OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • piątek, 24 sierpnia 2007
    • Poodatek liniowy i pomysły na reformę finansów wg PO

      Byłem ciekaw czy PO powróci do swoich planów podatkowych prezentowanych w II poł. 2005 r. przed najbliższymi wyborami. Oczywiście program zamieszczony na stronie internetowej Platformy Obywatelskiej zobowiązuje, ale z drugiej strony warto byłoby przemyśleć chociażby porażki sprzed dwóch lat, bo nieścisłości i świadome niedopowiedzenia zostały wyłapane przez politycznych konkurentów. W dzisiejszej prasie i ma stronach internetowych przypomniano podatkowe propozycje PO w najnowszej wersji, nieco więcej miejsca poświęcając podatkowi liniowemu.

      Zacznę od podatku liniowego. Bez względu na odcień poglądów ekonomicznych, trudno nie zauważyć że ekonomiści mają z nim problem. Trudno udowodnić jego skuteczność, ale i trudno o jednoznaczne dowody by był szkodliwy. Stąd w świecie ekonomistów, pogląd na podatek liniowy to kwestia wiary i ideologicznych założeń. Uważam się za zwolennika wolnego rynku i nie jestem zwolennikiem karania kogoś za to że ma wyższe od mnie wynagrodzenie. Niemniej przyznać trzeba, że dostęp do wiedzy i kapitału na rozwój, szanse na rynku pracy, nie są równe co jest jednym z wielu czynników, które moim zdaniem uzasadniają utrzymanie progresji w PIT. I wbrew pozorom nie jest to czynnik z gatunku sprawiedliwości społecznej. Ponadto podatek liniowy w porównaniu ze stanem obecnym i przy aktualnych propozycjach jego stawki w Polsce, oznacza pogorszenie sytuacji finansowej najgorzej zarabiających. Zwolennicy podatku liniowego mają chyba jednak nieco większą skłonność do podejścia ideologicznego. W tej grupie zdarza się nawet wiara, iż to podatek liniowy wraz z jego obniżeniem (w PIT dla prowadzących działalność gospodarczą) przyczynił się do wzrostu gospodarczego w Polsce. Potrafią to mówić osoby bardzo utytułowane (również w dziedzinie ekonomii). Sprawdzenie kiedy zaczął się wzrost gospodarczy oraz skala zasięgu podatku (liczba podatników), przeczą takiej tezie. Przedstawiane przykłady państw bałtyckich i innych, nie ujmują całej sytuacji gospodarczej tych krajów, jak np. szeroko rozumianego klina podatkowego lub  udziału redystrybucji sektora publicznego w PKB. Szybki rozwój gospodarczy tych państw (PKB wyższe niż w Polsce) do którego rzekomo podatek liniowy i obniżka stopy opodatkowania (CIT) się przyczyniły, zaczyna w państwach bałtyckich należących do UE wywoływać symptomy utraty stabilności gospodarczej. Wg mojej wiedzy, badania państw które poszły wprowadziły podatek liniowy i znacznie obniżyły  stawkę CIT nie potwierdzają by kraje te rozwijały się szybciej od innych. Oczywiście można sobie wybrać tylko niektóre z nich i przemilczeć skalę całości obciążeń. Tylko że wtedy dopasowujemy fakty do teorii.

      Wg PO ustawa o finansach publicznych będzie jedną z pierwszych, jaką uchwali kolejny parlament. Jeżeli w wersji sugerowanej przez PO, to wątpię. PIT ma mieć stawkę 15%, a CIT być może nawet 10%. Przypomnę tylko, że stawka efektywna PITu wyniosła w 2006 r. 16,8% i tylko dlatego była tak wysoka, że zlikwidowano część ulg podatkowych. W kilku wcześniejszych latach, stopa efektywna oscylowała na poziomie 15,5%. CIT miałby być o 9% mniejszy od stawki nominalnej i niemal 7% od stawki efektywnej. Wg moich szacunków spowoduje to utratę ok. 15 mld pln rocznie dochodów dla budżetu. Wg Zbigniewa Chlebowskiego nie podjęto jeszcze ostatecznych decyzji odnośnie wysokości VATu. No i mógłbym powiedzieć: „wcale mnie to nie dziwi”. Zauważyłem, że często przy pomysłach reform podatkowych cała para idzie w podatki dochodowe i określenie ich stawkami nominalnymi. Jak mylne są stawki nominalne widać chociażby po wpływach z PIT za 2006 r. Podatek naliczony wzrósł z niemal 30 mld w 2005 do 37 mld w 2006 r. To w znacznej części efekt likwidacji najpopularniejszych ulg, bo skala pozostała bez zmian. Już nie raz zwracałem uwagę, że przy przeciętnej koniunkturze (średnio ok. 4% PKB za ostatnie 10 lat), utrata dochodów rzędu 15 mld pln nie da się zrekompensować w stopniu większym niż połowa w ciągu jednego roku. Z dalszych informacji wynika, że PO ma tego świadomość. Podatki pośrednie w takich przypadkach służą rekompensowaniu przynajmniej części utraconych przychodów. Przypomnę, że proponowana przed dwoma laty stawka VAT na poziomie 15% była zbliżona do stawki efektywnej. Ówczesna propozycja 3x15% to w większości jedynie marginalna zmiana struktury dochodów podatkowych przy zachowaniu niemal takich samych wpływów. Dla uboższych Polaków, zmiana mogła mieć negatywne konsekwencje. Pozorne obniżenie podatków sprowadzało się głównie do wprowadzenia liniowego PITu i likwidacji zróżnicowań w dostępie do ulg i stosowanych stawkach VAT. Zwracam na to uwagę, bo Polacy właśnie poznali na przykładzie PIT, co może oznaczać uproszczenie podatków. Notabene o podatku PIT liniowym można mówić jedynie w przypadku braku ulg. Wszelkiego typu koszty, w tym odpisy na dzieci, powoduje że traci on na „liniowości”.

      Propozycja szybkiego (w średnim terminie) wyzerowania deficytu jest dość odważna, by rzec – nierealna. Do tego zasada, że wydatki budżetu mogą rosnąć rocznie jedynie o wartość inflacji, to teoretycznie odważna próba, ale co jeżeli radykalnie osłabi się tempo PKB. Tego typu problem mieliśmy kilka lat temu. Przy naszej strukturze i stopniu konieczności niektórych wydatków, nie będzie łatwo o utrzymanie tej zasady. Teoria, że to kwestia chęci i oczywistych możliwości obniżenia kosztów jest mocno naciągana. Do obniżenia kosztów PO podeszła jak partia populistyczna. Ogromne rezerwy w kosztach funkcjonowania państwa i reformie emerytalno-rentowej. Tutaj domagałbym się dokładnych wyliczeń i wskazania jakie poparcie uzyska PO w Sejmie. No i oczywiście wiara w większy wzrost gospodarczy (7-8% PKB) w kolejnych latach dzięki reformom, który pozwoli sfinansować utrzymywanie zerowego deficytu. To stały punkt każdego programu. Nasze doświadczenia wskazują, że osiągnięcie i utrzymanie w dłuższym terminie tak dużego wzrostu jest bardzo trudne i być może niemożliwe bez skutków ubocznych (ceny, deficyty), tym bardziej przy sugerowanym w wielu prognozach znacznym prawdopodobieństwie pogorszenia koniunktury na świecie za kilka lat. Można też inaczej: proponuje zapoznać się z obecną sytuacją makroekonomiczną krajów leżących na płn-wsch. od Polski, które często są stawiane przez krajowych ekonomistów za wzór, a które zaczynają mieć spore problemy będące m.in. konsekwencją dynamicznego wzrostu.

      Nie chcę być odebrany jako malkontent, ale odnoszę wrażenie że część ekonomistów i polityków wierzy w konieczność rewolucji ekonomicznej i jej zbawcze skutki. Powoduje to stałe narastanie oczekiwań i systematyczne rozczarowania. Czasy rewolucji ekonomicznej przeżyliśmy na początku lat 90-tych. Wtedy było to konieczne. Obecnie mamy czasy trudnej mozolnej pracy i mnóstwo detali do poprawy czy zmiany. Chwilami mam wrażenie, że niektórzy ekonomiści czy politycy nie zauważają, że jest demokracja i snucie wizji, które mają sens przy założeniu zajęcia 100% miejsc w Sejmie i Senacie, nie ma sensu. Notabene zachowanie PO w trakcie protestu pielęgniarek również wskazywało na lęk przed zadzieraniem z elektoratem (w tym przypadku medycznym).

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2007 01:11
  • środa, 22 sierpnia 2007
    • Wyniku budżetu po siedmiu miesiącach 2007

      Przy okazji przedstawiania kondycji budżetu w VII tego roku, chciałbym zwrócić uwagę na nową jakość w naszej gospodarce. W ostatnich 2-3 latach zwiększyła się liczba osób i podmiotów płacących podatki (baza podatkowa) oraz zwiększyła się kwota odprowadzanych podatków. To zasadniczo zmienia sytuację budżetową Polski. W ostatnich latach dało się zauważyć, że wielu ekonomistów w swoich ocenach zaczęło traktować relatywnie niski udział przepływów budżetowych w latach 2001-2004 jako poziom wyjściowy dla przyjmowanych teorii i ocen. Od udziału państwa w gospodarce, po dyskusje o klinie podatkowym. Sądzę, że wielu z nich będzie musiało zweryfikować swoje założenia.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2007 01:19
  • niedziela, 19 sierpnia 2007
  • środa, 15 sierpnia 2007
    • Płaca minimalna cz2

      „W wolnej Polsce płaca minimalna stała się oczkiem w głowie związków zawodowych” twierdzi autor. Nie jestem zwolennikiem wszystkich postulatów związkowych (o czym dalej), ale to zdanie autora można potraktować jako złośliwość wynikającą z niewiedzy na temat działalności związków zawodowych, z którą część liberalizujących ekonomistów wręcz się obnosi.

      „Komu tak naprawdę potrzebne są regulacje dotyczące płacy minimalnej?”, pyta autor i sam sobie odpowiada że nie pracownikom, bo większość z nich zarabia więcej niż wynosi płaca minimalna. Czyli niechcąco sam sobie odpowiada na pytanie o faktyczny zasięg i ewentualne utrudnienie jakie rzekomo p.minimalna stanowi dla przedsiębiorców. Słuszna jest uwaga autora, że płaca minimalna może stanowić barierę dla osób wchodzących na rynek. „Jednak w rzeczywistości wysoka płaca minimalna......”, kontynuuje rozważania autor. Ano właśnie, czy płaca minimalna jest wysoka? Specjalnie wcześniej dostarczyłem szereg informacji jak: definicja płacy minimalnej, wartość nabywcza, minimum egzystencji czy nasze rozwiązania na tle europejskich. Powiedziałbym więc, że płaca minimalna w Polsce nie jest wysoka i z całą pewnością nie wystarcza na samodzielne utrzymanie się. Płaca minimalna nie jest narzędziem idealnym, ale należy też pamiętać że ma ona też chronić przed pracodawcami, którzy wykorzystują sytuację na rynku pracy (rynek pracodawcy) dla bezwzględnego zaniżania wynagrodzeń. Nie jest wielką tajemnicą (chociaż takie refleksje są bardzo niemodne), że jedną z przyczyn zaniżania wynagrodzeń (płace niemające nic wspólnego z kosztami utrzymania) była i częściowo jest świadomość przewagi na rynku popytu i podaży pracy. Szkoda że nikt do tej pory nie zaryzykował z mediach zanalizowania racjonalności proporcji konsumpcji i akumulacji wśród polskich przedsiębiorców. Z własnych doświadczeń i obserwacji wiem, że byłoby co opisać i nad czym się zadumać. Płaca minimalna to jedna z odpowiedzi na pytanie jak utrzymać w życiu ekonomiczno-społecznym jak największą liczbę ludzi i uchronić ich przed degradacją społeczną. To nie są teorie socjalistyczne. Wolnorynkowa myśl ekonomiczna również zauważyła zależność pomiędzy jak największą liczbą pracujących i otrzymujących wynagrodzenia na poziomie zapewniającym przetrwanie (dach nad głową i żywność) i rozwój (edukacja) a potencjałem rozwojowym gospodarki. Dodatkowo dotykamy tu problemu podziału dochodu pomiędzy poszczególne grupy społeczne, co jest tematem na obszerne opracowanie. Płace minimalną można i należy również rozpatrywać w tym kontekście.

      Kończąc autor proponuje odważnie by zastanowić się nad zniesieniem tego socjalistycznego tworu (płacy minimalnej) i przyjęcie roli prekursora ruchu na rzecz likwidacji płacy minimalnej w UE. Śledząc wypowiedzi niektórych ekonomistów reprezentujących środowiska, które przed laty zachęcały Polaków do wejścia do UE, zauważam że teraz dopiero ujawniają że postrzegają UE jako twór ekonomicznie niedoskonały.  Weszliśmy do klubu krajów o uwarunkowanym tradycją i ewolucją ekonomiczną modelu gospodarki i nam się wydaje, że dokonamy tam rewolucji. UE ma świadomość pewnego „przesocjalizowania”, ale biorąc pod uwagę uzasadnienie istnienia płacy minimalnej (bądź jakiejkolwiek formuły bronienia człowieka przed pauperyzacją) oraz nasze znaczenie w UE (w rozumieniu polityczno-ekonomicznym) to „podziwiam” odwagę autora w formułowaniu odważnych zadań. Daleko mi do kompleksu ubogiego krewnego i na pewno zachęcałbym polskie władze do stawiania śmiałych propozycji, ale bez przesady.

      Na zakończenie przedstawię własne zdanie na zamieszanie wokół płacy minimalnej. Poziom płacy minimalnej (wysokość i odsetek nią objętych) jaki ukształtował się w latach 2000-2006 (ok. 35%) uważam za optymalny w krajowych warunkach. Przy tej wielkości objętych płacą minimalną jest blisko 5% pracujących. Do zaakceptowania może być maksymalnie 40%. Propozycje związkowców o płacy minimalnej na poziomie 50% czy nawet 60% są nie do zaakceptowania. W naszym przypadku z dużym prawdopodobieństwem okazałyby się zgubne dla krajowego rynku pracy. Opracowane swego czasu zalecenia ekspertów pracujących dla Rady Europy (60% średniej) są raczej pochodną teorii minimum socjalnego niż odpowiedzią na problemy rynku pracy. O ile wcześniejsze rządy utrzymywały płacę minimalną w Polsce na na ogół rozsądnym poziomie, to obecny rząd zbyt łatwo zgodził się na podwyższania limitu z obecnego (ujęcie procentowe do wynagrodzenia średniego) poziomu. Zgoda rządu na osiągnięcie 40% średniej w jeden roku (w 2008) w negocjacjach z „Solidarnością” była zbyt łatwa i obawiam się „polityczna”. Wprawdzie premier często chętnie mówi o gospodarce społecznej, ale wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia sam to za niego załatwia, więc zgoda na osiągnięcie 40% w jeden rok to moim zdaniem błąd. Jako bardzo rozsądną przykładowo oceniam propozycję PKPP Lewiatan. Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z 2007 r. o 6,3% z pewnym marginesem do ustępstw. Płacę minimalną na poziomie 35% średniej w ostatnich latach oceniam jako umiejętność osiągania kompromisu przez dojrzałych partnerów w procesie negocjacji co poprzednim rządom i partnerom społecznym wystawia dobra notę. Chyba lepiej byłoby zróżnicować regionalnie płacę minimalną i obniżać progi dla osób najmłodszych, czyli przyjąć rozwiązania stosowane już w UE. Warto na pewno na zakończenie przytoczyć myśl, która bardzo często przewija się w opracowaniach o płacy minimalnej, a która brzmi mniej więcej tak: można ustalić dowolnie wysoki poziom płacy minimalnej, ale nikt nie może zmusić przedsiębiorców do zatrudniania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 15 sierpnia 2007 12:24
  • wtorek, 14 sierpnia 2007
    • Płaca minimalna cz1

      Jednym z wielu powodów dla których zdecydowałem się rozpocząć na początku 2006 r. prowadzenie strony, było i jest chęć podzielenia się wiedzą i spostrzeżeniami na temat otaczającego nas ekonomicznego świata. Tematów wartych opisania jest mnóstwo, ale i życie (codzienne wydarzenia) dostarczają ich w takiej liczbie, że muszę co i rusz dokonywać selekcji. Jednym z tematów jest płaca minimalna. Niezmiernie intrygujący temat z pogranicza życia społecznego i ekonomicznego. Powodem przedstawienia własnej opinii jest artykuł jaki miałem okazję przeczytać w piątkowym lub sobotnim „Parkiecie” (czyli z 9 lub 10 sierpnia) pod dość odważnym tytułem „Po co komu płaca minimalna?” Marcina Peterlika z IBnGR. Artykuł z pozoru odważny i proponujący zrzucenie kolejnych barier rzekomo stawianych pod nogi przedsiębiorcom. Okazja do poruszenia trudnego dla ekonomistów tematu również i z tego powodu, że artykuł przedstawia pewien problem w dość charakterystyczny dla liberalnych ekonomistów sposób. Dużo emocji i mało merytorycznych argumentów, co dziwi kiedy bierze się pod uwagę instytucję jaką autor reprezentuje. Innym powodem mojej reakcji jest męcząca już maniera liberalizujących ekonomistów, którzy upierają się wypowiadać na wszelkie tematy ale poważne argumenty zastępowane są stale przez wyjaśnianie wszystkiego prawem popytu i podaży. Taki czysty ekonomiczny liberalizm ma jedna poważną zaletę: pozwala wielu publikującym ekonomistom zabierać głos w każdej sprawie. Tym razem prawem popytu i podaży załatwia się rzekomo socjalistyczny relikt, czyli płace minimalną.

      Zacznijmy od definicji co to płaca minimalna. Bardzo ogólna definicja brzmi mniej więcej tak: „płaca o ustalonej ustawowo wysokości, gwarantująca podstawową konsumpcję pracownika i jego rodziny, której zadaniem jest zapewnienie reprodukcji siły roboczej”.

      W roku bieżącym płaca minimalna w Polsce wynosi 936 pln brutto. W ujęciu netto jest to prawie 690 pln. Załóżmy dalej, że mamy do czynienia z małżeństwem gdzie obydwoje dorosłych tak zarabia, a na dodatek mają dwoje dzieci. Biorąc pod uwagę koszty utrzymania mieszkania i żywność, to do podziału pozostaje niewiele. W zależności od przyjętego wariantu taka rodzina może się kwalifikować do niewielkich datków z pomocy społecznej. By lepiej zobrazować poziom życia takiej rodziny, to skala dochodów na osobę mieści członków rodziny pomiędzy pojęciami „minimum egzystencji” a „minimum socjalnym”. Proponuje czytelnikom zapoznać się z definicjami tych pojęć. Przykładowo „minimum egzystencji” zakłada że obywatel nie ma na bilet miesięczny, a na przykład mój bilet na tramwaj kosztuje prawie 100 pln. Do takich samych wniosków dochodzi się biorąc pod uwagę jednoosobowe gospodarstwo domowe.

      Międzynarodowa Organizacja Pracy (UE opiera się na regulacjach MOP) zakłada, że płaca minimalna powinna zapewnić poziom życia pozwalający na uczestnictwo w życiu danej społeczności i zapobiegający pauperyzacji oraz wykluczeniu społecznemu. Niemniej MOP uznaje, że poziom płacy minimalnej może być uzależniony od sytuacji ekonomicznej kraju. I szczerze mówiąc, Polsce akurat do tego bliżej (tzn. rozwinięcia definicji). Warto dodać, że pojęcie płacy minimalnej odnosi się do pracy przeciętnej (prosta, lekka, w warunkach nieuciążliwych).

      Wracamy do artykułu. Autor jest oburzony propozycją podwyżki płacy minimalnej, która na 2008 rok planowana jest w wysokości 1126 pln. Dodam, że celem rządu jest doprowadzenie  wskaźnika p.minimalna/p.średnia w gospodarce, do poziomu 40%. Autor nie podaje tych wartości ani nie przytacza innych danych, które pozwoliłyby się zorientować czytelnikowi dużo to czy mało. Wszystko zostaje skwitowane zarzutem, że rząd „kultywuje relikt socjalizmu, jakim jest płaca minimalna”. Przyznam, że w tym momencie zacząłem się zastanawiać czy autor wie, o czym pisze. „Ustawowe określenie płacy minimalnej miało przecież na celu obronę klasy robotniczej wyzyskiwanej niecnie przez przebrzydłych kapitalistów”. Zrobiłem pewien test z wykorzystaniem internetu, ile czasu potrzeba by zdobyć elementarną wiedzę dla zrozumienia skąd się wzięła i po co jest płaca minimalna. W ciągu kilkunastu minut (max. pół godziny; kwestia zadawanych haseł w wyszukiwarce internetowej) autor znalazłby interesujący zestaw opracowań i wiadomości. Idę już na dalekie ustępstwo i przyjmuję, że autor nie ma kontaktu z krajową prasą ekonomiczną, bo tam wielokrotnie przybliżano ten problem. Ja proponuję ciekawe opracowanie z marca 2005, które powstało w Biurze Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu (Informacja nr 1129). Pojęcie płacy minimalnej w świecie wolnorynkowym istnieje już ponad 100 lat, a rozwinięcie teoretyczne i zastosowanie nabrało większego tempa jakieś 80 lat temu. Obecnie swoje stanowisko i metodologie stosowania ma już przykładowo Komisja Europejska i OECD, czyli świat jak najbardziej wolnorynkowy. Płaca minimalna stosowana jest w większości krajów UE i przykładowo w USA. W pozostałych krajach UE zamiast stricte płacy minimalnej stosowane są inne rozwiązania mające na celu zapobiec degradacji społecznej pracowników najemnych i wykorzystywaniu ich przez przedsiębiorców. Kraje należące do wskazanych organizacji dość mocno się różnią pod względem zakresu stosowania płacy minimalnej. Nawet Wielka Brytania i Irlandia (w 1999 i 2000 r.) wprowadziły płacę minimalną (W.Brytania po kilkuletniej przerwie), a trudno te kraje nazwać socjalistycznymi. A jak my wyglądamy na tle innych krajów wg wysokości i zasięgu (liczba zatrudnionych) oddziaływania? W ostatnich kilku latach płaca minimalna stanowiła w Polsce ok. 35% średniego wynagrodzenia. Wg informacji podanych przez Komisję Europejską za 2005 r. wskaźnik ten dla większości krajów zawierał się w przedziale 34%-50% (50% w Irlandii i 44% w Słowenii). Z punktu widzenia odsetka osób pobierających płacę minimalną, u nas jest to ok. 4,5% a w krajach OECD większość krajów zawiera się w widełkach 1,0% - 15,6% (dolna granica to USA; dane za 2005 r.). Biorąc pod uwagę siłę nabywczą (jedno z opracowań podaje je w liczbie big-macków) nasza pozycja ulega niewielkiemu obniżeniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 sierpnia 2007 23:35
  • niedziela, 12 sierpnia 2007
    • Ceny w VI 2007

      Inflacja powolutku pnie się w górę. Wskaźnik roczny osiągnął w czerwcu 2,6%. W dalszym komentarzu tradycyjnie już dziele składniki inflacji na żywnościowe i nieżywnościowe. W czerwcu to obydwie grupy towarów i usług są odpowiedzialne za wzrost inflacji. No, może z przeważeniem koszyka nieżywnościowego. Miesięczny wskaźnik inflacji wyniósł 0,0%, co wbrew pozorom nie jest tak mało jak na tą porę roku. Inflacja roczna na poziomie 2,6% oznacza przekroczenie górnej granicy projekcji inflacji z kwietnia tego roku i osiągnięcie „górnych” prognozowanych  przedziałów z najnowszej projekcji. Oznacza to więc, że RPP musi czujniej przyglądać się inflacji, a przede wszystkim czynnikom które do jej zwiększenia się przyczyniają.

      Wskaźnik cen żywnościowych obniżył się w porównaniu z majem o 1%, co utrzymało roczny wskaźnik cen na poziomie 4,4%. Ceny żywności nadal więc mocną rosną, ale na szczęście nie przyspieszają (w kwietniu roczny wskaźnik sięgnął 4,6%). Niestety nie należy oczekiwać, by coś się zmieniło. Analizując udział w przyroście inflacji rocznej, od kilku miesięcy koszyk żywnościowy aż w ponad 40% przyczynia się do wzrostu. Z podstawowych grup żywności wyróżnianych w koszyku inflacji, większość produktów przekracza rocznym tempem wzrostu cen podstawowy wskaźnik inflacji. Pozostałe, jak np. nabiał i oleje i z tłuszczami, również szybko rosną. Ceny na rynku żywnościowym to wypadkowa zmian na rynku europejskim, produkcji/skupu w kraju oraz specyficznych warunków meteorologicznych w bieżącym roku. Skup zbóż jest o prawie 40% mniejszy niż w roku ubiegłym. Rynek europejski zgłasza większe zapotrzebowanie na przetwory mleczne, zmiana cyklu „świńskiego” uległa przejściowemu zamrożeniu przy rosnącym zainteresowaniu mięsem drobiowym. Roczny wskaźnik wzrostu cen warzyw już od kilkunastu miesięcy przekracza niemal bez przerwy 10%. Od dwóch, trzech miesięcy znowu notujemy znaczne wzrost cen owoców. Biorąc więc pod uwagę krajowy popyt, nie należy oczekiwać odwrócenia trendu zmian żywności przynajmniej do jesieni, początków zimy. W takim układzie nawet mechanizm wolnorynkowy nie jest w stanie uchronić nas od wzrostów cen. Jako ciekawostkę podam zmiany cen drobiu. Obecna sytuacja chyba lekko zaskoczyła drobiarzy. Skup dopiero zaczął przyspieszać w reakcji na ceny w skupie. W czerwcu cena drobiu w skupie była aż o 30% wyższa od ubiegłorocznej. Rynek (my, konsumenci) zaakceptowaliśmy wzrost w sklepach tylko o 20%. Zdrożał nawet nasz „chleb powszedni”. I to sporo, bo aż o 7% w porównaniu z cenami z ubiegłego roku.

      Ceny koszyka towarów nieżywnościowych wzrósł w porównaniu z majem o 0,4%, czyli znacznie jak na tą porę roku. W efekcie roczny wskaźnik cen sięgnął 1,9%. Od paru miesięcy zwracam uwagę na ceny tej grupy towarów i usług, traktując je jako miernik wpływu popytu konsumpcyjnego na ceny. Pomijając już analizę każdej z grup z osobna, daje się zauważyć trwały wzrost cen tego składnika inflacji. Przyznać trzeba jednak, że następuje to niezwykle powoli. Tym razem chciałbym zwrócić uwagę na fakt iż oprócz grupy „odzież i obuwie”, ceny wszystkich pozostałych grup rosną (oczywiście bardzo powoli). O ile w ubiegłym roku część składników traciła tempo wzrostu lub odnotowywała pewną zmienność, to obecnie tendencja w poszczególnych grupach zdaje się utrwalać. Powodem tak wolnego wzrostu cen towarów i usług nieżywnościowych jest m.in. stała tendencja do wzrostu wartości złotego, który to proces w ostatnich 3-4 miesiącach się nasilił.

      Miesięczny PPI wyniósł 0,6%, a roczny 1,8%. Tak więc tzw. „inflacja” w przemyśle uległa spowolnieniu w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami (w I kw było ponad 3%). Wprawdzie kilka działów odnotowało znaczne miesięczne wzrosty (działy 16, 23 i 26), ale rekompensowały to niewielkie zmiany cen w pozostałych działach cenowych. Zatrzymam się na chwilę na dziale 26 (wg PKD) gdzie zlokalizowani są producenci materiałów budowlanych. W porównaniu z majem ceny w tym dziale wzrosły o 1,1%, co biorąc pod uwagę zmiany miesięczne cen w ciągu roku w ostatnich latach oznacza niestety, że na rynku materiałów budowlanych wciąż popyt przewyższa podaż. Nie będę się już rozdrabniał na każdy z działów, ale przypadku PPI zależność ze złotym jest jeszcze silniejsza (lepiej widoczna).

      Nadal silnie rosną ceny w budownictwie. Podobnie jak w przypadku producentów trudno tu powiedzieć o zatrzymaniu wzrostu cen. Pozostaje jedynie wierzyć informacjom z rynku czy informacjom na przykład firmy Polskie Składy Budowlane o pierwszych sygnałach wyhamowywania wzrostów cen usług budowlanych i materiałów.

      Pomijając więc rynek budowlany i sektory producentów materiałów budowlanych, trudno mówić o silnej presji cenowej. Niemniej ona istnieje (co wyżej wykazuje) i można mieć nadzieję że złoty gwałtownie lub długotrwale nie będzie się osłabiał, co pomoże nam panować nad procesami cenowymi w gospodarce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 sierpnia 2007 22:36
  • niedziela, 15 lipca 2007
  • niedziela, 08 lipca 2007
    • Rynek finansowy w VI


      Narzekałem w poprzednich miesiącach na to, iż krajowy rynek finansowy jest zbyt spokojny, no to mam. W czerwcu działo się bardzo dużo.

      Stopy na rynku finansowym rosły praktycznie od początku miesiąca. Już od 4 czerwca, czyli pierwszego pełnego tygodnia minionego miesiąca. Podstawowym powodem wzrostu było oczekiwanie i ostatecznie decyzja o podniesieniu stóp w eurolandzie. Piątego maja podniesiono stopę referencyjną z 3.75% na 4.00%. Znaczny wzrost stóp na krajowym rynku dotyczył terminów powyżej 1 roku. Rynek krótszych stóp początkowo nie reagował, ale w II połowie miesiąca praktycznie kopiował ruchy z rynku obligacji. Dla porządku dodam, że komunikat po decyzji ECB sugerował że nie należy oczekiwać zbyt szybko kolejnych podwyżek, co spowodowało iż stopy długoterminowe w strefie euro nawet minimalnie spadły w ciągu kolejnych dni. A wracając do polskich obligacji, to w pierwszym tygodniu ich rentowność wzrosła dla terminów 2, 5, 10 lat odpowiednio o: 13, 22, 18 punktów procentowych do 4.88%; 5,37%; 5,48%. W kolejnym tygodniu tylko jednego dnia stopy obligacji się obniżyły, by ostatecznie wzrosnąć o 5 punktów procentowych. W połowie tygodnia zaczęły na rynek dochodzić kolejne informacje o polskiej gospodarce, a później minutes z  poprzedniego posiedzenia RPP. Publikowane dane makroekonomiczne powoli coraz bardziej uświadamiały graczom rynkowym, że utrzymanie inflacji w zakładanym przez RPP przedziale może być trudne w kolejnych kwartałach i że RPP w końcu może się zdecydować na jakiś ruch. Swoją ocenę minutes przedstawiłem na stronie, ale przypomnę tylko że tekst minutes wskazuje iż jest grupa członków RPP która dostrzega zagrożenia, ale marginalizuje je i stara się wskazać szereg innych makroekonomicznych wielkości, które mają jakoby powstrzymać ewentualny wzrost inflacji i powiększanie się luki popytowej. O ile wyniki inflacji są publikowane co miesiąc, a więc jest ona mierzalna, to o precyzyjne wyniki luki popytowej raczej trudno. Stąd być może dla tych którzy nie chcą dostrzegać ryzyka stąd płynącego, nie jest ono widoczne. Po lekturze tekstu uderza jednak fakt, że 2, 3 osoby w RPP tak naprawdę nie są do końca pewne swych argumentów i przy pojawieniu się danych które nie potwierdzają ich postrzegania rzeczywistości, gotowi są natychmiast zmienić zdanie. Poziom przytaczanych w minutes argumentów wskazuje, że ich reakcja może być natychmiastowa i emocjonalna. Mam na myśli zmianę postrzegania rzeczywistości nawet w wyniku informacji o niewielkim znaczeniu dla gospodarki, lub informacji ze świata społeczno-politycznego. Dla mnie oznaczało to poważne trudności w przewidzeniu daty kolejnego podniesienia stóp, ale i skali wzrostu. Bodaj kilkakrotnie zwracałem na swojej stronie na fakt iż istnieje ryzyko zmiany zachowań RPP i z odwlekania podwyżki stóp Rada może przejść w stan nerwowego podnoszenia. Moim zdaniem już dwa razy mieliśmy takie sytuacje w ostatnich kilku latach (1999-2000 i 2004) i warto by było w końcu nauczyć się ich unikać. Sądzę że mamy tu do czynienia z sytuacją kiedy 1 do 2 członków RPP – przy stabilizacji poglądów pozostałych – potrafi nawet kilka miesięcy blokować konieczną decyzję. Ja za konieczną decyzję uważałem podniesienie stóp o 0,25% już na koniec 2006, ale zwolennikom tego ruchu brakowało wtedy przynajmniej jednego głosu. Szkoda. Przed spotkaniem RPP pod koniec czerwca również wątpiłem w podniesienie stóp na tym akurat spotkaniu. Mimo iż zabawa w typowanie dokładnego terminu kiedy Rada zmieni stopy jest wciąż jeszcze popularna wśród części analityków czy doradców (trafienie bardzo nobilituje w środowisku i mediach), ale ja tego unikam a przyczyny już kiedyś wyjaśniałem. Dotychczasowe reakcje Rady i publikowane komunikaty powodowały lokowanie terminu kolejnej podwyżki bliżej przełomu lata i jesieni. Biorę jednak w obronę ekonomistów z instytucji finansowych. Zebrane przez Gazetę Prawną prognozy (przed spotkaniem Rady) wskazywały na oczekiwanie podwyżek najczęściej o 0,5% do końca roku. To że mało kto oczekiwał tego w czerwcu, to efekt dotychczasowego brzmienia komunikatów. Po ostatniej decyzji Rady wzrosło ryzyko nerwowych i emocjonalnych zachowań RPP w najbliższych miesiącach, co z całą pewnością utrudni prognozowanie dokładnie w których miesiącach będą następowały decyzje o kolejnych podwyżkach. A będą? Co ciekawe aż dwóch ankietowanych ekonomistów na koniec 2008 spodziewa się stopy interwencyjnej 4,5% lub 4,75%, co oznacza praktycznie stabilizację w porównaniu ze stanem obecnym. Prognozy maksymalne to 6,0% na koniec przyszłego roku. Tego na razie nie dyskontuje tego nawet rynek. Średnie prognozy skupiają się wokół 5,2%. Wyliczenia FRA 1 M na bazie WIBOR wskazują na oczekiwanie na koniec tego roku stopy NBP na poziomie niemal 5,0%. FRA liczone na bazie stawek średnich (z WIBOR i WIBID) wskazują na 4,85%. Rynek zajął słuszną pozycję po ostatniej podwyżce stóp. Takie przewidywanie może być utrzymane do czasu co najmniej jednej porcji miesięcznych makroekonomicznych danych. Tymczasem prognozy MF o inflacji nieco przekraczającej oczekiwania z powodu cen żywności, mogą przestraszyć ale biorąc pod uwagę ostatnie anomalia pogodowe nie powinny być wcale większym zaskoczeniem. A wracając do makroekonomistów, to na koniec roku najczęściej wskazywali na 4,75% poziom stopy referencyjnej. Gdyby mnie pytano przed podwyżką, też wskazałbym ten poziom, ale biorąc pod uwagę decyzję z czerwca, jest ok. 40% prawdopodobieństwo, że sięgnie ona 5,0%. Na koniec 2008 oczekuje 5,25% do 5,75%. Ale żeby było ciekawiej przypominam o skrajnych notowaniach, bo są one autorstwa bardzo doświadczonych ekonomistów. Widać więc, że ocena najbliższych kwartałów sprawia ekonomistom problemy.

      A wracając do rynku międzybankowego, to w drugiej połowie czerwca odreagowano zarówno nasze dane makroekonomiczne jak i wzrosty na zagranicznych rynkach, gdzie obligacje dość dynamicznie rosły. Decyzja RPP była jednak zaskoczeniem i zaraz po niej obligacje wzrosły o kilka dziesiątych. W efekcie mieliśmy do czynienia w czerwcu z jednym z największych wzrostów w ostatnich miesiącach. Rentowności obligacji wzrosły o od 30 do 40 pkt bazowych. Analiza zachowań rynku oraz wyliczenia stóp oczekiwanych w 2008 r. wskazują że obecnie rynek dyskontuje przeciętne oczekiwania ekonomistów i wobec tego nie ma co liczyć na spadek stóp obligacji w lipcu i nawet w sierpniu, no chyba że dane makroekonomiczne potwierdzą zagrożenia inflacyjne i postępującą lukę popytową. W najbliższych tygodniach rentowności obligacji utrzymają się na poziomie z końca czerwca lub wzrosną  kilkanaście pkt. bazowych. Krótsza część krzywej rentowności (do roku) będzie się zachowywać podobnie. Wątpię, by RPP w lipcu dokonała jakiegokolwiek ruchu.

      Generalnie więc decyzja RPP była dla rynku pewnym zaskoczeniem i dlatego tuż po niej dokonano natychmiastowej korekty. Jako, że takie wzrosty stóp jak w czerwcu to rzadkość, więc zamieściłem ilustrację

      Na rynku walutowym też gorąco. Z punktu widzenia złotego, Polska staje się coraz atrakcyjniejszym krajem. W pierwszym tygodniu czerwca trudno byłoby w to uwierzyć. Perturbacje na zagranicznych rynkach, spadek giełdy w Polsce i wzrost obligacji spowodował znaczne osłabienie złotego w dniach 5-7 czerwca. W ciągu tygodnia złoty osłabił się o 1,1%.  W kolejnych tygodniach złoty z nawiązką to odrobił. W każdym z kolejnych trzech tygodni złoty zyskiwał ok. 0,8%. Ostatecznie więc w czerwcu złoty zyskał ok. 1,5%. Niby więc niż nadzwyczajnego, ale na tle innych rynków i w porównaniu z rynkiem obligacji, było ciekawie. Jakiejkolwiek by nie używać analizy do oceny złotego (makroekonomiczna, techniczna), to widać że rynek ma ochotę testować minimum. Poważnie jednak wątpię by rynek odnotował tu jakieś sukcesy. Nie będę już rozpisywał się o poszczególnych wariantach makroekonomicznych, ale poważnie wątpię by rynek był w stanie poważnie i na dłużej przebić minima wyznaczone w początku maja tego roku czyli 3,75 i 2,77 dla euro i dolara. Doceniam jednak determinację graczy rynkowych. Mam jednak nadzieję że w porę zauważą, że próba dalszego napierania na wyznaczony w czerwcu trend nie przyniesie większych sukcesów.

      A na giełdach dalej wzrosty. Krajowa giełda chyba jeszcze nie w pełni przeliczyła sobie wpływy wzrostów stóp na wyniki spółek. Przykładowo stopa trzymiesięczna w ciągu kilku miesięcy wzrosła o ok. 0,5%. I to jeszcze nie koniec. Jak na razie inwestorzy są zafascynowani osiąganymi wynikami gospodarki, a ta faktycznie sprawiła niespodziankę w IV i szczególnie w I kw tego roku. Dobra koniunktura na krajowej i światowych giełdach spowodowana jest wciąż dobrymi wynikami poszczególnych gospodarek. Dotychczas prognozy makroekonomiczne dość często zakładały utrzymanie tempa PKB lub spadek za 1,2 lub 3 lata. W Polsce podobnie. Ekonomiści nie chcą uwierzyć w trwałość obecnego tempa wzrostu. Dla inwestorów wygląda to inaczej. Wbrew zapowiedziom, gospodarka ma się świetnie, a MF i jeden z zagranicznych banków inwestycyjnych sugerują wręcz 6,0% - 6,5% PKB za cały bieżący rok. Inwestorzy więc tak długo jak nie zobaczą potwierdzenia w faktach, tak długo nie przestaną wierzyć w nieustające wzrosty, a już na pewno za nic sobie mają sugestie analityków o zalecanej korekcie. I to pomimo iż w czerwcu analitycy wyjątkowo często zwracali uwagę na nieuzasadniony zbyt wysoki poziom indeksów giełdowych. Odniosłem wręcz wrażenie, że próbowali się na siłę wręcz dopatrzyć symptomów stabilizacji. Trudno sobie wyobrazić sezonowo w II kw tak świetne wyniki jak w I kw, ale też nie ma co oczekiwać wyników słabych i tak też może być do końca roku. Chyba dopiero pod koniec roku inwestorzy zaczną zwracać uwagę na całość danych makroekonomicznych i wzrost kosztu długu.

      W pierwszym tygodniu czerwca spadki odnotowały wszystkie większe giełdy oraz parkiet warszawski. To chyba efekt coraz większego napięcia przed każdym kolejnym spotkaniem FED czy ECB i towarzyszącemu temu mnożeniu wariantów rozwoju sytuacji ekonomicznej. W Europie spadki były dość poważne, bo od 2% do 4%. Nasza korekta tylko o 1% świadczy o stalowych nerwach krajowych graczy. Biorąc jednak spadki na całym świecie, to nasz był dość przeciętny. W kolejnym tygodniu wszyscy z nawiązką odbili sobie spadki z okresu 5-8 czerwiec. Główne giełdy rosły od 1% do prawie 6%, a my tylko „skromnie” 3,9%. Ale kolejne dwa tygodnie to już praktycznie stabilizacja, przy czym nasza giełda rosła o prawie 1% każdego z dwóch ostatnich tygodni czerwca. Z punktu widzenia analizy technicznej (NACD, RSI) giełda rośnie za szybko, co utrzymuje ryzyko korekty. Kiedy patrzy się jednak na tempo napływu pieniędzy do funduszy inwestycyjnych, to widać że Polacy mają zupełnie inny obraz sytuacji, kupują jednostki funduszy akcyjnych na potęgę.

      I na zakończenie ciekawostka. W czerwcu odbył się przetarg na 30-letnie obligacje. To istotne wydarzenie dla rynku, bo potwierdza jego systematyczny rozwój i dojrzałość. Przy podaży 1 mld pln, pobyt sięgnął 3 mld. Rentowność średnia wyniosła 5,56%. Być może dla wielu osób to nic szczególnego, ale ja pamiętam czasy kiedy zestaw stawek WIBOR nie obejmował nawet 6 m-cy, a na kiedy na monitorze Reutersa pojawiał się bank z kwotowaniami na 12 m-cy, wzbudzało to spore zainteresowanie, bo od dealera wymagało sporego kunsztu by nie zrobić głupstwa.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 lipca 2007 19:16
  • czwartek, 05 lipca 2007
    • Strajk pielęgniarek, moja ocena cz2

      Obecnie wobec wspólnego negocjowania postulaty wymieszały się. Wiem, że zawód lekarzy jest odpowiedzialny (co nie oznacza, że pamiętają o tym wszyscy lekarze). By zostać lekarzem trzeba skończyć 6-letnie studia i odbyć 13-miesieczny staż. Z całą pewnością jest to trudna droga do zawodu. Niemniej już od dziecka wysłuchiwałem w radiu i telewizji, że chętnych na studia było więcej niż miejsc. Dzisiejsi lekarze musieli wiedzieć, że nie czeka ich łatwe życie i czekanie na poprawę swego losu może trochę potrwać. Według ostatnio opublikowanych danych przez Ministerstwo Zdrowia, lekarz bez specjalizacji otrzymuje 1,8 tys. pln (2,4 tys. z dodatkami), a lekarz specjalista 2,5 tys. pln (4,0 tys. z dodatkami), pielęgniarka 1,37 tys. (2,0 tys.), pielęgniarka specjalistka 1,7 tys. (2,6 tys.). Przez ponad 10 lat dynamika wynagrodzeń była na poziomie zbliżonym do średniej dla gospodarki narodowej. Tak więc sytuacja służby zdrowia nie ulegała praktycznie poprawie, może poza niektórymi specjalnościami. Z tego punktu widzenia rządzących mści się bardzo odwlekanie podniesienia płac w minionych latach. Zmarnowaliśmy trochę czasu. Jednak przyznać trzeba, że nie każdy rząd dysponował pieniędzmi na poważniejsze zasilenie służby zdrowia. Zgadzam się, że jest to grupa zawodowa niedowartościowana, ale próba zagwarantowania każdemu lekarzowi i pielęgniarce „na wejściu” takich zarobków na tle zarobków w innych profesjach, to spora przesada. Same tylko oczekiwane podwyżki w jednym roku wymagają większych kilku miliardów pln. Nawet jeżeli rozłożymy to na 2-3 lata, to moja ocena oczekiwań płacowych pozostaje bez zmian. Nie mam pojęcia czym miałoby to być sfinansowane. Dynamika środków publicznych przeznaczanych na służbę zdrowia to ponad 4% nominalnie w ostatnich kilku latach i radykalna poprawa sytuacji służby zdrowia wymagałaby dwu lub trzykrotnie szybszego tempa wzrostu nakładów, by w ciągu kilku lat spełnić przedstawione oczekiwania służby zdrowia.

      A co proponuje rząd? Niemal dokładnie rok temu na posiedzenie Rady Gabinetowej przygotowano krótki materiał o sytuacji służby zdrowia. Diagnoza wynagrodzeń była słuszna i trzeba powiedzieć, że zobowiązanie do poprawy wynagrodzeń zostało wprowadzone w życie na przełomie 2006 i 2007 r. Moim zdaniem związkowcy powinni zadbać o utrzymanie otrzymanych podwyżek, mimo iż rząd zobowiązał się do tego by podwyżka zimowa nie była jednorazowym i przejściowym podniesieniem płac. Potem już tylko dbać, by dynamika wzrostu nakładów utrzymywała się co najmniej w średnim terminie tempo dwukrotnie wyższe niż prezentowane wyżej. Pomijając dokładniejsze wyliczenia, wymagałoby to potraktowania poprawy sytuacji służby zdrowia jako jeden z priorytetów obecnego rządu. A byłoby to trudne do zrealizowania. Przy tych dość optymistycznych założeniach, osiągniecie 6% PKB nakładów na służbę zdrowia (wg metodologii strajkujących) w ciągu dwóch lat, nawet jak na wyjściową pozycję negocjacyjną pracowników służby zdrowia, jest kompletnie niemożliwe. Wyliczenia wskazują, że aby osiągnąć 6% PKB nakładów do 2009, to wymaga to rocznych wzrostów nakładów na poziomie 30% (!). A wracając do rządowego dokumentu, to zakładał on wzrost nakładów z 4,5% w 2007 na prawie 5% w 2009. Ale najbardziej ciekawe jest to, iż w gruncie rzeczy rząd w swym pomyśle oparł się na wzroście składki i wpływów, wprowadzeniu ubezpieczenia pielęgnacyjnemu i wzroście wydatków gospodarstw domowych. Czyli połączenie nowych danin (częściowo na pewno słusznych!) i większych wpływów z tytułu wzrostu gospodarczego (wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń). Tak więc sprzedawanie tego w mediach jako efektu wyjątkowego zatroskania, umiejętności gospodarowania i wprowadzania w czyn gospodarki społecznej, to gruba przesada. Nadzieją strajkujących mogą być niektóre założenia, przyjęte dość ostrożnie.

      Tyle szeroko zarysowanego tła. A jak widzi to tło pielęgniarka? Skoro swoją dolę poprawia ten kto ostrzej zastrajkuje i przedstawi bardziej wygórowane oczekiwania. Stosując zasadę więcej zażądaj, to dadzą 50% lub 30%, można więcej wytargować. Skupienie sympatii mediów i automatyczna sympatia polityków opozycyjnych daje silną pozycję w sporze w rządem. Szczególnie w sporze z rządem, który chce uchodzić za rozdającego potrzebującym i unikającego sporów na tle ekonomicznym z poszczególnymi grupami społecznymi. Oczekiwanie głosu ekonomistów nic nie daje, bo ci od lat twierdzą, że albo nie teraz, albo bardzo drobnymi kroczkami, albo że jest dziura budżetowa, a na dodatek udają że nie wiedzą iż nakłady na służbę zdrowia i tak będą rosły. Nie z powodu braku chęci i pomysłu na racjonalizację służby zdrowia, ale z powodu wzrostu oczekiwań społeczeństwa odnośnie swojego zdrowia. I na koniec: ile razy można wysłuchiwać, że nie ma pieniędzy. A na obniżkę składki rentowej było? Na budowę obiektów sportowych w Warszawie 1,2 mld pln też nagle się znalazło, mimo iż nie jest to obiekt pierwszej potrzeby dla warszawiaków. Można się nie zgadzać i jako ekonomista nie utożsamiam się z taki spojrzeniem, ale w gruncie rzeczy ten strajk i jego przebieg specjalnie mnie nie dziwią.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 lipca 2007 00:27
    • Strajk pielęgniarek, moja ocena cz1

      Ekonomika służby zdrowia intryguje mnie od dawna. I jako ekonomistę, i jako człowieka od czasu do czasu korzystającego z jej usług. Dla osób próbujących studiować tematykę służby zdrowia od razu mówię, że nie jest łatwo. Szczególnie nie jest łatwo zejść osobie postronnej na poziom funkcjonowania pojedynczych placówek. Ale powalczyć warto, bo temat ciekawy.

      Powracam do tematu bieżącego sporu pracowników służby zdrowia z rządem, ponieważ pracownicy służby zdrowia postawili postulaty, które są nie do spełnienia. Strona rządowa się broni i przypomina, co już dała i co dać zamierza. Media do tej pory na ogół sprzyjały protestującym. Politycy opozycji wykorzystali obecną dość niebezpieczną sytuację do zdobycia popularności, udając że nie widzą o jaką kwotę chodzi. Być może można podejść do tego sporu jak do wielu innych, ale skala oczekiwań i pojawiające się pomysły rozmów w znacznie szerszym gronie o sytuacji finansowej sfery budżetowej są dość niebezpieczne dla budżetu.

      Jako ekonomista uważam, że protestujący potężnie przesadzili w swoich oczekiwaniach, co dalej wykażę. Z przekory jednak zaryzykuje spojrzenie na obecny spór okiem pielęgniarek, by starać się przynajmniej zrozumieć ich postawę. Chwilami niestety trudno im się dziwić biorąc pod uwagę ekonomiczno-polityczne otoczenie, w jakim działają.

      Osoby pracujące w szeroko rozumianej sferze budżetowej od lat mają problemy z dociągnięciem swoich wynagrodzeń do poziomu sfery komercyjnej. Biorąc pod uwagę również emerytów, to od sytuacji budżetu uzależnione są w większym czy mniejszym stopniu wynagrodzenie kilku milionów ludzi w Polsce. Możliwości budżetu są funkcją rocznych przychodów, zmienności koniunktury gospodarczej oraz szeregu innych koniecznych wydatków lub obciążeń, które należałoby zmniejszyć. W efekcie większość, nazwijmy to „upośledzonych finansowo” środowisk lub ich części (np. pielęgniarki), nikt nie jest w stanie zadowolić. Jeżeli wskutek negocjacji ustala się dynamikę wzrostu (tam gdzie można to negocjować z rządem, a więc nie jest to opcja dla pielęgniarek), to z natury rzeczy jest to dynamika dość niska. Za niska w sytuacjach jak obecnie, ale interesująca w latach słabszej koniunktury, kiedy w sektorach skomercjalizowanych realna dynamika wzrostu była rzędu 2% rocznie. Próba zaspokojenia oczekiwań, nawet jeżeli moralnie w większości słusznych (praca pielęgniarki za nieco powyżej 1 tys. złotych netto, to nie jest rarytas), i tak napotyka na ograniczone możliwości budżetu. W efekcie grupy poszkodowane stosują przeróżne formy „przypominania” o sobie. A że próby te są skuteczne, to stanowią zachętę dla innych. Politycy, którzy jako jedyni nie mogą uciec przed szukaniem rozwiązań i wprowadzanie ich w życie, niestety podejmują decyzje nie zawsze słuszne. Mówię tu w kontekście szerszym niż wynagrodzenia. Ustalenia dotyczące emerytur pomostowych tak naprawdę zostały wymuszone uregulowaniami sprzeda kilku lat, a ustępstwa rządy wobec środowiska kolejarzy czy nauczycieli były za duże. Rząd tak bardzo chciał uniknąć konfliktu, że aż zachęcił kolejną grupę zawodową do upomnienia się o swoje.

      Środowiska ekonomiczne, kształtujące świadomość Polaków poprzez media, bardzo niechętnie podejmują temat wynagrodzeń sfer powiązanych z budżetem. Temat podziału profitów wzrostu gospodarczego pomiędzy poszczególnymi grupami zawodowymi jest słabą stroną ekonomistów. Przez lata przyglądając się sporom ekonomicznym zauważyłem, że większość ekonomistów spłyca temat wynagrodzenia sfery budżetowej do deficytu budżetowego i ciągłego braku środków. Podobnie jest teraz. Jeżeli już ktoś wypowiada się na ten temat, to na ogół bardzo ogólnie, no i że nie ma środków. Pomijam już to, że są i przypadki wskazujące na poważną nieznajomość tematu. Były doradca ekonomiczny premiera Marcinkiewicza oraz jeden z ekonomistów bankowych prowadzących bloga robią wrażenie jakby nie do końca orientowali się, o co chodzi, no ale opinie trzeba wyrazić, bo jest to dobrze widziane. Opinie są przedstawione wg zaprezentowanego wyżej schematu. W przypadku drugiej osoby, sugerowane potencjalne źródła finansowania służby zdrowia wskazują na poważną nieznajomość zasad finansowania służby zdrowia w Polsce i istoty bieżącego sporu. W żadnym z tych dwóch przypadków nie odniesiono się głębiej do oczekiwań strajkujących.

      Politycy opozycji wykazali daleko posunięte lekceważenie finansów publicznych. Oczekiwania pielęgniarek, czy w ogóle poszczególnych związków służby zdrowia są kompletnie nieracjonalne. Jednak postawa polityków opozycji sugerowała strajkującym, że ich oczekiwaniom są możliwe do zrealizowania. Jedna z opozycyjnych partii również zaoferowała 6% PKB nakładów na służbę zdrowia. Przez kilka dni w programach publicystycznych trafiałem na posłankę Ewę Kopacz (PO) z sejmowej komisji zdrowia, która krytykowała postawę rządu. Oczekiwałem bardziej konstruktywnej postawy. Niestety w żadnej z tych audycji nie usłyszałem jakiejkolwiek liczby czy oceny finansowych roszczeń przedstawicieli służby zdrowia.

      Próbując spojrzeć na problemy służby zdrowia oczami pielęgniarek warto przypomnieć ich oczekiwania oraz oczekiwania lekarzy i postawę rządu, tym bardziej że zbyt rzadko media podają te liczby. Najczęściej mamy do czynienia z emocjonalnym podejściem do strajków. Sympatie do pielęgniarek budzi nie tyle ich niskie uposażanie, co determinacja w poprawie swojego losu na tle stanowczej postawy przedstawicieli rządu.

      Poniżej prezentuje oczekiwania pielęgniarek i lekarzy (cytuję za „Rzeczpospolitą”):

      Postulaty lekarzy

      ·         Zwiększenie nakładów na leczenie

      ·         Podwyżki do 5 tys. dla lekarza i 7,5 tys. dla lekarza specjalisty

      ·         Koszyk usług gwarantowanych

      ·         Dopływ prywatnych pieniędzy: dopłaty od pacjentów i ubezpieczenia dodatkowe

      ·         Stworzenie konkurencji dla NFZ: wiele funduszy zarządzających składkami od ubezpieczonych

      ·         Zniesienie limitów na leczenie, konkurencja między szpitalami

      ·         Wprowadzenie bonu zdrowotnego: pieniądze na leczenie trafiałyby do funduszu wskazanego przez pacjenta, a nie do NFZ

      ·         Szpitale działające na zasadzie spółek prawa handlowego

      Postulaty pielęgniarek

      ·         Zwiększenia publicznych nakładów na służbę zdrowia do 5 proc. PKB w 2008 r. i do 6 proc. PKB w 2009 r. (teraz wydajemy ponad 4 proc. PKB)

      ·         Przedłużenie tegorocznej, 30-procentowej podwyżki płac w służbie zdrowia na przyszły rok

      ·         Podwyżka dla pielęgniarek - tysiąc złotych, do 3 tys. zł brutto

      ·         Podwyżki dla wszystkich pracowników medycznych od października 2007 r. i "kroczące podwyżki" w następnych latach

      ·         Określenie, jaką część procedur medycznych stanowią koszty pracy personelu

      ·         Brak zgody na prywatyzację służby zdrowia (Rzeczpospolita)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 lipca 2007 00:26
  • sobota, 30 czerwca 2007
    • Rynek TFI w maju


      Nabieramy coraz większej ochoty do oszczędzania w funduszach inwestycyjnych. Na koniec maja TFI zgromadziły już 132 mln pln, czyli o ponad 33 mld więcej w porównaniu z końcem ubiegłego roku. Zwracam na to uwagę, bo oznacza to przekroczenie znacznej część prognoz dla całego roku 2007 z końca ubiegłego roku. Prognozy uaktualnione mówią o 150 mld w TFI na koniec tego roku, czyli wzrost o ponad 50% w porównaniu z końcem 2006 r. Analizując te dane należy pamiętać, że mówimy o WAN (wartość aktywów netto) i oceniając wzrost dotychczasowy oraz przyszły, wartości te zależą w dużym stopniu od koniunktury giełdowej. Wartość WIG na koniec maja była wyższa od wartości na koniec grudnia o 24%.

      Tylko w maju wzrost wartości naszych lokat w TFI przekroczył 9 mld pln. Po kilkoma względami był to miesiąc rekordowy lub prawie rekordowy. Wspomniany wzrost w ciągu jednego miesiąca jest rekordowy pod względem wzrostu nominalnego i jednym z najlepszych pod względem miesięcznej dynamiki wzrostu (7,5%). Dynamika roczna to aż 73%.

      W maju wzmocnieniu uległa tendencja widoczna od wielu miesięcy. Niemal nieprzerwane wzrosty na giełdzie powodują coraz większe zainteresowanie funduszami akcyjnymi, krajowymi i zagranicznymi. Wspomniany wyżej wzrost w maju rynku TFI o 9,2 mld pln w aż 50% spowodowany był napływem nowych środków. To kolejny rekord rynku. Z 4,5 mld salda wpływów i umorzeń, aż 3,5 mld przeznaczone był na krajowe fundusze akcyjne. Oznacza to, że aż 80% nowych środków napływających na rynek skierowane było do  krajowych funduszy akcyjnych. Po przejściowym osłabieniu na przełomie roku lokowania w fundusze akcyjne, następuje gwałtowny wzrost. Biorąc pod uwagę wzrost zagranicznych funduszy akcyjnych, można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że obecnie jesteśmy zainteresowani niemal tylko funduszami akcyjnymi, albo funduszami silnie związanymi w rynkiem akcji. Jesteśmy więc świadkami pewnej rozbieżności. Komentatorzy rynkowi (maklerzy i doradcy inwestycyjni) coraz częściej zwracają uwagę inwestorów na fakt, iż giełda nie może rosnąć w tym tempie bezustannie. O ile ci którzy bezpośrednio inwestują  na giełdzie zdają się mają tego świadomość, co wnioskuję po gwałtownym wzroście i spadku zainteresowania niektórymi firmami lub branżami, to preferencje osób lokujących na giełdzie za pośrednictwem funduszy są dokładnie odwrotne. Ponadto osoby bezpośrednio lokujące na giełdzie na ogół dość dobrze znają nastroje i komentarze rynkowe. Obawiam się że Polacy lokujący w fundusze akcyjne po prostu lokują bo rośnie, a instytucje finansowe w reklamach również chętnie posługują się historycznymi wzrostami. W obecnej sytuacji doradzałbym inwestowanie w fundusze mieszane, które są dobrym połączeniem ryzyka i stabilizacji w obecnych warunkach i ograniczenie udziału funduszy akcyjnych. Ponad połowa portfela przeciętnego posiadacza jednostek funduszy inwestycyjnych jest silnie związana z akcjami. No, chyba że ktoś ulokował środki w akcyjny fundusz parasolowy i stale monitoruje sytuację na giełdzie. W przypadku stabilizacji lub korekty na giełdzie można w miarę błyskawicznie przenieść środki do bezpieczniejszego funduszu, minimalizując konsekwencje finansowe.

      Ciekawi mnie, wobec coraz większego zainteresowania bardziej ryzykownymi funduszami, na jakich założeniach opierają się inwestorzy? Czy orientują się w bieżącej sytuacji rynkowe? Jak przedstawiają im bieżącą sytuację doradcy pracujący a terenie? Niestety nie mam wiedzy o poziomie przygotowania tej właśnie rzeszy doradców, którzy codziennie kontaktują się klientami, by sprzedać/doradzać w lokowaniu nadwyżek finansowych. Patrząc na rynkowe fakty, uczucia mam mieszane.

      Fundusze akcyjne w ciągu miesiąca wzrosły o 20% krajowe i (!) 25% akcji zagranicznych.

      Niechęć do niskich stóp zwrotu widać po słabym zainteresowania  funduszami stabilnego wzrostu. Średni miesięczny wzrost w 2007 to 2,5%. Dalej spada zainteresowanie funduszami bezpiecznymi (papierów wartościowych i pieniężne). W poszukiwaniu ponadprzeciętnych zysków zwiększa się zainteresowania funduszami niestandardowymi. Ich wartość wzrosła aż o 10,5% w maju.

      Słusznie zrobiła Komisja Nadzoru Bankowego, stanowczo reagując na reklamy odnoszące się do historycznych wzrostów. Kto wie, może w końcu któreś TFI przełamie się i zaryzykuje reklamę bezpiecznego funduszu używając słów: „giełdy wiecznie nie rosną, zainteresuj się naszym funduszem papierów wartościowych, bo właśnie obniżamy opłaty”. Po aktualnych reklamach widać, że chętnych do przełamania bariery nie ma. Zwróciłem uwagę na fundusze bezpieczne i opłaty, bo tu i tu coś szwankuje. Śledząc wypowiedzi i politykę niektórych TFI widzę, że niektórym zarządzającym nie zależy na prowadzeniu funduszy papierów wartościowych i funduszy pieniężnych. Słabe wyniki funduszy bezpiecznych już nieraz krytykowałem, a kwestię opłat poruszały finansowe media na przełomie roku.

      Liderem napływu środków było TFI Pioneer Pekao. Trzydniowa emisja funduszu średnich firm zgromadziła aż 1,6 mld pln (!). Głównie dzięki temu błyskotliwemu ruchowi środki będące w posiadaniu tego TFI zwiększyły się o 10,5%. Taki wzrost, tak dużego TFI, to wydarzenie. Między innymi z tego powodu, że pozwoliło to towarzystwu minimalnie poprawić pozycję rynkową. Udział towarzystwa stale spadał po kilka dziesiątych miesięcznie. Tak więc wzrost w strukturze rynku o 0,6% co informacja godna podkreślenia. Nowymi emisjami i dobrą reklamą rośnie TFI Opera. Trzeci miesiąc z rzędu środki w posiadaniu towarzystwa rosną o 20% miesięcznie. Pozwoliło to przekroczyć 1% udziału w strukturze rynku. W jeszcze szybszym tempie pnie się TFI Noble Funds, 32% w maju. Warto zwrócić uwagę, że aktywa kilku dużych TFI rosły w tempie zbliżonym do wzrostu rynku.

      W maju najlepsze wyniki wśród krajowych funduszy akcyjnych odnosiły fundusze firm inwestujące w firmy małe i średnie. Średnie wzrostu jednostek to ok. 10%. Nie dziwi więc popularność tych funduszy, tym bardziej że miesięczne wzrosty na tym poziomie to niemal standard od paru miesięcy. Miesięczne stopy zwrotu z pozostałych funduszy akcji już drugi miesiąc z rzędu są o ok. 1/3 mniejsze. Wzrost wartości środków w funduszach zagranicznych akcyjnych to efekt trafionego pomysłu TFI ING oraz atrakcyjnych wzrostów na zagranicznych giełdach. Pomijając wpływ kursu, można tu było zarobić przyzwoite kilka procent w maju.

      Kilka funduszy krajowych papierów wartościowych osiągnęło bardzo ciekawe wyniki. Dwa fundusze Pioneera, Skrabca i Union Investment dały w maju stopę zwrotu a przedziale 0,5%-0,9%. Biorąc pod uwagę stabilizację na rynku papierów wartościowych w maju, podejrzewam że to efekt umiejętnego „podrasowania”, czyli drobnego uzupełnienia o bardziej ryzykowne formy inwestycji. Sądzę, że to jedna z dobrych recept na podniesienie wyników funduszy i zajęcie wysokich miejsc w rankingu. Fundusze dolarowe i eurowe przyniosły w maju minimalne straty.

      Fundusze stabilnego wzrostu „dawały” 2% w maju, a fundusze mieszane – średnio 3,6%. To ładne wyniki, ale jak widać Polacy chcą zarabiać więcej. Fundusze zagraniczne mieszane miały wyniki ponad dwa razy gorsze od krajowych mieszanych, ale urok czegoś zagranicznego wciąż jest skuteczny (wzrost środków w funduszach w maju 1,7%). Być może jest to tylko efekt wzrostu akcyjnej części.

      W opracowaniu wykorzystałem m.in. materiały firmy Analizy Online Sp zoo.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 30 czerwca 2007 23:17
  • środa, 27 czerwca 2007
    • Minutes z maja i decyzja RPP

      Po dzisiejszej decyzji RPP mam trochę satysfakcji, ale i nie ukrywam rozczarowania. Ale o uczuciach później, bo pierwotnie miałem zamiar przedstawić kilka refleksji dotyczących treści zawartych w najnowszych minutes po majowym spotkaniu RPP. Część rozważań jest powtórzona, bądź odnosi się do bieżąco komentowanych danych makroekonomicznych, ale pojawiły się również rozważania, których dawno już nie było.

      Znaczna część rozważań, co oczywiste (chociaż nie do końca), koncentrowała się na inflacji. Argumentami za podtrzymaniem inflacji na bezpiecznym poziomie ma przemawiać kilka czynników. Zwrócono słusznie uwagę na dynamiczne rosnące inwestycje, które mają przyczynić się do wzrostu produktu potencjalnego. Dla mnie to trochę podejście podręcznikowo-makroekonomicznie. Ryzyko inflacyjne może się pojawić szybciej niż efekty inwestycji. Na efekty inwestycji trzeba czekać kilka kwartałów, jak nie dłużej. Argument o sprzyjających wzrostowi wydajności efektach inwestycji zagranicznych typu greenfield odbieram jako desperację w poszukiwaniu potwierdzenia własnych poglądów niż racjonalny argument. Inwestycje typu greenfield mają niewielki udział w nakładach inwestycyjnych ogółem i produkcja nie każdej z nich skierowana jest w całości na rynek krajowy.

      Jako nietrafiony uważam również argument o spadku produkcji przemysłowej w II kw 2007 r. Fakt iż dynamika produkcji sprzedanej będzie spadać po zimie nie powinien być zaskoczeniem  dla osób analizujących zmiany produkcji przemysłowej na tle cyklów gospodarczych. Nie oznacza to wcale spadku dynamiki do zera (a już tak bywało w Polsce). Ponadto rozpędu nabiera pozostała część gospodarki.

      Biorąc pod uwagę powyższe opinie o inwestycjach, racje mają „inni członkowie”, którzy zwrócili uwagę, że grożąca nam luka popytowa i wywołana tym presja inflacyjna nie da się tak łatwo wytłumić inwestycjami, ze względu na zbyt odległą perspektywę. Uwaga o luce popytowej jest moim zdaniem podstawowym argumentem za podniesieniem stóp i kluczowym problemem obecnie dla makroekonomistów. Słusznie też, ta sama grupa „innych członków RPP” zwraca uwagę, że import może nie być wystarczającym hamulcem dla utrzymania inflacji w wyznaczonych przez RPP granicach.

      Wpływ rynku pracy i wynagrodzenia, skupiają uwagę całej RPP, ale interpretacje pozostają rozbieżne, co jest trochę dziwne. Jestem po stronie „części członków Rady”, zwracających uwagę na szybszy niż oczekiwano spadek bezrobocia i dynamicznie rosnące wynagrodzenia i jednostkowe koszty pracy. Łatwość z jaką rząd ustąpił w przypadku emerytur pomostowych, obecne strajki służby zdrowia, czy sygnalizowana zmiana nastawienia Związku Solidarności do obecnego rządu rodzi ryzyko, że rząd może mieć kłopoty z ograniczeniem realizacji żądań do rozsądnych rozmiarów. W efekcie, na co również zwracałem wielokrotnie uwagę, istnieje ryzyko iż poprawa nastrojów konsumentów następuje zbyt łatwo. Argument „innych”, iż dzieje się to w sytuacji znacznego wzrostu rentowności przedsiębiorstw oraz że bezrobocie mimo spadku nadal jest wysokie jest jedynie ucieczką przed pogodzeniem się z faktami.

      Jednym z tematów, który rzadko pojawia się w dyskusjach czy też opiniach po spotkaniach RPP jest wpływ finansów publicznych na inflację. W czasie dyskusji pojawiła się opinia, że mniejszy deficyt sprzyja łagodzeniu rosnącemu popytowi generowanemu przez gospodarstwa domowe. Rację jednak ma ta część członków RPP, która zwróciła uwagę że trzeba się liczyć z tym iż jest to efekt krótkotrwały i za kilka kwartałów najprawdopodobniej świadkami wzrostu deficytu.

      Różnie interpretowano wzrost kredytów. Nie przytaczam już zdania tej części Rady, z którą się utożsamiam i zwrócę uwagę na tych którzy nie widzą poważniejszych zagrożeń. Z minutes wynika, że argumentacja była następująca: skoro inflacja była niska przy dotychczasowych trendach, to prawidłowość ta nie zmieni się w przyszłości. To jeden z tych poglądów, który mnie zaskoczył i zdziwił. Część tych trendów jest dość świeża i w ekonomii nie zdarza się reakcja natychmiastowa. Czekać trzeba nawet nie miesiące a kwartały. Po drugie, sytuacja gospodarstw domowych ulega stałej poprawie i w tempie wyższym od oczekiwanego, stąd postawa notorycznego czekania na kolejne dane może się srodze zemścić.

      Najciekawszy był koniec relacji z posiedzenia Rady. Powrócił dawno nie słyszany temat stopy realnej. Przyznam, iż już od ubiegłego roku oczekiwałem powrotu tego tematu w komentarzach, tymczasem modniejsza stała wydajności.  Stopa realna powoli spadała i chyba tylko dość stabilne wskaźniki cenowe (oprócz budownictwa) odwlekały powrót tego argumentu. Przy stopie realnej rzędu 2% i symptomach silnego wzrostu, temat powinien był wrócić na łamy codzienne prasy ekonomicznej już w II połowie ubiegłego roku. Bardzo celna wydaje mi się uwaga części członków Rady, którzy zwracali uwagę że skoro przy poprzednich stopach gospodarka zaczęła nas straszyć przegrzaniem, to czego moglibyśmy oczekiwać utrzymując stopy bez zmian i przy obecnych trendach? Argument pozostałej części iż w innych krajach stopy realne też są takie niskie lub niższe w krajach naszego regionu jest jedynie słabym usprawiedliwieniem braku merytorycznych argumentów. Jeżeli już, to wyjściem do dyskusji powinna być dyskusja o stopie neutralnej dla Polski i dopiero potem odpowiedź na pytanie: podnosimy czy nie. Przykład innych krajów powinien służyć szacowaniu stopy neutralnej dla Polski, a nie bezpośrednim porównaniom.

      Czytając tekst minutes, trudno nie odnieść wrażenia że część członków RPP nie dość że nie chce ryzykować głosowania za podniesieniem stóp i czeka z uporem na jednoznaczne dane (a wtedy będzie już trochę za późno) to wręcz wymyśla i wmawia sobie argumentację na rzecz utrzymania stóp. Argumentacja jak: inwestycje typu greenfield, trendy w przyszłości są odwzorowaniem trendów z przeszłości (kredyty i inflacja) czy wiara w zbawczą moc przejściowo niższego deficytu budżetowego bądź w jego trwałość, wskazuje na to iż skromna część członków RPP szuka ucieczki przed pewnymi kanonami ekonomii czy dorobku pochodzącego z doświadczeń nawet tylko krajowych. Najgorsze jest to że znajdowane argumenty są krótkotrwałe i sami ich twórcy nie są do nich przywiązani. W moim przekonaniu od jednej do dwóch osób w RPP nie ma sprecyzowanych poglądów na obecną sytuację i w gruncie rzeczy kieruje się emocjami, zamiast chłodną kalkulacją ryzyk 

      Bez względu na dzisiejszą decyzję RPP, tak miał wyglądać tekst. Decyzja Rady o podniesieniu stóp tylko potwierdza to co napisałem. Od II poł. ubiegłego roku uważam, że warto było już na koniec 2006 r. prewencyjnie podnieść stopy o 0,25% i z kolejną decyzją wstrzymać się kilka miesięcy. Częściej chyba nawet wspominałem o tym w tekstach analizujących zmiany w gospodarce. Nie ukrywam że odczuwam małą satysfakcję. Szkoda tylko, że pierwsza decyzja była spóźniona o kilka miesięcy. Biorąc pod uwagę wyznawane poglądy części członków RPP, również niskim prawdopodobieństwem obdarzałem podniesienie stóp a dzisiejszym spotkaniu. A jednak. Część członków RPP, a być może tylko jedna osoba, daje się ponosić emocjom, co powoduje że Rada po dość długim zwlekaniu z podwyżką, podnosi dwa razy stopy w dość krótkim terminie. Mam nadzieję, że nie było to spowodowane strajkiem pielęgniarek. Te same emocje stwarzają ryzyko kolejnego wzrostu w dość krótkim terminie. Obecny poziom tzn. 4,5% mnie przejściowo satysfakcjonuje. Nie wiem co zrobi Rada, ale ja poczekałbym ze trzy miesiące z ewentualną kolejną podwyżką.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 27 czerwca 2007 23:07
  • wtorek, 26 czerwca 2007
    • PKB w I kw 2007


      Zgodnie z oczekiwaniami ekonomistów, PKB w I kw sięgnął 7,4%. To efekt rozwijającej się gospodarki i bazy, czyli słabszego I kw ubiegłego m.in. w inwestycjach. Mówiąc krótko, rozwijamy się. Inwestycje, które ruszyły z kopyta w ubiegłym roku powoli rosną z coraz większą dynamiką. Gdyby dokonać korekty o ogromną różnicę temperatur w zimie 2005/2006 i 2006/2007, a dokładniej o zwiększoną aktywność gospodarczą w drugim okresie, to podana przez GUS dynamika inwestycji byłaby mniejsza o 3%-5%. W I kw nakłady na środki trwałe wzrosły realnie aż o prawie 30%. Wynik imponujący. Z ciekawością poczekam na pełne dane GUS o inwestycjach, by sprawdzić w co tak chętnie inwestowaliśmy. Do tej pory zadowoleni z wyników sprzedaży byli wszyscy ujmowani w podstawowej analizie struktury nakładów. O koniunkturze w budownictwie trudno nie usłyszeć. Wysokie wzrosty sprzedaży odnotowali producenci maszyn. Sprzedawcy ciężarówek również są zadowoleni. Roczne kroczące nakłady w relacji do PKB przekroczyły w I kw 20% (dokładnie 20,3%). Ostatnio podobny wyniki mieliśmy na przełomie 2001/2002. Z całą pewnością w bieżącym roku tempo nakładów będzie większe niż z ubiegłym (15,3%) i to przynajmniej o kilka procent, co oznacza przekroczenie rekordów z lat 1995-1998. Oczywiście nie o rekordy tu chodzi, a o zdrowy w miarę zrównoważony wzrost. W relacji do PKB w 2007 nakłady brutto na środki trwałe mogą sięgnąć 21,8%-23,5%. Rozwijamy się więc w dość szybkim tempie. O ile jeszcze w ubiegłym roku przyspieszenie w inwestycjach można było tłumaczyć opóźnieniem spowodowanym brakiem wiary w trwały wzrost gospodarczy w latach 2004 i 2005, to od ostatnich miesięcy 2006 r. podmioty krajowe są przekonane o wzroście gospodarczym i jego trwałości. Nakłady na środki trwałe w aż 39% przyczyniły się do wzrostu PKB w I kw tego roku w porównaniu w I kw 2006 r. Biorąc wynik z lat 1995-2007, to jest to jeden z najwyższych rezultatów. Biorąc pod uwagę dane roczne kroczące, to inwestycje w ciągu roku przejęły na siebie kreowanie wzrostu PKB z 20%, aż do 45%. To ewenement w naszej najnowszej historii gospodarczej.

      Drugim elementem, który przyczynił się do wzrostu PKB w I kw jest spożycie indywidualne. Spożycie odpowiada za 59% wzrostu w I kw. Sam udział nie jest porażający jak w przypadku inwestycji, bo wskazana wartość zbliżona jest do przeciętnego udziału spożycia indywidualnego w relacji do PKB. Zalecam zwrócić na ten element uwagę w najbliższych kwartałach uwagę. W I kw spożycie indywidualne wzrosło realnie prawie o 7% i wraz z innymi danymi makroekonomicznymi stanowi to potwierdzenie, że jesteśmy świadkami przejmowania wzrostu gospodarczego przez gospodarstwa domowe. Sądzę, że będziemy świadkami większych wzrostów w najbliższych kilku kwartałach.

      Saldo eksportu i importu utrwala swój negatywny wpływ na PKB. Przez prawie sześć lat bez przerwy saldo wymiany przyczyniało się do wzrostu PKB. Pozornie prezentacja taka wydaje się dziwna, bo sugeruje niektórym, że eksport się nie liczy w wytwarzaniu PKB. Oczywiście,  liczy się jak najbardziej tylko, że należy pamiętać że import to forma utraty potencjalnego PKB przy założeniu że moglibyśmy importowane rzeczy produkować w kraju. Tak więc, taka prezentacja wymiany zagranicznej w PKB, jaką widzimy w uproszczonej prezentacji GUS ma swój cel i jest zasadna. Biorąc pod uwagę dane roczne kroczące, to saldo importu i eksportu powoduje utratę kilku procent PKB. W I kw akurat minimalnie zyskaliśmy (1%), ale dlatego wymieniłem dane roczne, by oswoić potencjalnych czytelników mojego bloga, że wartość ujemną będziemy widzieć częściej.

      A teraz o wytwarzaniu PKB. Wbrew pozorom udział przemysłu nie był zbyt duży. Zaledwie 10%, przy 21% przeciętnego udziału w gospodarce. Niemniej najbliższym czasie będziemy mieli do czynienia z większymi wartościami. Budownictwo kolejny kwartał z rzędu utrzymało swój udział w wytwarzaniu PKB na poziomie ok. 18%. Przypomnę, że to wartość trzy razy większa od przeciętnego udziału budownictwa. Rolnictwo marginalnie przyczyniło się powiększania PKB (0,8%). Ostatnie trzy kwartału nie należały do udanych dla rolnictwa, ale w najbliższych kwartałach jego udział w wytwarzaniu powinien powrócić do wartości przeciętnej, czyli ok.. 4%. Bardzo ładny rezultat odnotował handel. Aż 27% wzrostu PKB zawdzięczamy tej sekcji. I trudno się dziwić w obecnej sytuacji gospodarczej. Pisałem już o tym, komentując wyniki przedsiębiorstw po I kw tego roku, nie będę się więc powtarzał. Dynamika rozwoju handlu wskazuje, że w najbliższych kwartałach będzie się utrzymywał większy udział w wytwarzaniu PKB nawet o kilka procent powyżej przeciętnej wartości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2007 23:25
  • poniedziałek, 25 czerwca 2007
    • Protest pielęgniarek i pomysły premiera

      Protest pielęgniarek i związane z nim reakcje zaczynają budzić niesmak. Służba zdrowia jest już po jednej podwyżce wynagrodzeń, co jak na możliwości budżetu i inne priorytety jest dużym osiągnięciem. Wobec rozbieżności, co do skali podwyżek spojrzałem do danych GUS (odsyłam do ostatniego materiału o wynagrodzeniach). Podwyżka w przedziale 15%-20%,  to rzadkość. Teraz problemem pozostaje do załatwieni kwestia utrzymania uzyskanych podwyżek w kolejnych latach. Mowa o „zmianie ustawy o przekazaniu środków finansowych świadczeniodawcom na wzrost wynagrodzeń oraz ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych”

      Wg wyliczeń Ministerstwa Zdrowia wzrost wynagrodzeń dla pielęgniarki powinien sięgnąć 500 pln. Wg wyliczenia ze stycznia pielęgniarce/położnej wynagrodzenie ma wzrosnąć z 1,62 tys. pln na 2,09 tys. pln. Pielęgniarki, które obecnie strajkują przed siedzibą premiera za właściwy poziom wynagrodzeń dla swojej grupy zawodowej uważają 3,0 tys. pln. W sumie, biorąc pod uwagę specyfikę pracy, wynagrodzenia w innych grupach zawodowych to oczekiwania pielęgniarek wydają się racjonalne. Jednak pozostaje jeszcze kwestia racjonalności z punktu widzenia wydolności budżetu, a dokładniej – środków przekazywanych na służbę zdrowia. W Polsce osób uprawnionych do wykonywania zawodu pielęgniarki wg szacunków Ministerstwa Zdrowia jest prawie 270 tys. Z innych dokumentów, czy informacji medialnych, liczba osób wykonująca ten zawód objęta wskazaną regulacją jest bliższa 200 tys. osób. Kiedy dodamy do tego lekarzy, kolejna podwyżka, to kilka miliardów pln. Wstępnie chciałem dokładnie wyliczać skutki finansowe podwyżek, ale napływające dane z mediów zmuszają do przyjęcia wielu założeń i przedziałów. Ograniczyłem się więc do podania garści wiadomości, które pomogą „sparametryzować” oczekiwania pielęgniarek. Tak więc problem nie polega na rozstrzygnięciu po czyjej stronie jest moralna racja, ale określeniu dotychczasowych podwyżek i możliwości na najbliższe lata.

      Sądzę, że pielęgniarki trochę przesadziły i same nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Zajmowanie pomieszczeń premiera i szermierka na sprzeczne komunikaty o sytuacji grupy okupujących pomieszczenie kobiet z każdym kolejnym dniem wygląda coraz bardziej niepoważnie. Gabinet premiera to nie pensjonat, czy poczekalnia. Wyliczanie więc czy ktoś dostał kanapki czy nie, koce, czy – dzisiejszy news – podpaski, coraz bardziej ośmiesza ten spór. Nikt tych kobiet tam nie zatrzymuje. Również nie wyobrażam sobie, żebym zajął pokój pielęgniarek w dowolnym szpitalu, nawet jeżeli w słusznym celu, i zażądał podstawienia toalety i dostarczenia żywności i bielizny. Pielęgniarki mają po prostu świadomość, że zajmowanie gabinetu premiera, to atut medialny i moralny w obecnym sporze.

      O ile być może można chwilami zrozumieć ludzi chcących poprawić swój los i ich desperację, to zupełnie jestem rozczarowany reakcją polityków. Mam na myśli polityków obecnej ekipy rządzącej oraz polityków opozycji. Politycy opozycji natychmiast wykorzystali ten spór, stawiając się w pozycji osób niezwykle przejętych i sugerujących, że trzeba i można „coś” zrobić. Co, tego nie wiem, bo nikt – poza jednym wyjątkiem – nie chce wskazać co zrobić. Pomijam dokładniejsze pomysły, typu: reforma, odbiurokratyzowanie czy prywatyzacja usług. Za tymi słowami nie szły żadne liczby. Wspierający pielęgniarki politycy opozycji nie mają w swoim dorobku szczególnych osiągnięć dotyczących radykalnej poprawy wynagrodzeń w służbie zdrowia. Zupełnie niepotrzebnie więc dolewają oliwy do ognia. Pielęgniarki pewnego dnia zapukają i do ich drzwi. Zjawisko jest dość niebezpieczne, bo stroną sporu stały się i środowiska polityczne (PO), które nawołują do obniżenia fiskalizmu w Polsce. Obecny protest i roztaczające się wokół niego atmosfera, jest o tyle niebezpieczny, że wpisał się w atmosferę coraz większych oczekiwań i sam zaczął ją napędzać. Ostatni komunikat Solidarności o tym, iż obecny poziom solidarności społecznej (transferów społecznych) przestaje zadowalać związkowców oraz pomysł o podniesieniu płacy minimalnej powinien być czerwoną lampką dla posłów i senatorów. Wspomniałem o jednym wyjątku dotyczącym propozycji. Mam na myśli pomysł SLD o nieakceptowanie przez prezydenta ustawy dotyczącej obniżenia składki rentowej. Nie wnikam w jego ocenę, ale jedna ze stron pomysł podała. Przynajmniej wiadomo, jaką ma listę priorytetów gospodarczych.

      Do strajków, protestów i dziwnych zachowań opozycji, można było się już przez lata przyzwyczaić. Najbardziej zaskakująca jest reakcja premiera. Z jednej strony wie, że nie może tolerować okupowania budynków rządowych i musi bronić finansów państwa, a z drugiej wytrącony został z wygodnej dla siebie pozycji. Dobra koniunktura gospodarcza i wynikające z tego wpływy budżetowe pozwalały premierowi odgrywać role rozdającego. Kto chciał, dostawał pieniądze. Obecny protest postawił premiera w roli, której nie chce i chyba nie potrafi zagrać, stąd niektóre zachowania i pomysły, których chyba w tej chwili żałuje. Tzn. mam nadzieję, że żałuje. Pomysł z referendum i podatkiem katastralnym mnie zaskoczył. Premier najwyraźniej pełne nadziei pielęgniarki chce skonfrontować z opinią społeczeństwa i partiami opozycyjnymi, które będą wtedy musiały podpowiedzieć Polakom co robić (jak glosować). No i jak tu nie dać! Prawda? Na partie polityczne spadnie wtedy obowiązek wskazania rozwiązania. Nie podoba mi się również pomysł wykorzystania podatku od nieruchomości w sporze politycznym oraz wskazanie jakoby bogaty/dobrze uposażony Polak = Polak podejrzany, z układu itd. Dlaczego akurat wzrost nakładów na służbę zdrowia miałby pochodzić od tzw. bogatych. Akurat najbogatsi korzystają z niej najmniej. Całe społeczeństwo ma decydować o portfelu jednej grupy? Premier pewnie niechcąco (chcę w to wierzyć) podaje pomysły jak z innej (minionej w Polsce) epoki. To już brutalna konfrontacja dwóch grup społecznych. Do tej pory metoda konfrontacji ograniczała się do polityki.

      Szkoda również, że z tytułu sporu o finansowanie podwyżek traci podatek katastralny. Wprowadzenie tego podatku rozważane jest od lat, ale nie przypominam sobie by miał on być karą dla bogatych czy rezerwowym źródłem zasilania budżetu. Premier niechcąco odkrył karty, w jaki sposób podchodzi do podatków. W pierwotnych założeniach podatek katastralny nie miał być wymierzony w bogatych, ale miał obciążać nieruchomość w miejsce obecnego podatku. A nieruchomości posiadają nie tylko bogaci.

      Niestety, ale premier powinien podjąć decyzję samodzielnie, tzn. bez odwoływania się do opinii społecznej.

       

       Uzupełnienie: uffff, to nie o podatek katastralny idzie; premier wykluczył to rozwiązanie; ale na razie (16.00 25.VI) nie odpuścił bogatym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2007 14:26
  • niedziela, 24 czerwca 2007
    • Wyniki przedsiębiorstw w I kw 2007


      Przychody przedsiębiorstw w I kw 2007 r. wzrosły, po uwzględnieniu cen, o ok. 14%. To osiągnięcie z gatunku rekordowych. Niewiele brakowało do pobicia rekordu z I kw 2004 r.  Wtedy, tuż prze wejściem do UE, przychody wzrosły realnie o ponad 15%. Poza zasięgiem są wzrosty z połowy lat 90-tych. Przykładowo, kwartalne przychody z 1996 r. były o od 14% do 21% większe od wyników w 1995 r. Potwierdza się, trwająca od kilku kwartałów, tendencja do powiększania się różnicy w tempie przychodów pomiędzy przemysłem a usługami. Przychody przemysłu nominalnie wzrosły w I kw o 14,2%, a usług (bez działów finansowych) o 22,1%. Dobry wynik usług, to częściowo efekt budownictwa, które zaliczyłem do usług. Bez budownictwa usługi osiągnęły i tak imponujący rezultat, bo 19,5%.

      Wprawdzie analitycy rynkowi skupiają swoją uwagę na wynikach przemysłu, które GUS publikuje co miesiąc, ale to chyba wyniki usług są bardziej reprezentatywne dla koniunktury krajowej. Dość równomierne cykle są uzależnione od sytuacji krajowej i zagranicznej (eksport), natomiast działy usługowe w dominującej części są uzależnione od sytuacji krajowej. Do oceny stanu gospodarki nie wystarczą więc tylko dane przemysłu publikowane co miesiąc. Niemniej zachowanie naszego rynku finansowego w ostatnich dniach wskazuje, że do wyników przemysłu przywiązuje się nadmierną wagę. Biorąc pod uwagę wyniki sprzedaży przemysłu w kwietniu i maju oraz wskazaną wyżej większą dynamikę usług, to w II kw tego roku przychody przedsiębiorstw w porównaniu z II kw 2006 powinny być większe o ok. 11% po uwzględnieniu zmian cen.

      Rekordzistą wzrostów przychodów  w przemyśle był dział produkcji surowców z produktów niemetalicznych. To w tym dziale jest znaczne część producentów materiałów budowlanych. Przychody wzrosły aż od 60% w porównaniu z I kw 2006 r.  Lepszy o 7% wynik uzyskało budownictwo. Kilka działów przemysłu osiągnęło dynamiki rzędu 30%. Mowa o produkcji skór, wyrobów gumowych i tworzyw sztucznych, metali, maszyn i aparatury elektrycznej, wyrobów metalowych. Stale rosną przychody ze sprzedaży sekcji handlu. Z dynamiki kilkuprocentowej w 2005 r. w I kw 2007 mieliśmy już 21% nominalnego rocznego wzrostu. To zasługa zarówno handlu hurtowego jak i detalicznego, z niewielką przewagą hurtu. Hurt nie dziwi przy obecnym tempie gospodarki. Wynika to z potrzeby zaopatrzenia podmiotów gospodarczych oraz placówek detalicznych, w których klientami jesteśmy już bezpośrednio my. Wyniki handlu detalicznego i hurtowego opiszę po publikacji przez GUS danych za maj, a dokładnie po udostępnieniu Biuletynu Statystycznego. W gospodarce jest jednak dział którego przychody po I kw są mniejsze od przychodów sprzed roku – energetyka. Tu nawet nie pomógł fakt iż gospodarka kręciła się na szybszych obrotach m.in. z powodu cieplejszej zimy. Zapotrzebowanie na większa ilość energii, z punktu widzenia przychodów, nie pokryło mniejszego zapotrzebowania z powodu stosunkowo ciepłej zimy. Ostatecznie przychody działu 40 w I kw 2007 byłu nominalnie mniejsze o ponad 7% od przychodów z ubiegłego roku.

      Rentowność brutto w I kw sięgnęła 6,3%, co jest rekordem dla tego okresu roku od kilkunastu lat. Gdyby nie liczyć 6,1% z I kw 2004 r. kiedy jednorazowym impulsem było przygotowanie do wstąpienia do UE i rozpoczynający się wzrost gospodarczy, to zbliżone rezultaty osiągane w połowie lat 90-tych. Zbliżone, jednak zaledwie w przedziale 4,7%-5,7%. W ubiegłym roku wynik sięgnął 5%. Tak więc cieplejsza zima w połączeniu z rosnącą gospodarkę poprawia wynik nawet o ponad 1%. Oczywiście najlepszą popraw wyniku uzyskał wzpomniany dział produkcji surowców niemetalicznych. Z 0,2% w roku ubiegłym do aż 13,1% w roku bieżącym. Obydwa wyniki nie są miarodajne. W pierwszych kwartałach wyniku działu 26 przyjmował w ubiegłych latach wartości dodatnie i ujemne. Powiedzmy, w pewnym uproszczeniu, że wynik z roku ubiegłego zbliżony jest do średniej. 13,1% to przykład reakcji na gwałtowny wzrot popytu na swoje wyroby. W takich przypadkach często pojawia się pytanie, kto zawinił i kto oszukał. Dlaczego doszło do tak duzej dysproporcji pomiedzy popytem i podażą. Otóż nikt nie oszukał. Po prostu sami producenci zostali zaskoczeniu niezwykle szybkim wzrostem budownictwa i wyjątkowo ciepłą zimą, które umożliwiła prowadzenie robót budowlanych zimowej. Gdyby kilkanaście miesiecy wcześniej dało się przewidzieć taką sytuację, to nie mam wątpliwości, że producenci i importerzy materiałów budowlanych byliby na to przygotowani i spekulacja na materiałach budowlanych i skoki cen byłyby radyklanie mniejsze. W czerwcu na łamach „Reczpospolitej” znalazłem nawet tekst R.Ziemkiewicza, czyli jednego z bardziej wziętych publicystów o skłonnościach prawicowych, który problemy producentów cementu i obecną sytuację wywiódł niemal od źle wynegocjawanych limitów na emisję dwutlenku węgla. Limity nie ograniczają produkcji, a jedynie jej koszt w pewnym stopniu rośnie w przypadku przekroczenia limitów. Być może nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie to że informacje na podobnym poziomie uzyskałem w ostatnich dniach od tzw. zwykłego Polaka. W jego wydaniu było to „bo UE narzuciła nam limit produkcji”. Niestety wolimy szukać informacji  o gospodarce w prasie publicystycznej niż zerknąć na strony gospodarcze. Mamy jako ludzie taką brzydką skłonność. Chcemy mieć zdanie na każdy temat, najczęściej krytyczne, przy skromnych lub rzadnych chęciach zerknięcia do źródeł. No i wtedy wychodzi jak w dwóch przytoczonych przypadkach.

      Rośnie powoli skłonność do zadłużania przedsięborstw. Pozyskana w ostatnich trzech latach gotówka, przestaje powoli wystarczać na rozwój. Jeszcze w IV kw ubiegłego roku wartość kredytów krótkoterminowych w przedsiebiorstwach gwałtownie wzrosła, ale w tempie zaledwie o 2% przekraczającym wzrot przcyhodów. W I kw 2007 r. tempo kredytów bieżących przekroczyło przychody o 5%. Wartość kredytów długoterminowych rośnie w wolniejszym tempie (5,6% w I kw), ale kierunek (tzn. wzrost) jest jednoznaczny.

      Rosną również zapasy i nalezności. Należności w tempie niemal identycznym jak przychody, czyli można domniemywać, że ściągalność płatności nie pogorszyła się. Natomiast warto zwrócić uwagę na tempo zapasów. Po raz drugi z rzędu jest szybsze od tempa przychodów. W IV kw 06 i I kw 07 przewaga dynamiki wynosiła odpowiednio: 3,2% i 1,9%. Nie jest to dużo i brak w tym silnej tendecji, ale biorąc pod uwagę przejście z ujemnej dynamiki w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku, warto temu procesowi przygladac się z wiekszą uwagą. Nie sugeruje tu niczego złego. Po prostu przedsiębiorstwa muszą dostosować poziom zapasów do poziomu zapotrzebowania. Przedsiebiorcy, jak większość makroekonomistów, są mile zaskoczeni tempem wrostu gospodarczego.

      Wskaźniki finansowe opisujące poziom płynności  w przedsiębiorstwach, osiągaja powoli swoje maksymalne wartości. Ostatnie trzy kwartały wskazują, że raczej nie należy oczekiwać ich dalszego poważnuejszego wzrostu. Podobna sytuacja widoczna jest przez pryzmat wskaźnika kapitału obrotowego jako procent przychodów. W latach 1995-2000 wskaźnik spadał systematycznie z 12%, do 1,5% w IV kw 2002. Od tamtego czasu wartość wskaźnika rośnie. Już na koniec 2004 r. było to prawie 8%. Dalej wzrost był wolniejszy, czyli do 9,4% na koniec I kw 2007 r.

      Już w poprzedniej opinii sygnalizowałem, że przedsiębiorstwa powoli wytracają możliwosć rozwoju z własnych funduszy. Dalszy rozwój firm, przez co rozumiem finansowanie majątku trwałego i inwestycji, oparty będzie przy coraz większym udziale banków i ewentualnie wydłużeniu cyklu zobowiązań.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 czerwca 2007 21:23
  • piątek, 22 czerwca 2007
    • Polemika z artykułem zamieszczonym w "Parkiecie" 20 VI 2007

      W „Parkiecie” z 20 czerwca 2007 r. ukazał się tekst Adama Krussa dotyczący złotego, w którym pojawiło się sporo nieścisłości i nieporozumień, które wymagają komentarza.

      Autor słusznie zwrócił uwagę na rolę eksportu w rozwoju gospodarczym Polski, ale z twierdzeniem że wartość złotego zależała od wartości eksportu zgodzić się już nie można. Przychody eksportowe to jedynie składnik, chociaż dominujący, strony przychodów reprezentujących obroty bieżące. Dopiero w dalszej części autor wymienia w skrócie szereg pozostałych czynników wpływających na zmiany kursu walutowego. Mam na myśli inwestycje zagraniczne, przelewy z tytułu turystyki czy przelewy Polaków pracujących za granicą. Wymienione elementy oczywiście nie wyczerpują pozycji, które wpływają na kurs walutowy. Nie będę tu już przytaczał pozycji ze statystyk NBP czy GUS, bo są one powszechnie dostępne. Zwracam na to uwagę, bo niezorientowany w temacie czytelnik, mógłby faktycznie uwierzyć w ścisłą zależność kursu od eksportu rozlicznego w danej walucie, bo tak jest to przedstawione w tekście, i przystąpić do prognozowania zmian kursu na tej podstawie. Na kształtowanie się kursu walutowego ma wpływ szereg innych dodatkowych czynników, w tym zachowanie graczy na poszczególnych segmentach rynku finansowego czy przepływy generowane przez Państwo, jak fundusze europejskie czy przepływy związane z obsługą i zaciąganiem długu. Wraz z postępowaniem globalizacji i rozwojem rynków finansowych rola tradycyjnej towarowej wymiany handlowej w kreowanie zmian kursów maleje. Ponadto, jeżeli już mowa tylko o wymianie handlowej, to uściślijmy że powinno się mówić o saldzie wymiany a nie tylko o eksporcie. Warto dodać, że większość transakcji rozliczana jest w euro i na opłacalność eksportu mają wpływ zmiany na rynku EUR/USD. Dla nas nie jest obojętne czy wskazana relacja wynosi 0,83 czy 1,30. Zwracam na to uwagę, bo o ile nie ma wątpliwości że kurs uzależniony jest przede wszystkim od fundamentów gospodarki, to siła korelacji ze względu na wpływ innych czynników, jest zmienna w czasie. I ta zmienna zależność powoduje, że rynek walutowy cieszy się złą sławą nieprzewidywalnego, a z drugiej strony przyciąga ryzykantów i amatorów silnych wrażeń. Niemniej wbrew wielu legendom, rynek ten daje się zrozumieć.

      W dalszej części autor, podkreślając to wykrzyknikiem, zwrócił uwagę na ciężką dolę eksporterów. Mowa o skutkach wzmocnienia złotego i by pomóc czytelnikowi  zrozumieć skalę problemu autor wyliczył o ile wzmocnił się złoty w relacji do euro. Od lutego 2004 do chwili obecnej złoty z 4,91 wzmocnił się do 3,81. Takie obliczenie jest zaskakujące co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, dlaczego dobrano akurat taki okres. Po drugie, z zaprezentowaną metodą liczenia wartości zmiany waluty trudno się zgodzić, bo dorobek makroekonomii wskazuje w jaki sposób można to robić. Tym bardziej, że autor analizuje zmiany kursów nie od strony analizy technicznej, a odnosi je do procesów makroekonomicznych.

      Zacznę od drugiej z zasygnalizowanych wątpliwości. By określić i ocenić zmiany waluty krajowej musimy dokonać oceny tego procesu na tle kilku innych kategorii ekonomicznych. Mam głównie na myśli wskaźniki przedstawiające procesy zmian cen i wydajności w gospodarce. Oczywiście instrumentarium do oceny zmian kursu walutowego warto i należy poszerzać. Dopiero w takim ujęciu możemy przystąpić do oceny zmian waluty. Do rozważań przyjmuje, że od ok. 10 lat mamy w Polsce system wolnorynkowy kształtowania kursu. To pewne uproszczenie, szczególnie jeżeli chodzi o pierwszą połowę tego okresu. Polska gospodarka, jak każda w okresie transformacji i globalizacji oraz otwierająca rynek walutowy, narażona była na proces trwałego wzmocnienia złotego. Pod tym względem Polska jest niemal przykładem podręcznikowym. Średnie tempo wzmocnienia waluty referencyjnej (w takim ujęciu będę prowadził dalej rozważania), jest zbliżone do tempa wydajności liczonego dla ostatnich 10 lat. Niestety, jak to z rynkiem walutowym bywa, proces ten podlegał wahaniom, które miały bardzo zmienny związek z eksportem.

      Tu dochodzimy do mojej pierwszej wątpliwości. Autor, jakby z premedytacją, wybrał dla przykładu kurs euro z okresu kiedy był on rekordowe wysoki. To był dokładnie jeden z tych momentów w naszej najnowszej historii gospodarczej, kiedy złoty na krótko bardzo mocno się osłabił i z makroekonomicznego punktu widzenia wiadomo było, że wkrótce zmieni kierunek. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. Na wyjątkowe osłabienie złotego w relacji z euro dodatkowy wpływ miała zmiana na rynku EUR/USD, który w lutym 2004 r. był na poziomie 1,26 (średnia z lutego 2004 r.). Około trzy lata wcześniej relacja tych walut wynosiła 0,86. Po lekturze artykułu zastanawiało mnie dlaczego autor wybrał akurat kurs z lutego 2004 r., a nie na przykład z lutego 1999 r.(4,23) albo z czerwca 2001 r. (3,39). Biorąc przecież średni kurs z czerwca 2001 r. mogę udowadniać coś dokładnie odwrotnego niż autor, czyli że złoty się osłabił wiec jest dobrze. Moim zdaniem ta data jest kompletnie niereprezentatywna dla rynku walutowego i opisywanego przez autora wzmocnienia. No, chyba że na zasadzie „wyjątek potwierdza regułę”. Czyżby procesy ekonomiczne, które wywindowały złotego na 4,91 mogą stanowić punkt odniesienia? Moim zdaniem, nie. Być może powodem było wywołanie silniejszego wrażenia na czytelnikach. Taką metodę stosują czasami zwolennicy wejścia do strefy euro (też biorą kurs z początku 2004 r.), szukając przykładów na ogromną i zgubną zmienność waluty. A przecież można inaczej.

      Idźmy dalej. W ciągu zaledwie roku, rynek dokonał silnej korekty. Lekko zresztą przesadzając w drugą stronę. Od kilkunastu miesięcy złoty oscyluje wokół charakterystycznego dla polskiej gospodarki tempa wzmocnienia waluty, z lekką tendencją do większego wzmocnienia. Zaznaczam, że mowa o zmianach waluty na tle procesów makroekonomicznych i próba weryfikacji tego co piszę za pomocą analizy technicznej nominalnych kursów nie ma sensu.

      A teraz o eksporterach. Jak wykazałem, odniesienie do lutego 2004 r jest niewłaściwe.  Nadmiernie osłabiony złoty akurat świetnie pomógł polskim eksporterom w tamtym okresie. Gdyby eksporterzy rzeczywiście mieli zamortyzować nominalne wzmocnienie złotego o ¼, eksport byłby obecnie marginalny, bo nienadrobilibyśmy takiej straty wydajnością. Mówiąc prościej, początek 2004 r. na rynku walutowym należy traktować jako premię dla eksporterów a nie poziom wyjściowy do określania zmian euro i oceny obecnego kursu. Najlepszą oceną eksporterów jest dynamika eksportu wyrażona w euro. Niemal 20% rocznego wzrostu przez trzy lata z rzędu (2004-2007), to mistrzostwo świata. Do tego eksporterzy wykazują rentowność wyższą niż podmioty działające tylko na terenie kraju, co wystawia im świetną notę. Złoty nie rozpieszcza eksporterów od II poł. 2004 r. Należy jednak pamiętać, że eksporterzy są też niekiedy importerami, a dodatkowo mogą zaciągać kredyty walutowe i korzystać z instrumentów ograniczających ryzyko walutowe. To radykalnie zmniejsza ekspozycję walutową i razem ze zmianami wydajności jest wyjaśnieniem, dlaczego nie jest tak źle jak wynika z komentowanego artykułu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 22 czerwca 2007 09:21
  • wtorek, 19 czerwca 2007
    • J.Jankowiak kontra S.Stolorz

      Kilka dni temu Janusz Jankowiak na swoim blogu (//januszjankowiak.bblog.pl; tekst dostępny jest również na stronie internetowej Gazety Wyborczej w dziale „makroekonomia”) dość stanowczo polemizował z poglądami Sebastiana Stolorza, jednego z bankowych głównych ekonomistów i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Nie mam niestety dostępu do serwisu PAP, więc w ocenie poglądów doradcy Prezesa mogę się tylko opierać na przekazie zawartym w tekście Janusza Jankowiaka. Będę się jednak starał w swoim komentarzu nie wychodzić ponad to, co zostało przytoczone z poglądów Sebastiana Stolorza. Polemika z poglądami Sebastiana Stolorza jest tym ciekawsza, że dotyka kilku aktualnych i ciekawych kwestii, no i dlatego że jest on doradcą prezesa NBP, a to nas przybliża do poglądów dziesiątego i najważniejszego członka RPP.

      By nie zabierać wiele miejsca, zamiast własnymi słowami przytaczać myśli autora pozwolę sobie wklejać je bezpośrednio z tekstu i skomentować. Mój tekst być może stanie się przez to czytelniejszy.

      Janusz Jankowiak:

      publiczne recenzowanie postępowania RPP przez doradcę przewodniczącego RPP staje się nową świecką tradycją

      (…. z tradycyjnie lekka nutką ironii stwierdza Janusz Jankowiak; przypis MŻ)

      Rzeczywiście, chociaż ja nie widzę w tym nic zdrożnego. S.Stolorz pełni rolę makroekonomisty w krajowym banku (BOŚ) i jest doktorantem jednej z zagranicznych uczelni. Mówiąc inaczej jest czynnym (uczestniczącym w życiu publicznym) makroekonomistą i nie widzę powodu by rola doradcy Prezesa miała go ograniczać w pełnionych funkcjach. Niewątpliwie jest to nowa jakość, ale jeżeli S.Stolorz zachowa odpowiedni takt i kulturę oraz wysoki poziom merytoryczny w swoich komentarzach to ja osobiście nie widzę przeszkód w publicznym komentowaniu działań RPP. Być może stoi przed nim zadanie takie jak przed członkami RPP, czyli uczenia się, i innych, co gdzie i kiedy wolno wypowiadać.

      Janusz Jankowiak

      Wywiad jest bowiem wybitnie jednostronny, jeśli chodzi o ocenę przewidywanego przebiegu ścieżki inflacyjnej. W zasadzie doradca wymienia jeden tylko czynnik stanowiący zagrożenie dla przyszłej inflacji: jest nim organizacja w Polsce Euro 2012

      Skoro nie znam całości wywiadu, to nie mogę potwierdzić jego jednostronności, ale z argumentem o wpływie Euro 2012 zgodzić się nie mogą i powiem nawet gorzej: doradcy Prezesa NBP nie przystoi taka argumentacja. Od pojawienia się informacji o przyznaniu nam organizacji mistrzostw, część środowiska makroekonomicznego dała się wciągnąć w dyskusje wpływie Euro 2012 na inflację. Bez względu na to jakie weźmiemy makrowielkości przedstawiające procesy inwestycyjne w kraju, obiekty bezpośrednio wykorzystywane do przeprowadzenia mistrzostw stanowią skromniutką (wręcz marginalną), część inwestycji. Z obecnej perspektywy ocena wpływu na inflacje nie ma sensu. Co najwyżej kilku ekonomistów mogło zapozować w mediach na osoby obdarzone wizjonerstwem i wiedzą ogarniającą wszystkie sfery gospodarki. Poza była skuteczna, bo do dzisiaj część ekonomistów i publicystów powtarza tą naciąganą teorię.

      Sebastian Stolorz

      oczekiwania inflacyjne są stabilne, chcąc przekonać że wzrost inflacji jest raczej mało prawdopodobny.

      Janusz Jankowiak:

      No, dobrze, ale czyje oczekiwania? Oczekiwania gospodarstw domowych mają charakter adaptacyjny. ........... Wskazówką dla nasilenia się presji inflacyjnej w gospodarce powinny dziś być dla RPP oczekiwania inflacyjne przedsiębiorstw i podmiotów gospodarczych. A te systematycznie rosną

      Lekceważenie inflacji, a dokładniej – wiara w badania sondażowe -  przez S.Stolorza jest faktycznie zaskakujące, ale i z J.Jankowiakiem  w pełni zgodzić się nie mogę. Adaptacyjne są nie tylko oczekiwania gospodarstw domowych, ale i podmiotów gospodarczych, a nawet części ekonomistów. Przedsiębiorstwa na ogół w prognozie zjawisk makroekonomicznych opierają się na dostępnych prognozach „produkowanych” nieraz przez ekonomistów bankowych. W środowisku ekonomistów reprezentujących instytucje finansowe (głównie banki), też istnieje zjawisko podążania za trendem. Rozumiem przez to prognozowanie pod silnym wpływem sytuacji bieżącej oraz dominujących w środowisku teorii, które zdają się dawać odpowiedź na bieżące pytania. Zresztą Janusz Jankowiak nie mógł nie zauważyć, że jego teoria o tradable i non-tradable w tekscie o naturze inflacji z końca ubiegłego roku wywarła niemałe piętno na ekonomistach rynkowych. Ten sam skutek spowodowała popularność teorii o wydajności, którą słusznie Janusz Jankowiak krytykuj u w dalszej części tekstu.

      S.Stolorz

      projekcja inflacyjna pokazuje, że wskaźnik CPI trzymany „jest w ryzach”.

      J.Jakowiak

      Zupełnie nie wiem o co tu chodzi, ponieważ ostatnia odsłona projekcji pokazuje, większościowe prawdopodobieństwo wyjścia ścieżki centralnej w okresie oddziaływania polityki pieniężnej ponad cel inflacyjny.

      Być może S.Stolorz nie wyraził się precyzyjnie, co na ekonomicznego purystę językowego jakim jest Janusz Jankowiak działa jak płachta na byka. Sądzę, ze doradca Prezeza NBP nie widzi poważniejszych zagrożeń dla wyjścia inflacji poza górną granicę pasma wyznaczonego dla inflacji. Czytając wywiady i opinie prasowe członków RPP oraz przykładowo ostatnie minutes, można odnieść wrażenie że większość członków RPP również niezbyt serio traktuje prognozy NBP. Mam nadzieję że Prezes NBP bardziej poważnie traktuje te prognozy.

      S.Stolorz

      władze monetarne powinny czekać na bardziej przejrzysty obraz gospodarki

      J.Jankowiak

      Hmm… Wydawało mi się, że polityka monetarna jest właśnie sztuką poruszania się w niepewnym otoczeniu

      Tutaj całkowita zgoda z J.Jankowaikiem. Ostatnie minutes po kwietniowym spotkaniu RPP dobitnie pokazały, że większość członków RPP niechętnie podejmuje decyzje o podniesieniu stóp i by nie być posądzona o tłumienie wzrostu gospodarczego, czeka na jednoznaczne dane gospodarcze, które praktycznie za nich podejmą decyzję. Moim zdaniem spora część wielkości makroekonomicznych już podąża silnym trendem w niekonieczne pożądanych  kierunkach, albo mówiąc dokładniej – w kierunkach które rodzą określone ryzyko.

      J.Jankowiak

      Za zupełnie niestosowne uważam w tym kontekście poddawanie w wątpliwość przez doradcę prezesa NBP zasadności podwyżki przez RPP stóp o 25 pkt. baz. (przy sprzeciwie prezesa), z uzasadnieniem, że może to prowadzić do przyhamowania aktywności gospodarczej. To nie jest miejsce na takie żarty

      Ostatnie zdanie J.Jankowiaka przytoczyłem dla hecy, bo sam nie przepadam za takimi zwrotami stosowanymi dla oceny poglądów innych ludzi. Niemniej przyznam, że też jestem trochę zdziwiony. Bez względu na to czy podejdziemy do kwestii stóp od strony stopy realnej czy jako reakcji na dziejące się i wyraźnie zarysowane procesy makroekonomiczne (nie wnikam już w szczegóły) utrzymywanie stopy na poziomie 4% było coraz bardziej ryzykowne. Dla mnie ta podwyżka i tak była opóźniona i przez to nie spełnia swojej roli. Z samej różnicy zdań dramatu nie robię. Mnie również dziwi, że Członkowie RPP stale czekają na „wyjaśnienie sytuacji”, czyli jednoznaczne dane.

      J.Jankowiak

      Po czwarte – całość uspokajających rozważań na temat właściwych wciąż jakoby w polskiej gospodarce relacji między tempem wzrostu wynagrodzeń, a wydajności pracy oparta jest na błędnej merytorycznie analizie ekonomicznej. Długoterminowy wzrost wydajności pracy w całej gospodarce nieznacznie przekraczał w minionej dekadzie 4 proc.

      Dostępne dziś dane pozwalają więc stwierdzić, że jesteśmy już teraz na granicy relacji między wydajnością, a wynagrodzeniami, pozwalającej utrzymać inflację w celu. A przecież wzrost wynagrodzeń, tak naprawdę, jest dopiero przed nami. Czy to nie jest dobre pole dla rozważań doradcy prezesa NBP?

      J.Jankowiak trafnie ocenia problem wydajności pracy. Środowisko ekonomistów rynkowych w części daje się zwieść źle liczonej wydajności. Podejmowałem tą kwestię kilkakrotnie w swoich tekstach, a samo wyliczenie wydajności i opinie do tego również prezentowałem, wychodząc praktycznie na te same dane (mam na myśli wydajność) co Janusz Jankowiak. Sądzę że doradca Prezesa NBP powinien przemyśleć raz jeszcze zależność wynagrodzeń i wydajności.

      J.Jankowiak

      Po piąte – z argumentem o aprecjacji złotego, jako czynniku wspierającym niską inflację byłbym bardzo ostrożny. Druga połowa roku przyniesie ponowny wzrost ryzyka polityczno-fiskalnego, co sprzyjać będzie raczej osłabieniu, a nie wzmocnieniu złotego.

      W tym przypadku swoje sympatie odwrócę. Prognozowanie wzrostu ryzyka politycznego to loteria a nie prognoza. Na loterii prognoz opierać nie można. Nie widzę powodów dlaczego koalicja która jakoś sama ze sobą sobie radzi, przy częściowej akceptacji Minister Finansów, miałaby się akurat rozpaść. Prace nad nowym budżetem to za mało. Złoty z jego dotychczasową i potencjalną aprecjacją jest sprzymierzeńcem gołębi w RPP.

      Już na zakończenie

      Kupiłem właśnie najnowszą Gazetę Bankowa z krótkim tekstem Sebastaina Stolorza o tytule „backward looking”. Autor z satysfakcja odnotowuje, że inflacja „zaskoczyła” tych analityków, którzy oczekiwali bodźca do dalszych podwyżek stóp. S.Stolorz nawiązuje również do poruszanej przez mnie kwestii związanej z koszykiem CPI. Niedawno zwróciłem uwagę, że kilka grup towarów z części nieżywnościowej nieco przyspiesza tempo wzrostu i warto to obserwować w najbliższych miesiącach.  W artykule zlekceważono ten sygnał. Ja bym zalecał wstrzymać się z taką opinią w najbliższych miesiącach.

      Artykuł potwierdza nastawienie S.Stolorza do inflacji i stóp procentowych. Ale w rzeczywistości nie o inflacje tu chodzi, ale o szereg innych danych makroekonomiczncyh które nakazują RPP wyostrzyć uwagę. To nie jest backward looking, jak złośliwie komentuje autor. Ja odwrócę uwagę. To raczej forward looking, jak próbuje chwalić RPP S.Stolorz, należałoby określić mianem odwlekania decyzji oraz przedstawienia jednoznacznych poglądów przez niektórych członków RPP. Forward looking nie należy mylić z ciągłym „czekaniem na wyjaśnienie sytuacji”. Mnie idzie przede wszystkim o to, że niektórzy członkowie RPP zdają się mieć problem z  zarysowaniem rozkładu ryzyk.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 czerwca 2007 22:33
  • poniedziałek, 18 czerwca 2007
    • Reprymenda KNF

      Z zadowoleniem przyjąłem reakcję Komisji Nadzory Finansowego na reklamy kilku instytucji finansowych. Przyznam że te z nich które miałem okazję widzieć w mediach stosowały sztuczki, które już dawno uważałem za standardowe i – niestety – społecznie zaakceptowane. A tymczasem, proszę......niespodzianka.

      O co poszło? O emisję reklam, które zdaniem KNF mogły wprowadzić w błąd klienta. Brak informacji o ryzyku związanym z inwestowaniem, podawaniem stóp zwrotu z okresów kilkuletnich (obejmujących obecną hossę giełdową), używanie małej i nieczytelnej czcionki dla tekstów wyjaśniających szczegóły, stosowanie koncepcji graficznych podkreślających historyczne wzrosty. Oberwało się funduszom należącym do TFI Millenium, BZ WBK AIB i Union Investment. Reklama kilku innych TFI są badane. Jako nierzetelną KNF określił też reklamę produktu Super Duet Banku Millenium, której twarzy w reklamie użyczył Hubert Urbański. W jednym z tekstów o rynku TFI, zwracałem uwagę na ten produkt i trudności w zdobyciu pełnej informacji o nim.

      Reakcja KNF przychodzi we właściwym momencie. Największe wzrosty na giełdzie mamy już za sobą. Za sobą mamy jeden z najlepszych okresów naszego rynku kapitałowego. Oczywiście przed nami jeszcze wiele dobrego, ale utrzymanie dynamiki wzrostu (40% rocznie to średnia z ostatnich trzech lat) giełdy jak w ostatnich trzech latach jest praktycznie niemożliwe. Sugerowanie wiec klientom, że skoro tak dobrze rosło to będzie tak dalej jest trochę nieuczciwe. Jeden z funduszy zamieszczał w telewizyjnej reklamie wprawdzie wyjaśnienia do prezentowanych informacji, ale tak małą czcionką że nie sposób było to przeczytać. Rozbawiło mnie tłumaczenie przedstawiciela jednego z funduszy: przepis nie narzuca wielkości czcionki. Słusznie skomentował te słowa M.Gomoła przedstawiciel władz KNF: „A jednak TFI doskonale wiedzą, jaką czcionką publikować dane o stopie zwrotu”. Narzucenie rynkowi pewnych rygorów uzasadnione jest również skalą inwestycji. Kupujemy jednostki funduszy z wiele tysięcy złotych i są to jedne z poważniejszych decyzji finansowych po zakupie mieszkania czy samochodu. Moment narzucenia rynkowi nowych standardów jest również dobry z tego względu, że być może przed nami dłuższy okres słabszych wyników funduszy, co będzie je zagrzewało do ostrej rywalizacji o klienta z naruszeniem zasad przyzwoitości. Problem jest o tyle istotny, że zauważono ostatnio iż na rynku OFE kliencie wybierają fundusze (dotyczy to również przenoszenia rachunku), które wcale nie mają najlepszych wyników. Prawdopodobnie to efekt skuteczności sprzedawców.

      KNF idąc za ciosem, szykuje już zestaw regulacji który ma być czymś z pogranicza przepisów i dobrych obyczajów. W gruncie rzeczy więc wyręcza organizację branżową, czyli Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami.

      Reakcja przedstawicieli funduszy i organizacji je zrzeszających, trochę dziwi. Zamiast się za siebie powstydzić, zasłaniają się m.in. oczekiwaniem na dokumenty z KNF.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 czerwca 2007 20:16
  • niedziela, 17 czerwca 2007
    • Trochę refleksji; składka rentowa i pakiety

      Zaskoczyły mnie komentarze w niektórych mediach po zaakceptowaniu przez Sejm obniżki składki rentowej. Nagle wydźwięk medialny skutków cięcia radykalnie się pogorszył. W komentarzach ekonomistów pojawiły się obawy o wzrost popytu, który pociągnie wyżej inflację, co tylko przysporzy kłopotu Radzie Polityki Pieniężnej. Obok zarzutu czy wątpliwościach o charakterze makroekonomicznym, pojawiła się plotka że zgoda koalicjantów na obniżenie składki rentowej okupiona została prawdopodobnie akceptacją cięć w podatkach, co może prowadzić do kłopotów z realizacją budżetu.

      Przypomnę swoje stanowisko. Biorąc pod uwagę koszty pracy w kosztach ogółem w Polsce, faktyczne rozmiary klina podatkowego/fiskalnego w porównaniu z krajami europejskimi i rozwiniętymi, alternatywne wykorzystanie tych środków w obecnej sytuacji makroekonomicznej oraz różnicę nominalną pomiędzy wynagrodzeniami w Polsce i Europie, problem cięcia kosztów pracy nie uważałem i nie uważam za priorytetowy. Obniżenie składki rentowej to zaledwie do 2% wynagrodzenia, a w skali kosztów ogółem uzyskana korzyść jest kilku- bądź kilkunastokrotnie mniejsza. A może obniżenie stawki VAT na paliwa (przy założeniu reformy prowadzącej do obniżenia podstawowej stawki VAT) przyniosłoby lepsze efekty. A może nie musielibyśmy się spieszyć z akcyzą na prąd. A może za te pieniądze można było szczodrzej wesprzeć fundusze wspierające mikroprzedsiębiorstwa. Jest cała masa obiektów infrastrukturalnych, gdzie państwo jest właścicielem i nie ma środków na konieczne inwestycje. Można tak bez końca.

      Mimo tego doceniam ten ruch Minister Gilowskiej, przynajmniej od strony determinacji. Przyglądając się od kilku lat jak koszty pracy urosły do rangi narodowego problemu, zaczynam coraz bardziej „doceniać” rolę mediów, lobbujące środowiska przedsiębiorców i część ekonomistów którzy podążyli za trendem. Teraz nagle część ekonomistów zaczęła postrzegać obniżenia składki rentowej w znacznie szerszym kontekście makroekonomicznym. Pojawiły się pytania o skalę wywołanego tym deficytu w FUS na przykład w przyszłym roku, 9,5 mld pln czy 20 mld pln? W drugim przypadku, kto i z czego pokryje deficyt?

      Oczywiście nie stało się nieszczęście. Po prostu wybrano kwestie, która w moim rankingu problemów jest na niższej pozycji. I tyle.

      Przeczytałem w prasie kolejne doniesienia o dwóch już zespołach i efektach ich pracy (pakiety), zmierzających do ułatwienia życia przedsiębiorcom. Wciągnięty w politykę Roman Kluska z kilkudziesięciu ustaw, które chce zmienić dwie już przygotował. Moim zdaniem do ułatwienia życia przedsiębiorcom są urzędnicy, czyli Ministrowie wraz ze swoimi pracownikami. Z tego co wiem, to potrafią oni zdiagnozować stan obecny, oczekiwania organizacji zrzeszających przedsiębiorców oraz organizacji branżowych. Można bez większych problemów zestawić stan obecny z oczekiwaniami i podać zestawienia korzyści i wad. Ministrowie i rząd powinny coś zaproponować, a sejm ostatecznie zatwierdzić. Napisałem „zestawienia korzyści i wad”, bo często nawet między organizacjami współpracujących branż są sprzeczne pomysły. Bywają i w tym samym sektorze. Szczególnie pomiędzy organizacjami skupiającymi małe i, osobno, duże podmioty.

      W wyścigu na reformatorskość, obydwie grupy (Szejnfelda i Kluski) szczycą się jednym okienkiem lub tego typu drugorzędnymi propozycjami. Wyścig na medialne efekty, doprowadził zespół Szejnfelda do propozycji niepłacenia składek przez trzy lata dla początkującego przedsiębiorcy. Zapytam bezpośrednio: jaki to ma sens? Rozumiem rok, ale jeżeli ktoś w drugim roku działalności nie potrafi opłacić składek, to moim zdaniem powinien się zastanowić nad sensem prowadzonej działalności. Dlaczego ja mam do tego dokładać?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 czerwca 2007 23:29
  • sobota, 16 czerwca 2007
    • Pani Minister Finansów

      Dwa dni temu oglądałem rozmowę z Minister Finansów Zytą Gilowską w TVN24. Muszę z przykrością stwierdzić, że Pan Minister dość szybko nabywa przykrych manier o charakterze markertingowym, charakterystycznych dla obecnej koalicji.

      Zauważyłem, że kiedy mówi o wzroście gospodarczym, unika przypomnienia że obecny wzrost gospodarczy ma korzenie w latach poprzedzających obecny rząd. Nie sugeruję, że wzrost gospodarczy jest pochodną działań takiej czy innej ekipy rządzącej, bo natura wzrostu gospodarczego (a przynajmniej obecnego) nie pozwala na takie wskazanie. Nigdy też stanu gospodarki nie wiązałem bezpośrednio z rządami, bo nie ma to sensu. Niemniej obecny rząd wszedł, jak to się mówi, na gotowe. Przypominam, że była to jesień 2005 r. Zauważyłem, że politycy obecnej koalicji, o ile tuż przed przejęciem władzy starali się nie dostrzegać wzrostu gospodarczego, to obecnie bardzo ich drażni fakt przypominania że wzrost gospodarczy zaczął się w III Rzeczpospolitej. To trochę jak z bezrobociem. Kiedyś to bezrobocie był duże. Teraz spada, no i wiadomo dzięki komu. Otóż, o czym wielokrotnie wspominałem, o tym że zaczynamy silny trend spadkowy bezrobocia wiadomo od kilku lat, to obecna koalicja zauważa go dopiero od kilku- kilkunastu miesięcy. Tak więc przekazywanie w mediach informacji o stanie gospodarki, to kwestia punktu siedzenie.

      We wspomnianym wywiadzie Pani Minister nabywając manier medialnych obecnej koalicji stwierdziła, że i obecny rząd ma swój wpływ na utrzymywanie wzrostu gospodarczego. Ciekawy byłem jaki, ale Pani Minister nie rozwinęła tego tematu. Sam Premier na pytanie co już zrobił dla kraju wymienia na ogół ustawy itp. o charakterze politycznym. A łapanie lekarzy, rozwiązanie WSI czy walka z wydumanymi „układami” ma niewiele wspólnego z gospodarką.

      Pani Minister z dumą mówiła o oszczędnościach w administracji i innych, a ja nie wiem jakich. Omawiając kilka miesięcy temu budżet na obecny rok, widać było coś odwrotnego. Część wydatków na sferę socjalną uległa zmniejszeniu.

      Chwalenie się spadkiem deficytu budżetowego o 0,5% PKB, podważyło już moją wiarę w wiedzę ekonomiczną Pani Minister, tym bardziej że musi przecież widzieć wpływy i wydatki budżetowe oraz przyczyna zmian natężenia strumieni pieniężnych. Spadek deficytu to kwestia wzrostu gospodarczego a nie działanie rządu. Dochody budżetowe w ok. 85% składają się z podatków. Od niemal dwóch lat realnie wpływy podatkowe rosną w rocznym tempie rzędu 10%. W latach 1996 - poł. 2005, było to średnio 4%. Podaję te liczby, by czytelnicy mieli świadomość tego w jak dobrej sytuacji makroekonomicznej jesteśmy od 2004 roku. Niestety Pani Minister pominęła ten „drobiazg”.

      Trochę rozśmieszył mnie argument o obniżce składki rentowej i szczodrobliwości rządu. Pani Minister wzorem czołowych działaczy PiSu zazmaczyła, że „nikt, żaden rząd do tej pory” nie dokonał takiej obniżki kosztów pracy jak obecnie. Nie dodała już jednak, że przyrost dochodów na przykład z CIT był w ostatnich kilkunastu kwartałach tak duży, że można powiedzieć iż przedsiębiorcy praktycznie sami sobie sfinansowali obniżkę składki rentowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 16 czerwca 2007 21:20

Kalendarz

Kwiecień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa