OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • niedziela, 09 grudnia 2007
    • Ocena sytuacji na giełdzie w ostatnich tygodniach

      Na krajowym rynku finansowym w listopadzie czołowym wyzwaniem analityków było określenie jak bardzo może spaść WIG. Spotkanie RPP nie robiło już takiego wielkiego wrażenia. Panowało niemal powszechne, i słusznie, przekonanie że stopa referencyjna będzie podniesiona o 25 pkt. Chociaż trzeba przyznać, że na rynku zrobiło się gorąco po publikacji wyników inflacji. W II połowie miesiąca roczna inflacja na poziomie 3,5% przy rocznym wzroście cen żywności o 6,6%, wpłynęła na pojawianie się bardzo pesymistycznych prognoz dotyczących rynku żywności. W ostatnim tekście wypowiedziałem się na ten temat (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/12/Wplyw-cen-zywnosci-na-inflacje.html) . Przypomnę tylko, że straszenie rynkiem żywności w perspektywie prawie trzech kwartałów wymaga solidnej wiedzy o rynku rolniczym i jasnowidzenia w zakresie warunków meteorologicznych w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. Ja tym jasnowidzeniem obdarzony nie jestem i ci z analityków którzy zaczęli straszyć, również nie. Nie zmienia to faktu, że ryzyko wzrostu inflacji istnieje i właśnie się realizuje. Nie będę już tego tematu dalej rozwijał, bo poświeciłem mu sporo miejsca na swojej stronie.

      W listopadzie krajowa giełda zaliczyła solidną korektę, podobnie zresztą jak główne giełdy na świecie. By być dokładnym, to trzeba przyznać że korekta u nas była ok. dwa razy silniejsza. Być może i dlatego że w październiku wzrost WIGu był większy niż większości głównych światowych indeksów. W listopadzie WID spadła aż o 10,2%, a WIG20 o 8,6%. Po korekcie z sierpnia i listopada widać, że rynek próbuje ustalać wsparcie na poziomie ok. 55 tys. pkt. Jak tylko uspokoiło się na świecie, to i u nas inwestorzy przystąpili ostrożnie do zakupów. Początkowo dość nieśmiało, ale w pierwszych dniach grudnia ruszyliśmy z energią do zakupów. Biorąc pod uwagę kanony analizy technicznej, to II połowa listopada była dobrym punktem do uzupełniania portfeli. Swego czasu wspominałem, że prowadzę analizę krajowej giełdy na tle wybranych parametrów makroekonomicznych. Celem jest szukanie podstaw do analizy fundamentalnej i związków z zachowaniem giełdy. Z jednej strony to naturalny odruch dla osoby uprawiającej makroekonomię i obserwującej zachowanie rynku finansowego. Z drugiej zaś, być może tkwienie w fundamentach powoduje pewną, może nie niechęć, ale dystans do analizy technicznej. Po prostu oparcie się w ocenie stanu bieżącego i kierunków zmian rynku finansowego tylko o analizę techniczną może prowadzić do błędnej oceny stanu rynku i utrudnia wskazanie momentów kiedy rynek niedocenia lub przecenia sytuację obecną i przyszłość firm giełdowych. Gracze z takiego czy innego segmentu rynku finansowego właśnie wskutek przesadnej ufności w analiza techniczną, doprowadzają do sytuacji kiedy rynek nawet przez całe kwartały nie dostrzega zmian fundamentów, albo je lekceważy i gra do ostatniej chwili. Nie chcę oczywiście deprecjonować przydatności analizy technicznej. Jej elementy sam również wykorzystuję, a w rękach fachowca ( a za takiego się w tej dziedzinie nie uważam) analiza techniczna z całą pewnością może być niezwykle przydatnym narzędziem. Moja wspomniana analiza fundamentalna wskazywała że w połowie listopada, po korekcie, rynek (WIG) wszedł w obszar który określiłbym jako adekwatny do stanu bieżącego i perspektyw. Powiedzmy, że ten obszar to przedział od 48 do 58 tys. pkt. Rynek zaczął się odbijać przy poziomie 55 tys. pkt., co  wydaje w miarę oczywiste w obecnej sytuacji. Poziom odbicia swiadczy , że wśród inwestorów przeważa pozytywny nastrój. Rynek ma chyba teraz poczucie, że „zaliczył” korektę w jej niezbędnej części i wciąż optymistycznie patrzy na przyszłość. Najnowsze wyniki PKB i perspektywy gospodarki (przyjmuje że tempo PKB będzie niższe w przyszłym roku w porównaniu z obecnym o od 1% do max 1,5%) są korzystne. Nie uzasadnia to jednak wiary w dynamiki indeksów rzędu 30 czy 40% rocznie. Bardzo powolny spadek wskaźników rentowności obrotu i dynamiki przychodów wskazuje, że niewielkie osłabienie koniunktury może przebiec bardzo łagodnie, co może zapobiec gwałtownym korektom na rynku. Pod warunkiem jednak, że tą prawdę uświadomią sobie gracze rynkowi. Moment (poziom WIG) w którym WIG się odbił świadczy, że inwestorzy wprawdzie przyjęli do wiadomości że dynamika rynku rzędu 40% to raczej wspomnienie i że rynek wyraźnie przeceniał stan gospodarki, ale wciąż chyba zapominają że dynamika cen akcji nie może się długoterminowo odrywać od fundamentów. Krótko mówiąc, rynek zatrzymał się w górnej części pasma które wyznaczyłem jako odpowiadające stanowi gospodarki. Pozostaje wiec coś poniżej (do 48 tys. pkt.) i emocje. W określeniu pasma pomijam sytuację, że nagle tempo PKB spadnie do poziomu powiedzmy 2%-3%. Natomiast nie podejmuję się precyzować zmian wynikających z emocji panujących na rynku. Mam na myśli ryzyko rynku amerykańskiego, którego ruchy (zmiany indeksów) są kopiowane na rynku krajowym. Inwestorzy krajowi potrafią też popaść w stan poważnej depresji. Tak było moim zdaniem na przełomie 2002 i 2003, kiedy to rynek poważnie niedoceniał pojawiających się coraz silniej sygnałów zapowiadających wzrost gospodarczy. Raczej wykluczam taka sytuację w średnim terminie w Polsce, ale chwilami zastanawiam się co zrobią klienci TFI, którzy w ciągu tego roku wpłacili ponad 15 mld zł w krajowe fundusze akcyjne. Ci klienci mogą zacząć się niecierpliwić brakiem zysków.

      Kilka miesięcy temu podałem prognozę przedziałową dla rynku. Było to chyba w maju. Zarysowałem wtedy maksymalny poziom na koniec roku (66 tys. pkt. dla WIG) i skalę przewartościowania rynku. Górna granica prognozy oparta była na tym, że rynek jest w stanie silnego optymizmu i bez korekty na rynkach zagranicznych prawdopodobieństwo korekty w Polsce było niskie. Dolną granicę wyznaczyłem na bazie szacowania indeksu odpowiadającego stanowi gospodarki i perspektywom makroekonomicznym. Główną i niezbędną część wymaganej korekty mamy za sobą, ale sprowokowały ją spadki w USA. Analizując też zmiany z wykorzystaniem analizy technicznej, można dojść do wniosku że wszyscy byli wpatrzeni w wykresy, by jak najszybciej wykreślić linię wsparcia. Jak wyżej wspomniałem, okolica 55 tys. pkt dla WIG była dość oczywista i na szczęście zgrała się z wydarzeniami za oceanem.

      Tym razem analizę rynku finansowego ograniczę do giełdy. Do tej pory starałem się opisać sytuację na każdym z głównym rynków, czyli: kapitałowym, walutowym i stóp procentowych. Nie zawsze na każdym z rynków działo się coś ciekawego lub godnego szerszego opisu. Po drugie przygotowywanie długich tekstów jest dość czasochłonne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2007 21:12
  • piątek, 07 grudnia 2007
    • Wpływ cen żywnosci na inflację

      Inflacja, za sprawą cen żywności, sprawiła w ostatnich miesiącach dwie niespodzianki. W sierpniu roczna inflacja spadła do 1,5%, po pięciu miesiącach utrzymywania się w przedziale od 2,3% do 2,6%. Druga niespodzianka to najnowsze wyniki, czyli 3% głównie za sprawą żywności której ceny zaczęły przybierać na sile w ostatnich miesiącach. Przypomnę tylko że w sierpniu przyczyną spadku inflacji był spadek cen grupy towarów nieżywnościowych. Dokładniej mówiąc, to inflacja spadła za sprawą spadków cen w grupie „łączność” oraz „rekreacja i kultura”. Gdyby nie to, to wskaźnik roczny wyniósłby około 2,1%. We wrześniu roczny wskaźnik wyniósł 2,3% i nie wywoływał specjalnych kontrowersji. Wręcz przeciwnie, odebrano to przejściowo jako powrót wskaźnika rocznej inflacji na dotychczasową bezpieczną ścieżkę. Ceny w październiku podskoczyły o 0,6% w porównaniu z wrześniem, co przełożyło się na wzrost wskaźnika rocznej inflacji do 3% z 2,3% we wrześniu. Takie skoki rocznej inflacji z miesiąca na miesiąc to rzadkość. Inflacja miesięczna 0,6% w październiku, po 0,8% we wrześniu oznaczała dwa miesiące dość silnych wzrostów jak na tą porę roku. Przy czym głównym winowajcą były ceny żywności, które we wrześniu i październiku wzrosły odpowiednio o 2,4% i 1,7%. Ceny dóbr nieżywnościowych zachowały się dość standardowo jak na tą porę roku i wzrosły w każdym z dwóch wymienianych miesięcy o 0,2%. Szybki wzrost cen żywności spowodował skok rocznych cen żywności do 6,6% po 5,1% i 4,6% w okresie marzec-lipiec.

      Wzrost cen żywności i jej wpływ na wzrost inflacji wywołał strach na krajowym rynku finansowym i wysyp pesymistycznych prognoz kształtowania się cen żywności w okresie aż do przyszłego lata w ostatnich dniach. Część ekonomistów i komentatorów rynkowych odebrała wyniki październikowe inflacji jako początek zapowiadanych z nią problemów. Mimo że od roku byłem zwolennikiem rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp bez czekania na wzrost inflacji, to uważam że świeżo prezentowane niekorzystne prognozy są mocno przesadzone, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę dotychczasową wiarę, że z inflacją nie będziemy mieć większych problemów. Część środowiska finansowego zbyt łatwo zmienia/modyfikuje poglądu w zależności od bieżącej sytuacji.

      Pozwolę sobie przedstawić przy tej okazji własny pogląd na kwestie cen żywności i jej wpływ  na inflację. W rzeczywistości nacisk cen żywności na inflację obserwujemy od blisko roku. Wzrost cen żywności na inflację sygnalizowałem już na w okresie wakacyjnym. Zwracałem uwagę, że jesteśmy świadkami procesów które na inflację przełożą się niekorzystnie. Niemniej przyznam, iż roczny wzrost cen żywności prognozowałbym łagodniej w tamtym okresie. Wzrost cen żywności jest pochodną dwóch procesów. Pierwszy to zmiany cen na rynku płodów rolnych będących pochodną wielkości zbiorów oraz znacznego niedopasowania popytu i podaży na rynku przynajmniej krajowym czy europejskim. Precyzyjna analiza wymagałaby omówienia każdej z osobna grupy produktów i przyczyn wahań rynku. Inne czynniki wywołały skok cen zbóż, a inne zaś co roku wywołują gwałtowne skoki cen owoców i warzyw. Jeszcze inne podniosły ceny wyrobów mlecznych na krajowym rynku. Drugi proces, to po prostu utrwalający się powoli rosnący popyt wewnętrzny.

      Przedstawioną obecnie przez część analityków prognozę wskaźnika rocznej zmiany cen żywności na prawie  4% w okresie lata przyszłego roku, traktuję jako formę „obstawiania” wyniku, a nie prognozę. Prognoza stanu rynku żywności za trzy kwartały nie jest niczym innym. Na to co będzie się działo na rynku żywności w przyszłym roku w znacznym stopniu wpłyną warunki meteorologiczne z którymi będziemy mieli dopiero do czynienia i sytuacja na rynkach rolnych, którą z obecnej perspektywy praktycznie nie sposób precyzyjnie przewidzieć. Poza tym, to rzadkość by rynek żywności w Polsce tak długo utrzymywał wysokie tempo wzrostu cen, biorąc pod uwagę co już mamy za sobą.

      Obawiam się, że równorzędnym czynnikiem pchającym ceny żywności w górę jest popyt wewnętrzny. Wystarczy spojrzeć na ceny produktów z koszyka żywności (w koszyku inflacji), których ceny nie zależą bezpośrednio od  wyników zbiorów. To, chociażby na przykład grupa „napoje bezalkoholowe”. Proponuje zwrócić uwagę na wyniki przemysłu spożywczego. Wyniki przemysłu wskazują, że roczny wskaźnik cen produkcji sektora spożywczego jest na poziomie 5% co, pomijając obecnie  sektor tytoniowy, jest praktycznie ewenementem. Można w uproszczeniu powiedzieć, że w tym roku sektor spożywczy znacznie łatwiej niż w ubiegłym, przerzuca na konsumentów wzrostu cen surowców do produkcji. Ponadto, nie przeszkadza to w utrzymywaniu sporego jak na ten sektor tempa wzrostu sprzedaży – wg danych o produkcji sprzedanej przemysłu jest to blisko 9% realnie właśnie w III kwartale. Największą niespodzianką są wyniki finansowe sektora spożywczego. Rentowność sprzedaży brutto dla II i III kwartału wyniosła odpowiednio 6,6% i 6,7%, co jest wynikiem niemal niespotykanym w tym sektorze. Wynika więc z tego, że obecnie łatwiej jest przenieść na konsumenta obecnie wzrost cen surowców, a rywalizacja o marże jest trochę mniejsza w całym łańcuchu producentów i przetwórców żywności. Wygląda więc na to że przetwórcy mogli wziąć na siebie część wzrostu cen żywności (kosztem marży), ale nie ma takiej konieczności. Konsumenci w ostatnim roku, z kwartału na kwartał powoli coraz łatwiej akceptowali wzrost cen. To po prostu efekt poprawy sytuacji ekonomicznej Polaków.

      Najnowsze wyniki inflacji powinny uświadomić niektórym członkom RPP, że dotychczasowe podwyżki stóp następowały zbyt wolno. Zbyt późno rozpoczęto ten proces. Mam jednak nadzieję, że RPP nie wpadnie w panikę w jaką wpadł rynek finansowy. W okresie grudzień-styczeń RPP nie powinna się posuwać do podwyżki większej niż 25 pkt. w przypadku niekorzystnych danych o inflacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 07 grudnia 2007 19:05
  • środa, 05 grudnia 2007
    • Tempo inwestycji jak w latach 90-tych

      Wyniki PKB za III kw sprawiły miłą niespodziankę. PKB wzrósł o 6,4% czyli dokładnie o taka samą wartość jak w II kw. Chcąc napisać coś inteligentnego o najnowszych wynikach zerknąłem do obszernego opracowania GUS „Rachunki narodowe według sektorów i podsektorów instytucjonalnych 2000-2005”, by przypomnieć sobie niektóre wielkości i proporcje. Opracowanie liczy 538 stron i po jego lekturze, bynajmniej nie wyczerpującej problematyki wyliczania PKB, człowiek aż boi się pisać o wynikach PKB. Tak naprawdę wyniki podawane kwartalnie przez GUS to pewnego rodzaju wyciąg z wyliczania PKB. Prezentowane są głównie pozycje, bez dokładniejszego podziału. Przykładowo podawana pozycja nakładów na brutto na środki trwałe informuje jedynie o wartości i tempie zmian. Przydałyby się dokładniejsze informacje o tym które segmenty gospodarki i w jakich proporcjach przyczyniły się do wzrostu.

      No, ale jest jak jest i trzeba się z tym pogodzić. Inna rzecz, że rachunki są poprawiane z powodu naturalnych trudności związanych z wyliczaniem PKB i zbytnie uszczegółowienie mogłoby nie wnieść nowej jakości. Niemniej, podanie większej ilości szczegółów byłoby bardzo pomocne w opiniowaniu publikowanych wyników.

      Korekta wyników PKB spowodowała, że przyrost rzeczowych środków obrotowych był już widoczny w II połowie ubiegłego roku oraz utrwalił się w we wszystkich trzech kwartałach tego roku. Przypomnę że niniejszej analizie struktury przyczyn zmian PKB opieram się na wartościach rocznych, czyli sumuje cztery ostatnie kwartały i porównuje z czterema wcześniejszymi. Nie widać więc może wpływu najnowszego kwartału, ale drugiej strony unikam w ten sposób podawania dekompozycji w ujęciu pojedynczych kwartałów co daje bardzo zmienne wyniki i czytelnikowi utrudnia interpretacje. Ponadto zmiany powstawania PKB i jego wykorzystania to procesy rozciągnięte na kilka kwartałów, dzięki czemu unika się błędów wynikających z przywiązywania nadmiernej wagi do najnowszych wyników.

      Po wynikach III kw widać, że gospodarka nie ma ochoty zwalniać. W bieżącym roku powiła się nowa jakość w polskiej gospodarce. Patrząc na to co przyczynia się do wzrostu PKB, to uderza udział nakładów brutto na środki trwałe. W latach największego wzrostu gospodarczego w poprzedniej dekadzie, udział nakładów w przyroście PKB praktycznie nie przekraczał 35%. W bieżącym roku wartość ta kształtuje się w przedziale 41%-44%. Po dość ostrożnym inwestowaniu w latach 2004-2005, podmioty gospodarcze rozpoczęły pełną parą przygotowania do sprostania wyzwaniom szybko rozwijającej się gospodarki. Wątpię by inwestycje utrzymały w średnim terminie tak duży udział w przyroście PKB i nawet tego nie chcę. Jak wyżej pisałem, niestety nie wiem które sektory gospodarki przyczyniły się do tak wysokiego wyniku, a to bardzo by pomogło w jego interpretacji. Zwracam uwagę na dość stabilna dynamikę wzrostu. Biorąc pod uwagę że wynik 26,2% w I kw jest efektem  bazy (I kw 2006), to po jego korekcie do ok. 20%, wychodzi nam że dynamika wzrostu stabilizuje się na poziomie ok. 20% z minimalną tendencją zwalniającą. Biorąc pod uwagę zasady i problemy przy wyliczaniu PKB oraz korekty wyników, to oczywiście przy wskazanej tendencji bym się nie upierał. Niemniej warto się temu przyglądać. Z pewnością wyniki inwestycji przestają być przypadkowe, przez co ich interpretacja i prognoza są obarczone mniejszym błędem. Inwestycje są wg mnie tzw. „hitem” najnowszych wyników, gdyż skoro przyczyniły się w znacznym stopniu do utrzymania wzrostu gospodarczego, to stało się to częściowo kosztem spożycia indywidualnego, którego udział w przyroście PKB zawiera się w przedziale 45%-50% w tym roku.

      To co może w najnowszych wynikach nieco niepokoić, to utrzymująca się przewaga popytu krajowego nad tempem PKB. Ryzykujemy wzrost cen, a z deficyt handlowy już rośnie. Niemniej trzeba przyznać że ta różnica nie ulega drastycznemu zwiększeniu. Wyniki III kw mogłyby sugerować, że proces powiększania się luki zostanie powstrzymany. Jednak do wyników III kw w tej kwestii trzeba mieć pewien dystans, a sam fakt utrzymywania się luki od roku rodzi oczywiście pewne zagrożenia dla gospodarki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 05 grudnia 2007 00:29
  • niedziela, 02 grudnia 2007
    • Wyniki przedsiębiorstw są ładne, ale zapasy rosną trochę za szybko

      Chyba tylko wskutek panującego do dawna oczekiwania na spowolnienie wzrostu gospodarczego, w najnowszych wynikach przedsiębiorstw dostrzegamy jego elementy. Zwracam na to uwagę, ponieważ gdyby ktoś poeksperymentował na mojej osobie i dał do oceny tylko wyniki przedsiębiorstw z kilku ostatnich kwartałów i na pytanie o kierunek zmian dał trzy odpowiedzi do wyboru (wzrost, stabilizacja, pogorszenie), to w pierwszym odruchu wyraziłbym pewnie przekonanie o stabilizacji. Przypomnę, stabilizacji na wysokim poziomie, tzn. przy bardzo korzystnych wynikach finansowych.

      Dane są faktycznie bardzo ładne ale z symptomami wskazującymi na to, że osiąganie świetnych wyników finansowych przestaje powoli przychodzić tak łatwo jak dotychczas. Ale do rzeczy. W ujęciu realnym, przychody w III kw wzrosły o prawie 11% w porównaniu z analogicznym kwartałem roku ubiegłego. Przypomnę tylko, ze w I i II kw dynamika ta wynosiła odpowiednio: 14,3% i 12%. Tempo wzrostu przychodów obniża się więc dość powoli, co potwierdza fakt mknięcia gospodarki z dużą prędkością, przynajmniej jak na nasze warunki. By mieć punkt odniesienia, to warto przypomnieć że w latach 1997-2006 średnia dynamika była na poziomie ok. 8%. Mam jednak mieszane uczucia czy powinienem brać pod uwagę lata obejmujące okres naszego boomu gospodarczego z połowy lat 90-tych. Jeżeli za datę początkową przyjąć rok 1999, to wtedy średnia zbliżona jest do 7%. Wiedząc, że odchylenie standardowe wynosi ok. 5%, to obecne tempo należy uznać za wysokie. Gdyby nie silny popyt krajowy, dynamika przychodów kształtowałaby się od ok. dwóch kwartałów, bliżej wskazanej średniej. Niemniej utrzymywanie szybkiego tempa dochodów poprzez zamianę popytu zagranicznego, krajowym, nie odbywa się gwałtownie, co powinno przyczynić się do uniknięcia konsekwencji przyspieszającego popytu wewnętrznego.  Na szczęście też, co widać z danych o PKB, że spożycie indywidualne, chociaż silne, to nie przyspiesza gwałtownie czego obawiano się szczególnie po wynikach za I kw. Szybkie tempo natomiast utrzymuje popyt krajowy, ale to wskutek szybkiego tempa inwestycji.

      Wynik na sprzedaży w III kw wyniósł 5,9%, czyli na poziomie niemal identycznym jak w I i II kw. O tej porze roku wynik III kw był niemal zawsze lepszy od I kw i większy lub równy wynikowi II kw. Wynik III kw wskazuje iż gospodarka osiągnęła już kres możliwości wzrostu, ale fakt spadku jedynie o 0,1% w porównaniu z dwoma wcześniejszymi kwartałami, potwierdza że pogorszenie wyników będzie następowało bardzo powoli oraz że w średnim terminie nie grozi nam gwałtowne pogorszenie wyników finansowych przedsiębiorstw. Wynik brutto w III kw osiągnął 6,3%, czyli o 0,9% mniej niż w II kw (ale to był wynik wyjątkowo wysoki) i o 0,2% mniej niż w III kw 2006 r. Generalnie więc wyniki są bardzo korzystne i kłopoty w utrzymaniu tak wysokich rentowności są ledwo widoczne, ale należy pamiętać że wsk. rentowności obrotu oparte są ma wartościach memoriałowych, a nie kasowych. Ta uwaga jest bardzo istotna, ponieważ analiza wskaźników charakteryzujących płynność czy finansowanie działalności w III kw, potwierdzają większość sygnałów na jakie zwracałem uwagę poprzednim razem. Wskaźniki płynności oparte na porównaniu elementów aktywów i pasywów marginalnie się poprawiły, wiec w uproszeniu można powiedzieć że tak rozumiana płynność jest stabilna. Bardzo powoli natomiast zaczyna rosnąć cykl należności, osiągając 31 dni. Niepokojąca natomiast jest coraz szybsza dynamika wzrostu zapasów (wzrost nominalny w kwartałach 2007 odpowiednio: 19,5%, 22,1%, 23,6%). Czwarty kwartał z rzędu jej wartość przewyższa dynamikę przychodów i zjawisko to jest coraz silniejsze. Tego już nie można tłumaczyć anomaliami w zaopatrzeniu i staraniami o uniknięcie rosnących cen. Moim zdaniem to coraz silniejszy sygnał, że część podmiotów może przeszacowywać możliwości absorpcyjne rynku. Ponieważ dynamika należności i zobowiązań jest niemal identyczna jak przychodów, to oznacza że na razie nie mamy jeszcze do czynienia z przerzucaniem kosztów wzrostu pomiędzy dostawcami i odbiorcami. Szybki wzrost zapasów jest finansowany zadłużeniem krótkoterminowym, które rośnie w tempie nieco szybszym od tempa wzrostu zapasów, co można tłumaczyć różnicą w ich wartości.

      Generalnie przyspiesza tempo zadłużania firm. W tym roku w poszczególnych kwartałach nominalna dynamika roczna zadłużenia krótkoterminowego wyniosła: 22%, 31%, 25%, a dla zadłużenia długoterminowego: 6%, 5,5%, 10%. Oczywiście wzrost zadłużania nie jest niczym złym, szczególnie kiedy się pamięta że finansowanie wzrostu z zysku netto musiało mieć swoje granice. Wzrost zadłużenia, który potwierdzają również wyniki podaży pieniądza, oznacza że przedsiębiorstwa stają się powoli coraz bardziej podatne na politykę pieniężną RPP. Można mieć tylko nadzieję, że RPP będzie podejmować rozsądne decyzje. Wtedy, oczywiście obok poprawnego kształtowania się innych elementów makroekonomicznych, mamy szansę na wzrost gospodarczy bez zbędnych anomalii.

      Wartość nakładów inwestycyjnych w III kwartale potwierdza wyniki I półrocza. Roczna nominalna dynamika inwestycje w III kw sięgnęła prawie 33%, czyli niewiele mniej niż w I półroczu. Porównanie realnego tempa wzrostu dla nakładów dla roku kroczącego, wskazuje że mkniemy w tej dziedzinie tak jak na przełomie 1995/1996. Wyniki poprzednich okresów sugerowały, że dochodzi do poważnych dysproporcji w tempie inwestycji pomiędzy przemysłem a usługami, na korzyść tych drugich. Wyniki III kw wskazuję że może się wyraźnie zniwelować. To cieszy tym bardziej,  że silne tempo inwestycji utrzymuję się w sektorach wywarzających maszyny i urządzenia. Co interesujące, popyt na dobra inwestycyjne nie przyczynia się do większego wzrostu ich cen. Wg GUS porównanie trzech kwartałów tego roku z poprzednim wskazuje na wzrost cen o 2,6%, do czego przyczyniło się w zasadzie głównie I półrocze. To potwierdza tylko jak wielką rolę w powstrzymywaniu cen w gospodarce spełnia obecnie kurs naszej waluty i jej dalsze wzmocnienie w ostatnich miesiącach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2007 22:10
  • środa, 28 listopada 2007
    • RPP podwyższy stopę referencyjną przynajmniej o 25 pkt.

      Najbliższe spotkanie RPP wywołuje spore zainteresowanie. Są dwa główne tego powody. Pierwszy to konieczność dalszych podwyżek, w czym nie jestem odosobniony, ponieważ spodziewa się tego większość analityków.  Inną kwestią pozostaje pytanie „o ile?”. Drugie pytanie, to czy w ogóle do obniżki dojdzie. Ta druga wątpliwość jest być może przesadzona i przedstawiona tak tylko dla dodania „smaczku” tuż przed spotkaniem, ale po lekturze komunikatu RPP po spotkaniu z 30-31 października, widać że wśród członków Rady jest grupa osób które nie palą się do podnoszenia stóp oraz autentycznie wierzą że obecnie powoli rosnąca inflacja (nie licząc wyników CPI za październik), to właśnie efekt podwyżek z ostatnich miesięcy. Czytając komunikaty po spotkaniach Rady oraz zapisy dyskusji mimowolnie próbuje przypisać poszczególne opinie do osób czy grup gołębi i jastrzębi. W jakimś stopniu ulegam atmosferze hazardu i typowania, niemniej staram się nad tym panować i nie ulegać „obstawianiu” jaką decyzję poweźmie Rada dokładnie na danym spotkaniu. Wole określanie co Rada zrobi, czy zrobić powinna w okresie 3 – 5 miesięcy, oczywiście w zależności od tempa zmian parametrów makroekonomicznych branych przez Radę pod uwagę. Przypomnę, że wyjątkowo w okresie od jesieni 2006 do końca lata tego roku byłem jastrzębiem. Obecnie staje się chyba przedstawiciele obozu środka, czyli ani gołąb ani jastrząb. Uważam że dotychczasowe trendy makroekonomiczne, w mniejszym czy większym stopniu utrzymane wg najnowszych wyników, uzasadniają kontynuowanie podnoszenia stóp „spokojnie” o kolejne 25 pkt, czyli z 4,75% do 5,%. Zmiany stóp na rynku i obecny kształt krzywej rentowności w jej „krótszej” części wskazuje, że rynek uległ chyba nawet pewnej panice. Rynek praktycznie gotowy jest nawet na podniesienie stóp o 50 pkt i dalszy wzrost w I kwartale przyszłego roku.

      Wracając do określania w której grupie jestem (jastrzębi, gołębi czy środka), nie ukrywałem ostatnio że obecnie satysfakcjonowałaby mnie w listopadzie (najbliższe posiedzenie) podwyżka tylko do 5,0% z nastawieniem w komunikatach, że członkowie RPP mają świadomości iż prawdopodobieństwo dalszych podwyżek wyraźnie przeważa nad ich utrzymywaniem stopy referencyjnej na niezmienionym poziomie w najbliższych kilku miesiącach. Jednym z czynników, który mnie powstrzymuje w dołączeniu do grupy jastrzębi jest m.in. kurs walutowy, który wobec utrzymywania dość silnego trendu wzmocnienia w ostatnich miesiącach, przejął na siebie funkcję zaostrzania polityki pieniężnej. Z kursem jest jednak pewien problem, a mianowicie  jeżeli zacznie słabnąć (nawet powoli) to przełoży się to niekorzystnie na inflację szybciej niż zaczną „działać” stopy podniesione przez RPP w reakcji na osłabienie złotego. Widać zresztą, że świadomość tego maja również członkowie RPP. Niemniej pozostaje kwestia rozkładu prawdopodobieństwa kierunku zmian złotego i tempa zmian. To już ma cechy niemal loterii. Podnoszenie stóp na wyrost w obecnej sytuacji nie musi być wcale najlepszym rozwiązaniem.

      W zabawie pod tytułem, „co zrobi Rada na najbliższym spotkaniu” kolejnym czynnikiem są zwyczaje, które widać pod statystykach głosowań, wypowiedziach i zachowaniach niektórych członków RPP. Mam na myśli fakt że w niektórych miesiącach Rada ma większe skłonności do zmiany stóp niż w innych. Przed nami już tylko grudzień, w którym to miesiącu RPP wyjątkowo rzadko podejmuje decyzje o zmianie stóp. W okresie od 1998 roku, taką decyzję podjęto tylko raz w grudniu. Właśnie w grudniu 98 w reakcji m.in. na szybkie pogorszenie koniunktury, RPP przez trzy miesiące z rzędu RPP cięła stopy. Niechęć do zmian w grudniu do głownie kwestia terminu spotkania. Na ogół w połowie miesiąca, czyli w trakcie cyklu prezentacji przez GUS, MF i NBP najświeższych danych. Widać również ze statystyk głosowań, czego część członków RPP wcale nie ukrywa, że istotnym do podjęcia decyzji materiałem są dane GUS i raporty analityków NBP, publikowane w cyklu kwartalnym. Trochę mnie dziwi takie podejście, ponieważ dla bacznego obserwatora publikowane co miesiąc dane pozwalają na w miarę dokładne przewidzenie danych kwartalnych. Na koniec pozostają indywidualne reakcje emocjonalne i poglądy ekonomiczne członków RPP, które przekładają się na przesunięcia czasowe decyzji i skale zmian. Doskonałym tego przykładem jest historia decyzji RPP z ostatniego roku, co przedstawiałem kilka tygodni temu.

      Wyjątkowość listopadowego spotkania polega na tym, że decyzja RPP pokaże jak członkowie RPP patrzą na najbliższa przyszłość, gdyż w decyzji listopadowej powinni zawrzeć poglądy obecne i ryzyko ich modyfikacji po miesiącu. Imienne wyniki głosowania listopadowego, przy obecnych okolicznościach gospodarczych, pozwolą precyzyjniej określić poglądy członków RPP.

      Rada powinna na najbliższym posiedzeniu podnieść stopy o 25 pkt. Jeżeli zaryzykuje zmianę o 50 pkt, to przyzna się trochę do poważnej zmiany poglądów w okresie letnio-jesiennym, ale z makroekonomicznego punktu widzenia nie będzie to nic złego. Ja po prostu jestem zwolennikiem wolniejszego podnoszenia (drobne kroki, nawet jeśli częstsze), ale mówię to przy założeniu że grudniowy termin spotkania nie byłby dla mnie okolicznością do rezygnacji z decyzji. Dość ciekawie ujął dylemat RPP w Rzeczpospolitej z 27 listopada Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. Również bliżej mu do sugestii wzrostu o 25 pkt, przy świadomości że raczej nie będzie to koniec. M.Reluga, wskazuje że Rada powinna zostawić sobie trochę amunicji (możliwości podniesienia o kolejne 25 pkt) na najbliższy okres.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 28 listopada 2007 00:00
  • poniedziałek, 26 listopada 2007
    • Expose premiera,PO łagodnieje cz1.

      Wysłuchałem expose nowego premiera i nie będę ukrywał, że jestem rozczarowany. Jak na dawnego liberała – bo po expose nie wiem czy premier jest nim nadal – premier nieco przesadził z troskę o wszystko i wszystkich. Jedną z pozytywnych cech liberalnych polityków i ekonomistów jest brutalne przypominanie, że państwo może finansować to na co są pieniądze, a i to za każdym razem należy sobie odpowiadać na pytanie o efektywność społeczno-gospodarczą obecności państwa w gospodarce, czy konieczność obecności w ogóle w poszczególnych obszarach życia. Premier przemawiał trzy godziny i w tym czasie można się było pokusić o nieco więcej danych czy konkretnych informacji. Premier złożył sporo deklaracji i wyraził swoje niemal oburzenie w ocenie dotychczasowych osiągnięć poprzedników. W wielu liczbach można to było okrasić liczbami, ale w expose przeważały raczej słowa wyrażające emocje. Nie zgadzam się z premierem że pod względem jakości jego expose nie było gorsze od expose poprzedników. To nie jest argument. Jeżeli ktoś tuż przed końcem kampanii obiecuje wszystkim szczęście i dobrobyt, to w ciągu trzech godzin można było zarysować drogę dojścia do tego. Premier sam decydował jak wykorzysta czas przemówienia. Pierwsze  pół godziny premier zmarnował na prezentowanie mentalnych różnic pomiędzy nowym a poprzednim rządem.

      Przy mojej sporej sympatii dla Donalda Tuska, muszę powiedzieć że odniosłem wrażenie jakby nie zauważył, że jest już po wyborach. W swoich deklaracjach premier chyba przebił polityków o sporych skłonnościach lewicowych, zupełnie niepotrzebnie „podkładając się” opozycji. Jedynie sporej sympatii Donalda Tuska w środowiskach przedsiębiorców i części prasy, można przypisać deklarowany pozytywny odbiór jego expose. Sądzę, że opiera się raczej na pamięci o jego dotychczasowych poglądach i poglądach PO niż tekście expose. Czas prezentacji expose i rozłożenia akcentów stwarzają pewne wrażenie przypadkowości jego treści. Wiem, nie da się powiedzieć wszystkiego, ale można poruszyć większość wątków najważniejszych z punktu widzenia funkcjonowania państwa, i najistotniejszych z punktu widzenia społecznego. Poniżej wskażę sporą ogólność wielu ocen i deklaracji. Czasami brakowało naprawdę tylko jednego zdania dla osiągnięcia chociaż jako takiej dokładności expose, czy rozwiania wątpliwości. Podatki to konik PO, a w expose nie poznałem zarysu ani skali czekających nas zmian, a jedynie to że będą i to znaczne.

      Mam wrażenie że premier z nieukrywanym przejęciem i odpowiedzialnością odebrał frekwencję i wyniki wyborów i poczuł się chyba jak ojciec narodu, który jest odpowiedzialny za wszystkich. Stąd expose sprawiało wrażenie, jakby premier kategorycznie nikogo nie chciał skrzywdzić, a wręcz zasugerować że wszystkim się polepszy. Nie jest dla mnie wytłumaczeniem jakie wyrażano pośrednio lub bezpośrednio, że expose to bardziej polityczny rytuał. Niestety to expose w ten schemat się wpisało. Expose to oceny i deklaracja, zarys kierunków działań. Donald Tusk robił wrażenie do tej pory osoby dość konkretnej. To że expose staje się rytuałem dla polityków i komentatorów, nie jest dla mnie żadnym wytłumaczeniem. Również nie jest wytłumaczeniem, że nie o fakty chodzi a o powiedzenie czegoś „ciepłego” obywatelom na dobry początek. Obywatele powinni być uczeni realistycznego podejścia do problemów kraju, a nie bujania w obłokach. Proponowałbym odejście od „rytualnej” otoczki wokół expose ponieważ to wbrew pozorom poważny dokument (no.., powiedzmy deklaracja). Powinni go komentować znawcy poszczególnych tematów, a nie – niestety coraz częściej – politolodzy i (znak czasu !) fachowcy od PRu. Szczególnie dla tych ostatnich nie liczą się zawarte w expose informacje a jedynie ich skuteczność w poprawianiu wizerunku.

      Proponuje lekturę expose, ponieważ jest w nim sporo wątków z teorii ekonomii i tą wątków które do tej pory trudno było przypisać premierowi i PO. Mam nadzieję że nie jest to efekt koalicyjne zawarcia koalicji z PSLem. W tekście jest sporo definicji gospodarki, wynagrodzenia, relacji obywatel-państwo które w ustach Donalda Tuska brzmią zaskakująco. Dokładna lektura expose wskazuje iż premier w wielu miejscach deklaruje wręcz zacieśnianie związków pastwa z obywatelem. Premier wprowadził w swoim expose sporo ciekawych pojęć, czy tez wyciągnął je z rozważań ekonomistów i jakby chciał wprowadzić w życie w Polsce. Osobiście wielu z nich nie krytykuję, jednak nie rozumiem jak się one mają do dotychczasowych poglądów ekonomicznych premiera i deklaracji zmniejszenia obecności państwa w życiu obywateli. Jednym z takich ciekawych haseł jest ”demokratyczny kapitalizm”. Zachęcam do dalszej lektury w celu lepszego zrozumienia tego pojęcia.

      MAKROEKONOMICZNE PRZESAŁNIE

      Pierwszym zadaniem naszego rządu będzie wyzwolenie pozytywnej energii z Polaków przy całej świadomości różnic między nami, także pozytywnej energii tu na tej Sali. .Całe expose gęsto jest oplecione takim pozytywnym emocjonalnym przesłaniem, jakby to miało zastąpić podjęcie trudnych decyzji i przyśpieszyć wzrost PKB. Takie emocjonalne przesłanie jest może dobre na przełomowe momenty w życiu kraju, trudne okresy w życiu kraju, ale my nie mamy z czymś takim obecnie do czynienia. Jak donoszą media, przedstawiciele nauczycieli przesłali już list z „pozytywną energią” czyli skalą żądań.

      .. wszyscy, którzy wyznają nierozdzielność zasady wolności i solidarności zrozumieli, że ta synteza jest warunkiem niezbędnym, pierwszym i najważniejszym, aby ten skok cywilizacyjny się dokonał. Premier deklarował obniżenie podatków i wolność. Wolność oznacza swobodę decyzji, a solidarność w ujęciu ekonomicznym, państwo wymusza przepisami i ingerencją w przepływy finansowe pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi. To jedno z tych zdań, które wskazują, na ewolucję poglądów premiera.

      korzyści jakie każdy czerpie ze swojej aktywności gospodarczej, pracy najemnej lub prowadzenia firmy będą proporcjonalne do realnych efektów tej aktywności. W expose jest kilka zdań poświęconych teorii wynagrodzenia i mimo swej ogólności, trochę rażą sprzecznością, szczególnie jeżeli się weźmie pod uwagę zdanie poniższe, bo z tym akurat  trudno się nie zgodzić.

      To (j,w,- MŻ) oznacza prawo do sprawiedliwej płacy, ale też do uczciwie wypracowanego zysku. Albo, albo. Wprowadzanie pojęcia sprawiedliwej płacy jest trochę niebezpieczne. Jak premier definiuje płacę sprawiedliwą? Siła nabywczą, czy proporcjonalnością podziału zysku w przedsiębiorstwie. Jeżeli siła nabywczą, to premier powinien się odnieść do badań GUS nad skala zubożenia społeczeństwa i wtedy się przekona, że tak rozumianą płacę sprawiedliwą nie osiąga spora część społeczeństwa. Ingerencja w podział zysku w przedsiębiorstwie zaś, to ograniczenie wolności właściciela. To zdanie jest dość zaskakujące i środowiska przedsiębiorców i ekonomistów powinny się domagać rozwinięcia tego określenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 00:05
    • Expose premiera,PO łagodnieje cz2.

      FINANSE PUBLICZNE, GOSPODARKA

      Naczelną zasadą polityki finansowej mojego rządu będzie w związku z tym stopniowe obniżanie podatków i innych danin publicznych. Dotyczy to i musi dotyczyć wszystkich. I tych mniej zamożnych i tych bogatszych. Tak więc wszystkim będzie lepiej. Fajnie, ale o ile? Taka deklaracja wymaga zasygnalizowania rozwiązań podatkowych lub określenia skali podatków do PKB na przykład. Premier tak dużo naobiecywał, że pieniędzy na to nie wystarczy. To jedna z podstawowych sprzeczności expose.

      ...musimy zapewnić wzrost płac pracownikom sektora publicznego. .......O nikim nie wolno nam zapomnieć. Jak rozumiem premier rozwija wątek podziału profitów wzrostu gospodarczego, z zaznaczeniem ze każdy coś dostanie. Czy mam rozumieć że coś obiecał wszystkim których wynagrodzenia są płatne z budżetu? Od razu mogę powiedzieć, że wszystkich premier nie obdzieli, bo tyle kasy mieć nie będzie. Chyba ze będą to ostrożne, z trudem negocjowane indeksacje co roku, ale wtedy dystans pomiędzy większością sfery budżetowej a resztą gospodarki pozostanie be zmian.

       nikogo nie będziemy faworyzować tylko dlatego, że należy do lepiej niż inne zorganizowanej grupy zawodowej czy lobby ...To jedna z niewielu przykrych dla niektórych grup deklaracji. Należy przyklasnąć. Jednak niskie dochody dotyczą sporej części budżetówki i premier będzie musiał i tak dokonać politycznego wyboru lub dać każdemu po trochę czyli na poziomie skromnej indeksacji. Takiego wyboru już w expose dokonał. PO swoim zachowaniem w trakcie letniego protestu lekarzy i kampanii wyborczej, pozwolił tej grupie uwierzyć w dynamiczny wzrost wynagrodzeń.

      Deficytu budżetu oznacza stały wzrost długu publicznego i wysokie koszty spłaty odsetek od tego długu. W projekcie budżetu na przyszły rok poprzedni rząd przewidywał, że koszty te przekroczą 27 mld zł. Te pieniądze można by przeznaczyć na budowę nowych dróg, na oświatę czy na poprawą bezpieczeństwa. . W ciągu kilku lat budżet należy doprowadzić do stanu bliskiego równowagi. Kwota obsługi długu, to czysta manipulacja sugerująca, ze państwo w ogóle nie będzie zadłużone. W Polsce można w ciągu kilku lat zbilansować budżet, ale pozostaje to w sprzeczności z deklaracjami hojności państwa w expose, czy obiektywnymi problemami. Niemniej należy podkreślić, że to jednak w poważniejszych, charakterystyczna dla liberałów, deklaracja ekonomiczna i postulat. Kilka lat to dla okres od jednej do dwóch pełnych kadencji Sejmu. Premier deklaruje wręcz więcej niż wymaga od nas UE. Cel ten został określony jako jeden z głównych obecnego rządu. Zwracam na to uwagę, bo jak się chce to można podać konkretną informacje w jednym-, dwóch zdaniach.

      kiedy mówiłem o naszym zamiarze równoczesnego obniżania podatków i danin i wzrostu płac w sektorze publicznym i trzymania tego w ramach, odpowiedzialnych ramach budżetu, czyli szukanie równowagi budżetu. Wydawałoby się, że cele sprzeczne, że niemożliwe. Chciałbym państwa przekonać nie tylko tymi słowami ale także praktyką mojego gabinetu, że to jest możliwe. Mój komentarz jest krótki: nie wierzę. No chyba, ze za kilka lat premier powie że w wielu deklaracjach nie podawał żadnych konkretów albo miał na myśli pieniądze ale z funduszy UE. Bo faktycznie w większości obietnic wzrostu pomocy i wydatków, nie są podane kwoty. Tak rozumiana reforma finansów państwa ma szanse realizacji tylko przy utrzymywaniu wysokiego wzrostu PKB, który dałby wysoką dynamikę wpływów podatkowych. Wtedy odbyłoby się to w miarę bezboleśnie.

      ... w sejmowych pracach nad budżetem na 2008 r. zapewnimy większe środki na rozwój, w tym na wyższe niż planowano wydatki na edukację. W prawie całym expose premier deklaruje wzrost nakładów – obok wynagrodzeń dla budżetówki – na cele rozwojowe. Dostanie edukacja, instytucje badawcze, będzie na infrastrukturę, generalnie poważnie wzrosną wydatki o charakterze rozwojowym.

      Tekst expose nie precyzuje jak pogodzić deklarowane nakłady wydatków z ograniczeniem wpływów. Jest tylko generalna myśl, że pobudzenie przedsiębiorczości i większa swoboda gospodarcza oraz obniżenie podatków  przyczynią się do wzrostu gospodarczego. Analizowałem w czasie kampanii wyborczej pomysły PO prezentowane przez posła Chlebowskiego, których w expose nie było. Ogromną wyrwę w dochodach miały szybko pokryć wpływy z tytułu rozpędzenia gospodarki i cięcia w administracji. Jedno to trochę przesadzone marzenia a drugie, to już stały element każdego polityka.

      PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ

      W 2008 r. opracujemy i przedstawimy Wysokiej Izbie projekty zmian systemowych wspierających przedsiębiorczość...Główny kierunek tych naszych propozycji w tych najbliższych miesiącach to radykalne uproszczenie prawa gospodarczego, prawa podatkowego i trybu poboru składek ZUS. Wprowadzenie ale wreszcie na serio zasady jednego okienka przy zakładaniu firmy, usprawnienie sądownictwa gospodarczego i realne skrócenie okresu sądowego egzekwowania należności . To już też tradycja. Ja tylko nigdzie nie potrafię  znaleźć informacji co to jest „radykalne uproszczenie prawa gospodarczego, prawa podatkowego”. W poprzedniej kadencji Sejmu posłowie PO tez nic takiego nie przestawili. Po co więc robić nadzieje.

      POLITYKA SPOŁECZNA

      Prorozwojowa polityka gospodarcza, zapewnienie równowagi ekonomicznej i przyjęcie euro, uwolnienie przedsiębiorców od biurokratycznej gehenny, w połączeniu z aktywną polityką społeczną, pozwolą nam w 2012 r. na obniżenie bezrobocia do poziomu nie wyższego niż średnia europejska  Aktywna polityka społeczna to urzędnicy, ustawy, programy, pieniądze. Nie dowiedziałem się czy obecna „polityka społeczna” jest zła czy dobra. A może wymaga, o ile w ogóle, jedynie korekty. Aktywna polityka, oznacza pracę dla masy urzędników a premier chce na kosztach administracji oszczędzać. Po drugie deklaracją poziomu bezrobocia w 2012 premier mnie nie zaskoczył. Przy obecnych trendach i tempie gospodarczym na poziomie przeciętnego dla Polski , bezrobocie samo spadnie do tego poziomie za kilka lat, bez pomocy rządu.

      ..maksimum pomocy tym, którzy z różnych powodów nie mogą być samodzielni. To poważna deklaracja. Kto określi to maksimum. Są liczny i wskaźniki, które opisują obecną skalę pomocy państwa dla grup upośledzonych z różnych powodów. Jednak i w tym przypadku premier odmówił podania liczb. Większość ekonomistów którzy zalecają bilansowanie budżetu wskazuje jako jedno z pierwszych źródeł oszczędności właśnie wydatki na pomoc społeczną.

      We współczesnym, rozwijającym się świecie warunkiem wzrostu gospodarczego, związanego z liberalnymi warunkami ekonomicznymi, jest solidarna polityka społeczna. To jedna z tych myśli, która budzi pytanie o poglądy ekonomiczne premiera i ewidentną sprzeczność z obniżaniem podatków. Dostrzegam również tym sprzeczność z bliskim dotychczas premierowi liberalizmie. Liberalizm akcentuje samodzielność w działaniach człowieka i odpowiedzialność  za swoje ekonomiczne decyzje. Liberalizm ponadto po cichu akceptuje, że w naszym życiu jesteśmy zdani trochę na jego przypadkowość. Premier tymczasem wręcz nachalnie w swoim programie wpycha się w solidarną polityką społeczną. Nawet bardziej niż by tego chyba oczekiwała opinia publiczna. Expose jest tym wyraźnie przesycone.

      Trzeba także stworzyć zachęty, by czasowi migranci wracali do kraju. Tu będą mieć możliwość uzupełnienia wiedzy i umiejętności, pozyskania środków na własną działalność gospodarczą rejestrowaną szybko i sprawnie, a sieć elektronicznego doradztwa i pośrednictwa pracy pomoże im w dokonywaniu decyzji o powrocie jeszcze kilka miesięcy wcześniej niż dzisiaj to planują. Z tym się nie mogę zgodzić. Nie wiedze potrzeby ani powodów faworyzowania ekonomicznego ludzi, którzy wrócą do Polski. Obawiam się że premier próbuje spłacić dług wobec części swoich wyborców. Tym ludziom należy się od państwa pomoc w  wyjaśnienia zasad płacenia podatków, załatwiania formalności, zwiększeniu liczby urzędników którzy ich obsługują  itd. Moim zdaniem tyle.

      ...solidarności, która jest szczególnie mi bliska, o solidarności z niepełnosprawnymi. Chciałbym państwu powiedzieć, że tu zaległości są naprawdę przygnębiające. Mamy w Polsce dwukrotnie niższą, dwukrotnie niższą, aktywność zawodową osób niepełnosprawnych niż średnia w Europie. To jest znak hańby, to jest wstyd.  W niewielu miejscach expose premier tak mocno wyraża oburzenie. W poprzednich kadencjach PO miała możliwość przynajmniej proponowania takiej zmiany. Nie przypominam sobie jakiejś rewolucji. Problem ze społeczną adaptacją niepełnosprawnych sprowadza się głównie do pieniędzy, a w drugiej kolejności do regulacji zasad ich zatrudniania i refundacji kosztów. Funkcjonowanie tej grupy na rynku pracy regulowane jest w odrębnym ustawodawstwie lub paragrafami w poszczególnych ustawach. Liczbę niepełnosprawnych w Polsce szacuje się na prawie 4 mln osób. Z czego zatrudnionych jest niecałe 0,5 mln. Skala  ich zatrudnienia to kwestia przydatności do pracy i możliwości finansowych państwa. Ponad 10 lat temu zatrudnionych było ponad  0,9 tys. osób.  Wśród tych którzy mogą pracować, większość ma mniejszą sprawność niż tzw, zdrowy człowiek. By ich zatrudnić państwo musi refundować koszty. Śledzę od kilku lat problemy ZPCh i chętnie poznałbym propozycje premiera. Szczególnie te jak będzie walczył z nieprawidłowościami po stronie przedsiębiorców, bo to jeden z większych problem w zatrudnianiu niepełnosprawnych, no i skąd weźmie większe pieniądze na refundacje.

      Jesteśmy gotowi, a jest to efekt przygotowań dużej pracy studyjnej zespołu, który pracuje od wielu wielu miesięcy, jesteśmy gotowi do realizacji narodowego programu "Boisko w mojej gminie". Chcemy, żeby przy okazji Euro 2012 i jest to realny program, chcemy wspólnie z samorządami terytorialnymi, organizacjami sportowymi i partnerami prywatnymi zrealizować właśnie ten program "Boisko w mojej gminie". To oznacza boisko w każdej gminie. W każdej polskiej gminie. Do roku 2012 powstanie boisko ze sztuczną murawą i z oświetleniem.  A ja zapytam, po co ci ludzie marnują swój czas? Wg mojej orientacji i wg deklaracji premiera, samorządowcy bardzo dobrze wiedza na co trzeba wydawać. Oświetlone boiska nie są najważniejszym problemem. Kolejny program, zaangażowani urzednicy i pieniadza (dotacje, ulgi?). Nie wyobrażam sobie by ktoś gminy zmuszał do tych wydatków. Pozwólmy samorządowcom decydować  co mają robić i w jakiej kolejności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 00:04
    • Expose premiera, PO łagodnieje cz3.

      OCHRONA ZDROWIA

      Stan systemu ochrony zdrowia jest w znacznym stopniu miernikiem stopnia rozwoju cywilizacyjnego. Ma też podstawowe znaczenie dla komfortu życia wszystkich Polaków. Przejmując odpowiedzialność za Polskę podejmujemy się zapewnienia większego bezpieczeństwa zdrowotnego obywatelom.

      To kolejna istotna deklaracja, bo i służba zdrowia zajmuje istotne miejsce w expose. Deklaracje jak w pierwszym zdaniu, są charakterystyczne dla państwa opiekuńczego. Ja to   uważam za osiągniecie społeczne, ale premier chce nawet zwiększyć nasza bezpieczeństwo, skrócić kolejki, podnieść płace, a wszystko to głównie dzięki reformie, która obejmie dobrowolną komercjalizację i wydzielenie funduszy ubezpieczeniowych. A wszystko to bez wydania ani jednej dodatkowej złotówki. Premier postawą PO w czasie strajku i w expose zaciągnął ogromny kredyt zaufania u pracowników służby zdrowia, z którego się nie wywiąże. Kiedy przyjdzie do rozliczania obietnic, to ratować go może brak jakichkolwiek konkretnych deklaracji. Można dość jasno wskazać źródła finansowania służby zdrowia i premier mógł się pokusić o określeniem wskaźników, wartości za 4 lata. Premier nie określił czy podniesie składkę zdrowotna, czy akceptuje inne formy finansowania (np. ubezpieczenie pielęgnacyjne). NFZ ma informacje ile się czeka na niektóre zabiegi. Premier mógł zaryzykować wskazanie w jakim stopniu to ograniczy..

      Konkurencyjność jest wypróbowaną metodą podniesienia jakości oferowanych świadczeń zdrowotnych. Konkurujące o kontrakty z poszczególnych funduszy ubezpieczeniowych szpitale i przychodnie zostaną przez ekonomię zmuszone do oferowania szerszego asortymentu świadczeń i ich wyższej jakości. To jest sposób na zwiększenie dostępu do usług medycznych, na podniesienie standardów leczenia, na skrócenie kolejek. To wg expose podstawowa forma zmian. Przy obecnym poziomie nakładów na służbę zdrowia to naiwność. Deklarowanie przedstawienia pakietu zabiegów niczego nie zmienia. Polacy są utrzymywaniu w przekonaniu że wszystko im się należy i jakiekolwiek pakiet usług gwarantowanych będzie musiał to potwierdzić. Mam nadzieją że PO nie szykuje reformy jako ograniczenia liczby lub jakości usług by zbilansować wydatki i nakłady na służbę zdrowia, sfinansować wzrost płac oraz zlikwidować kolejny.

      Poprzez system konkurencji wśród instytucji ubezpieczeniowych oraz świadczeniodawców doprowadzimy do wzrostu zarobków personelu medycznego.  Tutaj premier odkrywa mechanizm dojścia do wyższych płac. To taki mały podstęp zawarty w expose. Mamy na przykład relatywnie mało pielęgniarek w Polsce, ale dzięki dalszemu ich zwalnianiu można będzie pozostałym płace podnieść.

      PAŃSTWO W GOSPODARCE

      Udział państwa w gospodarce można określać całkiem przyzwoicie za pomocą kilku makro wskaźników. Mogą to być finanse publiczne do PKB, wpływy podatkowe do PKB. Udział sektora państwowego na bazie przychodów, zatrudnienia, wytwarzania PKB i szeregi innych wskaźników. Takie ani podobne nie padają. Niemniej docenić należy odważne podejście do prywatyzacji i do tego udział państwa w gospodarce się praktycznie  w expose ogranicza. Treść expose była już sugerowana wcześniejszymi zapowiedziami w tej kwestii stad nie ma tu żadnych nowości. Rząd ograniczy listę podmiotów strategicznych i przyspieszy prywatyzację, która faktycznie została zlekceważona przez poprzednią ekipę. Przy okazji premier uczciwie przyznaje, że wpływy posłużą częściowo do zmniejszenia kosztów obsługi długu.

      ROZWÓJ REGIONALNY

      Co takiego złego dzieje się w Polsce przez ostatnich kilkadziesiąt lat, że kto przychodzi do władzy ma pełne usta frazesów o równości regionalnej a jak zdaje w władzę... Zbyt pochopnie państwo klaszczecie. A jak zdaje władzę okazuje się, że te nierówności są jeszcze większe. Nic się nie dzieje. Po prostu nie sposób zatrzymać zróżnicowania tempa rozwoju poszczególnych regionów i premier jako osoba obeznana w realiach ekonomicznych nie powinien udawać zdziwienia. Proponuję sprawdzić np. tempo zmian PKB na osobę w poszczególnych województwach. Nawet najmądrzejsze dzielenie pomocy regionalnej nie zatrzyma tego procesu. Można próbować bardziej zróżnicować na korzyść regionów biedniejszych  podział subwencji dla JST, ale premier o tym  nie wspominał. Tak naprawdę rząd nie ma wiele narzędzi do zmiany dysproporcji, szczególnie kiedy kraj przechodzi okres transformacji ustrojowej i nadrabiania dystansu ekonomicznego do krajów rozwiniętych.  Moim zdaniem premier powinien obiecać starania o zahamowanie tego procesu i wsparcie słabiej rozwiniętych regionów. Stabilna koniunktura w połączeniu z rozwojem infrastruktury powinny przyczynić się do lepszego rozwoju poszczególnych regionów. Jeżeli premier nie wie skąd się biorą różnice, to ja wskazuje z przekornie na mistrzostwa Europy. Po przyznaniu nam ich organizacji, przestawiano plany infrastrukturalne na potrzeby kilku dużych miast i rozpoczęto mobilizacje funduszy. Minister Gilowska od razu znalazła 1 mld zł na stadion, którego sama Warszawa nie uważała za priorytet sądząc z dotychczasowych osiągnięć. M.in. stad się biorą różnice regionalne.

      MIESZKANIA

      .. do tej pory także rządy które zaczynają swoją pracę obiecywały, że zbudują, nie potrafiły tego zrobić. Może dlatego, że budowanie mieszkań to nie jest zadanie dla rządu i administracji państwowej. Dobry rząd jest od tego, żeby stworzyć takie warunki i ramy prawne, szczególnie dotyczące zagospodarowania przestrzennego, i myślę tu także o szeroko zakrojonej de biurokratyzacji. Tym zdaniem premier naprawdę mnie ujął, bo w polskich warunkach wymaga to wiele odwagi, chociaż dla mniej jest to tzw. prawda oczywista. Do tej pory chyba każde expose coś obiecywało odnośnie mieszkań. Szczytem absurdu było hasło 3 mln mieszkań. Niemniej premier mógł poświecić z dwa-, trzy zdania na omówienie programów związanych z budownictwem i ewentualnych form wsparcia jakie praktykowano w ostatnich latach.

      ROLNICTWO

      Zawsze mnie intrygowało, co liberalny polityk ma do powiedzenia rolnikom. Tymczasem premier miał sporo, przy czym tu właśnie sięgnął szczytów ogólności.

      Panie Marszałku! Posłanki! Posłowie! Polska wieś jest naszym ogromnym narodowym atutem. Rolnicy, szerzej mówiąc - mieszkańcy wsi mają prawo do szacunku i godnego traktowania. Koniec z przedstawianiem wsi jako balastu naszej gospodarki. To jest także zobowiązanie mojego rządu. I moje osobiste. Niech nikt więcej z tej mównicy czy w innych miejscach publicznych nie traktuje polskiego rolnictwa i polskiej wsi jako negatywnego problemu.

      Inwestycje w gospodarstwach rolnych to szansa na lepszą produkcję, na poprawę jakości produktów rolnych, na obniżkę kosztów i zmniejszenie uciążliwości pracy rolnika. Jedną z gwarancji politycznych tego, że będziemy skutecznie pracować na tę rzecz, jest taki a nie inny kształt naszej koalicji.

      Program rządu w sprawach wsi i rolnictwa oparty został na pięciu filarach. Pierwszy z nich to aktywna polityka wobec Komisji Europejskiej. Filarem drugim jest usprawnienie pracy, a w niektórych przypadkach reforma instytucji rządowych obsługujących wieś i rolnictwo.Filarem trzecim, nabierającym coraz większego znaczenia, jest produkcja żywności w zgodzie ze środowiskiem naturalnym. Filar czwarty to wykorzystanie potencjału i możliwości rolnictwa do poprawy bilansu energetycznego Polski. Filar piąty to dążenie do poprawy dochodowości produkcji w rolnictwie, jej stabilizacja i przeprowadzenie niezbędnych reform w zakresie zabezpieczenia emerytalno-rentowego i zdrowotnego rolników a także osób zatrudnionych w rolnictwie.

      Nie mam pojęcia jak premier skutecznie chce poprawić dochodowość. O procesach efektywnościowych w rolnictwie już wspominałem na swoim blogu. Fundusze UE i poprawa dochodowości po wejściu do UE nie zmieniły procesu różnicowania dochodowości i wypychania części gospodarstw z produkcji towarowej. Utrzymać rodzinę z małego gospodarstwa jest bardzo trudno i większy sens ma wchłonięcie części nadwyżki rak do pracy przez rozwijające się pozostałe sektory gospodarki. Premier tego procesu nie zatrzyma. Co do wymienionych filarów, to chyba każdy rząd reformuje instytucje obsługujące rolnictwo a przynajmniej to deklaruje, czyli to już standard. Produkcja tzw. zdrowej żywność staje się coraz bardziej popularna, ale to margines rolnictwa m.in. ze względu pracochłonną produkcję i wolno rosnące  zainteresowanie polskiego społeczeństwa zdrową żywnością m.in. ze względu na wyższa cenę detaliczną od „niezdrowej„ żywności. Ciekawy jestem jak premier będzie poprawiał dochodowość rolnictwa i jakiej części gospodarstw będzie ona dotyczyła. Będzie to wymagało silnej ingerencji państwa w rozumieniu organizacyjnym i pieniężnym.

      Kończąc, nie przyjmuję zbyt dosłownie deklaracji zawartych w expose i polecam czytelnikom to samo. Wiem, że taka jest natura życia społeczno-politycznego. Znając poglądy polityków PO, pozwalam sobie na wiarę, że będą rządzić odpowiedzialnie. Mam również nadzieję, że sami traktują expose jako polityczny rytuał. Moja przydługa opinia wynika z faktu, ze słowa jednak coś znaczą i ludzie którzy je wypowiadają powinni o tym pamiętać. Słowa rozbudzają nadzieją i wywołują rozczarowanie po latach. Ale może niepotrzebnie się czepiam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 00:01
    • O mnie


      Witam. Nazywam się Marek Żeliński.

      Idea powstania strony internetowej to efekt zdobytej wiedzy, doświadczeń zawodowych i  zainteresowania problematyką makro- i mikroekonomiczną oraz rynkiem finansowym. Miałem przyjemność pracować kilka lat w Departamencie Skarbu Banku Śląskiego, a później (po połączeniu z ING) jako analityk branżowy i kredytowy ING Banku Śląskiego. Obecnie nadal jestem zawodowo związany z Bankiem.

      W części tematycznej strona stale jest rozwijana i jej obecny kształt nie jest ostateczny.

      Jeżeli ktoś z Czytelników chciałby się ze mną podzielić refleksjami lub gdybym mógł w czymś pomóc, to zachęcam do kontaktu:

      marek_zelinski@gazeta.pl

      tel. kom. 502 402 414

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 00:01
  • piątek, 23 listopada 2007
    • Finansowanie służby zdrowia

      Temat służby zdrowia wzbudza od lat chyba tyle samo emocji co polityka. Różnica polega głównie na tym z polityką obcujemy za pośrednictwem mediów (TV, gazety, radio, internet) i przy okazji wyborów, a ze służbą zdrowia bywa że i kilka razy w roku. Skala niezadowolenia z poziomu służby zdrowia jest ogromna. Rodzi to ogromne frustracje ale i ogromne oczekiwania Polaków. Ja jak każdy Polak też chciałem mieć najmądrzejsze zdanie na temat służby zdrowia i wymyśleć receptę na jej uzdrowienie, bądź – mówiąc inaczej – doprowadzenie do stanu oczekiwanego przez Polaków. Zrobiłem to zaznaczenie, ponieważ moim zdaniem pomiędzy świadomością Polaków na temat służby zdrowia a oczekiwaniami jest potworna przepaść. Ale wracając do najmądrzejszego zdania...., wpierw przed laty starałem się wsłuchiwać w medialne dyskusje i czytać prasowe polemiki. Ale skutek był żenującą kiepski. W większości były to i są dyskusje prowadzone na wyjątkowo abstrakcyjnym poziomie. Znalezienie w polskiej codziennej prasie polityczno-społecznej, a więc tej która robi wrażenie wyjątkowo zatroskanej stanem polskiego lecznictwa, dobrego merytorycznie materiału graniczy z cudem. Pamiętam na przykład artykuł z Gazety Wyborczej, gdzie autor (przepraszam, nie pamiętam nazwiska, ale na pewno z branży) prezentował problem decydowania o tym jakie środki finansowe kierować na leczenie pod względem kryterium wieku i typu schorzenia oraz stopnia jego uciążliwości dla pacjenta. Brutalna ekonomia, wynikająca z faktu iż gromadzone przez każde społeczeństwo środki na leczenie, nigdy nie wystarczają na leczenie zgodne z marzeniami społeczeństwa. By pojąc problemy krajowej służby zdrowia, trzeba sięgnąć do periodyków branżowych lub różnych opracowań dostępnych w Internecie, na stronach ministerstwa zdrowia czy czasami prasy ekonomiczno-prawnej i mozolnie składać obraz polskiej służby zdrowia z tych kawałków. Łatwo nie jest, ale przy odpowiednim uporze można stworzyć sobie całkiem przyzwoity obraz problemów naszej służby zdrowia. Oczywiście jak na laika, czyli osobę która patrzy na służbę zdrowia przez pryzmat przeczytanych tekstów i analizowanych tabel, no i czasami bywa przez nią leczony lub leczone są jego dzieci.

      Dostrzegam dwa podstawowe grzechy polskiej dyskusji o problemach służby zdrowia: utrzymywanie obywateli w przekonaniu, że mają prawo domagać się niemal wszystkiego przy dotychczas płaconych składkach i funkcjonujące w medialnych zgiełku dwie recepty na poprawę jakości i sprawności leczenia – „reforma” i „prywatyzacja”. Najczęściej pojawia się „reforma”. Słowo sugerujace zestaw działań ujawniających niezmierzone rzekomo pokłady finansowych oszczędności i możliwości skrócenia kolejek (tam gdzie one są), ale ci którzy je używają (politycy, dziennikarze, ekonomiści) unikają sprecyzowania o co dokładnie chodzi.

      Bodźcem do napisania niniejszego tekstu jest artykuł zamieszczony w Gazecie Wyborczej z 22 listopada „Doktor Rynek”, czyli wczorajszej (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4694254.html ). Autor, lekarz Sławomir Badurek, widzi sposób na rozwikłanie bolączek służby zdrowia drogą „prywatyzacji”. Przykładem mają być przychodnie lekarskie i stomatologia. Przed pisaniem tego artykułu przebrnąłem raz jeszcze przez dziesiątki tabel i informacji. Jest faktem iż stomatologia, to najbardziej sprywatyzowana usługa medyczna, przynajmniej z tych o szerokim zasięgu. 90% rynku to prywatne spółki lekarskie. Kiedy jednak spojrzałem w statystyki korzystania z dentysty na tle krajów Europy Środkowej i Zachodniej, to tak idealnie znowu nie jest. Po drugie pamiętajmy, że jest to zabieg jednorazowy (nie wymaga na ogół długotrwałego leczenia i leków na receptę oraz angażuje na ogół jednego specjalistę) z pogranicza lecznictwa i kosmetyki dostępny za kwotę na ogół zbliżona do 100 zł za podstawowy zabieg. Autor nie odpowiada na pytanie, co z tymi których nie stać na wszystkie wymagane leczenie i muszą korzystać z „państwowego” lekarza. To właśnie pewna standaryzacja i dostępny dla być może nawet większości koszt, przyczynił się do znacznej prywatyzacji tej usługi. Przykład przychodni lekarskiej również nie jest zbyt dobry. To na ogół lekarz czy grupa lekarzy z ich wiedzą i co najwyżej podstawowym sprzętem diagnostycznym. W takich przypadkach prywatyzacja masowych usług to żadne osiągniecie. Kilka lat temu korzystałem z „prywatnego” lekarza, który ostatecznie nie doszedł do tego co jest przyczyną słabych wyników badań moczu i sugerował mi ewentualne dalsze pogłębione badania, ale już w placówce „państwowej”. A nawet gdybym miał jakieś poważne schorzenie to w celu jego leczenia trafiłbym i tak do sektora „państwowego”. Oczywiście coś zyskałem. Sprawną, szybką i kulturalną obsługę. Nie mam również wątpliwości że prywatyzacja usług przyczynia się do poprawy ich jakości (trafność diagnoz).

      Autor tekstu słusznie zwrócił uwagę na zamieszanie wokół pojęcia prywatyzacja w służbie zdrowia. Przyznaję, że przykład z ostatnich wyborów jest bardzo wymowny. PiS bardzo brutalnie nadużył słowa prywatyzacja, sugerując że może to powodować wyłączenie ludzi uboższych z systemu ochrony zdrowia. Ale i słowo prywatyzacja faktycznie w dokumentach PO się pojawiało. Powiedziałbym, że to skutek niefrasobliwości słownej ze strony PO. Ale sądzę również, że politycy PO rozróżniają słowo komercjalizacja i prywatyzacja. Obawiam się, śledząc przez lata dojrzewanie społeczno-ekonomiczne obecnych polityków PO, że słowo prywatyzacja to pozostałość po latach kiedy prywatyzacja miała być panaceum na wszystkie problemy, kiedy szybkością i odwagą decyzji próbowano nadrobić słabą znajomość materii problemu takiego czy innego. Zawsze to łatwiej „sprywatyzować” niż poznać meandry funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej.

      Z tekstu wynika, że autor jest zwolennikiem bodaj całkowitej prywatyzacji usług zdrowotnych (lub przynajmniej powstania równoległego systemu prywatnego wraz z finansowaniem) i zasad ich finansowania. Piszę to z pewnym wahaniem, ponieważ nie jest to powiedziane wprost, jakby sam autor bał się to otwarcie powiedzieć, chociaż kawałek dalej dochodzi do pewnego istotnego wniosku sugerującego iż sprywatyzowany miałaby być również sektor finansowania usług medycznych. Jeżeli chcemy zachęcić ludzi do prywatyzacji, to wpierw trzeba obalić rzekome mity, nawet jeżeli są najidiotyczniej wydumane przez społeczeństwo. W skrajnym rozumieniu prywatna placówka zdrowia, to dla ludzi taka która może być zarządzana przez osoby prywatne które dysponują budynkiem jak zechcą i podpiszą kontrakty jakie zechcą. Ich zasadą działania byłby zysk netto, czyli nie przyjmowanie pacjentów którzy nie są ubezpieczeni (w firmie państwowej lub prywatnej) lub których na usługę nie stać i odmawianie kontraktacji usług które nie zapewniają zysku. Obecnie ludzie mają świadomość, ze władze lokalne są zobligowane do organizacji służby zdrowia. W przypadku skrajnie rozumianej prywatyzacji, warunek ten nie musiałby być spełniony. W pewnym momencie autor słusznie zauważa, że prywatyzacja systemu finansowania służby zdrowia, doprowadzi do ujawnienia dręczącego ją obecnie problemu. Mam na myśli wspomniany wyżej „..istotny wniosek”. Zadłużanie się placówek służby zdrowia wskazuje, że system się nie bilansuje. Częściowo z powodów efektywności, częściowo dlatego że finansujemy więcej niż zbieramy na to pieniędzy. Do tego braku zbilansowania można dołożyć konieczność podwyżek dla personelu medycznego i konieczność nadrobienia zaległości w wyposażeniu medycznym (chociaż są i dziedziny gdzie mamy się czym pochwalić, np. mammografy), niedoszacowanie części zabiegów oraz stałe problemy z finansowaniem skomplikowanych i przewlekłych leczeń. Gdyby to chcieć naprawić, to należałoby o kilkanaście procent podnieść natychmiast wpływy by usunąć większość wymienionych problemów w średnim terminie, albo ......... o tyle zredukować wydatki na usługi lecznicze. Skutków tego ostatniego ludzie się właśnie boją, a autor wcale tych leków nie usuwa. Moim zdaniem, właśnie doborem przykładów autor jakby świadomie unika odpowiedzi na pytania, lęki  i wątpliwości które sam prowokuje u czytelnika. Obawiam się że tego typu zachęty do prywatyzacji, mogą przynieść skutek odwrotny i autor sam mógłby się stań „bohaterem” reklamówek wyborczych PiSu.

      Teraz trochę o naszej służbie zdrowia. Analizując jej sytuację z ostatnich lat, widać że w wbrew pozorom, dokonał się w niej znaczny wzrost wydajności i jakości. Zachęcam do przestudiowania liczb. Ale by nie być posądzonym o brak kontaktu z rzeczywistością, oświadczam że moja bliższa oraz dalsza rodzina (w tym i ja) korzysta z głównie z „państwowej” służby zdrowia, co pozwala mi widzieć jasne strony ale i bolesne absurdy medycznej rzeczywistości. Przypomnę tylko, że wydatki publiczne na służbę zdrowia to w ostatnich latach ok. 4% PKB. Całkowite nakłady, to ok. 6% (rachunki narodowe wskazują nawet na 7%) co oznacza że ustępujemy krajom z obszaru UE o jakieś 2%. Przy tej mizerii finansowej udało się nam sporo dokonać, ale możliwości zyskiwania środków z efektów „reform i racjonalizacji” oceniam jako skromne i na wyczerpaniu. Tutaj rację przyznaję profesorowi Relidze, który starał się w amoku wyborczym przypomnieć by nie obiecywać niczego więcej wyborcom przy obecnym stanie kasy na służbę zdrowia.  Nasze oczekiwania oraz liczby przedstawiające stan usług medycznych i finansów w Polsce i w UE, sugerują konieczność zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Ameryki tutaj nie odkryjemy i będziemy (już to planował miniony rząd) pozyskiwać pieniądze dwutorowo. Poprzez finanse publiczne, tzn. składka zdrowotna i składka na ubezpieczenie pielęgnacyjne oraz finanse prywatne, czyli głownie rozwój prywatnej służby zdrowia. Szansą na zbilansowanie finansowania służby zdrowia i poprawę jakości działania jest komercjalizacja placówek służby zdrowia i dalsze wciąganie do systemu świadczenia usług placówek prywatnych. Przestrzegałbym bym jednak przed oczekiwaniem szybkich efektów. Mam mieszane uczucia co do silnej wiary nowej Pani minister zdrowia że podział NFZ na kilka konkurujących instytucji da zasadniczo nową jakość. Może to brak wyobraźni, a może wciąż dość mocno tkwiące w pamięci wspomnienia z doświadczeń z Kasami Chorych w mojej rodzinie. W średnim terminie odbieram to jako sztuczne reformowanie, czyli zmianę dla samej zmiany i w obecnej sytuacji jest to raczej problem drugorzędny.

      Do propozycji działań racjonalizatorskich dopisałbym uświadamianie Polakom stanu obecnego i ocenę racjonalności oczekiwań. To już rola mediów. Dajemy relatywnie mało na służbę zdrowia, za to skalą rozczarowania jej działaniem przebijamy w sondażach nacje zachodnioeuropejskie. Porównując nas i kraje rozwinięte trudno nie dojść do wniosku, że otrzymujemy relatywnie dużo przy stosunkowo niskich składkach. Co ciekawe, dominująca część Polaków w sondażach widzi konieczność radykalnych reform i przebudowy. Ciekawy jestem jakich. Uważamy ze płacimy za dużo, chcemy państwowej służby zdrowia, ale bez kolejek, z tańszymi lekarstwami i bez lepiej opłacanych lekarzy i pielęgniarek oraz udajemy że nic nie wiemy o zadłużeniu służby zdrowia (akcje oddłużeniowe prowadzone były z naszych pieniędzy!). To nie do pogodzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2007 03:02
  • wtorek, 20 listopada 2007
    • Cena metra kwadratowego mieszkania wg GUS

      W poniedziałek GUS opublikował informację o cenie 1 metra kwadratowego powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego w III kw. Cena ta po raz pierwszy przekroczyła 3 tys. zł. Dokładnie było to 3041 zł. Wartość jednego metra publikowana jest od lat, ale pól roku temu informacja po I kw wywołała spore poruszenie. Sam fakt, iż akurat było to po I kw jest raczej wynikiem zestawienia tego przez dziennikarzy czy tez czytelników z rosnącymi cenami mieszkań w największych miastach kraju. Wtedy w największych miastach  Polski cena metra w nowym budynku mieszkalnym była w przedziale od 4 tys. zł do ponad 7 tys. zł (Warszawa).W związku z tym GUS opublikował informacje o tym czym w rzeczywistości jest podawana wartość.

      Przede wszystkim jest to średnia dla całego kraju. Ponadto średnia ta obejmuje koszty poniesione na wybudowanie 1 metra na chwilę przekazania odbiorcy. Może to być więc tzw. stan deweloperski. Informację o kosztach przekazuje się na formularzu B-09. Według instrukcji do formularza koszty mają odzwierciedlać całość wydatków poniesionych na wybudowanie budynku, a więc od koszty nabycia działki i jej przygotowania poprzez wykorzystane materiały i tzw. robociznę, po koszty dokumentacji. Nie wykluczam, że podawane koszty mogą nie odzwierciedlać całości poniesionych, ale moim zdaniem nie umniejsza to poważnie jakości podawanej informacji. Na wartość metra składają się koszty ponoszone w trakcie całego okresu budowy budynku mieszkalnego, który o ile dobrze pamiętam mieści się w przedziale od 2 do 3 lat. Kiedy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że część materiałów mogła być kontraktowana wcześniej i że wcześniej już musiał być (na ogół) kupiony grunt, to można powiedzieć że wskazany koszt 1 metra odzwierciedla koszt (ważąc tempem ponoszenia kosztów) sprzed od 1,5 do 1 roku. Problemem jest to, że nie publikuje się równocześnie takich kosztów w rozbiciu na województwa i miasta. Oczywiście taka informacja jest dostępna, m.in. jako wartość odtworzeniowa.

      W ujęciu rocznym cena metra podana przez GUS wzrosła nominalnie o prawie 19%. Ostatnio dwucyfrowa roczna dynamika była w 2004 r. Cena metra w III kwartale niemal każdego roku jest wyższa od wartości ustalonych dla II, III i IV kwartału. Sądzę że tak znaczny skok ceny w III kw jest już tylko potwierdzeniem, że poprawa popytu i wzrost budownictwa na mieszkania przestaje powoli dotyczyć tylko głównych ośrodków miejskich. Na coraz większą skłonność do budowania zwracano uwagę już przy okazji statystyk opisujących ruch budowlany. Ponadto ujawniają się powoli skutki oddawania do użytkowania mieszkań których budowę rozpoczęto na przełomie 2005 i 2006 r. Podawana cena metra ma pewne cechy sezonowości rocznej, ale jej zmienność jest dosyć spora i ewentualne badania statystyczne lepiej oprzeć na wyprowadzanych na podstawie danych kwartalnych trendach. Dane za III kw potwierdzają, co już było słabo widoczne po wynikach I i II kwartału, a mianowicie że koszt ceny metra zacznie przyspieszać. To oczywiście żadne odkrycie, biorąc pod uwagę to co dzieje się w budownictwie mieszkaniowych.

      Wracając do zarzutu, że cena 1 metra nie ma wiele wspólnego z cenami w największych polskich miastach, to warto przyjrzeć się czy aby podawane ceny są obiektywną informacją i czy są ściśle związane z kosztami. Ale kto powiedział, że cena rynkowa mieszkań musi mieć wiele wspólnego z jej kosztami. Oczywiście wspomnę, że średnia dla kraju nigdy nie będzie reprezentatywna dla największych miast. Proszę zauważyć, że świadomość Polaków o cenach mieszkań tworzą doniesienia z Warszawy, Krakowa, Trójmiasta, Poznania, Wrocławia i Łodzi. W tym roku do prezentowanych w mediach statystyk dołączono Katowice. Sześć pierwszych wymienionych ośrodków miejskich łączy to że na ogół są to jedne z największych polskich miast, ale i fakt iż odnoszą właśnie znaczny sukces ekonomiczny, czego wynikiem są rosnące ceny mieszkań. Na te sześć miast przypadało od 2000 do 2006 r. od 47% do prawie 70% mieszkań oddawanych przez deweloperów i spółdzielnie. Biorąc pod uwagę iż w opracowaniach prezentowanych w mediach występuje Łódź, to biorąc pod uwagę liczbę oddawanych mieszkań w województwach, to już wcześniej w statystykach powinno się wspominać o województwie śląskim oraz kujawsko-pomorskim czy lubelskim. W załączonej tabeli przedstawiłem dla każdego z prezentowanych miast średnie koszty budowy 1 m kwadratowego, które są wyliczane dla każdego województwa i m.in. miasta wojewódzkiego. Zwracam uwagę że  prezentowane ceny nowych mieszkań i koszty ich budowy, na tym poziomie agregacji mogą zawierać minimalny błąd i możliwej do wyliczenia na tej podstawie relacji kosztu do ceny rynkowej nie należy odnosić do każdego przypadku. Relacja kosztu do ceny rynkowej w poszczególnych miastach nie dawała mi tych samych wartości. Odchylenie od średniej sięgało od 6 do 11 punktów procentowych, czyli niemało. Na wykresie wstawiłem linię kosztów dla wskazanych sześciu miast, co mniej więcej odpowiada kosztom ich budowy. Przypominam, że wskazany koszt to wartość kosztorysowa budowy 1 metra.

      Zmierzam do tego, że wspomniana przez GUS cena metra i wyniki dla wybranych miast wcale nie muszą w sobie zawierać poważniejszego błędu. Ujawnia się druga strona problemu mieszkań. Otóż tam gdzie popyt przewyższał podaż, deweloperom łatwiej było windować ceny, co powodowało odrywanie się od cen rynkowych od kosztów. Niestety taka jest cena sukcesu ekonomicznego Warszawy czy Wrocławia, nałożonego na okres świetnej koniunktury gospodarczej. Budowlańcy również zaskoczeniu koniunkturą, dopiero w 2005 zaczęli masowo ubiegać się o zezwolenia na budowę. Ceny dopiero w tym roku przestały gwałtownie rosnąć. To efekt możliwość akceptacji cen przez Polaków oraz zapowiedź nowych mieszkań które pojawią się na rynku w najbliższych kwartałach.

      Wskazana na wykresie potencjalna różnica kosztu budowy i ceny rynkowej, to również przypomnienie, że niemała część deweloperów robiła świetne zyski na realizacji projektów. Przez pewien czas wykorzystywano przecież grunty zakupione po relatywnie (w porównaniu ze stanem obecnym) niskich cenach oraz kontraktowano stosunkowo taniej część materiałów do budowy. Szkoda więc, że tak rzadko się mówi o rentownościach netto deweloperów operujących w Warszawie, w przedziale od 10% do nawet 20%. Żal za odchodzącymi potężnymi marżami jest tak duży, że jeden z warszawskich deweloperów przedstawił pomysł, by miasto sprzedawało grunty pod budowę mieszkań po niskich, nierynkowych, cenach. Dzięki temu, wg tegoż przedsiębiorcy, mieszkania byłyby tańsze. Trudno nawet komentować takie pomysły.

      Kończąc, wydaje mi się więc że wskaźnik kosztu 1 metra podawany przez GUS, z racji kategorii jaką przedstawia, zaczyna z oczywistym opóźnieniem pokazywać wzrostu kosztów budowy mieszkań. Ten sam wskaźnik dla miast wydaje mi się dość przyzwoicie prezentować koszty budowy. Nie jest to miara idealna, ale innej – łatwej do pozyskania – raczej nie ma. Wykazałem również, jak sądzę, że odnoszenie wskaźnika średniego kosztu wyliczanego dla całego kraju, nie ma sensu dla procesów cenowych zachodzących w dużym miastach, co zrozumiałe. Można też powiedzieć odwrotnie: sytuacja na rynku budownictwa mieszkaniowego w Warszawie czy Krakowie też nie jest reprezentatywna dla pozostałej części kraju.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 listopada 2007 22:44
  • niedziela, 18 listopada 2007
    • Przebudowa portfeli

      Analiza przepływów do i z funduszy inwestycyjnych wskazuje, że do TFI wpłynęło (zmiana netto) tylko  1,8 mld zł. Kiedy wziąć pod uwagę przepływy z poprzednich miesięcy, to od stycznia do lipca miesięczna zmiana netto zawierała się  w przedziale od 2,8 mld zł do 5,3 mld zł, to nie jest to zbyt dużo. Kiedy jednak  przyjrzeć co się składało na wspomnianą zmianę, to widać że mamy do czynienia z rosnącą świadomością ryzyka na krajowym rynku i 1,8 mld zł wpływów netto to spora kwota.

      Zaznaczę na wstępie, że precyzyjna analiza zmian stanów zaangażowania poszczególnych grup funduszy będzie w tym opracowaniu nieco pobieżna. Firma Analizy Online, na raportach której się opieram, zmieniła metodologie prezentacji zaangażowania w fundusze inwestycyjne. Nowy sposób grupowania uniemożliwia poprawne dostosowanie danych wg dotychczasowej klasyfikacji, do nowej. Wymagałoby to dostępu do bazy danych źródłowych. Znając jednak trendy na bazie stosowanej dotychczas klasyfikacji, postaram się złagodzić wspomniany dyskomfort.

      Dokładna analiza przepływów daje dość intrygujący obraz zmian, nie pozbawiony jednak wątpliwości. Aż 1,2 mld zł inwestorzy przeznaczyli na jednostki zagranicznych funduszy akcyjnych. To wartość o 0,2 mld zł i 0,1 mld zł więcej niż odpowiednio w czerwcu i lipcu tego roku. Nasilił się więc trend wzrostu zainteresowania zagranicznymi giełdami. Słabnie zainteresowanie krajowymi funduszami akcyjnymi. W październiku przepływy netto wyniosły 0,28 mld zł. Przypomnę, że od maja do lipca przepływy netto dla krajowych funduszy akcyjnych sięgały od 3,0 mld zł do 4 mld zł. W sierpniu wartość była ujemna (-0,45 mld zł), by we wrześniu przekroczyć 0,7 mld zł. Tak więc wynik z października, to sygnał iż zarówno inwestorzy jak i doradcy zdają się dostrzegać iż na krajowej giełdzie poważniejszych wzrostów już nie będzie. Biorąc pod uwagę to co obserwujemy obecnie w Polsce (korekta nawet silniejsza niż na zagranicznych giełdach), to można oczekiwać wycofywania się z funduszy na kwotę kilkuset milionów złotych. Około 0,4 mld zł wyniosło saldo krajowych funduszy zrównoważonych. Wynik lepszy niż w dwóch poprzednich miesiącach (-0,45 mld zł, 0,24 md zł), ale wyraźnie słabszy w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami, czyli od stycznia do czerwca. Dwa miesiące poprawy nastrojów na giełdach spowodowały odwrócenie się od funduszy bezpiecznych. W poprzednim miesiącu przepływy netto dla całej rodziny tych funduszy (papierów dłużnych i pieniężne, krajowych i zagranicznych) wyniosły -0,4 mld zł. W październiku wpływy i wypływy netto sięgnęły ok. -0,6 mld zł.

      Jednak inwestorzy mogą być, przynajmniej w październiku, usatysfakcjonowani. WIG wzrósł o 4,6% w tym czasie, co jest bardzo ładnym wynikiem. Rosły też na ogół giełdy zagraniczne. Pozwolę sobie nie podawać zmiany wartości łącznej tej grupy funduszy, ponieważ m.in. w tym przypadku porównywalność danych mocno ucierpiała. Niemniej wartość zmiany (bez udziału waluty) mogła być zbliżona do zmiany WIG. A właśnie, waluta. Złoty wzmocnił się do dolara o ponad 5% w październiku, co jest rzadko spotykanym zjawiskiem w Polsce. Aż w 80% to efekt zainteresowania polską przez inwestorów, a pozostała część, to już efekt utraty wartości przez dolara na rynku międzynarodowym. Tak więc po korekcie o zmianę wartości waluty, cały wzrost wartości jednostek został zjedzony.

      Biorąc pod uwagę powyższe uwagi, można powiedzieć że wciąż mamy ochotę na ryzyko, co wręcz pokazujemy dość ostentacyjnie. Podane salda w podstawowych grupach funduszy wskazują, że Polacy dostrzegają powolną utratę atrakcyjności krajowego rynku akcji, ale wcale nie mają ochoty uciekać do funduszy bezpiecznych, chociaż trzeba wspomnieć o coraz popularniejszych produktach strukturyzowanych. A czy akcje zagraniczne zapewnią lepsze zyski? Dokonywałem jakiś czas temu szacunków skali przewartościowania krajowego i amerykańskiego rynku akcji. Krajowy był bardziej przewartościowany. Biorąc po uwagę znaczną związek zmian indeksów światowych z krajowymi, obecne ryzyko rynku amerykańskiego oraz prognozowane obniżenie tempa wzrostu gospodarczego na świecie, słabniecie dolara i euro względem złotego, to szukanie ratunku w zagranicznych funduszach akcyjnych jest raczej zaskakującą forma ucieczki przed ryzykiem. Niemniej z biegiem miesięcy wraz ze wzrostem deficytu obrotów bieżących w Polsce, rośnie ryzyko osłabienia złotego. Wątpię jednak by inwestorami kierowały aż tak przebiegłe plany. Szansą są więc fundusze hedginowe i każde inne, które w prospekcie deklarują szeroki wachlarz możliwości inwestycyjnych. Sądzę, że jest to czasami słuszna nadzieja, ponieważ niektóre fundusze rzeczywiście potrafią osiągać przyzwoite zyski. Ponadto na obecny kierunek zmian warto spojrzeć i z tej strony, że istnieje ryzyko iż w Polsce korekta giełdy może być większa niż na innych rynkach. Kolejna refleksja, która mi się nasuwa to fakt iż trzeba być ostrożnym w formułowaniu daleko idących wniosków na bazie tylko porównania nowych pól zainteresowań krajowych inwestorów. Wprawdzie zwiększające się zainteresowanie funduszami zagranicznymi akcji wydaje mi się obecnie trochę naiwne, ale sadzę też że Polacy budują nowe portfele, czy tez w ich mniemaniu stają się one normalne. Po prostu do tej pory świetna koniunktura na krajowej giełdzie oraz poprawiająca się dynamicznie dopiero w ostatnich miesiącach oferta inwestowania za granicą za pośrednictwem TFI, spowodowały działania na rzecz poważniejszego zdywersyfikowania portfeli. Na przełomie I i II kw tego roku, Polacy zaczęli dynamicznie zwiększać zaangażowanie w zagranicznych funduszach akcyjnych. Na koniec października w zagranicznych funduszach akcyjnych Polacy mieli ulokowane 6,3% swoich oszczędności z części lokowanej w TFI.

       W przypogotowaniu artykułu wykorzystałem materiały firmy Analizy Online

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 listopada 2007 23:59
  • czwartek, 15 listopada 2007
    • Może RPO zreformuje KRUS

      Trzeba przyznać, że Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) zrobił politykom solidnego psikusa i być może zapisze się w najnowszej historii gospodarczej jako reformator i uzdrowiciel finansów publicznych. Jego pomysł wniesienia skargi do Trybunału Konstytucyjnego poważnie zaskoczył polityków z nowej koalicji, którzy posunęli się nawet do sugestii o polityczne podłoże takiej decyzji (dlaczego PRO nie zrobił tego w czasie poprzednich rządów). Co ciekawe, w opinii wielu ekspertów losy skargi są przesadzone, tzn. TK zaakceptuje słuszność skargi, co będzie oznaczało konieczność podjęcia przez rząd działań. A jakich? Otóż RPO w skardze zwrócił uwagę na fakt, iż finansowanie składek przez budżet na ubezpieczenie zdrowotne rolników bez względu na wysokość ich dochodów jest niekonstytucyjne. Tymczasem – wg RPO – rolnicy są zróżnicowaną pod względem dochodowym grupą, co oznacza że część z nich może w większym stopniu lub stopniu takim jak inne grupy zawodowe, pokrywać swoje składki. Jednym z celów RPO jest zmuszenie decydentów (polityków) do podjęcia tematu i zlikwidowaniu tegoż niesprawiedliwego zróżnicowania. Tak wiec z całkiem nieoczekiwanej strony problem KRUSu od lat omijany przez polityków, ma szansę na co najmniej zmniejszenie swojej skali. Sama skłdaka zdrowotna oczywiście wszystkiego nie załatwia, ale może pomóc przełamać bariery.

      W artykule pominę organizacyjne problemy, typu czy utrzymać KRUS, czy też wcielić rolników do powszechnego systemu emerytalnego. Podstawowym problemem jest ustalenie grupy docelowej, czyli tej grupy rolników która może pokryć swoje składki oraz osoby nie związane bezpośrednio z rolnictwem, a które wskutek luk prawnych „przecisnęły” się do KRUSu. W związku z tym, nie będę się również dodatkowo rozwodził nad kwestią w pewnym stopniu związaną z omawianym problemem, czyli jak zmienić zasady opodatkowania rolników, co mogłoby się m.in. przyczynić do lepszego poznania dochodów rolniczych oraz zmniejszyć wyodrębnienie podatkowe tej grupy zawodowej w obecnym systemie podatkowym. Niektórzy ekonomiści widzą w tym panaceum na obecne problemy, ale w rzeczywistości dla małych gospodarstw, czyli dla większości, i tak trzeba będzie stworzyć uproszczoną formę podatku dochodowego (jak karta podatkowa czy ryczałt).

      Problem KRUSu istnieje pewnie od chwili jego powstania, czyli 1990 r. (przyjmuje datę ustawy, która regulowała ubezpieczenie rolników) co najmniej już po kilku latach wiedziano, że utrzymywanie zróżnicowanych systemów ubezpieczenia prowadzi do patologii. Oczywiście nie samo instytucjonalne wyodrębnienie było powodem dzisiejszych problemów, ale bardzo pomagało w ich zaistnieniu.  W efekcie rolnik płaci kilka razy mniej na rzecz swojego ubezpieczenia, uzyskując niewiele mniej niż osoba pracująca poza rolnictwem. Państwo, czyli pozostali podatnicy, dopłacają ponad 90%. Taka skala dopłat stale jest motywowana znacznie trudniejszą sytuacją materialną rolników przy braku alternatyw dla osób pracujących w rolnictwie oraz zaszłościami historycznymi w krajowym systemie emerytalnym. Budżet dopłaca nie tylko do rolników, ale również do członków ich rodzin. Łącznie daje to prawie 2,6 mln osób. Samych gospodarstw rolnych, w zależności od przyjętej definicji jest ok. 1,8 (wg węższej definicji). Około 700 tys. gospodarstw rolnych ma powierzchnie od 1 do 3 ha. Drugie tyle jest w przedziale od 3 do 10 ha. Przemiany rynkowe powodują podział. Przeciętne polskie gospodarstwo ma ok. 10 ha, czyli 4-5 razy mniej niż we Francji, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii. Oczywiście są kraje ze średnią zbliżona do Polski (Portugalia, Węgry, Włochy, Grecja), ale jest to niewielkie pocieszenie. Generalnie rolnictwo mamy rozdrobnione, ale zgodnie z konstytucja, podstawą krajowego rolnictwa ma być gospodarstwo rodzinne. Niestety prawa ekonomii, pomimo wsparcia państwa dla rolnictwa, są nieugięte i większość rolników żyje znacznie poniżej średniej. Wg danych GUS za 2006 r. dochód rozporządzalny na 1 osobę w rodzinie w rolnictwie to 690 zł., czyli minimalnie więcej niż w na 1 osobę w gospodarstwie domowym rencistów lub osób na stanowisku robotniczym. Wszystkim pozostałym żyje się – średnio – lepiej. Czyli 1 osobie w gospodarstwie domowych osób pracujących na własny rachunek o 60%, osób na stanowiskach nierobotniczych o 63%, emerytów o 37%. Biorąc pod uwagę dodatkowo skromniejszy dostęp do szeregu osiągnięć cywilizacyjnych, to życie na wsi śmiało można uznać za trudne. Nie ułatwia tego fatalna struktura wykształcenia. Aż 65% żyjących na wsi nie przekracza wykształcenia zawodowego. Można więc powiedzieć, że spora część mieszkańców wsi ma niewielkie szanse na znalezienie dobrej pracy w „mieście” lub mitycznych już wiejskich usługach, których szeroki rozwój jest raczej cechą społeczności bogatszych. Kończąc to statystykę, warto przytoczyć minimalna powierzchnię gospodarstwa, przy której podstawowe produkcje stają się opłacalne. Dla warzywniczych jest to 3,3 ha; sadowniczych 11,9 ha; specjalistyczne mleczne 13,3 ha; specjalistyczne mięsne 18,2; mieszane (roślinno-zwierzęce) 22,4 ha; zbożowe 50,6 ha. Te liczby mówię same za siebie. Tak więc szansę na życie z produkcji na rynek ma trzysta kilkadziesiąt tysięcy największych gospodarstw. Natomiast fachowcy z branży szacują wg ESU, iż śmiało może rywalizować z rolnikami zachodnimi już tylko ok. 240 tys. gospodarstw. Wejście do UE nie zatrzymało procesów efektywnościowych z ostatnich lat. Można powiedzieć, że je tylko osłodziło.  Wbrew spotykanym czasami opiniom, same przemiany rynkowe sprzed kilkunastu lat były nie lada uderzeniem dla rolnictwa, któremu obok coraz bardziej rozkapryszonego konsumenta wyrósł bardzo wymagający partner – przemysł przetwórstwa spożywczego. Z roku na rok przybywa gospodarstw produkujących tylko- lub głównie na własne potrzeby. Obecnie szacuje się, że już tylko 50% gospodarstw związana jest z rynkiem. W ostatnich latach, m.in. z powodu przygotowań do wstąpienia do UE ( a był to dla rolnictwa naprawdę nie lada wysiłek), gospodarstwo związanych z rynkiem ubywa o od 1% do nawet 1,5% rocznie w rozumieniu struktury. Dzieje się tak nawet wbrew temu iż miasto wciąż jeszcze nie jest alternatywą dla wielu rolników wypchniętych z rynku.

      Zrobiłem statystyczny rys rolnictwa by podkreślić, że przeważająca liczba żyjących z rolnictwa nie będzie w stanie płacić pełnych składek ubezpieczeniowych i chyba tak na poważnie nikt tego nie oczekuje. Przesadne podwyższenie składek dla wszystkich spowoduje poszerzenie tylko sfery ubóstwa w rolnictwie. Zresztą to raczej tez nie jest dyskutowane. Uwaga skupia się głównie na większych i dynamicznie rozwijających się gospodarstwach. Jedno co mnie ciekawi i bawi w politycznym podejściu do KRUSu jest przyjmowane z góry założenia, że jakakolwiek dyskusja o zwiększonych składkach spowoduje ubytek elektoratu. Jeżeli, co zaraz wykażę, to niewielki. Ale łatwo na pewno nie będzie. Już obecnie Waldemar Pawlak, warunkuje podniesienie składek wzrostem wypłacanych świadczeń. Ale przecież tu chodzi o zbliżenie składki do pobieranego świadczenia Śledząc na przestrzeni ostatnich lat dyskusję o KRUSie i składkach, musze powiedzieć że najmądrzej pisali o tym przedstawiciele uczelni czy instytutów rolniczych lub tez osoby kiedyś lub obecnie zawodowo z KRUSem związane. Świetnie potrafią wskazać (a przynajmniej zarysować) grupę której podwyżki składek powinny dotyczyć. Tym bardziej, że wejście do UE przyczyniło się do wykreowania sporej grupy krajowych farmerów. Dane są więc na podane jak talerzu i nie sądzę by dyskusja i ewentualne decyzje wywołały społeczny sprzeciw. Obecnie w świecie politycznym przeważa niepotrzebny lęk, bo doprecyzowanie/zdefiniowanie grupy bogatszych rolników to raczej niewielki problem. Owszem, trzeba się będzie zmierzyć z przedstawicielami rolników, dla których już tylko zwiększenie rocznie składek o prawie 360 zł na osobę z gospodarstwa rolnika z min. 50 ha, to maksimum (a liczba takich to tylko 22 tysiące).

      Wg różnych szacunków wśród obecnie ubezpieczonych w KRUS 1,6 mln osób prawie 0,3 mln to osoby które w KRUSie być w ogóle nie powinny. Na samych składkach zdrowotnych można tu odzyskać mniejsze kilkaset mln zł. W zależności od szacunków, gdyby pełne składki płacili rolnicy z gospodarstw powyżej 10 ha dałoby to dodatkowo miedzy 2 a 3 mld zł, zaś powyższa propozycja rolników to nieporozumienie. Średnia 2,5 mld zł to raczej przesada w najbliższych latach, ale 1 mld zł to bardzo realna kwota i bardzo duża, możliwa do odzyskania w średnim terminie. Ciekawy jestem czy w obecnej kadencji Parlamentu, reforma ubezpieczeń rolniczych „przejdzie”.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 listopada 2007 01:26
  • niedziela, 11 listopada 2007
    • Wybrane informacje z rynku funduszy inwestycyjnych z października

      Kolejna ankieta przeprowadzona przez Gfk Polonia na zlecenie jednego z krajowych banków przybliża nam obraz krajowego inwestora korzystającego z funduszy inwestycyjnych. Najważniejsze jest fakt, iż przeważająca większość chce w przyszłości korzystać z tej formy oszczędzania. Jest to pochodna przede wszystkim dotychczasowych korzystnych rezultatów osiąganych przez większość funduszy. Nie jestem pewny czy takie same opinie byłyby po dłuższej i głębszej korekcie, ale z całą pewnością można być pewnym, że doświadczona prze inwestorów hossa miała niebagatelny walor edukacyjny dla inwestorów. Pod warunkiem że byli to inwestorzy świadomi, czyli tacy którzy uświadamiają sobie czym jest rynek finansowy oraz jakie niesie ze sobą ryzyka. Nieco mnie martwi iż co trzeci inwestor dokonywał inwestycji w drodze jednorazowanego zakupu jednostek TFI.  Ci którzy nabyli przykładowo jednostki krajowych czy zagranicznych funduszy akcyjnych w tym roku, w chwili obecnej nie mają powodów do radości. Po drugie zakup jednorazowy to poważne złamanie podstawowych zasad inwestycyjnych. Albo inwestuje się z pewną regularnością względnie stałe kwoty, albo „wyłapuje” momenty kiedy indeksy giełdowe są tuż po zakończeniu korekty. Ten drugi przypadek to oczywiście teoria. Przyjmując że mowa o funduszach akcyjnych, to najlepiej byłoby połączyć obydwie strategie, ale to wymaga albo wiedzy, albo współpracy z doradcą. Innym wyjściem jest oczywiście wybór funduszy mieszanych, które w okresie spadków giełdowych, przesuwają środki w papiery wartościowe. 1/3 inwestorów to „większe” kilkaset tysięcy osób. Dużo. Sądzę, że część z nich inwestowała niestety za pośrednictwem (tzn. przynajmniej po zasięgnięciu opinii) doradców. ..Ale wracając do ankiety, to drugie tyle osób inwestuje łącząc jednorazową wpłatę z regularnymi wpłatami. Taka postawa jest już znacznie bezpieczniejsza. Blisko 30% inwestuje w sposób regularny. Około 42% inwestuje regularnie do 400 zł miesięcznie, a 28% - od 400 do 800 zł. Widać więc że większość inwestujących robi to z pewną regularnością i „odkłada” miesięcznie kilkaset złotych, co jest kwotą dość znaczną ja na polskie portfele. Wyniki przedstawianej ankiety są efektem badania ok. trzystu osób, a więc nie jest to próba badawcza zbyt duża, ale o ile pamiętam relacje pomiędzy wielkością próby a dokładnością wskazań, to przy tej wielkości próby i trafności doboru ankietowanych, dokładność poszczególnych wskazań może być błędna o nawet kilka procent. Badanie przeprowadzono na przełomie czerwca i lipca, ale jego wyniki do szerszej wiadomości podano z opóźnieniem.

      Idea TFI przystąpiła – zgodnie zapowiedzią – do poważnego zwiększenia ofertę dla inwestorów. Są to (a dokładnie będą) trzy fundusze, z grupy alternatywnych, które faktycznie mogą być w obecnej sytuacji giełdowej spotkać się z dużym zainteresowaniem i przy odrobinie szczęścia zwiększyć udział Idei w rynku. TFI Idea nie potrafi przebić bariery 0,3% udziału w rynku, co biorąc pod uwagę długą historię firmy (dawniej GTFI), nie jest wynikiem imponującym. Idea Surowce Plus FIO zamierza inwestować w różne lokaty, papiery wartościowe, indeksy, instrumenty wspólnego inwestowania itp. instrumenty powiązane z rynkiem surowcowym. Powiązanie to będzie więc głównie pośrednie. Słuszne wiec jest określenie ze skrótu prospektu emisyjnego, że będzie to inwestowanie w instrumenty skorelowane z rynkiem surowców i energii. Udział takich instrumentów nie będzie mniejszy  50% portfela. Strategia inwestycyjna obejmuje również instrumenty pochodne, co wydaje się naturalne i może przynieść ciekawe efekty. Jeżeli portfel funduszu będzie dobrze dobrany to może to być ciekawa alternatywa dla funduszy akcyjnych przy rosnącym obecnie ryzyku inwestycyjnym. Kolejny fundusz – Globalny FIO – od 0% do 100% środków będzie inwestował w jednostki uczestnictwa krajowych oraz zagranicznych funduszy i instrumenty wspólnego inwestowania (od 50% do 100%). Wg deklaracji władz TFI mogą się w portfelu znaleźć i akcje. Generalną ideą funduszu jest danie możliwości inwestowania na globalnym rynku, wg zasady „jesteśmy tam gdzie można zarobić”. Do tej oferty wkrótce ma dołączyć fundusz typu hedge. Wspomniane fundusze, od warunkiem że osiągną interesujące rezultaty, pomogą być może sięgnąć bariery 1 mld zł wartości portfela.

      Wspomniałem o wartości portfela 1 mld zł, bo po raz kolejny przypomniało o sobie TFI Quercus, które chce rozpocząć operacją działalność na początku przyszłego roku. TFI liczy początkowo na 500 mln zł wpłat i sięgniecie 2-3 mld zł zarządzanych aktywów w ciągu 3-5 lat. Historia niektórych mniejszych towarzystw z lat 2004-2007 wskazuje, że jest to możliwe, ale były to firmy o bardziej znanej marce i działo się to na rosnącym rynku. Powyższy przykład Idei wskazuje, że nie jest to takie proste. Przypomnę, że założycielem jest m.in. Sebastian Buczek związany do niedawna z Grupą ING. W najbliższych planach jest parasol z czterema subfunduszami. S.Buczek przedstawił również prognozę dla rynku, która moim zdaniem za bardzo odpowiada bieżącym stanom umysłu rynku. Wg Buczka rynek jest w trendzie wzrostowym i – jak można się domyślać z opinii – jest szansa na utrzymanie tego trendu, chociaż ze sporymi wahaniami. Trochę zbyt łatwo chyba S.Buczek przyjmuje pojawiająca się obecnie teorię, że wzrost rentowności stóp papierów dłużnych będzie mniejszy od do niedawna oczekiwanego. Nie spodziewa się również podwyżki stóp przez RPP. Przyznaje ze można w nią zwątpić po ostatnim komunikacie z października, mnie jednak wydaje się że jedna podwyżka o 0,25 powinna jeszcze mieć miejsce w tym roku, biorąc pod uwagę sytuację makroekonomiczną.

      W Polsce jest obecnie 32 TFI i to nie koniec. Kolejnym, które złożyło wniosek o rejestrację jest TFI Trust. Założycielem jest Rafał Liz, były prezes m.in. TFI Banku Handlowego. Na początek będą dwa fundusze zamknięte oraz dwa hedgingowe, przy czym aktywa mają być początkowo lokowane głównie w E.Wschodniej i Środkowej. Zwrócę uwagę na dwa ostatnie fundusze. Zauważyłem, że od kilku miesięcy argumentem na przyciągniecie klientów maja być fundusze alternatywne, niejednokrotnie o profilu hedgingowym. W większości przypadków kończy się (skupia) to na inwestowaniu a inne fundusze, ponieważ samodzielne inwestowanie w tego typu instrumenty wymaga sporej wiedzy o szeregu rynków (waluty, surowce, stopy procentowe itd.) i – jak sądzę – dobrego zespołu specjalistów. Tych ostatnich znowu tak dużo nie ma, biorąc pod uwagę ogłoszenia o pracę w prasie finansowej i tempo powstawania instytucji wyłapujących wszelakiego typu analityków finansowych.

      10-lecie istnienia obchodził Skarbiec TFI. Oferta, jak na  rozmiaru Towarzystwa (na konie wrześnie aktywa – 4,8 mld zł), jest dosyć spora. Aż 19 funduszy, z czego 17 w trzech parasolowych. Wyniki niezłe, ale nie należą do rewelacyjnych. Zresztą fakt iż wyniki nie należa do czołowych, niekoniecznie jest wadą. Fundusz był już nagradzany za stabilizację wyników na dobrym poziomie, co jest sporym atutem dla TFI. Aż do początku 2007 TFI dzielnie powiększało udział w rynku. Na latach 2004-2006, udziały były następujące: 1,8%, 2,2%, 3,6%. W drugiej połowie 2006  TFI sięgało jeszcze niemal 4%. Niestety przy coraz większej konkurencji, udział w rynku zaczął w bieżącym roku spadać, by obecnie trzymać się na poziomie 3,4%. Jednym z powodów utraty rynku, było zbyt późne powstanie funduszy akcji zagranicznych i krajowych firm średnich i małych. Niemniej należy fundusz pochwalić za stworzenie dwóch funduszy związanych z rynkiem nieruchomości.

      Prognozy dla rynku z ostatnich kilku tygodni (ale sprzed listopada) zebrane z TFI, wskazuję na sporą wiarę we wzrostu, chociaż umiarkowane. Oczywiście dostrzega się, że utrzymanie tempa indeksów giełdowych do tej pory, będzie raczej trudne do osiągnięcia w najbliższych kwartałach, ale można zauważyć że dotychczasowe korekty giełdowe traktowane są zbyt łatwo jako świadectwo umocnienia trendu. Mało kto zwróć uwagę, że giełda krajowa trochę jednak przeszacowuje trendy gospodarcze. Zresztą nikt, lub mało, kto chce zaryzykować wskazanie tego faktu. Jest raczej atmosfera oczekiwania na potwierdzenie tego przez wyniki makroekonomiczne. Na podstawie komentarzy, zauważyłem na podstawie komentarzy, że wariantem oczekiwanym przez inwestorów i zarządzających funduszami jest raczej oczekiwane niewielkie spowolnienie gospodarki, które odbędzie się łagodnie co rynek odbierze bez poważniejszych wstrząsów i indeksy powoli będą się stabilizować na osiągniętych poziomach. Ja to odbieram jako nadmierny optymizm i obawiam się że gdy do graczy dotrze w końcu że indeksy szły w ostatnich kwartałach w górę szybciej niż by to wynikało ze stanu gospodarki to może się to skończyć korektą w granicach 10%-20% i dopiero wtedy stabilizacją lub raczej bardzo powolnym odrabianiem.

      BGŻ podał zysk z dwuletniej lokaty inwestycyjnej, która dopiero co zakończyła żywot. Zysk oparty był na wartości trzech czołowych indeksów zagranicznych  i sięgnął 12%. Jak na tego typu produkt, wynik rzeczywiście dobry. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę, że jest on zbliżony do przeciętnych wyników osiąganych przez te produkty, pod warunkiem że struktury te nie są tworzone w okresach spadków indeksów (tzn. przy założeniu indeksów giełdowych). Zrobiłem to, z pozoru głupie zastrzeżenie, ponieważ w coraz częściej oferowanych tego typu produktach widać, że czasami bodźcem do ich tworzenia jest nie tyle spore prawdopodobieństwo osiągnięcia godziwego zysku, ale popyt na produkty tego typu.

       An już na koniec pewna ciekawostka. Prezes Pekao Pioneer TFI nie jest zwolennikiem likwidacji „podatku Belki”. Sugerowałby raczej stworzenie ulgi. Jest to takie trochę branżowe spojrzenie na problem. Prezes PP TFI motywuje swoją opinie faktem, że podatek ( a dokładnie zwolnienie dla programów IKE) pełnił wg niego funkcję motywacyjną do oszczędzania długoterminowego. Rozwiązaniem mogło by być gdyby podatek utrzymano dla inwestycji do 12 m-cy. Tylko że w tym momencie odezwą się obrońcy osób, które z racji słabych dochodów zaczynają dopiero powoli oszczędzać zaczynając od lokat bankowych. Obawiam się że tego typu opinie nie są tylko motywowane IKE, które w przypadku likwidacji podatku powinny być wsparte zastępczo inną ulgą podatkową. Likwidacja tego podatku może wprowadzić pewne zamieszanie dla rynku. W końcu na ucieczce od podatku opierają się fundusze parasolowe i inwestycje z polisą.

       

       

       W opracowaniu wykorzytano materiały firmy Analizy Online Sp. z o.o.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 listopada 2007 14:59
  • czwartek, 08 listopada 2007
    • Ile w Polsce może być małych firm? Od czego to zależy?

      W dyskusji o przedsiębiorczości w Polsce dość często sugeruje się, że ułatwienie przepisów, obniżenie obciążeń fiskalnych przyczyni się do jej rozkwitu. Temat skali obciążeń i możliwości ich redukcji poruszałem bodaj kilkakrotnie. Poważniejsza redukcja obciążeń nie jest możliwa, ale żeby nie być posądzonym o niesprzyjanie drobnej przedsiębiorczości, niedawny czas temu zwróciłem uwagę że skala wpływów podatkowych do budżetu i oszczędności z powodu świetnej koniunktury, teoretycznie pozwala na obniżenie podatków o 1% do 2%. Teoretycznie, ponieważ było to założenie że pieniądze zwracamy podmiotom gospodarczym i obywatelom, a cała masa problemów budżetowych (brak środków na wiele dziedzin) pozostaje be zmian.

      Chciałem w ten sposób jedynie zaznaczyć, że ewentualne obniżenie fiskalnych obciążeń nie spowoduje radykalnej poprawy sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych, a będzie to jedynie mały zastrzyk pieniędzy. Mały w każdym jednostkowym przypadku, ale dostrzegalny w ujęciu makroekonomicznym. Podobnie jest z ułatwieniem funkcjonowania. Skrócenie okresu zakładania firmy, czy (to najnowsza propozycja) rezygnacja z kwartalnej aktualizacji podstawy do wyliczenia emerytury i renty, nie spowoduje przecież wzrostu sprzedaży małego przedsiębiorcy o 10% czy 20%.

      Tak naprawdę podstawowym czynnikiem determinującym liczbę drobnych przedsiębiorstw w danej gospodarce jest skala łącznego popytu i poziom rozwoju gospodarki. Pod poziomem rozwoju rozumiem również kwestie techniczne, co ma przeniesienie na liczbę małych kooperujących przedsiębiorstw. Jednak rozwój techniczny i obniżanie kosztów produkcji powoduje również zanikanie  niektórych profesji. Przykładowo możliwość zakupu butów w cenie 80-120 pln czy tani import, powoduje zanikanie zawodu szewca. Z własnych doświadczeń wiem, że koszt nawet niezbyt skomplikowanej naprawy butów to 20-30 pln.

      Zacząłem od powyższych informacji, ponieważ GUS przedstawił niedawno informację o liczbie  i sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych zatrudniających od 1 do 9 osób za 2006 rok. Niestety sprawozdawczość stosowana dla małych podmiotów nie pozwala na tak dokładne (liczba i częstotliwość publikacji) ich analizowanie jak to jest w przypadku większych podmiotów. Do tego dołożyłem dane z lat 2004 i 2005, by przedstawić małe podmioty w okresie bieżącego wzrostu gospodarczego jakiego doświadczamy od 2003 r. Wszystko to po to by postarać się dać odpowiedź na pytanie:

      Ile w Polsce może być małych firm? Dla mnie to bardzo intrygujące pytanie, postaram się wiec przybliżyć odpowiedź, albo pomóc zrozumieć stan obecny.

      Zwracam na to uwagę, ponieważ atmosfera wokół drobnej przedsiębiorczości i roztaczane przez część polityków i ekonomistów wizje naprawy, mogą sugerować że gdyby nie mityczna już tzw. biurokracja, to liczba przedsiębiorców byłaby znacznie większa, a ich sytuacja finansowa lepsza. Czy aby na pewno. Rynek ma swoją ograniczoną pojemność i nie da się nawet administracyjnymi metodami doprowadzić do radykalnego zwiększenia liczby małych podmiotów. Problemem głównym więc nie są ograniczenie administracyjne i fiskalne w funkcjonowaniu firmy, ale to czy znajdziemy odbiorcę na swoje produkty czy usługi. Warto przypomnieć, że już obecnie przedsiębiorcy korzystają z udogodnień finansowych. Około 650 tys. osób płaci składki wyliczane z niższej podstawy wymiaru (60%).

      Zanim jednak przejdę do podawanych przez GUS liczb, trzeba przypomnieć tło makroekonomiczne na którym rozgrywa się akcja. Średnie tempo PKB w Polsce latach 2004-2006 to 5,1%, a więc dużo. Od końca 2005, roczne (realne) tempo wynagrodzeń zaczęło coraz wyraźniej przekraczać średnią dla Polski z 10 lat wcześniejszych. Średnie (realne) tempo wzrostu sprzedaży przedsiębiorstw niefinansowych, to niemal 9% w tym okresie. Stopa bezrobocia spadła w tym okresie z 21% do 15%. Przy czym najdynamiczniejszy okresy poprawy sytuacji gospodarczej to częściowo 2004 r i 2006 r z końcówka 2005 r.

      W latach 2004-2006 liczba przedsiębiorstw o zatrudnieniu od 1 do 9 osób była następująca: 1,65; 1,61; 1,65 (mln). Tak więc w 2005 liczba podmiotów spadła o 2,5% (w 2004 spadek o 15 w porównaniu do 2003) by rok później wzrosnąć w niemal takim samym stopniu (2,4%). Tak wiec w 2006 liczba małych firm nie przekroczyła liczby z 2003 r. i to pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego. W 2005 zatrudnienie spadło o 0,6% by rok później wzrosnąć o 2,3%. Tymczasem w większych podmiotach w obydwu latach zatrudnienie rosło: 2005 o 2,5%, 2006 o 3,8%. Zwrócę uwagę, że zatrudnienie w małych firmach to 3,5 mln osób, w większych których dane wykorzystywałem (bez sektorów finansowych) to na koniec 2006 r. ok. 5 mln osób. Wynagrodzenie w małych przedsiębiorstwach w latach 2005 i 2006 rosło nominalnie o 2,2%. W większych podmiotach wynagrodzenie rosło o ok. 5%. Minimalnie więc zwiększyła się różnica w wynagrodzeniach. W małych firmach średnie wynagrodzenie stanowiło jedynie 55% wynagrodzenia w większych (2006 r.). Roczne przychody rosły w małych firmach w 2005 o 0,6% i w 2006 o niemal 16%. W większych natomiast o 5,5% i 14%.

      Z punktu widzenia tematu opracowania, chyba najciekawsza jest liczba firm przypadająca na 1000 mieszkańców. Otóż w analizowanych 3-4 latach liczba małych firm jest względnie stała i trzyma się wartości ok. 43 podmioty na 1000 mieszkańców. Występuje jednak spore regionalne (wojewódzkie) zróżnicowanie. W woj. mazowieckim to aż 52 podmioty na 1000 mieszkańców (50 w 2004 r.). To wartość 20% lepsza od średniej dla kraju. To głównie wynik zamożności mieszkańców województwa, które przewyższa pod względem wynagrodzeń średnią krajową o niemal 30%. Najgorzej jest w woj.podkarpackim – ok. 30 podmiotów na 1000 mieszkańców. Świetny wynik osiąga woj. zachodniopomorskie – prawie 57 podmiotów na 1000 mieszkańców. Rewelacja. Niemniej to nie wynik bogactwa ludzi tam żyjących, ale bliskość granicy i/lub przymus ekonomiczny. Wskaźnik bezrobocia należy do grupy najwyższych wśród województw. Średnie wynagrodzenie w małych firmach w tymże województwie jest niższe od średniego o kilka procent. Pod względem wynagrodzeń w małych firmach jest gorszych 5-6 województw.

      Podane informacje potwierdzają, że „pojemność” rynku rozumiana jako miejsce do funkcjonowania danej liczby małych firm nie jest z gumy. Ekonomia ma niestety swoje ograniczenia. Produkty i usługi maja swoje określone ceny, a te mocno już zdeterminowane przypadające im koszty i marże. Pojedynczy przedsiębiorca może osiągnąć (w przeliczeniu na 1 osobę) określone przychody, a dokładniej – z określonego przedziału kwotowego. Średnia dla 2006 to 180 tys. rocznie. Pomijając sektor usług finansowych, to dla poszczególnych sekcji/działów gospodarki rozpiętość wynosi od 50 tys. do 240 tys. pln rocznie na jedną zatrudniona osobę. Lata kiedy liczba podmiotów rosła w tempie kilku-kilkunastu procent, bezpowrotnie minęły. Obecnie to już nie dekada lat 90tych. Zresztą wzrost małych firm w 2006 r. o 2,4%  to ładny wynik, chociaż radość psuje nieco fakt iż nie przekroczono liczby firm z 2003 r. Jak widać więc, spory wzrost gospodarczy nie przekłada się już na radykalny wzrost liczby małych firm. Część małych przedsiębiorców, korzystając z koniunktury przechodzi do pracy w większych firmach, cześć – rozwinęła się na tyle mocne, że jest już obejmowana statystykami jako większe podmioty. Przychody małych firm to głównie usługi (ok. 80%) dla gospodarstw domowych i – częściowo – większych podmiotów gospodarczych.

      Czy liczba małych firm może wzrosnąć? Sądzę ze tak, a nawet jestem tego pewny. Będzie to jednak wzrost uwarunkowany głównie tempem naszego rozwoju i bogacenia się społeczeństwa, przy czym dynamika będzie skromna. Nie sądzę by w dłuższym terminie udało się nam utrzymać tempo wzrostu zatrudnienia i liczby jednostek na poziomie roku 2006, czyli ok. 2,5%. Pomijam tu oczywiście wpływy regulacji administracyjnych, powodujących sztuczne zwiększanie zamozatrudnienia. A wracając do roli Państwa, w rozumieniu ustawodawcy, to nie jest możliwa poważniejsza zmiana relacji ekonomicznych na korzystniejsze dla przedsiębiorcy (redukcja obciążeń finansowych). Tutaj pole jest dość ograniczone. Ja osobiście wolałbym większą aktywność na rzecz zachowania jak największej elastyczności funkcjonowania podmiotu (bariery wejścia, wyjścia i łatwość funkcjonowania).

      W opracowaniu wykorzystałem materiały GUS.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ile w Polsce może być małych firm? Od czego to zależy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 listopada 2007 01:34
  • poniedziałek, 05 listopada 2007
    • Państwo w oczach ekonomistów FOR

      Kiedy Leszek Balcerowicz kończył urzędowanie w NBP, zapowiadał powstanie organizacji która propagowałaby myśl społeczną i ekonomiczną. Znane poglądy L.Balcerowicza zapowiadały, że z całą pewnością nie będzie to organizacja lewicowa, czy propagująca ingerencję w życie obywateli.  Przyznam, że wtedy mało w to wierzyłem ponieważ media skupiały się raczej na domysłach gdzie będzie L.Balcerowicz pracował, tzn. jakaż to renomowana instytucja finansowa go zatrudni. Fundacja zeszła mediach na plan dalszy i chyba nie traktowano poważnie pomysłu jej założenia. Tymczasem zapowiedź została zrealizowana. Formalnie idea przybrała postać fundacji i wg Krajowego Rejestru Sądowego, 30 marca została wpisana do rejestru stowarzyszeń pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju. By przybliżyć cel istnienia fundacji, pozwolę sobie skopiować „cele FOR” w jej strony internetowej (www.for.org.pl):

      Zasadniczym celem FOR jest zwiększenie obywatelskiego zaangażowania w polskim społeczeństwie na rzecz propozycji, które sprzyjają szybkiemu i stabilnemu rozwojowi kraju.

      Stały punkt odniesienia dla naszej działalności stanowi wizja takiego ustroju, który tworzy warunki sprzyjające prorozwojowym, produktywnym działaniom ludzi, w szczególności:

      ·      pracy, przedsiębiorczości i innowacyjności

      ·      oszczędzaniu i inwestowaniu

      ·      zdobywaniu wiedzy

      Podstawowymi kierunkami działań FOR są: mobilizowanie do obywatelskiej aktywności oraz działalność informacyjno-edukacyjna.

      Obecnie na stronie FOR dominuje tematyka ekonomiczna, co mnie akurat najbardziej interesuje i o czym chciałem napisać. Dotychczasowy dorobek pisarski FOR to artykuły prasowe i dwa poważniejsze opracowania (Raporty). Do tego dochodzą treści i polemiki dostępne tylko na stronie internetowej, co można traktować jako uzupełnienie publikacji. Daty publikacji wskazuje, że działalność publicystyczna twórców FOR (pod jej imieniem) zaczęła się na przełomie sierpnia i września. Jednym z głośniejszych, jest „Raport o konsekwencjach zablokowania prywatyzacji” przesłany do Ministerstwa Skarbu, gdzie określono go mianem „ideologiczny”.

      W swoim tekście skupię się na opinii do „Raportu o stanie polskiej gospodarki”. Sadzę, że prezentują on dość dobrze poglądy ekonomiczne twórców FOR jak i osób z FOR współpracujących. Nie ukrywam, że daleko mi do takiego patrzenia na gospodarkę jaki widać w raporcie, ale nie będę tez ukrywał że pozytywnie oceniam fakt powstania FOR. Nic tak ludziom nie służy jak prezentacja i wymiana własnych poglądów, cieszę się więc że L.Balcerowicz wprowadził w czyn swoje zapowiedzi, nawet jeżeli pod niemałą częścią treści, diagnoz i poglądów prezentowanych na stronie FOR raczej bym się nie podpisał. Sobie i FOR mogę tylko życzyć, by działalność ekonomiczna była rozwijana.

      „Raport o stanie polskiej gospodarki” jest, szczególnie początkowo, pisany w formie dość luźnej i okraszany zabawnymi - w opinii autorów – porównaniami (np. porównanie z hydrauliką na trzeciej stronie). Na wstępie autorzy słusznie zwracali uwagę na niedorzeczne przypisywanie sobie przez PiS sukcesów gospodarczych. Jednak w tłumaczeniu przyczyn sukcesów gospodarczych w swych krytycznym spojrzeniu posunęli się za daleko. W krótkiej diagnozie obecnego sukcesu gospodarczego, autorzy wyraźnie unikają zarysowania całego spektrum zjawisk makroekonomicznych. Z lektury I części (wprowadzenie) w zasadzie wynika, że obecny wzrost gospodarczy to pomieszanie przypadku i czynników zewnętrznych oraz kiepskiej złej polityki pieniężnej RPP. Wg autorów rozwijaliśmy się m.in. dzięki eksportowi. Przedstawiono to jednak jako skutek popytu zagranicznego, a pominięto ogromny wysiłek jaki podjęli przedsiębiorcy i minione rządy, by przygotować kraj do wejścia do UE. Kolejny czynnik sprzyjający koniunkturze, to fundusze unijne. Wg autorów sprzyjają koniunkturze głównie w krótkim terminie, co wydaje się zaskakującym wnioskiem. Faktycznie słabe „osiągnięcia” prywatyzacyjne, mają rzekomo zniechęcić kapitał zagraniczny do inwestowania w kraju. Sporo miejsca we poświęcono RPP i polityce pieniężnej. To tani pieniądz i wzrost jego podaży zasilający krajowy popyt wraz z inwestycjami zagranicznymi, przyczyniły się do wzrostu gospodarczego. Obecną politykę RPP, autorzy oceniają krytycznie, tzn. zbyt słabo i zbyt późno zaczęto podnosić stopy procentowe. Tu akurat z opinią autorów się zgadzam. W efekcie czeka nas skok inflacji w perspektywie kilkunastu miesięcy. Zgadzam się również w kwestii sektora publicznego. Biorąc pod uwagę tempo jego wzrostu i PKB, działania minionego rządu trochę mnie również rozczarowują, bo najważniejsze decyzje pod stronie wydatków zbyt łatwo kreują popyt  przy niewielkim wysiłkach, by poprawić efektywność dotychczasowych wydatków. Istnieje więc faktycznie ryzyko, że popełnimy błąd polegający na wzroście udziału finansów publicznych w PKB, przy braku poprawy ich efektywności, tuż przed spowolnieniem koniunktury. Zaznaczam, ze jest to tylko ryzyko i scenariusz ten nie musi się zrealizować. Powtórzę, to co już pisałem wcześniej na swojej stronie, że wielu ekonomistów (w tym środowisko FOR) nie zauważa lub nie chce, że z racji poprawy koniunktury, niskiemu prawdopodobieństwu niskiego tempa PKB i częściowo trwałemu zwiększeniu bazy podatkowej, iż porównywanie obecnego okresu do pierwszych lat dekady nie ma sensu. Tak więc proponowałbym zrewidować nieco pogląd na finanse publiczne i porównywalność z początkiem obecnej dekady. Na ósmej stronie autorzy robią to czego najbardziej nie lubię i co podważa wiarygodność raportu. Jest szczególna cechą liberalizujących ekonomistów, przywoływanie przykładu małych państw Bałtyckich. Obecna sytuacja ekonomiczna tych państw mówi sama za siebie (utrata równowagi gospodarczej).

      Raport w dalszych, bardziej szczegółowych, częściach jest pisany  w podobnym tonie. Na przestrzeni lat zauważyłem pewną tendencję wśród liberalnych ekonomistów. Jeżeli miał miejsce wzrost gospodarczy, niezgodny z wyznawanymi przez nich prawidłowościami i zaleceniami, to jest albo przypadkowy albo wywołany przez czynniki zewnętrzne i niespójną politykę budżetową i pieniężną. Tak autorzy tłumaczą bodaj większość zmian gospodarczych i obecną koniunkturę. Szczerze mówiąc, to w trakcie lektury raziła mnie spora stronniczość w diagnozie sytuacji gospodarczej i spory pesymizm co do przyszłości.

      Trudno nie zgodzić się z autorami Raportu, którzy proponują podjąć działania mające na celu obniżenie wydatków publicznych. Z tym, że propozycja autorów (w podobnym tonie była niedawna publikacja w G.Wyborczej) wskazuje obniżenie wydatków z poziomu 45% do 30%, 35%. Trudna tam znaleźć dokładne wskazówki, co miałoby podlegać aż takiej redukcji. Oznacza to redukcję przepływów publicznych aż o ok. ¼ (ponad 100 mld pln). Mógłbym wskazać parę przykładów, ale na pewno nie na kwotę 100 mld pln. Zresztą po co ja się tłumaczę, skoro autorzy też się nie kłopoczą. Przyznam, ze tego typu propozycje, to coś z pogranicza ekonomii i wizjonerstwa pod pozorami profesjonalizmu. Zauważyłem, że ekonomiczni wizjonerzy po prostu mniej przejmują się faktami i liczbami. Przy obecnym dystansie ekonomicznym Polski do krajów rozwiniętych, zaniedbaniu szeregu sfer życia publicznego i grup zawodowych, zejście do wydatków publicznych do 30%-35% musiałoby być wsparte konkretnymi rozwiązaniami, by zachęcić do nich opinię publiczną. Propozycja konstytucyjnego uregulowania tempa wzrostu wydatków (artykuł z G.Wyborczej jednego z autorów Raportu) do tempa niewiele ponad wskaźniki cenowe, jest mało realna. Niemniej ostatnie dwa lata są na pewno przykładem, że warto przemyśleć górne ograniczenie, bo ostatnio wydatki rosły wyraźnie szybciej niż PKB. Tak więc w przypadku redukcji wydatków nie tyle o dynamikę tu chodzi, ale „redefinicję państwa” jak wspominają autorzy, czyli wyprowadzenie części przepływów finansowych poza finanse publiczne. Szkoda tylko, że kwestia redefinicji skończyła się praktycznie tylko na haśle. Wygląda to ta jakby i autorom zabrakło odwagi w formułowaniu dalszych wniosków (bo mam nadzieję, że nie pomysłów). Mam nadzieję, że nie są to pomysły które można odnaleźć na stronie internetowej FOR, jak chociażby ankieta o prywatyzację służby zdrowia. Na pytanie czy sprywatyzować służbę zdrowia, ok. 85% uczestników ankiety, odpowiedziało „tak”. Ale czy oni wiedzą o czym decydują, czy tylko dają „świadectwo wiary”. Proponowałbym porównanie składki zdrowotnej płaconej przez każdego z nas z ofertą prywatnych placówek służby zdrowia, których pakiety maja cechy ubezpieczeń.

      Podsumowując, ekonomiczne poglądy osób publikujących pod patronatem FOR, można w krajowych warunkach określić jako bardzo liberalne, gdzie praca nad faktami i pokorna zaduma nad meandrami makroekonomii trochę zbyt łatwo jest zastępowana wiarą w święte prawidła liberalnej ekonomii i wiary we własną rację. Dla mnie, zwolennika wolnego rynku, poglądy makroekonomiczne to nie kwestia wiary, ale ciągłego analizowania wydarzeń bieżących i minionych, bez ideologicznego spojrzenia na jak zawsze trudną do przewidzenia przyszłość. Niemniej zachęcałbym do śledzenia publikacji FOR, z wieloma tezami trudno się nie zgodzić, nawet jeśli w różnym stopniu. Mam nadzieję, że temat redefinicji państwa (w wymiarze ekonomicznym) będzie głębiej rozwinięty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 listopada 2007 00:33
  • piątek, 02 listopada 2007
    • Rynek finansowy w październiku

      Wydarzenia na światowym rynku finansowym oraz ogłaszane niemal codziennie informacje o wynikach finansowych czołowych międzynarodowych instytucji czy danych makroekonomicznych USA wcale nie dały jednoznacznych wskazówek, co dalej. Zresztą, kto powiedział że tak musi być. Na tym polega urok ekonomii i rynków finansowych, że trudno precyzyjnie wskazać co będzie za 6 czy za 24 miesiące.

      Jeżeli mierzyć nastrój na rykach finansowych zmianami indeksów giełdowych w USA, to po prostu jest dobrze. Wprawdzie od połowy października indeksy te mocno wyhamowały, ale trudno powiedzieć precyzyjnie co było powodem, obawy o perspektywy spółek giełdowych i doniesienia o korektach wyników czy sam fakt iż bito kolejne rekordy i świadomość że wzrosty nie trwają wiecznie. Od poprzedniej decyzji o obniżeniu stóp w USA, czołowe indeksy giełdowe wzrosły w ciągu miesiąca o ok. 6%. Uspokajało się również na rynku depozytów. Gdzieś od początku drugiej dekady października wysokie względem stopy referencyjnej stawki depozytów zaczęły spadać, by na koniec miesiąca naturalnie odzwierciedlać nastroje na rynku. Tzn. krzywa rentowności znowu zaczęła pełnić swoją rolę. Wcześniej, przez niemal dwa miesiące , szczególnie po „krótkich” depozytach widać było że na rynku brakowało pieniądza dla zaspokojenia celów płynnościowych. Bądź mówiąc inaczej, niektórym w ogóle lub mniej chętnie pożyczano pieniądze. Rynek zresztą częściowo antycypował kolejną obniżkę stóp w USA, czyli wczorajszą decyzję FED. Być może pewnym znakiem nastrojów na giełdach jest dzisiejsze (dzień po obniżce stóp) zachowanie indeksów giełdowych w USA. W pewnym uproszczeniu, poza Azją główne indeksy spadały i to dość mocno bo nawet o ponad 2%. „The reports we saw today are generally consistent with a slowing economy,'' jak powiedział jeden z analityków po kolejnej porcji danych makroekonomicznych. Niestety dobrymi nastrojami na giełdzie nie da się odczarować konsekwencji spadku popytu na rynku mieszkaniowym. Sądzę że giełdowi gracze po lepszych od oczekiwań wynikach tempa wzrostu gospodarczego (3,9%) i dzisiejszych danych, nadal mają wielkie pomieszanie w głowach i większą role w ich decyzjach będzie pełnić analiza techniczna. Nie tak łatwo chyba zgasić optymizm rynków finansowych.

      FED w oświadczeniu po posiedzeniu umieścił zdanie: “After this action, the upside risks to inflation roughly balance the downside risks to growth”. To zdanie, wyłuskane przez agencje informacyjne, dość trafnie oddaje bieżący dylemat szukających kompromisu decydentów: inflacja czy wzrost gospodarczy. Przypomniano również, że oczekiwane jest obniżenie tempa wzrostu gospodarczego w na bliższym czasie, ponieważ konsekwencje zmian housing market dopiero zaczynają się przenosić na gospodarkę. W podobnym tonie wspominał o tym komunikat ECB z 4 października. ECB przyznał wręcz, że a chwilę obecną wciąż brak pełnych i wiarygodnych opracowań przedstawiających pełne konsekwencje zmian w sytuacji gospodarczej USA i konsekwencji tego dla rynków finansowych. Niemniej zarówno w komunikacie po spotkaniu Governing Council jak i komunikacie FED, na pewno nie ma informacji iż dzieje się w gospodarkach tych obszarów (USA i UE) cos bardzo złego. Jean-Claude Trichet w swoim komunikacie wyraźnie mówił o dość korzystnej sytuacji makroekonomicznej w UE i przypominał że rozwój gospodarczy w innych rejonach świata powinien częściowo niwelować oczekiwane spowolnienie w USA. Zresztą 1,9% wzrostu PKB w 2008 dla USA, jak np. prognozował  bodaj MFW, to znowu nie takie nieszczęście, kiedy weźmie się pod uwagę pierwsze reakcje rynków finansowych w okresie wakacji.

      Na krajowej giełdzie umiarkowany optymizm mieszał się z objawami ostrożności. Od dołka osiągniętego w czasie korekty w sierpniu, do chwili obecnej nasz WIG wzrósł o ok. 11% czyli porównywalnie z czołowymi rynkami światowymi. Pewna ostrożność widać również i po tym, że WIG nie bił rekordu z początki lipca, mimo iż był już niedaleko, oraz zmniejszyło się zainteresowanie mniejszymi spółkami. Na koniec października indeks WIG był o blisko 7% mniejszy od rekordowej wartości z 6 lipca. Próbę bicia rekordu podjął skutecznie WIG20. Jednak tutaj przewaga sięgała (wartość z 29 X) zaledwie 0,5% i wynik nie został utrzymany w kolejnych dwóch dniach. W samym październiku WIG wzrósł o 4,6%, co pewnie przyczyniło się do wzrostu zainteresowania funduszami akcyjnymi przez Polaków. Wcale by mnie to nie dziwiło, biorąc pod uwagę że komentarzach analityków giełdowych prognozy dla giełdy były często dość korzystne, chociaż nie obiecywano stóp zwrotu jak na początku roku.

      Kiedy patrzyłam na wykres stóp depozytów międzybankowych i obligacji w połowie minionego miesiąca, to przymierzałem się już niemal do sprawdzenia czy gdzieś nie popełniłem błędu przy aktualizacji arkusza, gdyż dla kilku terminów linia była prościutka niemal jak spod linijki. Tymczasem po publikacji danych o inflacji i pozostałych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie zmienił nastawienie. Pojęcie „wyraźnie” może się wydawać przesadzone (patrz. Tabela) ale sam fakt zmiany i jej kierunków wskazywał na kreowanie się nowego spojrzenia na naszą sytuację makroekonomiczną. Stopy obligacji po osiągnięciu maksimum pod koniec II dekady miesiąca, zaczęły spadać, by częściowo to odrobić w ostatnich dniach minionego miesiąca. Tymczasem stopy z zakresu od 1 do 12 miesięcy powolutku nieprzerwanie rosły. W przypadku obligacji rynek dokonał niewielkiej korekty przewidywań na 2008 r., sprowadzając je do oczekiwania stopy NBP na ok. 5,5% w połowie tegoż roku. Po sporym wzmocnieniu złotego widać też było iż nasze obligacje ciszyły się nie tylko krajowym zainteresowaniem. Na krótszych stopach, po kolejnych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie przygotowuje się do wzrostu stóp przez RPP o 25 pkt. i przekroczenia 5,5% za rok. W obydwu przypadkach reakcja obejmuje pewną nadwyżkę. Być może niektórzy wolę się przygotować na gorszy wariant. Tymczasem zimnym prysznicem musiały być wyniki głosowania RPP w sierpniu (poprzedni wpis) i komunikat po ostatnim spotkaniu RPP. Prezes NBP jest wyraźnym gołębiem a treść komunikatu wskazuje, że kolejna podwyżka stopy w tym roku stoi chyba pod poważnym znakiem zapytania. Część członków RPP jest przekonana że dotychczasowe podwyżki już przyniosły skutek, co jest dla mnie zaskakujące bo konsekwencje zmiany stóp nie następują tak szybko. Po drugie niektórzy członkowie zdają się przyjmować za potwierdzenie swych racji wyniki najnowszej prognozy analityków NBP. W porównaniu z poprzednią, po kilka dziesiątych obniżono prognozowane zakresy scenariuszy wzrostu inflacji i PKB. Warto wczytać się w treść komunikatu, ponieważ już od kilku tygodni niektórzy członkowie RPP i inne środowiska (Rada Naukowa i GUS) starają się nas przekonać o niskim ryzyku inflacyjnym w najbliższym terminie.

      Jako ciekawostkę na wstępie załączyłem rozkład decyzji o zmianie stóp  w ostatnich kilku latach przez RPP. Rozkład nie obejmuje tego roku, ale terminy zmian z tego roku potwierdzają że miłośnicy obstawania dokładnych terminów zmian stóp powinni przyjrzeć się kiedy dochodziło do nich w poprzednich latach. Zresztą nie musze zachęcać, bo wielu z nich to robi i to w postaci poważnych opracowań analitycznych. Podniesie to na pewno prawdopodobieństwo trafienia. Przedstawiam to również i z tego powodu, że H.Wasilewska-Trenkner przyznała iż RPP niechętnie zmienia stopy w grudniu. Terminy zmian są częściowo uzależnione od terminów publikacji najważniejszych informacji makroekonomicznych i prognoz analityków NBP.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 02 listopada 2007 00:13
  • poniedziałek, 29 października 2007
    • Ciekawe głosowania prezesa NBP

      Podane wyniki głosowań członków Rady Polityki Pieniężnej za sierpień wywołały zaciekawienie wymieszane z poruszeniem. Na sierpniowym posiedzeniu RPP, gremium to postanowiło o podniesieniu stóp z 4,5% do 4,75%. Sam ten fakt był oczekiwany, ale pewnym zaskoczeniem był rozkład głosów. Decyzje przyjęto stosunkiem głosów 9 do 1. Ten 1 to prezes NBP. Rzeczpospolita z czwartku udostępniła miejsce na komentarz Januszowi Jankowiakowi (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu), który na prezesie NBP nie zostawił suchej nitki. Spory komentarz, przykładowo, prezesowi poświęciła również piątkowa Gazeta Wyborcza.

      Janusz Jankowiak uderzył najostrzej, co już zapowiadał tytuł „Prezes NBP przegrywa i to bez klasy”. Nie odmawiam Januszowi Jankowiakowi jakości warsztatu, ale ocena jest chyba jednak posunięta za daleko, mimo że moja ocena głosowań, skalą zdziwienia i rozczarowania nie odbiega od Jego oceny.

      J.Jankowiak sierpniowe głosowanie ocenia jako przegraną. Dla podkreślenia wyjątkowości faktu zwraca uwagę, że nie miało to miejsca do tej pory ani w Polsce ani na świecie. W tym ostatnim przypadku pozostaje mi wierzyć, że to sprawdził. Ale nawet jeżeli tak jest, to musimy ten faktu automatycznie oceniać jako negatywny? W Polsce miały miejsce głosowania kiedy za decyzją (mniejsza o to „za” czy „przeciw”) było nawet i 10 członków lub 9. Faktycznie nie zdarzyło się by prezes NBP a jednocześnie przewodniczący RPP odstawał swoją decyzją od 9 pozostałych członków. Ale czy samotność w głosowaniu ma być z logicznego punktu widzenia czymś dziwnym? Prezes NBP ma prawo do samodzielnych poglądów i jak każdy członek RPP, swoją postawę w głosowaniu powinien wypracować samodzielnie. Nie odmawiajmy mu tego, nawet jeżeli kryje się pod tym pewna aluzja, o czym dalej w tekście. Mnie wynik głosowania tak bardzo nie poruszył, chociaż zdziwił. Początek urzędowania S.Skrzypka przypadł na okres kiedy rozważano o ile podnieść stopy i ewentualnie kiedy to zrobić. Trzeba przypomnieć dla porządku rzeczy, że jeszcze  przed kilku miesiącami kilku członków RPP kwestionowało konieczność podniesienia stóp, lub – dokładniej – czekało na właściwy do tego moment, koniecznie nie chcąc tego zrobić za wcześnie. Przypomnę, że spór o konieczność podniesienia stóp trwa przynajmniej od roku. Rok temu L.Balcerowicz wraz z D.Filarem, M.Nogą oraz H.Wasilewską-Trenkner rozpoczęli starania o podniesienie stopy. Niestety nikt z pozostałych członków RPP aż do marca nie zasilił tej grupy. W marcu do grupy dołączyli: A.Sławiński i A.Wojtyna, ale brak już było L.Balcerowicza (zakończył urzędowanie w styczniu). W marcowym głosowaniu był remis, ponieważ nowy prezes był przeciwko podniesieniu. Jednak z biegiem miesięcy, wraz z napływem kolejnych danych makroekonomicznych, grono gołębi topniało trwale lub przejściowo i na chwilę obecną jesteśmy po trzech podwyżkach i stopie na poziomie 4,75%. Tymczasem prezes NBP konsekwentnie był przeciw. Wolno mu ? Wolno. I teraz pojawia się kluczowe pytanie: czy prezes NBP posiadł jakąś inną wiedzę i jest obdarzony ekonomicznym wizjonerstwem? Obawiam się że prezes NBP źle rozumie samodzielność i oryginalność w zdobywaniu wiedzy makroekonomicznej oraz jej przedstawianiu. Jeżeli więc miała to być demonstracja „jestem samodzielny i niezależny w decyzji oraz nie ulegam presji otoczenia” to mu się w pewnym sensie udało. Ale tylko w pewnym, bo powstaje pytanie skąd prezes czerpie wiedzę o sytuacji makroekonomicznej, kto i co mu doradza. Dotychczasowe głosowania prezesa NBP mogą sugerować, że ma dość słaba orientację w problematyce makroekonomicznej, czego się obawiano po ujawnieniu jego kandydatury. W okresie wakacyjnym ustąpiły  już najtwardsze gołębie w RPP. Teraz w ptasim rankingu S.Skrzypek jest niekwestionowanym gołębim liderem.

      J.Jankowiak posunął się do oceny, że RPP wobec powyższego nie ma przewodniczącego. To oczywiście przesada, S.Skrzypek jest nim z urzędu. Powinno się chyba inaczej postawić pytanie: czy jest dobrym merytorycznie moderatorem dyskusji czy też pełni tą rolę czysto techniczną.

      Zgodzę się z J.Jankowiakiem w kwestii oceny głosowań przez rynek. O ile kiedyś głosowania przewodniczącego były istotne z powodów merytorycznych i piastowanej funkcji prezesa krajowego banku centralnego oraz przeważającego głosu w przypadku remisu, to obecnie prezes NBP sam się zmarginalizował. Jego dodatkowy atut w przypadku remisu może powodować skrzywienie decyzji, czyli w naszym przypadku trwałe wsparcie gołębi. Za takie można uważać praktycznie decyzję marcową. Podobna sytuacja może się pojawiać w najbliższych miesiącach. Z wypowiedzi części członków NBP i Rady Naukowej NBP wynika, że pojawia się coraz więcej wątpliwości co do konieczności dalszych podwyżek. Tzn. oni tak to postrzegają. J.Jankowiak ostrzega przed zwiększonymi kosztami prowadzonej polityki pieniężnej z powodu zaistniałej sytuacji. Taka sytuacja, w obecnych warunkach, moim zdaniem może nastąpić w przypadku narastającej konieczności dalszych podwyżek i opóźniania decyzji RPP. Rynek może antycypować podwyżki, uznając że RPP z opóźnieniem i skokowo to potwierdzi. Nie jestem zwolennikiem tłumaczenia zachowań rynku grą „pod decyzje RPP”, bo rynek w ocenie sytuacji makroekonomicznej powinien być w jak największym stopniu samodzielny, ale taki związek istnieje i trzeba to przyjąć do wiadomości. Po informacji i głosowaniu rynek jeszcze bardziej będzie się przysłuchiwał wypowiedziom grupy członków RPP, których trudno mi jednoznacznie zakwalifikować do jastrzębi lub gołębi. Mam na myśli J.Czekaja, A.Sławińskiego, A. Wojtynę.

      Przypomnę przy okazji swoje stanowisko. Uważam, że L.Balcerowicz słusznie starał się o podniesienie stóp już jesienią ubiegłego roku W obecnej sytuacji usatysfakcjonowałaby mnie jeszcze jedna decyzja „za”, czyli podniesienie do 5,0%. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę jak ważny jest dobór członków RPP, a w tym przypadku również prezesów NBP. W ciągu minionych 12 miesięcy w RPP zasiadało dwóch prezesów (drugi oczywiście piastuje swoją funkcję nadal) o zupełnie odmiennej ocenie makroekonomicznej rzeczywistości. Jeden chciał podnosić stopy rok temu, drugi był temu przeciwny przynajmniej do sierpnia. No... ,żeby być dokładnym to można przyjąć że prezes NBP zaakceptował (dostrzegł ich zasadność) dwie pierwsze podwyżki ale z opóźnieniem.

      A swoją drogą głosowania obecnego prezesa NBP powinny powiększyć grono zwolenników istnienia RPP. Pisze o tym, bo tuż przed wyborami przedstawiciel najwyższych władz PiS Marek Kuchciński stwierdził że PiS rozważa zniesienie RPP, ale nie podał kto to ciało miałby zastąpić. Nie upieram się przykładowo przy liczbie członków RPP, ale głosowania obecnego prezesa NBP powinny utwierdzić wątpiących, że nie powinniśmy wracać do czasów kiedy decyzje o polityce pieniężnej i stopach będzie podejmowała jedna osoba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2007 01:21
  • sobota, 27 października 2007
    • Produkcja przemysłowa i budownictwo we wrześniu

      Wyniki produkcji sprzedanej i produkcji budowlano-montażowej przypomniały, że tempo wzrostu gospodarczego ulegnie niewielkiemu osłabieniu. W ujęciu rocznym produkcja sprzedana wzrosła o 5,2%. Pomijając dwa-trzy przypadki sprzed kilku miesięcy czy ponad roku, z tak słabym wzrostem mieliśmy do czynienia dwa lata temu. Korzystam z takiego porównania ponieważ obecny słaby wzrost jest przypomnieniem, że tempo zmian produkcji sprzedanej w ujęciu rocznym właśnie kończy swoją – nazwijmy to roboczo – falę wzrostową. Takie fale trwają ok. 3 trzy lata każda i najczęściej znamionują przyśpieszenie gospodarcze. Taka fala wcale nie musi trwać trzy lata czy okres zbliżony. To że ostatnie kilka tyle mniej więcej trwało, wcale nie oznacza że jest to jakiś magiczny określony przez siły nadprzyrodzone okres. Przy ożywieniu gospodarczym zazwyczaj szybciej reaguje przemysł, a dopiero później sektory usługowe. Okres ok. trzyletni należy raczej traktować jako czas kiedy gospodarka nasyca się wstępnie dobrami trwałymi, a trzy lata to czas reakcji zarówno przemysłu jak i otoczenia makroekonomicznego. W ciągu ostatniego cyklu gospodarczego jest to już drugi taki cykl produkcji przemysłowej. Pierwszy zaczął się w połowie 2002 r. i zakończył na początku 2005 r. W 2005 r. gospodarka nieco zmniejszyła tempo rozwoju, czy tez mówiąc dokładniej – pojawił się efekt bazy z I poł 2005 r. Teoretycznie cykl produkcji przemysłowej może zawierać się w różnych ramach czasowych, m.in. z uwagi na eksport czy ogromny popyt krajowy. Nie będę na razie rozwijał tego tematu, ponieważ zasługuje on na osobne potraktowanie. Niemniej sam fakt kończenia cyklu, czyli spadek tempa produkcji do zera lub nawet do wartości ujemnych nie jest nieszczęściem i nie oznacza (nie musi), zakończenia dobrej koniunktury gospodarczej. Pewnie lepiej będzie jak przestanę, bo moją intencją nie jest wystraszenie czytelnika. Spadku dynamiki produkcji sprzedanej oczekiwano i tak samo oczekuje się spadku dynamiki do zera czy też. Do zera dynamika produkcji zbliży się na  początku przyszłego roku (mowa o średniej kwartalnej). Potem dynamika zacznie powoli znowu przyspieszać w raczej dość powolnym tempie, powiedzmy jak w 2002 r.. Chyba że nasza i europejska gospodarka nie obniżą zanadto tempa wzrostu gospodarczego.

      We wrześniu z analizowanych 25 działów przemysłu, tylko 12 wykazywało dynamikę wzrostu powyżej 6%. Rok temu, jesienią, było to niemal 20. Dynamikę nieco powyżej 20% utrzymują dwa działy przemysłu – produkcji maszyn i urządzeń oraz produkcji sprzętu i urządzeń radiowych i telewizyjnych. Oby tak dalej.  Dobrze sobie radzi dział przetwórstwa spożywczego. W tym wypadku, jakby na przekór, jesteśmy świadkami przyśpieszenia. Dynamika rocznej produkcji od trzech miesięcy zawiera się przedziale od 8% do 10%. To wynik kilku czynników. Głównie rosnący popyt na przetwory spożywcze (popyt gospodarstw domowych), ale i częściowo konsekwencja wzrostów cen żywności. Produkcja sprzedana ogółem przemysłu wzrosła o 5,2%. Biorąc różnicę w dniach roboczych we wrześniu tego roku i roku poprzedniego, dynamika zbliża się do 10%. W gruncie rzeczy więc, wynik wrześniowy oceniam jako dobry, tym bardziej że poza 2-3 wyjątkami (niska roczna dynamika we wrześniu), wysokie tempo sprzedaży odnotowują działy obejmujące producentów maszyn, pojazdów mechanicznych i elektroniki. Wspomniane spadki dynamiki do 2% - 4% oceniam raczej jako przejściowe i sezonowe (może efekt dużych kontraktów), biorąc rezultaty z poprzednich miesięcy.

      Być może pewne poruszenie wymieszane ze zdziwieniem wywołały wyniki budownictwa. Informacja o tym że produkcja budowlano-montażowa praktycznie nie wzrosła (dokładnie wzrost realny roczny o 0,2%) nie oznacza stagnacji. Przypominam że roczna zmiana cen dla tego działu to 8,8%, co oznacza że wzrost cen „zjadł” wzrost produkcji. Budownictwo weszło w okres, kiedy wskaźniki dynamiki mogą zmylić czytelnika. Właśnie we wrześniu ubiegłego roku produkcja budowlano-montażowa zaczęła wchodzić na wysokie obroty i z tego powodu przez najbliższe miesiące (od 4 do 6 m-cy) dynamika rocznych zmian będzie w najlepszym przypadku na poziomie kilku procent (do 5%), a z większym prawdopodobieństwem przyjmie wartości ujemne. To zwykły efekt bazy. Po prostu dynamiczny jesienny (2006) skok produkcji oraz wyjątkowo ciepła zima zawyżają odniesienie. Przed budownictwem jeszcze dobre kilka dobrych kwartałów wzrostów zanim powinniśmy się coraz poważniej zastanawiać czy jego rozmiary są adekwatne do krajowych potrzeb. Poruszałem ten temat niecały rok temu. Jak na razie budownictwo zbliża się dopiero do wartości swojego przeciętnego udziału w gospodarce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2007 01:03
  • wtorek, 23 października 2007
    • Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących

      Wynik deficytu obrotów bieżących w sierpniu był wprawdzie lepszy od trzech wcześniejszych miesięcy, ale kiedy spojrzeć na to sezonowo, to trudno rezultat uznać za sygnał spowolnienia narastania deficytu obrotów bieżących. Obok standardowego omówienia najnowszych wyników, chciałbym również zwrócić uwagę na problem narastania deficytu, bo powoli trzeba moim zdaniem przywrócić ten temat do świadomości czytelnikom i warto by gracze na rynku finansowym przypomnieli sobie jakie ryzyko niesie ze sobą deficyt.

      Wynik sierpniowy deficytu to -637 mln eur. Po trzech miesiącach poprzedzających sierpień kiedy to średni deficyt sięgał ok. -1400 mln eur, najnowsze dane mogłyby dawać niewielką otuchę. Tak dobry wynik w sierpniu zawdzięczamy wyjątkowo niskiemu deficytowi handlowemu. Zaledwie -289 mln eur. Tak niskie wyniki o tej porze nie powinny być teoretycznie zaskoczeniem. W 2006 deficyt wyniósł -516 mln eur, a w czterech wcześniejszych latach wynik sierpniowy zawierał się w przedziale od -311 mln euro do -260 mln eur. Niemniej od przełomu lat 2005/2006 deficyt handlowy zaczął się pogarszać, co pociągnęło za sobą pogorszenie salda obrotów bieżących. Przeważająca dość długo dynamika eksportu  nad dynamiką importu zaczęła ulegać. Nie było to zaskoczeniem z kilku powodów. Złoty do euro tracił powoli atrakcyjność dla eksporterów. W tym roku złoty złamał kolejną barierę – dynamika realnego wzrostu zaczęła być silniejsza od wzrostu wydajności liczonej do PKB. Jednak moim zdaniem nie był to główny argument, bo eksport wykazał znaczną odporność na te zmiany. Należy pamiętać, że dynamika wzrostu eksportu była w ostatnich trzech latach średnio na poziomie ok.20% (w euro). Wprawdzie początkowo pomogło nam osłabienie złotego i wejście do UE, ale im dalej tym rezultat ten należy przypisać znacznej konkurencyjności polskich towarów na olbrzymim rynku UE. Dynamizowaniu eksportu sprzyjała oczywiście dobra koniunktura na świecie. Żeby być jednak dokładnym, muszę początki sukcesu eksportowego cofnąć do przełomu 2000/2004 r. Wtedy też mogła nam początkowo pomóc nasza osłabiona waluta, ale jej znaczne wzmocnienie w 2001 nie zatrzymało rozwijającego się powoli eksportu. Pomogło to nam bardzo szybko (2 lata) radykalnie zmniejszyć ogromny deficyt obrotów bieżących z ok. 7% w I poł. 2000 r. do ok. 3%. Być może to ten właśnie okres należy wskazać jako  świadectwo wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Od początku dekady do chwili obecnej udział eksportu w relacji do PKB wzrósł niemal dwukrotnie. Jednak dopiero po wejściu do UE udało się nam utrzymać z pewnymi wahaniami wspomniane wyżej tempo eksportu. Pod względem udziału eksportu do PKB zbliżyliśmy się do wielu krajów UE. Odnieśliśmy wiec spory sukces. Unijny rynek nie jest z gumy a opłacalność stała w czasie. Do  tego utrwalający się w Polsce wzrost gospodarczy i popyt inwestycyjny, zaopatrzeniowy i konsumpcyjny musiały w końcu pogorszyć dotychczasowe trendy. Od ponad półtora roku dynamika importu przekracza dynamikę eksportu. Deficyt obrotów bieżących który jeszcze pod koniec 2005 był poniżej 2% do PKB, zaczął rosnąć. Dla makroekonomistów nie jest to niespodzianka. Wręcz przeciwnie, praktycznie wszystkie prognozy makroekonomiczne wskazywały na pogorszenie deficytu. Pogorszenie następuje w tempie ok. 1% rocznie, czyli na koniec 2006 mieliśmy już nieco ponad 3%, a po niemal trzech kwartałach tego roku już niemal 4%. Prognoza budżetowa wg parametrów podanych w połowie roku na ten rok zakłada deficyt na poziomie nico poniżej 4%, a w 2008 deficyt bliski 5%. Obecnie można powiedzieć, że mamy do czynienia z lekkim niedoszacowaniem zjawiska. Jednak o precyzję raczej trudno w tym przypadku.

      Ale wrócę do sierpnia tego roku. Przyzwoity wynik zawdzięczamy słabszemu importowi o 400-500 mln euro. Niestety trudno uzyskać precyzyjne dane wg produktów, więc trudno pokusić się o dokładne wyjaśnienie zmiany. Może to konsekwencja osłabnięcia tempa PKB,  oraz importu materiałów budowlanych. Może. Nie należy jednak wierzyć, że to trwałe zjawisko. Tak więc deficyt będzie się nam dalej powoli pogarszał. Jeszcze tylko dla porządku dodam, że dynamika eksportu wróciła przejściowo do 15%, a import utrzymuje względnie stałe tempo (średnia kwartalna) 17%-18%.

      Teraz pytanie najważniejsze: a co dalej z nami? Przypomnę tylko, że nasz rekord ostatnich kilkunastu lat, to 9% deficytu handlowego do PKB i 7,4% deficytu obrotów bieżących w I poł. 2000 r. Do śmiechu nam w Polsce wtedy nie było, bo zaczęto porównywać przy jakim poziomie w innych krajach zaczynały się kryzysu walutowe, albo co najmniej długie okresy słabnięcia waluty. W Polsce mało kto podaje prognozy na długie okresy (ryzyko nietrafienia), ale właśnie dlatego przytoczę prognozę Janusza Jankowiaka (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu). J.Jankowiak zakłada 5,9% deficytu obrotów bieżących w 2009 i 7% w 2010 r. Ta prognoza to częściowo pochodna przyjęcia przez autora założenia nierównowagi gospodarczej (wpis z dnia 2 IX na stronie //januszjankowiak.bblog.pl ) i spowolnienia gospodarczego. Obecnie mam spore wątpliwości czy będzie aż tak źle (7%). Przypuszczam że w średnim terminie (2-3 lata) CA nie powinien przekroczyć 6%. Wierzę w siłę dostosowawczą polskiej gospodarki i co najmniej przeciętną mądrość decydentów (np. RPP). Lekturę prognozy J.Jankowiaka polecam z racji przyjętej argumentacji. Nie lekceważyłbym jej. Początkowa myślałem czy przedstawić warianty CA do PKB, i założenia, ale byłoby to połączenia prognoz  i wróżbiarstwa, przy ostatecznym „zamuleniu” czytelnika. Wiele zależy od naszego tempa rozwoju i jego czynników, od napływu inwestycji zagranicznych, zmian wydajności, rynku walutowego itd. Warto zaznaczyć że wyjątkowe deficyty z początku dekady nie spowodowały osłabienia złotego, m.in. wskutek ostrej reakcji NBP. Obecnie wiec Polsce tym bardziej oczywiście nie grożą poważniejsze perturbacje walutowe, ale na miejscu dealerów na rynku walutowym, baczniej bym się przyglądał deficytowi obrotów bieżących, bo będzie to argument „za” osłabieniem waluty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2007 01:32

Kalendarz

Kwiecień 2015

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa