metodologii), liczba bezrobotnych spadła o ponad 40% (do 9,5%) w ciągu czterech lat. Od końca lat 90-tych wskazane procesy uległy radykalnemu spowolnieniu, a odwracający się trend bezrobocia systematycznie ograniczał rzeszę klientów sklepów detalicznych. Postępowało zjawisko rozwarstwienia społecznego. Wprawdzie globalny popyt wciąż jeszcze rósł, ale jego kierunki nie były już takie same, odnośnie typu towarów i miejsca zaopatrywania (placówki handlu detalicznego).

      W tym czasie stale rosła liczba sklepów przekraczających powierzchnią 400 metrów kwadratowych. Dynamika ich wzrostu przynajmniej od połowy lat 90-tych przekraczała dynamikę wzrostu małych sklepów. Przez kilka lat były to sklepy często niewiele przekraczające wskazaną granicę, a te największe wciąż należały do rzadkich zjawisk Systematycznie rosła powierzchnia sprzedaży we wszystkich kategoriach sklepów wg kryterium powierzchni. Tak więc wygoda klientów i ekonomia skali w sprzedaży detalicznej od dawna wskazywały kierunek rozwoju handlu. Problem zaczął przybierać na sile chyba dopiero w ostatnich latach ubiegłej dekady. Wśród dynamicznie rosnącej liczby większych sklepów, coraz więcej było obiektów o powierzchni przekraczającej 2,0 tys. metrów kwadratowych i koncentrujących się na sprzedaży artykułów z grupy FMCG, która doskonale nadaje się do wskazania zmian w handlu detalicznym.  Biorąc pod uwagę tempo powstawania dużych placówek i tempo przejmowania handlu, można przyjąć, że handel detaliczny na przełomie dekad wszedł na nową ścieżkę zmian. Duże obiekty z coraz większym impetem przejmowały obroty mniejszych placówek przy i tak niewielkim wzroście sprzedaży detalicznej. W latach 2000-2004 średnia roczna dynamika realna sprzedaży detalicznej wyniosła niecałe 2%. Biorąc pod uwagę szacunki kilku instytucji badających zmiany w polskim handlu detalicznym  w grupie artykułów FMCG, prowadziło to do spadku obrotów w tempie kilku procent rocznie w tym okresie w grupie drobnych podmiotów handlowych. Dla podmiotów działających w bezpośrednim zasięgu oddziaływania dużych sieci handlowych skutki mogły być kilkakrotnie poważniejsze.

      Dla polskich miast przedstawione procesy miały i mają również poważne znaczenie. Nie chodzi tu jedynie o spór z przedstawicielami lokalnych środowisk handlowych, którzy próbują bronić swoich miejsc pracy . Zubożenie środowiska handlowego może odbić się na lokalnym rynku pracy czy rozwoju centrum miasta, które jest na ogół połączeniem centrum handlowego oraz centrum życia kulturalnego lokalnej społeczności. Problemu być może nie ma, jeżeli hipermarket wybudowano w naszym mieście, bo miasto ma wtedy większe wpływy. A co jeżeli wybudowano go w mieście sąsiednim?

      Marek Żeliński, listopad 2005

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 marca 2006 21:55

Kalendarz

Marzec 2006

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa