OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • wtorek, 23 października 2007
    • Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących

      Wynik deficytu obrotów bieżących w sierpniu był wprawdzie lepszy od trzech wcześniejszych miesięcy, ale kiedy spojrzeć na to sezonowo, to trudno rezultat uznać za sygnał spowolnienia narastania deficytu obrotów bieżących. Obok standardowego omówienia najnowszych wyników, chciałbym również zwrócić uwagę na problem narastania deficytu, bo powoli trzeba moim zdaniem przywrócić ten temat do świadomości czytelnikom i warto by gracze na rynku finansowym przypomnieli sobie jakie ryzyko niesie ze sobą deficyt.

      Wynik sierpniowy deficytu to -637 mln eur. Po trzech miesiącach poprzedzających sierpień kiedy to średni deficyt sięgał ok. -1400 mln eur, najnowsze dane mogłyby dawać niewielką otuchę. Tak dobry wynik w sierpniu zawdzięczamy wyjątkowo niskiemu deficytowi handlowemu. Zaledwie -289 mln eur. Tak niskie wyniki o tej porze nie powinny być teoretycznie zaskoczeniem. W 2006 deficyt wyniósł -516 mln eur, a w czterech wcześniejszych latach wynik sierpniowy zawierał się w przedziale od -311 mln euro do -260 mln eur. Niemniej od przełomu lat 2005/2006 deficyt handlowy zaczął się pogarszać, co pociągnęło za sobą pogorszenie salda obrotów bieżących. Przeważająca dość długo dynamika eksportu  nad dynamiką importu zaczęła ulegać. Nie było to zaskoczeniem z kilku powodów. Złoty do euro tracił powoli atrakcyjność dla eksporterów. W tym roku złoty złamał kolejną barierę – dynamika realnego wzrostu zaczęła być silniejsza od wzrostu wydajności liczonej do PKB. Jednak moim zdaniem nie był to główny argument, bo eksport wykazał znaczną odporność na te zmiany. Należy pamiętać, że dynamika wzrostu eksportu była w ostatnich trzech latach średnio na poziomie ok.20% (w euro). Wprawdzie początkowo pomogło nam osłabienie złotego i wejście do UE, ale im dalej tym rezultat ten należy przypisać znacznej konkurencyjności polskich towarów na olbrzymim rynku UE. Dynamizowaniu eksportu sprzyjała oczywiście dobra koniunktura na świecie. Żeby być jednak dokładnym, muszę początki sukcesu eksportowego cofnąć do przełomu 2000/2004 r. Wtedy też mogła nam początkowo pomóc nasza osłabiona waluta, ale jej znaczne wzmocnienie w 2001 nie zatrzymało rozwijającego się powoli eksportu. Pomogło to nam bardzo szybko (2 lata) radykalnie zmniejszyć ogromny deficyt obrotów bieżących z ok. 7% w I poł. 2000 r. do ok. 3%. Być może to ten właśnie okres należy wskazać jako  świadectwo wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Od początku dekady do chwili obecnej udział eksportu w relacji do PKB wzrósł niemal dwukrotnie. Jednak dopiero po wejściu do UE udało się nam utrzymać z pewnymi wahaniami wspomniane wyżej tempo eksportu. Pod względem udziału eksportu do PKB zbliżyliśmy się do wielu krajów UE. Odnieśliśmy wiec spory sukces. Unijny rynek nie jest z gumy a opłacalność stała w czasie. Do  tego utrwalający się w Polsce wzrost gospodarczy i popyt inwestycyjny, zaopatrzeniowy i konsumpcyjny musiały w końcu pogorszyć dotychczasowe trendy. Od ponad półtora roku dynamika importu przekracza dynamikę eksportu. Deficyt obrotów bieżących który jeszcze pod koniec 2005 był poniżej 2% do PKB, zaczął rosnąć. Dla makroekonomistów nie jest to niespodzianka. Wręcz przeciwnie, praktycznie wszystkie prognozy makroekonomiczne wskazywały na pogorszenie deficytu. Pogorszenie następuje w tempie ok. 1% rocznie, czyli na koniec 2006 mieliśmy już nieco ponad 3%, a po niemal trzech kwartałach tego roku już niemal 4%. Prognoza budżetowa wg parametrów podanych w połowie roku na ten rok zakłada deficyt na poziomie nico poniżej 4%, a w 2008 deficyt bliski 5%. Obecnie można powiedzieć, że mamy do czynienia z lekkim niedoszacowaniem zjawiska. Jednak o precyzję raczej trudno w tym przypadku.

      Ale wrócę do sierpnia tego roku. Przyzwoity wynik zawdzięczamy słabszemu importowi o 400-500 mln euro. Niestety trudno uzyskać precyzyjne dane wg produktów, więc trudno pokusić się o dokładne wyjaśnienie zmiany. Może to konsekwencja osłabnięcia tempa PKB,  oraz importu materiałów budowlanych. Może. Nie należy jednak wierzyć, że to trwałe zjawisko. Tak więc deficyt będzie się nam dalej powoli pogarszał. Jeszcze tylko dla porządku dodam, że dynamika eksportu wróciła przejściowo do 15%, a import utrzymuje względnie stałe tempo (średnia kwartalna) 17%-18%.

      Teraz pytanie najważniejsze: a co dalej z nami? Przypomnę tylko, że nasz rekord ostatnich kilkunastu lat, to 9% deficytu handlowego do PKB i 7,4% deficytu obrotów bieżących w I poł. 2000 r. Do śmiechu nam w Polsce wtedy nie było, bo zaczęto porównywać przy jakim poziomie w innych krajach zaczynały się kryzysu walutowe, albo co najmniej długie okresy słabnięcia waluty. W Polsce mało kto podaje prognozy na długie okresy (ryzyko nietrafienia), ale właśnie dlatego przytoczę prognozę Janusza Jankowiaka (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu). J.Jankowiak zakłada 5,9% deficytu obrotów bieżących w 2009 i 7% w 2010 r. Ta prognoza to częściowo pochodna przyjęcia przez autora założenia nierównowagi gospodarczej (wpis z dnia 2 IX na stronie //januszjankowiak.bblog.pl ) i spowolnienia gospodarczego. Obecnie mam spore wątpliwości czy będzie aż tak źle (7%). Przypuszczam że w średnim terminie (2-3 lata) CA nie powinien przekroczyć 6%. Wierzę w siłę dostosowawczą polskiej gospodarki i co najmniej przeciętną mądrość decydentów (np. RPP). Lekturę prognozy J.Jankowiaka polecam z racji przyjętej argumentacji. Nie lekceważyłbym jej. Początkowa myślałem czy przedstawić warianty CA do PKB, i założenia, ale byłoby to połączenia prognoz  i wróżbiarstwa, przy ostatecznym „zamuleniu” czytelnika. Wiele zależy od naszego tempa rozwoju i jego czynników, od napływu inwestycji zagranicznych, zmian wydajności, rynku walutowego itd. Warto zaznaczyć że wyjątkowe deficyty z początku dekady nie spowodowały osłabienia złotego, m.in. wskutek ostrej reakcji NBP. Obecnie wiec Polsce tym bardziej oczywiście nie grożą poważniejsze perturbacje walutowe, ale na miejscu dealerów na rynku walutowym, baczniej bym się przyglądał deficytowi obrotów bieżących, bo będzie to argument „za” osłabieniem waluty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2007 01:32
  • czwartek, 18 października 2007
    • Polska nie będzie Irlandią, uzupełnienie do części I

      Z pierwszej części  tekstu wiadomy już jaki jest rozkład osiąganch przez różne gospodarki stóp wzrostu i – z grubsza – przyczyny. Polska do tej pory jedynie przejściowo utrzymywała tempo PKB w granicach 6%-7%, a do tego za pierwszym razem straciliśmy równowagę gospodarczą, a teraz mamy tego pierwsze symptomy. Zaliczaliśmy też na przestrzeni lat problemy z inflacją, deficytem budżetowym i obrotów bieżących, które – co warto dodać – nie odeszły raz na zawsze. Deficyt obrótów bieżących już od kilku miesięcy o sobie przypomina. Mówiąc krócej, polska gospodarka ma problemy z  trwałym utrzymaniem wzrostu we wspomnianych granicach. Sądzę że nasze rozmiary, moment w którym dołączyliśmy do wolnorynkowego świata oraz dość sprawne i szybkie przyjęcie wolnorynkowych reguł (np. wymienialność waluty i ustalanie jej kursu na zasadzie wolnego rynku), globalizacja gospodarcza, konkurencja o kapitał innych krajów Europy i innych części świata, uniemożliwiają nam po prostu wejście na tak wysokie obroty. Warto zaznaczyć że kraje nadbałtyckie są już na etapie przegrzania gospodarki lub wkrótce go osiągną, co potwierdza że utrzymywanie tak wysokiego tempa PKB rodzi pewne niebezpieczeństwa i jest długoterminowo trudne do utrzymania. Jak wspomniałem, mamy tego pewne symptomy i na własnym podwórku. Ja jednak zwróciłbym uwagę na to, że na tle rezultatów gospodarki irlandzkiej w ostatnich czterech latach (prosze spojrzeć na wyjres w I części artykułu) czy krajów nadbałtyckich, nasze średnie tempo PKB (5%) i reszta wskaźników makroekonomiczncych wystawiają Polsce naprawde dobrą ocenę. Po co ten cały wywód? Po to, by zaprzestać stawiania oczekiwań których prawdopodobienstwo realizacji nie przekracza, powiedzmy, 30%. Moim zdaniem, jeżeli w najbliższych kilku latach utrzymamy dynamikę PKB w paśmie od 5% do 7%, to będę to uważał za duże osiągnięcie.

      Czy możliwy jest szybszy wzrost (tzn. pod 10% jak Irlandia przejściowo w połowie lat 90-tych)? Owszem, teoretycznie tak, ale wymagałby zgrania wielu czynników makroekonomicznych (bezpieczne tempo popytu gosp. domowych, koniunktura światowa, wyjątkowy napływ inwestycji zagranicznych, dopasowane do potrzeb rozwijającego się kraju finanse publiczne, kurs walutowy, stopy procentowe i szereg innych), które razem wzięte sprzyjałyby wysokiemu tempu PKB i zapobiegały zagrożeniom makroekonomicznym. Wtedy kto wie, może udałoby się rozwijać w tempie podobnym jak Irlandia, ale jej przykład wskazuje że tempa pod 10% nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie, a już na pewno nie wbrew koniunkturze na wiecie, bo i od tej Irlandia jest mocno uzależniona. Nasze doświadczenia i innych krajów wskazują, że jest to mało prawdopodobne.

      Już na zakończenie o coraz częstszych w naszych mediach utyskiwaniach na prognozowane obniżone tempo PKB na przyszły rok. (5,5%). Przeczytałem kolejne takie informacje na stronie internetowej Gazety Wyborczej i w przedwczorajszym wydaniu Gazety Prawnej. Podawane jest to w tonie „z żalem i zdziwieniem informujemy, że....”. Otóż większość prognoz koniunktury dla świata i Europy zakłada lekkie obniżenie tempa wzrostu, więc jest to też przenoszone na nas. Ja od 2006 r. zwracam uwagę, że utrzymanie tak wysokiej dynamiki gospodarki (sprzedaż detaliczna, produkcja itd.) w dłuższym terminie jest mało prawdopodobne i w związku z tym te prognozy powinny były być oczekiwane i nie widzę w tym niczego dziwnego i zdrożnego że tempo wzrostu najprawdopodobniej w niewielkim stopniu się obniży.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2007 00:29
  • wtorek, 16 października 2007
    • Polska nie będzie Irlandią

      Obserwując debaty polityczne dotyczące gospodarki i ostatnie komentarze dotyczące prognoz gospodarczych dla Polski, obserwatorowi powinno nasunąć się pytanie „a w ogóle, to o ile może rocznie rosnąć polska gospodarka?”. Obawiam się, że Polacy czytając najnowsze informacje o czekającym nas niewielkim spadku tempa PKB i propagowane przez PO pomysły kopiowania rozwiązań gospodarczych Irlandii, by „zrobić Irlandię w Polsce” mogą dojść do wniosku, że zasługujemy, czy też wręcz się nam należy, znacznie szybsze tempo wzrostu PKB.

      W polskiej publicystyce ekonomicznej próbuje się podtrzymać wrażenie, że polska ma potencjał do znacznie szybszego trwałego wzrostu PKB. Autorzy takich publikacji, w tym ekonomiści, nie chcą podać nawet w zarysie warunków jakie musiałyby być spełnione przez Polskę by utrzymać wysoką dynamikę wzrostu PKB. Tradycyjnie kończy się tu na banalnym stwierdzeniu typu: gdyby politycy chcieli to rozwijalibyśmy się szybciej. Jeżeli tak, to ja dodałbym jeszcze „gdyby tez chcieli Polacy”, bo to oni wybierają polityków. Ale nie o to faktycznie tu chodzi, bo gdyby prosta i sprawdzalna recepta na sukces istniała, to już dawno byłaby w Polsce wprowadzona.

      Zacznę wiec od poszukania odpowiedzi na pytanie: czego oczekują ci którzy sądzą że stać nas na więcej. W II poł. tego roku roczne kroczące tempo PKB zbliżyło się do 7%. Na koniec 2006 PKB wzrósł o 6,1%. Czyli wzrost w przedziale 6%-7% zdaje się nie satysfakcjonować  części komentatorów i polityków. Znając skalę deklarowanego niezadowolenia oraz propagowany przez PO przykład Irlandii, można domniemywać że krytycy i wizjonerzy uważają tempo 8%-10% PKB za możliwe do osiągnięcia. Warto również zaznaczyć że rozważając na jakie tempo PKB stać Polskę, mam na myśli długotrwałe utrzymanie takiego tempa bez powodowania poważniejszego naruszenia równowagi gospodarczej.

      Skoro mniej więcej wiadomo o co chodzi krytykom, warto ocenić nasz dotychczasowe tempo wzrostu, ale tym razem opierając się już na faktach. Sądzę że przyjęcie do analizy ostatnich 10 lat będzie uczciwe. W naszym przypadku okres ten obejmuje koniec okresu dobrej koniunktury z poł. lat 90-tych, obecną koniunkturę i chudsze lata pomiędzy. Zmiany tempa PKB w Polsce w analizowanym okresie były często zgodne w kierunkiem zmian w gospodarce UE, czy światowej. Tak więc średni wzrost PKB z tego okresu dla Polski to 4,4%, dla USA 3,0%, Strefy euro 2,2%, Szwajcarii 1,9%, Wielkiej Brytanii 2,8%. Przykład ten przypomina, że rozwinięte gospodarki wolnorynkowe rzadko kiedy osiągają trwale wyższe obroty, a gospodarki krajów rozwijających się (jak Polska) w miarę łatwo osiągają większy wzrost, startując z grubo niższego poziomu. Oczywiście byli lepsi od nas. Wyraźnie lepiej od nas rozwijały się gospodarki małych państw bałtyckich. Średnia to od 6,6% do 8,0%. DO tego dochodzi Irlandia ze średnim tempem w omawianym okresie 6,9%. Jednak analiza przypadków jakie kraje osiągają wyraźnie ponadprzeciętne tempo wzrostu wskazuje na jego częste przyczyny. Są to albo gospodarki małe z dużym dystansem do odrobienia (małe państwa bałtyckie), państwa których sukces jest pochodną globalizacji, przyczyn historycznych i świetnego wpasowania się w globalne procesy w konkretnym miejscu i czasie (Irlandia) oraz kraje które mają niskie koszty pracy i lekceważą wszelkie normy prowadzenia działalności gospodarczej szanowane w gospodarkach rozwiniętych (np. ochrona środowiska, Chiny), czy też kraje które w rywalizacji z gospodarkami wolnorynkowymi nie przestrzegają wolnorynkowych zasad (pomoc państwa, brak wolnorynkowego kursu walutowego, np. Chiny czy Korea Południowa).

      Nieco więcej miejsca poświecę  Irlandii. Między innymi i z tego względu, że PO w obecnych wyborach zaczyna swój program gospodarczy wspierać przykładem tego kraju i obiecywać Irlandie w Polsce. Widać było jednak ze lider PO w rzeczywistości chyba nie orientował się w przyczynach ekonomicznego skoku tego kraju i sytuacji obecnej. I tylko czekałem fachowcy od PR której partii brutalnie to wykorzystają.  Akurat wykorzystał to A.Kwaśniewski, a skala zlekceważenie tematu czy wręcz niewiedzy D.Tuska mocno mnie zaskoczyła. Sukces Irlandii to ogromna reorientacja polityczna i ekonomiczna z kraju zapyziałego i niechętnego zagranicznemu kapitałowi jeszcze w latach 60-tych, do najdynamiczniejszej gospodarki Europy. Tak naprawdę droga Irlandii do takiej jaka znana jest dzisiaj zaczęła się jeszcze w latach 50-tych, a więc nie była wbrew głoszonym hasłom taka łatwa i szybka. Wtedy dopiero zapadały pierwsze decyzje o wstępowaniu do międzynarodowych organizacji gospodarczych. Start z niskiego poziomu plus racjonalne decyzje polityczne i ekonomiczne w czasach rozwoju handlu międzynarodowego i poszukiwania przez kapitał zagraniczny miejsca do inwestowania, przyczyniły się do niebywałego rozpędu gospodarki od lat 80-tych. W tym momencie można tylko westchnąć i pomarzyć co by było gdyby Polska i Europe Środkowo-Wschodnia przeszły na gospodarkę wolnorynkową i związały się gospodarczo z Europą Zachodnią ze 20 lat wcześniej. A wracając do Irlandii, to dzięki inwestycjom zagranicznym i otwarciu gospodarczemu. W ostatnich latach udział eksportu do PKB przekroczył 90%, co jest ewenementem w skali światowej i jest odpowiedzią na pytanie o przyczyny sukcesu. W efekcie w połowie lat 90-tych, w okresie dobrej koniunktury, gospodarka Irlandii pędziła w tempie zbliżonym do 10% PKB. Niestety taki sukces nie trwa wiecznie. Globalizacja gospodarcza, powolna utrata walorów przewagi (np. wzrost płac), coraz wieksze zapotrzebowanie na tania importowana siłę roboczą (kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie) z biegiem lat utrudniały osiąganie wysokich wzrostów. W ostatnich czterech latach dynamika PKB Irlandii to ok. 5%, z tendencją do spadku. Wg Eurostatu wydajność w Irlandii była w ostatnich czasach o ok. 1/3 większa od średniej w UE, ale dystans już się nie powiększał. My tymczasem zbliżyliśmy się do średniej o kilkanaście procent. Porównywanie Polski do Irlandii nie na sensu, bo z oczywistych względów nie powtórzymy jej drogi rozwoju. Zachęcam jednak do studiowanie tego przypadku, bo ja z konieczności zastosowałem tzw. telegraficzny skrót. Informacje dość łatwo można znaleźć w internecie.

      W najbliższych dniach zamieszczę dokończenie artukułu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Polska nie będzie Irlandią”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 października 2007 02:06
  • sobota, 13 października 2007
    • Gospodarka społeczna? Ale co to ma być i czy politycy mają tego konkretną wizję?

      PiS w swoim programach wyborczych i mediach przypomina o gospodarce społecznej. Chciałbym na chwilę zatrzymać się przy tym pojęciu, ponieważ dobra koniunktura gospodarcza spowodowała zwiększone wpływy budżetowe w skali przekraczającej wcześniejsze oczekiwania. W okresie długich kilku lat poprzedzających rozpoczęcie obecnej koniunktury gospodarczej każda partia która chciała uchodzić za prospołeczną w rozumieniu ulżenia lub wspomagania finansowego przeciętnego Polaka, musiała skończyć na mówieniu, ponieważ sytuacja budżetowa nie pozwalała na dawania poważniejszych prezentów. Dopiero PiS utrafił okresem rządzenia w niezwykle korzystną (jak na wcześniejsze lata) sytuację ekonomiczną i jak mało kto mógł szerokim gestem rozdawać pieniądze, co też częściowo czynił. Tekst wcale nie będzie poświęcony krytyce PiSu dla niej samej. Po prostu PiS jest pierwszą od lat partia która mogła pokazać jaki ma pomysł na gospodarkę społeczną i model gospodarki rynkowej (a słowa „..rynkowej..” unika jak ognia) oraz pokazać go w praktyce. Artykuł jest komentarzem ekonomicznym a nie politycznym do bieżących wydarzeń. Staram się trzymać swoją stronę internetową z dala od polityki. Założeniem moim jest m.in. komentowanie wydarzeń ze świata polityki i mediów głównie wtedy, kiedy polem ich zainteresowań staje się gospodarka.

      Celem artykułu jest zwrócenie uwagi na ciekawy okres ekonomiczny jaki aktualnie przechodzimy, a który zarówno politycy jak i ekonomiści powinni sobie gruntownie przemyśleć. Wyjątkowo wysokie wpływy podatkowe w ostatnich 2-3 latach wyraźnie poprawiły naszą sytuację budżetową. Za w znacznym stopniu trwałe uważam: wzrost zatrudnienia i poprawę bazy podatkowej.  Skala wpływów podatkowych jest na tyle duża, że warto w Polsce poważniej podyskutować co kto rozumie pod pojęciem państwo solidarne i ewentualnie w jakiej skali jest ono potrzebne. A może to właściwy czas by przysłuchać się propozycjom liberalnych ekonomistów i polityków i postawić tamę zwiększaniu przepływów budżetowych kierowanych decyzjami polityków. Bo może zamiast budżetowych transferów skuteczniejsze społecznie i efektywniejsze ekonomicznie jest obniżanie podatków? Podyskutować warto i po to by podejmować rozsądniejsze decyzje o tym czy obniżamy podatki czy też transferujemy pieniądze od jednej grupy społecznej czy zawodowej do drugiej. Moja refleksja z pozoru wydaje się banalna. Przecież z dyskusji pozornie nic nie wynika. A ja powiem, że niekoniecznie. Dyskusje o skali podatków i o potrzebie dostrzegania oczekiwań przedsiębiorców, nawet jeżeli ich poziom bywa chwilami dość słaby (z winy wszystkich stron), spowodowały wprowadzenie kwestii wysokości podatków i ułatwień dla przedsiębiorców do standardu dyskusji o państwie.

      Czy pod określeniem gospodarka społeczna kryje się zestaw haseł, czy też konkretna wizja ekonomiczna. Minione dwa lata były dobrym testem na wiedzę i ekonomiczne poglądy rządzących polityków. Sądzę że praktycznie każda partia która ma w programie solidarność ekonomiczną i socjalne hasła nie zdałaby najlepiej egzaminu jak - w mojej opinii - nie zdał i PiS. Warto więc w dużym skrócie prześledzić jak wpisuje się takie hasła do programów i jak je realizuje w praktyce. Jak w praktyce realizuje się hasło solidarności społecznej. PiS pełni w moim artykule jedynie studium przypadku. Zaznaczam od razu, że nie optuje tu za postawą liberalną czy socjalną. Większy udział finansów publicznych w PKB nie musi być niczym złym (oczywiście do pewnego poziomu), jeżeli jest przeprowadzany rozsądnie. Jeżeli jednak wzrost wydatków skupiony jest na pozycjach o charakterze wydatków socjalnych, to moja akceptacja radykalnie spada.

      W programie z 2005 PiS umieścił hasło solidarności społecznej i zapewnił, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. W części gospodarczej padło pytanie czy podtrzymać ówczesne reguły gospodarcze i tendencje (akcja dzieje się w 2005 r.) co groziłoby rzekomym kryzysem i zapaścią gospodarczą, czy też wybrać drogę sprawiedliwości i rozwoju. Zaznaczam, że to nie moje słowa tylko zaczerpnięte z programu PiS z 2005 r. Zapobiegawczo w programie nie wspomniano jakie to tendencje były. I chyba nie były takie złe, skoro profitami z nich tak bardzo PiS chce się obecnie chwalić. Na 8 stronie wspomniano, że jest wzrost gospodarczy, ale oceniono go jako niepewny i zbyt wolny. Po zdefiniowaniu fatalnych skutków transformacji autorzy programu przeszli do przedstawienia pomysłu jak dojść do gospodarki społecznej. Przede wszystkim społeczny dialog, czyli to co we wszystkich programach. Dalej – to proszę pamiętać – zastrzeżeniem że ekonomiczne ograniczenia mogą powodować konieczność rozłożenia w czasie realizowania gospodarki społecznej, czyli takiej gdzie owoce wzrostu gospodarczego mają konsumować wszyscy. Proponowano ulgę w CIT w wysokości 1 tys. za zatrudnienie nowego pracownika, bo inaczej nie powstaną nowe miejsca pracy (z perspektywy czasu autorzy programy zauważyli chyba że z makroekonomią są trochę na bakier). Dla przedsiębiorców płacących PIT obiecano obniżkę podatku do 18%, a dla wszystkich amortyzację przyspieszoną w rewolucyjnym rozumieniu – jednorazowe odliczenie w kosztach nawet maszyn bez względu na wartość, czyli zniesieniu progu 3,5 tys. pln. Ulga w PIT na dzieci miała być dla rodzin o dochodzie do 500 złotych na osobę (!) i uzależniona od liczby dzieci. PIT miał być sprowadzony do dwóch stawek 18% i 32%, a po czterech latach stawka najwyższa miała być zredukowana do 28%. Zniesieniu miał ulec podatek od zysków kapitałowych. Zwracam na to uwagę, bo PiS chciał iść w stronę obniżenia i „spłaszczenia” stawek, na czym akurat bogatsi podatnicy bardziej by zyskali. Podatek od zysków kapitałowych, który jest w rzeczywistości uzupełnieniem obciążenia bogatszych obywateli miał być zniesiony (zaznaczono że ma i tak niewielkie znaczenie). W części poświeconej budżetowi zadeklarowano trzyletni horyzont budżetowania, co miało prowadzić do lepszego planowania. Redukcja kosztów administracji miała dać 3 mld pln jednorazowych wpływów i 5 mld oszczędności co roku (to ogromna kwota). Przedsiębiorcom obiecano szybsza pracę sądów i możliwość założenia firmy w 3 dni (jakby to był największy problem). Generalnie kilkakrotnie przypominanym hasłem gospodarczym był rozwój przez zatrudnienie.

      W przypadku służy zdrowia również odniesiono się do solidarności społecznej. Zadeklarowano dojście wydatków na służbę zdrowia do 6% PKB pod warunkiem realizacji programu PiS. Niestety nie podano terminu czasowego realizacji tej obietnicy. Co ciekawe w programie z 2005 r. PiS nie deklarował podniesienia wynagrodzeń w służbie zdrowia, a już na pewno nie w skali takiej jak tego dokonał i dokona pod presją strajków.

      Emerytom obiecano waloryzację dostosowaną do zmian inflacji oraz mechanizm (nie określono jaki) pozwalający na korzystniejszą waloryzację w przypadku wzrostu gospodarczego.

      Przypomniałem głównie postulaty związane z gospodarką społeczną a których realizację (a raczej jej brak) mogliśmy obserwować w ciągu dwóch lat.

      O rządzie Jarosława Kaczyńskiego (a wcześniej K.Marcinkiewicza) na pewno można powiedzieć, że wprowadził w życie gospodarkę społeczną, ale zasady jej realizacji budzą sporo rozczarowań i wątpliwości. Gospodarkę społeczną w takim rozumieniu, że spora część z nas skorzystała ze wzrostu gospodarczego i coś otrzymała lub otrzyma od państwa. Jednak porównanie deklaracji z ich realizacją, rodzi pytanie czy aby partie propagujące gospodarkę społeczną wiedzą o co im chodzi. Moim zdaniem jedna z takich partii, mowa o PiS, zaczęła realizować politykę społeczną dość chaotycznie i z wizją wypracowywaną „w biegu”. Sytuacja budżetowa pozwalała niemal od razu przystąpić do realizacji programowych postulatów podatku PIT i od zysków kapitałowych. Tymczasem odniosłem wrażenie, że podstawowa myśl gospodarki społecznej polegała na czekaniu i upewnieniu się że zebrana pula środków pieniężnych jest na tyle duże ze nie zabraknie na rozdawanie, przy założeniu że nikomu się nie zabierze. Powstał taki paradoks: im większe wpływy tym mniejsza racjonalność w ich przeznaczaniu. Premier poprawił los emerytów, ale mógł powalczyć z niektórymi przywilejami. Tego unikał. W sporze ze służbą zdrowia i opozycją polityczną, rząd stracił zimną krew którą miał przez krótki okres sporu z pielęgniarkami. Przyznam, że  radykalizm lekarzy w formach strajku i oczekiwaniach finansowych mógł być zaskoczeniem, Ale sam strajk już nie. Widząc poprawę wpływów do budżetu, rząd powinien przedstawić w mediach wizję podziału profitów, co mogło wzbudzić szacunek i osłabić co radykalniejsze grupy i partie polityczne. Brak tej wizji/planów, niestety dość skrzętnie wykorzystała politycznie opozycja. Dalsze strajki i kampania wyborcza zmusiła rząd do złożenia deklaracji osiągnięcia 6% nakładów na służbę zdrowia do PKB. Doraźnie zadeklarowano przeniesienie środków z Funduszu Pracy. To zabawne bo w programie z 2005 nakłady na walkę z bezrobociem i w ogóle rozwój ekonomiczny poprzez zatrudnienie, były jednym z istotniejszych haseł.

      Zmiana obciążeń gospodarstw domowych, również przebiegła chaotycznie. Wszyscy mający dzieci, bez względu na dochody, mają ulgę w stopniu grubo większym od deklaracji, natomiast obniżka stawek została przesunięta w czasie (to samo z podatkiem od zysków). Przy okazji okazało się że zapomniano o przedsiębiorcach i rolnikach. Podstawowym prezentem dla przedsiębiorców była obniżka stawki rentowej, która w programie z 2005 wcale nie była tak akcentowana.

      W efekcie tych dość nieprzemyślanych decyzji (mam na myśli racjonalność ekonomiczną) zmniejszyliśmy sobie pole manewru. Przyznaje to minister finansów Zyta Gilowska. I mimo iż widzi potrzebę obniżki podstawowej stawki VAT (22%), dotychczasowe decyzje to uniemożliwiają lub poważnie ograniczają aż do 2009 r. Zaskakującą postawę Z.Gilowskiej w ostatnich tygodniach już opisywałem.

      Moim zdaniem rząd PiSu miał niepowtarzalną okazję zaprezentować głębszą myśl ekonomiczną związaną z gospodarka społeczną (gdyby ją faktycznie miał) i zapoczątkować ciekawą debatę ekonomiczną nad modelem gospodarczym dla Polski. Byłoby i pole do debat politycznych pomiędzy politykami liberalnymi i propagującymi gospodarkę społeczną. Jak wyżej wspomniałem, jesteśmy na etapie kiedy warto podyskutować jak spożytkować owoce wzrostu gospodarczego lub po prostu zmniejszyć podatki. Wg moich szacunków i zależnie od przyjętej kwoty nadspodziewanych wpływów i oszczędności budżetowych, zamiast przelewać pieniądze przez budżet, wystarczyło obniżyć podatki o od 1% do 2%. Niestety politycy PiS w debacie ekonomicznej czuli się jakby niezręcznie i zdecydowanie chętniej funkcjonowali w sztucznych sporach politycznych. Ekonomiści też w większości nie sprostali zadaniu, uważając dyskusję o podziale dochodu i poprawie sytuacji poszkodowanych grup społecznych za ekonomiczny nietakt.

      A wracając do tytułowego pytania, jeżeli nie dość jasno wyraziłem się powyżej, sądzę iż znaczna część polityków z partii o programach "społecznie wrażliwych" w rzeczywistości nie posiada sprezyzowanej wizji gospodarki społecznej.

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Gospodarka społeczna? Ale co to ma być i czy politycy mają tego konkretną wizję?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 13 października 2007 02:46
  • wtorek, 09 października 2007
    • Ocena poglądów ekonomicznych prezentowanych przez partie; inicjatywa BCC

      Zgodnie z obietnicą, jako uzupełnienie wcześniejszego tekstu o programach wyborczych, krótko omówię ciekawą inicjatywę Business Centre Club (BCC). Przypomnę, że BCC zaprosiło przedstawicieli największych partii i wraz z dyskusją o gospodarce przeprowadziło krótki test, w którym odpowiedzi były punktowane. Niestety nie pojawili się przedstawiciele PiS. Im wyższa suma punktów tym partia bardziej sprzyjała gospodarce i przedsiębiorcom. Maksymalnie można było zdobyć 30 punktów za odpowiedzi na 10 pytań.

      Pierwsze pytanie dotyczyło wprowadzenia Euro (do 2012, czy po 2012). Pytanie o datę wprowadzenia euro zaczyna w ocenianiu podglądów ekonomistów pełnić taką rolę jak pytanie o aborcję w badaniu światopoglądu polityka. Moim zdaniem data przyjęcia euro to trudna dyskusja o bilansie korzyści i strat ze zmiany waluty. Dla jasności dodam, że jestem zwolennikiem zmiany waluty, ale przeciwnikiem robienia tego na wyścigi. Wg BCC trzeba to zrobić jak najszybciej. PO, LiD i PSL zadeklarowały wariant do 2012. Znając poglądy PSL jestem mile zaskoczony, ale obawiam się że może to być pusta deklaracja złożona przed środowiskiem przedsiębiorców. W przypadku LiD to dość poważna deklaracja, tym bardziej że nie znalazłem tego w ich programie wyborczym. Niemniej przyznam, że w tej partii nie przypominam sobie dogmatycznego „nie” w tej kwestii. W przypadku PO taka deklaracja jest dość oczywista. Niemniej po ostatnich głosowaniach minionego Sejmu, kiedy praktycznie wszystkie partie uchwalały co się dało i deklarowały cokolwiek by pozyskać sympatie pracowników służby zdrowia, mam wątpliwości co do szczerości deklaracji. Te „prezenty” to kilka miliardów złotych, które można było przeznaczyć na redukcję deficytu i zadłużenia, czyli dwóch z kilku warunków jakie musimy spełnić by wejść do strefy euro. Tak więc deklaracji o zmianie waluty do 2012 chyba nie należy przyjmować zbyt dosłownie, a bardziej jako w ogóle akceptacje tego faktu. A jaka była odpowiedź PiS?. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wypowiedzi, to termin 2012 praktycznie nie wchodzi w rachubę.

      Drugie pytanie dotyczyło stawki/stawek PIT. Najdalej poszła PO i podając podatek liniowy na poziomie 15%. Za to dostali najwyższą liczbę punktów za jedną odpowiedź, czyli 3 pkt. LiD obiecał zejście do stawek 15% i 28% ( 2 pkt.), a PSL do 18%. i 32% (1 pkt.). LPR i Samoobrona optowały za wariantem 15%, 28% więc też dostały po dwa punkty. Wprowadzanie w życie podatku liniowego jest raczej mało realne. Dwie kolejne partie nie robią większego ustępstwa biorąc pod uwagę stawki efektywne przy obecnej skali. Co najwyżej kryje się wiec za tym uproszczenie podatków, czyli osiągnięcie tych poziomów poprzez likwidację ulg. Tymczasem partie o skłonnościach lewicowych niezbyt chętnie rezygnują z systemów ulg. Trzeba jednak przyznać, że wobec poważnego deficytu budżetowego SLD zaczęło ograniczać ulgi w PIT przed kilku laty. Działo się to więc bardziej pod presją strachu o finanse państwa niż w wyniku chęci radykalnego obniżenia podatków. Osobno traktuje LPR i Samoobronę, ponieważ znając ich skłonności do udziały państwa w życiu obywateli (mowie o wsparciu finansowym), ich deklaracje wynikają raczej z tego że kto nie zadeklaruje obecnie obniżenia PIT ten wypada z gry. Mówiąc inaczej deklarowanie obniżenia podatków należy obecnie do dobrego tonu.

      Omawianie pytania o CIT (propozycje odpowiedzi: 10%, 15%, 19%) chyba nie ma sensu, Podatek ten daje najmniejsze wpływy (w porównaniu z PIT, VAT i akcyzą), tak więc w tym przypadku deklarowanie czegokolwiek nie jest aktem odwagi. Z drugiej strony nie sądzę by tak bardzo wszystkim się spieszyło. W naszej strukturze podatków CIT pełni stosunkowo małą rolę, i chyba dlatego politycy do „popisywania” się przed przedsiębiorcami akurat wybierają ten podatek zamiast VAT czy akcyzę. Po drugie ciekawy jestem czy tak chętnie zrezygnują z obniżenia wpływów z podatku który odnotowywał w ostatnim czasie (od 2005) największą dynamikę wpływów do budżetu.

      Czwarte pytanie odnosi się do płacy minimalnej (jako % średniego wynagrodzenia). Przypomnę że rząd zgodził się na podniesienie z poziomu 35% do 40% w przyszłym roku. Pytanie dawało wybór 40%, 50%, powyżej 50%. Uważam, że w obecnych warunkach (spadek bezrobocia i dynamicznym wzrost wynagrodzeń) płaca minimalna jako relacja do średniego wynagrodzenia powinna była, przynajmniej tymczasowo, pozostać bez zmian. Oprócz Samoobrony, wszyscy zaakceptowali poziom 40%, Ciekawe co by było, gdyby dawano do wyborów również 35%. Przed tematem dalszego podnoszenia chyba nie uciekniemy, ale rząd nie musiał się zgadzać na podwyższenie już obecnie i nie byłoby problemu wytłumaczenia tego partnerom społecznym.

      Przy pytaniu o konieczność reformy KRUSu ujawniła się ciekawa różnica, wskazujące na rozważane obecnie dwie drogi reformy. Co również ciekawe, wszystkie partie są za zmianami. Tylko LiD jest za likwidacja KRUS. Pozostali chcą pozostawienia KRUS i jedynie podwyższenia składki najbogatszym rolnikom. To spory postęp. Uporczywe podtrzymywanie tego tematu w medialnej dyskusji i oczywistość większego obciążenia bogatszych gospodarzy, dają jednak rezultaty. Różnice ujawnią się dopiero na etapie kiedy przyjdzie do dyskusji o typowanie gospodarstw. W rzeczywistości, tak zgodne odpowiedzi to chyba skutek stanięcia oko w oko przed ludźmi którzy w racji prowadzenia przedsiębiorstw muszą patrzeć na życie ekonomiczne realnie.

      Wszyscy chcą zmniejszać liczbę koncesji i zezwoleń. Do wyboru było: bez zmian 0 pkt., ograniczać stopniowo 1 pkt. i likwidować jak najszybciej do niezbędnego poziomu (tzn. typów działalności) wymaganego przez UE. I tu uwaga: wszyscy wybrali najostrzejszy wariant. Biorąc pod uwagę dotychczasowe efekty, trudno większość tych odpowiedzi traktować poważnie.

      W kwestii samozatrudnienia niemal wszyscy wsparli potraktowanie tej formy jako pełnoprawnej formy zatrudnienia. Jedynie LPR uznał obecne regulacje prawne za wystarczające. Trudno mi tu o komentarz, bo pytanie jest zbyt ogólne. Temat wydaje się oczywisty do czasu kiedy nie przejdzie się do kwestii regulacji prawnych. Ten problem było już widać przy precyzowaniu tzw. samozatrudnionych, którzy i tak pracowali dla tego samego zakładu, co przybierało niestety czasami formy patologii.

      Wszyscy byli za przyspieszeniem lub nawet zakończeniem prywatyzacji. Nawet Samoobrona i LPR. Szczególnie w tych dwóch ostatnich przypadkach trudno traktować deklaracje poważnie, jeżeli pamiętać o wypowiedziach zgoła przeciwnych liderów tych partii. Nastawienie polityków obecnego LiDu i PSL też bywało niejednorodne przez co tempo prywatyzacji i zasady bywały zmienne.

       W pytaniu o formę budowy autostrad dawano do wyboru budowę przez państwo albo system koncesyjny. I wygrał koncesyjny mimo że jest to jeden z filarów niegodziwości III Rzeczpospolitej, a w pozostałych partiach (np. LiD, dawniej SLD) z biegiem czasu wzniecał sporo kontrowersji w wyniku pierwszych doświadczeń.

      Najwięcej (po 28) punktów w sondażu otrzymały PO i LiD. PO zostało nagrodzone za stawianie sobie odważnych, nawet jeżeli chwilami nierealnych do zrealizowania w Polsce, celów. LiD natomiast za skłonność do stabilizacji w kontynuowaniu dotychczasowej drogi przemian i odważną propozycję zmian dot. ubezpieczeń rolniczych. Zbyt ogólne lub nieprecyzyjne pytania spowodowały, że LiD uzyskało tyle samo punktów co PO. W rzeczywistości, jeżeli dobrze zrozumiałem intencje BCC zawarte w pytaniach, LiD powinien otrzymać kilka punktów mniej. Pozostałe trzy partie uzyskały po 21 pkt. Przynajmniej Samoobrona i LPR powinny otrzymać nie więcej niż połowę czyli max 15 pkt. W kilku wypowiedziach odpowiedzi miały na celu jedynie zdobycie zaufania przedsiębiorców. A gdzie usytuowałby się PiS? Moim zdaniem w przedziale 19-23 pkt.

      Generalnie idea BCC jest ciekawa i warta rozwinięcia oraz uszczegółowienia. Warto również rozpatrzyć przyznawanie punktów przez osoby reprezentujące środowiska przedsiębiorców(mam na myśli przyznawanie równolegle punktów za te same pytania), by wskazać na które pytania przedstawiciele partii niezbyt rzetelnie odpowiadają.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2007 01:50
  • sobota, 06 października 2007
    • Co nam obiecują politycy

      Okres wyborów zmusza partie polityczne do określenia i spisania propozycji, które mają do zaoferowania obywatelom, w tym propozycji gospodarczych. Mamy tam wszystko. Od ogólnego zarysu moralnego dla 37 mln Polaków, po bardziej szczegółowe rozwiązania dla poszczególnych sektorów gospodarki. No, może szczegółów nie ma tam za dużo. Ale w tym akurat przypadku winni bardziej są obywatele, którzy na ogół szczegółów albo nie chcę bo nie mają ochoty czytać, albo  zdecydowanie bardziej odpowiada im (nam) cukierkowato-przyjemna wizja gospodarki na najbliższe lata.  Większość polityków, czy - ujmując węziej – parlamentarzystów, ma już własne dokonania zawodowe w sektorze prywatnym lub publicznym. Część piastowała wysokie funkcje w ministerstwach lub brała udział w pracach komisji parlamentarnych. Szkoda że tych ostatnich nie pokazują media a komentarz prawno-ekonomiczny ogranicza się tylko do tzw. fachowej prasy. Zabrzmi to więc może zaskakująco, ale większość polityków ma dość znaczne doświadczenie i wiedzę, niestety przed kamerą lub elektoratem zaczynają się zachowywać nieracjonalnie. Największe polskie partie miały już okazję rządzić i dość dobrze zdają sobie sprawę z ekonomicznych problemów. Dość dobrze są też znane obywatelom. Tak więc większość z nas nie miałaby problemów z prawidłowym ułożeniem partii wg klasyfikacji 1) od liberalnej po socjalną i 2) od propagującej wolność gospodarczą i odpowiedzialność za samego siebie po wciskanie państwa w każdą sferę życia.

      Na stronach internetowych dość trudno znaleźć szczegółowe propozycje rozwiązań gospodarczych. Zamieszczane programy przedstawiają coś co bym nazwał podstawową koncepcją gospodarczą przeplataną elementami ideologicznymi. Rozkład problemów jest wypadkową tego z czego partie chciałyby być znane, odniesień do bieżących problemów ekonomiczno-społecznych (tych prawdziwych i wymyślonych), ale i kwestie gdzie partie skłonne są zaryzykować, czyli propagować propozycje nie cieszące się powszechnym uznaniem. Zdecydowana większą wiedzę o poglądach gospodarczych poszczególnych partii daje śledzenie dyskusji w mediach przy okazji pojawiających się propozycji czy problemów ekonomicznych. Zestawienie i porównanie programów partii byłoby dość trudne ze względu na to, iż każda z nich ustosunkowuje się w programach do różnych kwestii gospodarczych i w różnym stopniu. Przykładowo – jedni mówią jedynie ogólnie że podatki mają być prorodzinne, inni podają konkretne stawki i omawiają likwidacje lub powstanie głównych ulg. Skorzystam więc w swoim tekście z zestawienia propozycji programowych opublikowanego przez  „Rzeczpospolita” (tekst z 28 września, opracowany na podstawie odpowiedzi nadesłanych do redakcji) i wyników przedwyborczego testu przeprowadzonego przez Business Centre Club (1 października. Niestety w drugim przypadku nie pojawił się przedstawiciel PiSu.

      Zacznę od pytań przedstawionych przez „Rzeczpospolitą”. Na pytanie o uchwaloną niedawno „podwójną” ulgę na dzieci, wszyscy odpowiedzieli że pozostanie be zmian. Ten właśnie temat mocno mnie rozczarował w ostatnim czasie. Tak naprawdę żadna z dużych partii (PO,PiS, LiD) nie myślała pierwotnie o uldze aż tak dużej. Większość propozycji ulżenia Polakom szło w innym kierunku (np. stawki). Polityczne harce w Sejmie skończyły się koniecznością szukania 2-3 mld pln w przyszłym budżecie. Początkowo nie ukrywała rozczarowania pomysłem posłów min. Gilowska, ale na pytanie czy zaproponuje Prezydentowi odmowę podpisania ustawy, niestety nie powiedziała „tak, zaproponuję”. Jeszcze niecały miesiąc temu liczyła, że Senat odrzuci ulgę w takiej postaci. W ostatnich dniach już zupełnie zmieniła nastawienie do ulgi i uważa że uchwalonych ulg się nie odbiera bo to nieładnie. Ale nieładnie, to jest zmieniać poglądy.

      Wszyscy chcą zmniejszać bariery dla rozwoju przedsiębiorczości. Na ogół na wymagany do tego czas pada odpowiedź „kilka miesięcy”, ale PO i Samoobrona podały odpowiednio: „kilka tygodni” i „natychmiast”. Wszystkie terminy są nierealne, ale dwa ostatnie już zupełnie. W lekturze programów uderzyła mnie jedna rzecz. Częste mówienie w mediach o przedsiębiorczości zaowocowało podjęciem tematu przez każdą partie w programach gospodarczych. Zaczęło to już przybierać formę karykaturalną, jak obietnice dla rolników czy innych grup zawodowych. Niemniej sam fakt podejmowania tematu przedsiębiorczość – nawet jeśli trochę nieszczerze – uważam za duży postęp.

      Niestety w kwestii przywilejów społecznych (przywileje branżowe, emerytalne) niemal wszystkim zabrakło odwagi. Oprócz PO nikt nie chce ruszać przywilejów branżowych. Przynajmniej oficjalnie, bo nie raz niektóre partie już z tym problemem się stykały i wobec trudnej sytuacji budżetowej próbowano racjonalizować system (np. SLD kilka lat temu, ale ostatecznie zabrakło odwagi przed wyborami).  W przypadku KRUS, duże partie widzą konieczność zmian, chociaż po dotychczasowych efektach trudno w to uwierzyć. Mniejsze partie (Samoobrona, PSL, Liga Prawicy Rzeczpospolitej) mają już mniej chęci albo w ogóle. Partie dość ostrożnie wypowiadają się o otwarciu rynku pracy dla obcokrajowców. W tym temacie na pełne otwarcie nie zdecyduje się nikt. Nie ukrywam zresztą, że i ja mam pewne wątpliwości co do całkowitego otwarcia rynku pracy i to bynajmniej nie z przyczyn patriotycznych. To w polskiej polityce nowy temat, przedstawiony przez przedsiębiorców zaskoczonych skalą koniecznych wzrostów wynagrodzeń i emigracji siły roboczej. Niemniej politycy muszą go odważnie podjąć, nawet jeżeli czasami będzie to wymagało powiedzenia kilku przykrych słów przedsiębiorcom. W ostatnim przypadku mam na myśli przypadki, kiedy opłacalność produkcji  opiera się na wyjątkowo nisko opłacanej sile roboczej. Tu proponowałbym albo rezygnację z działalności, jeżeli nie ma możliwości redukcji innych kosztów albo inwestycje. Przypomniała mi się wypowiedź pewnego zagranicznego dewelopera działającego na rynku warszawskim. Nie mógł pojąć wzrostu wynagrodzeń. Oczekiwał wręcz działań państwa które by zmusiły robotników z innych regionów Polski do przeniesienia się do Warszawy (ciekawe czy ujął koszt wzrostu cen mieszkań w Warszawie, czy też oczekiwał że będą mieszkali w barakach). Problem był po stronie dewelopera, bo o ile wierzył we wzrost cen mieszkań, to nie przewidział wzrostu płac. Pisałem już kiedyś, że w czasie naszego boomu budowlanego w połowie lat 90-tych wynagrodzenia w budownictwie przejściowo też rosły o 10% rocznie.

      Na pytanie jak zmniejszyć klin podatkowy, widać że politycy mają świadomość iż nie jest on wcale duży oraz że się do tego nie palą, ale w rywalizacji o elektorat, tak jak górnikom i stoczniowcom, gotowi są obiecać wiele. I wcale nie chcę tu dokuczać politykom, ale przedsiębiorcom którzy sprzyjający dla siebie klimat polityczny wykorzystują czasami do wystawiania mało realnych oczekiwań.  PiS twierdzi że już obniżyła klin (składka rentowa), ale to było w rzeczywistości częściowa redukcja klina (w relacji do PKB) wobec wyjątkowego wzrostu wpływów podatkowych do budżetu w ostatnich latach. PO zadeklarowała obniżanie stopniowe i dość odważne co opisywałem 22 sierpnia 2007 r. W skrócie polegało to na tym, że zaczniemy mocno obniżać obciążenia przedsiębiorców a wywołany tym znaczny spadek dochodów budżetowych nadrobi wzrost gospodarczy i redukcje wydatków. Ciekawostka jest LiD, który nie ukrywa że nie należy oczekiwać poważnego obniżenie obciążeń i chciałby iść w stronę stabilizacji sytuacji przedsiębiorców i sytuacji gospodarczej. Jest to jakiś pogląd i dość dobrze oddaje podstawową linie programową partii, ale i trzeba przypomnieć że przedsiębiorcom obniżono podatek do 19%. Trudno natomiast zrozumieć PSL. Należy analizować ubezpieczenia społeczne w rozumieniu możliwości ich redukcji. To ciekawe, bo na pytanie  o ZUS i KRUS, nie chciano żadnych zmian.  Zresztą analiza programów partii dużych i małych wskazuje, że mniejsze mają większą skłonność do populizmu w programach, czy unikaniu odpowiedzi na trudne pytania. To już niestety nie tylko lęk o już i tak niski elektorat, ale i słabość merytoryczną partii. Lektura tez programowych na przykład najmłodszego dziecka polskiej polityki (Lig Prawicy Rzeczpospolitej) wskazuje, ze nowa koalicja w pospiechu nie potrafiła nawet sklecić sensownego programu nawet ja na partie o skłonnościach populistycznych.

      Opis quizu przeprowadzonego przez BCC przedstawię w jednym z kolejnych tekstów jako uzupełnienie obecnego.

      Na zakończenie trochę podokuczam politykom. Wyjazd dużej liczby Polaków na Zachód wywołał u polityków konieczność jakiejś reakcji. Nie wiem po co . Najpierw staraliśmy się stworzyć taką możliwość, a teraz nagle politycy czynią z tego nieszczęście. Przede wszystkim ludzie ci wyjechali do krajów gdzie jest im lepiej pod względem ekonomicznym, albo wierzą że będzie im lepiej. Wrócą jak będą chcieli, z pobudek rodzinnych czy kiedy już się „dorobią”. Ale na powrót ich wszystkim raczej bym nie liczył.  Świat się zmienia i ewentualną tęsknotę za krajem i rodziną  można zaspokajać  telewizją, internetem lub tanimi liniami lotniczymi (lub....ściągnięciem krewnych do siebie). Kreowanie więc tego tematu przez np. PO czy LiD uważam, za kreowanie politycznych sporów. Jednym z efektów jest pomysł PO o taniej linii kredytowej dla powracających na założenie biznesu. A jak to się ma do równości gospodarczej i unikaniu płodzenia kolejnych aktów prawnych?

      Szybkie dojście wydatków na służbę zdrowia do 6% PKB wciągu dwóch lat, to bardziej efekt rywalizacji partii niż oczekiwanie obywateli. Notabene będzie to opłacone z portfeli obywateli. Decyzja PiSu to efekt przebicia konkurencji ale i skutek zachowania opozycji w sporze o służbę zdrowia. Oczekiwania pracowników służby zdrowia (odsyłam do moich tekstów) były mocno przesadzone. W wyniku tego kilka innych grup zawodowych (np. nauczyciele) może się poczuć pokrzywdzone i upomnieć się o swoje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co nam obiecują politycy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 06 października 2007 23:09
  • środa, 03 października 2007
    • Wybrane wydarzenia z rynku TFI z IX 2007

      Firma Analizy Online (AO) na postawie zebranych z dwudziestu TFI informacji oszacowała, że na koniec czerwca liczba uczestników tej formy inwestowania wyniosła 2,87 mln osób. Liczba uczestników w II kw wzrosła o 14,1%, czyli jak podaje AO dwa razy szybciej niż w I kw. Tak więc tylko w II kw liczba klientów wzrosła o 354 tys. osób, a od początku roku o nieco ponad pół miliona. W tym okresie dominowała postawa inwestowania głównie w fundusze akcyjne. Przyjmuję więc w uproszczeniu, że w strukturze zakładanych portfeli przeważały fundusze akcyjne. Szacuje na  podstawie zmian indeksów giełdowych oraz tempa napływów nowych środków, że w III kw do grona inwestorów dołączyło między 150 tys. a 200 tys. nowych uczestników. Łącznie od początku roku w takim razie liczba inwestujących z pośrednictwem TFI wzrosła więc niemal o 30%. Biorąc pod uwagę obecny poziom indeksów oraz poniesione opłaty, ci inwestorzy (w przeważającej większości) na razie nie zaliczają chyba swoich inwestycji do udanych.

      W połowie miesiąca Pioneer PKO TFI uruchomił kolejny fundusz, Aktywnej Alokacji FIO. Pierwsza wpłata min. 1,0 tys. pln, a kolejna już tylko 0,5 tys. pln. Fundusz nie posiada sztywnych granic dla poszczególnych typów inwestycji, tak więc udział papierów udziałowych lub dłużnych może się nawet wahać w przedziale od 0% do 100%. Skupia się na instrumentach udziałowych i papierach dłużnych oraz na jednostkach funduszy inwestujących w tego typu papiery wartościowe. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze lokaty. Fundusz może korzystać również z instrumentów pochodnych opartych na papierach wartościowych i walutach. Przy czym prospekt informacyjny przypomina, że wykorzystanie instrumentów opartych na rynku rzeczywistym będzie wynikało z zajętych pozycji na tymże rynku. Zasięg geograficzny inwestycji to Polska i kraje UE. Do oceny wyników funduszu przyjęto benchmark w 50% oparty na WIGu i w 50% na indeksie polskich obligacji. W sumie oceniam tą propozycję jako ciekawą dla osób, które mają ochotę aktywniej zarządzać oszczędnościami. Wyniki funduszy akcyjnych Pioneer PKO TFI na tle rynku oceniam jako zadowalające, więc jak sądzę pieniądze oddajemy w dobre ręce.

      SEB TFI stara się gonić konkurencję i wkrótce zaoferuje drugi fundusz parasolowy. Z dużą ciekawością przyglądam się małym TFI, ponieważ to świetny przykład „na żywo” jak fundusze starają się zwiększyć udział w rynku lub co najmniej utrzymać dotychczasowy.  A dotychczas najlepiej nie było. Jeszcze z 2004 na 2005 fundusz zwiększył swój udział w rynku z 1,8% na 2,1%, ale od jesieni ubiegłego roku aż do maja obecnego roku udział w rynku systematycznie spadał do 1,4%. Dopiero w okresie letnim nastąpiła stabilizacja na tym poziomie. Fundusz spóźnił się trochę z przygotowaniem odpowiedniego wachlarza oferty, ale i z wynikami nie mieścił się w czołówce. Zwracam na to uwagę, ponieważ od kilku kwartałów wyjątkowym powodzeniem cieszą się fundusze akcyjne i zbliżone, a tutaj SEB lokował się wynikami na poziomie średniej lub niewiele poniżej. Wbrew pozorom nie jest to wcale zły wynik. Niestety w funduszach krajowych papierów dłużnych wynik jest raczej słaby. Zwróciłbym jednak uwagę na fundusze z grupy MIP. Tutaj SEB ma wyniki powyżej średniej i biorąc pod uwagę obecną sytuację na giełdach (niepewność) SEB ze swoją ostrożną, ale skuteczną polityką inwestycyjną może być przedmiotem większego zainteresowania w najbliższych miesiącach. Wprowadzenie funduszu parasolowego skupiającego się na zagranicznych rynkach obieram jako zaoferowanie – spóźnione – możliwości szerszego inwestowania za granicą i dorównywanie do konkurencji. Mam jednak wątpliwości czy taki skład parasola najlepiej będzie odpowiadał potrzebom rynku.

      Również KBC TFI (3,5% udziału w rynku) wzbogaci się o fundusz parasolowy, ale z przekształcenia dotychczas istniejących. Różnica w porównaniu z przykładem SEB jest taka, że parasol KBC zawiera wachlarz subfunduszy od bezpiecznych po agresywne oraz subfundusze inwestujące za granicą. I chyba taki zestaw byłby również dla SEB lepszy na obecnym etapie rozwoju.

      Kolejny parasol otworzył ING TFI (ING Subfundusz Środkowoeuropejski Średnich i Małych Spółek Plus). Fundusz średnio 90% środków zamierza inwestować w małe i średnie spółki notowane na giełdzie krajowej i giełdach Europy Środkowej. Ten ruch jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom inwestorów, którzy od wielu miesięcy zwiększają swoje zainteresowanie funduszami akcji zagranicznych.

      KBC zakończył sprzedaż certyfikatów funduszu KBC Nowa Europa FIZ. Wartość certyfikatu ustalono na 100 pln, ale minimalną liczbę certyfikatów przy zakupie ustalono na 10. Aby emisja doszła do skutki należało pozyskać min. 30 mln pln. Ostatecznie fundusz zebrał 82,5 mln pln.  Pozyskane środki będą zainwestowane w tytuły uczestnictwa Fund Partners należącego do tej samej grupy finansowej co KBC TFI. Fundusz objęty jest gwarancją KBC Banku, ale dotyczy to jedynie ustalonego pierwotnie dnia wykupu czyli 10 XII 2013. Tak więc jeżeli, o czym uprzedza się w prospekcie, zajdzie konieczność likwidacji funduszu przed tą data, to uczestnicy utrzymują jedynie ich wartość wg bieżącej wyceny. A tak przy okazji, czytanie prospektów funduszy KBC i podobnych wymaga dużej uwagi, ponieważ często fundusze z rodziny KBC przekazują środki dalszym funduszom z rodziny i praktycznie należałoby wtedy czytać nie jeden a co najmniej dwa prospekty, co zresztą TFI czyni. Inwestor jest narażony na zmienność cen, co jest szczególnie istotne dla tych którzy będą chcieli wcześniej zakończyć współpracę z KBC. Wartość certyfikatów może ulegać poważnym zmianom, a fundusz nie zabiegał o animatora rynku dla omawianych certyfikatów (mówiąc dokładniej: nie określono animatora na chwilę zakończenia emisji). Ale dla osób mających już kontakt z certyfikatami nie jest to żadna nowość. Nazwa funduszu jest trochę złudna. Fundusu inwestuje środki w koszyk 20 spółek aktywnych w Europie Wschodniej (m.in. sieci handlowe, sprzedaży paliw), stąd pewnie jego nazwa. Niemniej spółki te mają siedziby poza tymi rynkami, a jedynie na tych rynkach osiągają część swoich przychodów. Tak wiec zmienność wartość portfela będzie uzależniona od ich postrzegania przez inwestorów na macierzystych rynkach. KBC Nowa Europa jest funduszem gwarantowanym z możliwością osiągania znacznych zysków. Jednak warto pamiętać, że zawarte kontrakty SWAP mogę nie dojść do skutku, co przedstawiono jako okoliczność skutkującą nie wywiązaniem się z wypłaty środków. Tak więc w celach szkoleniowych polecam lekturę gwarancji. Nie zamierzam oczywiście straszyć, ale jedynie przypomnieć o konieczność dokładnego czytania. Produkty tego typy (fundusze gwarantowane) są popularne ze względu właśnie na ochronę kapitału. Polecam również lekturę kwartalnika zamieszczanego na stronach KBC. Są tam podane wyceny wcześniej emitowanych certyfikatów i rezultaty w większości nie są oszałamiające.

      Pociągnę jeszcze temat funduszy europejskich, a dokładniej oferujących funduszy inwestujących w tzw. Nowej Europie, Środkowo Europejskich, emerging markets itp. W funduszach o takiej nazwie warto zwrócić uwagę na kraje, grupy krajów na giełdach (i nie tylko) których będziemy inwestowali. Warto, ponieważ pod tą nazwa kryją się różne kraje. W niektórych przypadkach są to ściele określone rynki. Znajduje więc kraje od Izraela i Maroka po Szwecję i Austrię czy Kazachstan. Może się wiec okazać, że aby mieć możliwość uczestniczenia w rynkach co najmniej większości państw Środkowej czy Nowej Europy, należy być uczestnikiem kilku funduszy. Kwestia nazwy jest o tyle istotna iż powoli zaczyna ona pełnić dla funduszy role etykiety na produkcie. Przy coraz większej liczbie funduszy rolę reklamy zaczynają pełnić ich nazwy, a te nie zawsze są precyzyjne bądź mają służyć głownie przyciągnięciu uwagi. Kolejnym krokiem jest fundusz UniAkcje: Mistrzostwa Europy 2012 dający rzekomo możliwość uczestniczenia we wzroście wywołanym organizacja mistrzostw w piłce nożnej.

      A skoro o UniAkcje: Mistrzostwa Europy 2012, to warto rozwinąć ten temat. Sama nazwa i zachęta na stronie Union Investment odnosi się do naszej podświadomości i poczucia dumy z organizacji mistrzostw. Union Investment zachęcając do nabycia jednostek posuwa się trochę za daleko, sugerując że te mistrzostwa dadzą dynamiczny impuls rozwojowy gospodarce. Kwestię nakładów na organizację mistrzostw już wyjaśniałem artykule z kwietnia (link poniżej).

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/04/Euro-2012-inwestycje.html

      Mistrzostwa spowoduje jedynie przesunięcia w realizacji programów inwestycyjnych, a nowością są głownie stadiony z infrastrukturą. Chociaż i te były już w planach (a nawet w trakcie realizacji) Jednostek Samorządu Terytorialnego. Już samo określenie funduszu jako FIO ogranicza fundusz do podmiotów notowanych na giełdach (krajowej lub ukraińskiej). Dalsza lektura materiałów informacyjnych poważnie rozszerza zakres firm. Portfel może więc obejmować firmy budowlane oraz produkujące materiały budowlane, ale też działające w sektorze turystycznym,  spożywczym (napoje i napoje alkoholowe) itd. Jest to wiec fundusz zorganizowany na bazie pewnej idei, która bezpośrednio nie będzie miała wiele wspólnego ze sportową imprezą, a już szczególnie z jakąś jej wyjątkowością.

      Na początku września KNF podała, że w kolejce po zezwolenie na działanie czekają 44 fundusze. Aż 33 fundusze z 15 TFI to fundusze zamknięte, z czego 15 będzie emitować niepubliczne certyfikaty. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnego kroku w rozwoju rynku. Świadomość, że rynek giełdowy nie będzie rósł w nieskończoność powoduje wzrost zainteresowania funduszami z ochroną kapitału czy funduszami niestandardowymi, jak spółek niepublicznych czy skierowanymi do jednej osoby lub grupy. W ostatnim przypadku fundusz jest tylko jedną z wielu form zarządzania indywidualnym portfelem.

      W tekście wykorzystałem materiały uzyskane z firmy Analizy Online oraz informacje ze stron funduszy inwestycyjnych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2007 22:55
  • poniedziałek, 01 października 2007
    • Rynek finansowy, wrzesień 2007

      Dla krajowych obserwatorów rynku finansowego, najważniejsze wydarzenia rozgrywały się poza krajem. Na rynku międzybankowym i papierów dłużnych nie było mrożących krew w żyłach wydarzeń czy oczekiwania czegoś spektakularnego. We wrześniu uwaga skupiona była na giełdach i oczekiwaniu na zachowanie amerykańskich indeksów po spotkaniu FED. Od dłuższego czasu, nawet już w okresie kiedy kilka instytucji ujawniło swoje problemy finansowe spowodowane rynkiem nieruchomości, wśród analityków były spore rozbieżności. Ciąć stopy w USA? A jeżeli tak, to o ile. Jeszcze w sierpniu niektórzy analitycy  uważali, że ryzyko kryzysu na rynku finansowym, to za mało by FED obniżał stopy. Sytuacja makroekonomiczna też nie dawała prostej podpowiedzi. U nas, w Polsce, jest prościej. Dyskusje dotyczą jedynie tego o ile i w jakim tempie podnosić stopy. W USA tymczasem, spór toczony był w zakresie od podwyższać do obniżać, oczywiście z przeważeniem na zakres od stabilizacji do obniżki. Faktycznie sytuacja makroekonomiczna USA nie jest tak jednoznacznie prosta jak nasza. Do tego doszło zamieszanie na rynkach, spowodowane rynkiem hipotecznym. Wskaźniki cenowe, czy popyt wcale nie zachęcały do tak stanowczej zmiany jaką wprowadzono 18 września. Z drugiej strony, zwalniająca koniunktura, słabszy poziom inwestycji w kwartałach na przełomie roku, sugerowały podjęcie stosownych kroków. No i w końcu symptomy pękania bańki hipotecznej i pompowanie w rynek sporych pieniędzy dla ratowania płynności, sugerowało oszacowanie potencjalnych skutków tego dla gospodarki. Przyznam szczerze, że trudno mi było i jest uwierzyć w jakieś poważne kłopoty (krach, kryzys gospodarczy) dla gospodarki amerykańskiej tylko z tego powodu. Mogę się oczywiście mylić, szczególnie jeżeli chodzi o wpływ problemów na rynku hipotecznym na system finansowy. W ostatnim przypadku, bardziej zwracam uwagę na ton komentarzy i wypowiedzi, bo jak zdecydowana większość obserwatorów i ekonomistów, nie jestem w stanie samodzielnie oszacować ryzyka ewentualnej utraty płynności. Piszę to również z własnego doświadczenia w Departamencie Skarbu Banku Śląskiego, gdzie zajmowałem się m.in. płynnością na podstawowym rachunku Banku w NBP. Oszacowanie prawdopodobieństwa utraty płynności na bazie danych kwartalnych banków, czy statystyk NBP jest niezwykle trudne, żeby nie powiedzieć – niemożliwe dla zewnętrznego obserwatora. W przypadku USA, wymagałoby to przebrnięcia przez grubo większą kopalnię danych. Stąd też rynek zaczął domyślać się skali problemów, głównie na podstawie statystyk rynku hipotecznego. Zamieszanie potęgował sam Alan Greenspan w ostatnim czasie. Wiało wręcz grozą. Sugestie o ryzyku kryzysu z prawdopodobieństwem niewiele mniejszym  niż 50% i porównania obecnej sytuacji do krachów giełdowych z lat 1987 czy 1998, o konieczności raczej podnoszenia niż obniżania stóp, przyprawiały o dreszcz. Ostatecznie, 18 września obniżono stopę w USA z 5,25% do 4,75%, a więc mocno. Nie będę ukrywał, że nie byłem zbyt oryginalny i oczekiwałem cięcia do 5,0% i dalszych kroków dokonywanych równocześnie do napływających nowych informacji. Czyli czegoś podobnego jak w 2001 r., kiedy byliśmy świadkami serii spadków o 0,25%. W komunikacie po decyzji nie ukrywano, że podstawowe powody, to słabnąca gospodarka i ryzyko kryzysu na rynku finansowym. Nie po raz pierwszy więc, jednym z powodów były obawy o reakcję rynku finansowego. W części uzasadnione, bo nie ukrywano że skala problemów wywołanych sytuacją na rynku hipotecznym jest większa niż wcześniej sądzono.

      Mimo dość zaskakującego ruchu i pojawiających się obawach iż skala obniżki jest zapowiedzią problemów gospodarczych USA, giełdy zareagowały dość entuzjastycznie. 18 i 19 września główne indeksy w USA wzrosły łącznie o ok. 3%. W kolejnych dniach, aż do końca miesiąca, łączne  wzrosty były skromniejsze, ale zaznaczmy że były. Oczywiście takie wzrosty w ciągu dwóch tygodni to żadna rewelacja, ale w obecnej sytuacji – ciekawe zjawisko. Atmosferę na rynku chyba dobrze oddaje jeden z tytułów jaki znalazłem na stronach CNN „Rallying investors drunk on Fed cut”. Po prostu rynek stara się dyskontować poprawę gospodarki jaką ma rzekomo wywołać obecna i oczekiwane, obniżki. Wg moich wyliczeń główne indeksy amerykańskie są przeszacowane o jakieś 10% i w obecnej sytuacji ekonomicznej bardziej odpowiadają mi poziomy z przełomu zimy i wiosny. Główne indeksy do końca roku nie powinny już przekraczać obecnych poziomów, ale co zrobią inwestorzy to już ich sprawa. Podane przeze mnie przeszacowanie odnosi się do sytuacji gospodarczej bez niespodzianek, czyli ujawniających się konsekwencji bańki hipotecznej. Z „niespodziankami”, zmiana może być i o drugie tyle.

      Zmiana stóp i nastrojów na giełdach na razie niewiele pomogła na rynku stóp procentowych dla dolara. Ceny na rynku depozytów nadal znacznie przekraczają poziom naturalny, czyli będący bezpośrednią konsekwencją poziomu stopy podstawowej. Jeszcze na początku września cena depozytu 1M przekraczała stopę podstawową o 0,5%. Obecnie jest to już „tylko” 0,3%. Tak więc problemy na rynku depozytów ciągną się już niemal dwa miesiące. Stawki FRA wskazują, że rynek stóp dla dolara nie wierzy w jakiś skrajny wariant zmian stóp. Oczekuje się obniżenia o od 0,25% do 0,50% w ciągu 12 m-cy. To taki ryzykowny kompromis pomiędzy kształtującymi się różnymi trendami w amerykańskiej gospodarce.

      W Polsce najbardziej zaintrygowała mnie reakcja giełdy we wrześniu. 19 września, a i owszem, euforia. WIG skoczył do góry o 3,3%. W kolejnych dniach, aż do końca miesiąca, WIG stracił 3,6%, czyli nieco więcej niż zyskał 19 września. Podglądając dzienne (intraday) zmiany indeksów, uderzała bardzo nerwowa reakcja w kraju na zmiany głównych indeksów zagranicznych i wyniki makroekonomiczne w USA. Analiza zmian, wskazuje że krajowy rynek silniej związał się z dziennymi zmianami in minus. W gruncie rzeczy to dobry objaw. Krajowi gracze uświadomili sobie, że nasze przeszacowanie indeksów jest ok. dwa razy większe. Krajowi gracze chyba wiedzą, że trudno będzie obecnie bić kolejne rekordy i dokładniej (czytaj: rzetelniej) wyceniają wartość spółek. Jak by nie było, w razie tąpnięcia za granicą, mniej boli spadek z niższego poziomu, stąd nasz entuzjazm po cięciu stóp w USA po pierwszej reakcji znacznie ochłódł.

      Na rynku krajowych stóp procentowych brak było większych wahań rentowności we wrześniu. Pewną korektę (w zasadzie tylko kilkudniową) widać było w połowie miesiąca po publikacji serii podstawowych danych makroekonomicznych. Wskaźniki cenowe (CPI i PPI) były na tyle niskie, że w wypowiedziach ekonomistów odczuwało się atmosferę zaktualizowania prognoz dla gospodarki, a co za tym idzie, prognoz decyzji RPP. Pomogła RPP, w komunikacie po posiedzeniu na koniec miesiąca i indywidualne wypowiedzi jej członków jakie można było poznać w ciągu miesiąca, wskazują że prawdopodobnie słabnie chęć do kolejnych podwyżek wśród większości członków RPP. Ostrożność dało się wyczuć w wypowiedzi H.Wasilewskiej-Trenkner (28 IX w Gazecie Wyborczej), która do tej pory „robiła” za „jastrzębia”. Przypomnę, że wg stawek z końca miesiąca, rynek jest przekonany tylko do jednej podwyżki o 0,25% do końca roku i do stopy 5,5% w II połowie roku 2008. Ciekawy jestem, czy aby i te oczekiwania nie zelżą jeżeli kolejny raz wskaźniki cenowe okażą się dobre (niskie). RPP w swoich komunikatach nie ukrywa, że w utrzymywaniu w ryzach inflacji pomaga nam rynek walutowy (wzmacniający się złoty) i chyba na taką pomoc liczy w przyszłości. Dla osób prognozujących decyzje RPP, to pewne wyzwanie, ponieważ w takich okolicznościach nie ma sensu na siłę znacznie podnosić stóp. Mogłoby to zresztą doprowadzić do błędnego koła: wysokie stopy (i korzystniejsze niż w dolarze i euro) przyczyniają się do wzmocnienia złotego. Jakiekolwiek tąpnięcie w krajowej gospodarce lub polityce, czy na światowych rynkach, mogłoby wywołać gwałtowną korektę złotego. To ryzykowna gra, więc zalecałbym ostrożność. Niemniej kolejna podwyżka o 0,25% w tym roku byłaby pożądana moim zdaniem. Wolałbym również, by RPP tak bardzo nie polegała na rynku walutowym w obecnych okolicznościach. Tradycyjnie przypomniano zdanie Leszka Balcerowicza, który od blisko już dwóch lat zachęca do śmielszego podnoszenia stóp. Mimo upływu czasu i wzroście do 4,75% stopy referencyjnej, Balcerowicz nadal pozostaje niezadowolony.

      Dość mocno spadły „krótkie” stopy na krajowym rynku w połowie i szczególnie pod koniec miesiąca (po 24-tym). Wahania overnighta w tym okresach to nie nowość, ale w tej skali – rzadkość. 26 września stawka WIBOR dla depozytu tygodniowego był na poziomie 4,76%, a WIBID spadła aż do 4,56%. WIBID dla overnighta spadł tego dnia do poziomu stopy depozytowej NBP, czyli 3,26%. To łączny efekt zbliżającego się terminu rozliczenia rezerwy obowiązkowej i rynku walutowego, gdzie złoty cieszył się sporym zainteresowaniem, szczególnie po decyzji o cięciu stóp w USA. Złoty (waluta referencyjna) wzmocnił się nominalnie w ciągu miesiąca o 2,6%, a w relacji z dolarem aż o prawie 5%. 2,66 za dolara płacono ostatnio w maju 1996 r. Pozostaje tylko współczuć krajowym producentom statków dla zagranicznych armatorów. Na tym rynku główną walutą rozliczeniową jest dolar USA. Niestety po stronie kosztów to głównie rynek krajowy i dostawcy ze strefy euro.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 października 2007 01:51
  • czwartek, 27 września 2007
    • Ceny w sierpniu i opinia RPP o inflacji

      Już drugi miesiąc z rzędu wskaźniki cenowe sprawiają nam miłe niespodzianki. W lipcu i sierpniu miesięczna inflacja wyniosła odpowiednio -0,3% i -0,4%. Ostatnio takie wyniki jak w sierpniu, mieliśmy w 2002 r.  w 2004 r. W pierwszym przypadku to kwestia koniunktury i złotego, a w drugim – głównie skutek zatrzymania wzrostu cen po silnych zwyżkach cen w miesiącach tuż przed- i po- wejściu do UE. Warto do tego dołożyć jeszcze fakt iż w sierpniu ubiegłego roku, inflacja miesięczna była stosunkowo wysoka (0,3%), co dość mocno zaważyło na wyniku rocznej inflacji w sierpniu. A roczna inflacja obniżyła się z 2,3% w lipcu, do 1,5% w sierpniu (!). Ceny żywności spadły w ciągu miesiąca jedynie o 0,7%. Tym razem analityków (przyznam, ze mnie również) zaskoczyły ceny koszyka nieżywnościowego. Zazwyczaj o tej porze roku miesięczna zmiana mieściła się w przedziale od 0,0% do 0,2%. W tym roku zmiana wyniosła -0,3%. To bodaj największa niespodzianka wywołana przez koszyk cen nieżywnościowych. Niemniej większym zaskoczeniem był fakt, iż zmiana wywoła była głównie przez usługi z grup „łączność” oraz „rekreacja i kultura”. Do tego dochodzi „transport”, a dokładniej ceny paliw. Niemniej paliwa przyzwyczaiły nas już do swojej większej lub mniejszej zmienności. W grupie „łączność” przyczyną spadków były usługi telekomunikacyjne (Internet), a w „rekreacji i kulturze” – usługi (niestety ceny wydawnictw nie chcą spadać). Przypuszczam że to koszty wypoczynku spadły m.in. wyniku wzmocnienia złotego. Przyznaje jednak że spadek miesięcznych cen o prawie 6% w ciągu miesiąca to ewenement i złoty nie jest tu pełnym tłumaczeniem. Zwróciłem się do GUS o podanie dokładniejszej informacji w sprawie tego spadku, ale do chwili napisanie niniejszej opinii, nie otrzymałem odpowiedzi. Gdyby nie te dwa zaskakujące spadki, to ceny ogółem (CPI) spadłyby jedynie o 0,1%, a inflacja roczna niemal 2,0%. To rozważanie i tak nie zmienia faktu, iż inflacja uległa stabilizacji w przedziale 2,0% i 2,5%. Przebicie górnej granicy najprawdopodobniej nastąpi bez gwałtownych ruchów i to właśnie jest jeden z powodów dla którego RPP odkłada podwyżkę stóp. Sądzę, że niektórzy jej członkowie wynik inflacji z sierpnia odebrali jako swój sukces. Przyznać należy jednak, iż RPP ma świadomość że wynik 1,5% jest tylko przejściowy.

      W kwestii inflacji w opinii po spotkaniu RPP dominują takie o to refleksje:

      1)      Wzrost płac, pogorszenie wydajności (bardziej niż oczekiwano) oraz rozczarowująca polityka budżetowa źle wpłyną na inflację

      2)      Dobre wyniki firm oraz znaczny wzrost nakładów inwestycyjnych hamują nacisk na podnoszenie cen i spowodują wzrost wydajności w średnim terminie

      3)      Konkurencja międzynarodowa, skuteczna polityka innych banków centralnych oraz prawdopodobne słabnięcie światowej koniunktury przyczynia się do ograniczania presji inflacyjnej na świecie

      4)      Dotychczasowa polityka (wzrost stóp z 4,0% do 4,75%) przyczynia się do obniżenia prawdopodobieństwa przekroczenia wyznaczonego celu inflacyjnego (2,5% +/-1 punkt procentowy)

      Z punktem 1) zgadzam się. Z punktem 2) raczej niechętnie. Wyniki II kw 2007 potwierdzają, że wyniki firm mogą ulegać minimalnemu pogorszeniu (z wysokiego poziomu). W silniejszymi nakładami inwestycyjnymi mamy do czynienia praktycznie dopiero od roku i tworzenie nowych mocy produkcyjnych może nie nadążyć za rosnącym popytem. Z punktem 3) też się zgadzam. Natomiast punkt 4) odbieram jako przejaw nabierania pewności siebie przez tych członków Rady, którzy do tej pory niechętnie zgadzali się na wzrost stóp. Moim zdaniem jeszcze jedna podwyżka w tym roku o 0,25% byłaby konieczna i z dużym prawdopodobieństwem RPP zdecyduje się na nią. Jak sądzę, nie będzie ona miała pełnego poparcia Rady.

      W budownictwie najgorszą falę podwyżek mamy już za sobą. W ciągu miesiąca ceny wzrosły o 0,5% czyli tyle ile rok temu. Wskaźnik roczny więc przestał rosnąć, a nawet obniżył się z 8,9% na 8,8%. Tyle co nic, ale cieszy. Na koniec roku wskaźnik roczny może być w przedziale 8,0%-8,6%, by w kolejnych miesiącach (czyli już w 2008 r.) żwawiej się obniżać.

      W ostatnich 2-3 miesiącach, podobnie jak w przypadku CPI, ceny produkcji sprzedanej przemysłu w ujęciu rocznym były niższe niż w II i III kwartale. W I kw roczny wskaźnik był w przedziale 3,0%-3,5%, by w ostatnich trzech miesiącach przyjmować wartości odpowiednio: 1,7%,  1,4% i 1,7%. Zmiany miesięczne w ostatnich dwóch miesiącach są standardowe jak na tą porę roku, w VII i VIII było to odpowiednio: 0,3% i 0,2%. Już jako ciekawostkę podam, że w sierpniu brawa należą się telekomunikacji. W przypadku przemysłu chodzi o dział wg PKD 32. W sierpniu, w porównaniu z lipcem, ceny tego działu spadły o 4,1%. Dodam, że taki spadek cen w ciągu jednego miesiąca to ogromna rzadkość w przemyśle. Od dwóch miesięcy stoją niewzruszone ceny wyrobów hutniczych. Minimalnie wzrosły ceny producentów wyrobów niemetalicznych (PKD 26; obejmuje producentów wyrobów budowlanych), tylko 0,1%. Od stycznia do lipca miesięczne wzrosty cen zawierały się w przedziale od 1,0% do 2,0%. Dla porównania podam iż w tym samym okresie roku ubiegłego, granice przedziału były następujące: od -0,5% do 0,9%. To wartości skrajne. Faktycznie rozpiętość wyników była znacznie węższa. Świadomie zwracam na ten dział uwagę, ponieważ wszyscy od wielu miesięcy przyglądamy się koniunkturze w budownictwie i w sektorach z nim związanych. Proszę również zwrócić uwagę na zmiany cen w poprzednim i obecnym roku w dziale 26. Rok 2006 potwierdza, że jest to dział mocno konkurencyjny. Zmiany cen sprzedaży (roczna w sierpniu 11,4%) nie należy odbierać jako jej utratę, ale raczej jako skalę zaskoczenia popytem na materiały budowlane od blisko roku. Niemniej najgorsze mamy już za sobą.

      Na zakończenie podsumuję i przypomnę komu w przemyśle zawdzięczamy niski PPI. To głównie dzięki działom elektronicznym, wyrobów precyzyjnych i produkcji środków transportu. Do tego dochodzą producenci paliw, czy generalnie wyrobów petrochemicznych. Te działy zaniżały ogólny wskaźnik cen. Kilka innych na razie jest neutralne. Te działy neutralizowały wzrost cen (ważony udziałem każdego z tych działów w przemyśle) w hutnictwie i przetwórstwie stalowym oraz w przemyśle spożywczym w ostatnich miesiącach.

      Do publikacji załączyłem wykres cen dóbr dla sześciu wybranych działów przemysłu. Dla każdego z nich przyjąłem cenę początkową 100. Za moment wyjściowy przyjąłem III kw 2003, czyli okres kiedy wzrost gospodarczy zaczął dynamiczniej przybierać na sile. Można w ten sposób prześledzić jak zmieniała się wartość dóbr. Zwracam uwagę na producentów sprzętu RTV i telekomunikacyjnego.  Koszyk wyrobów w każdym roku był o kilkanaście procent tańszy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2007 00:09
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Na akcjonariacie pracowniczym silnej gospodarki nie zbudujemy.

      W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” przeczytałem krótki, ale bardzo konkretny artykuł o rzekomym wpływie oligarchów na media. Autor, Jakub Bierzyński szef domu mediowego OmnicomMediaGroup, rozprawia się z teorią z uporem głoszoną w mediach przez premiera. Zwracam uwagę na ten artykuł, bo wskazuje on ile warta jest teoria o oligarchach w mediach i jak łatwo można weryfikować jakość informacji wprowadzanych w kampanii wyborczej w obieg. Autor korzysta z łatwo dostępnych publikacji i źródeł informacji. Niestety jak słusznie Jakub Bierzyński stwierdza:

      „Propaganda …… nie rządzi się analizą rzeczywistości, lecz polega na jej zakłamywaniu.”

      Dziennikarze na bieżąco/zawodowo komentujący puszczane w obieg informacje i opinie, tak właśnie powinni je weryfikować. Jak widać poniżej, „oligarchizację” gospodarki można policzyć, lub co najmniej oszacować. To kwestia chęci. Generalnie, dobry tekst i właściwa ocena na jego końcu.

      A tak już przy okazji.

      W gruncie rzeczy kwestia liczby oligarchów w gospodarce to świetny temat na pracę doktorską. Może ktoś skorzysta. Kraj żeby się rozwijać i konkurować z najpotężniejszymi, musi albo mieć własnych kapitalistów albo ich sprowadzać (inwestycje zagraniczne). Ktoś przecież musi mieć kapitał, chęć jego pomnażania i możliwość poniesienia ewentualnych strat. Mam nadzieję, że premier uświadomi to sobie i przedstawi wyborcom. Na akcjonariacie pracowniczym przecież silnej gospodarki nie zbudujemy.

      Ostatnio o tzw. oligarchach pisałem:

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/09/I-kto-tu-tkwi-w-poprzednim-systemie.html




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 20:10
  • piątek, 21 września 2007
    • Apel do ekonomistów

      Miałbym wielką prośbę do ekonomistów przedstawiających co jakiś czas swoje wizje naprawy państwa: konkrety panowie i panie, konkrety, skoro niektórzy z Was przyjmują pozy wizjonerów i reformatorów. Na swojej stronie staram się czasami zwracać uwagę na jakość dyskusji o problemach społeczno-ekonomicznych, a prowadzonych przez ekonomistów. Również wielokrotnie zwracałem uwagę, że ekonomiści wzniecając reformatorskie oczekiwanie, niezwykle rzadko operują precyzyjnymi liczbami. Potęguje to atmosferę rozczarowania stanem obecnym, ale i oczekiwania na jakiś cud przy potęgowaniu niechęci do Państwa jako instytucji. Najbardziej niepokoi mnie to, że robią to ekonomiści ze środowisk – nazwijmy to – najbardziej postępowych. Dyskusja zamiast robić się bardziej merytoryczna, poziomem ucieka w drugą stronę.

      Wracam do tego tematu, ponieważ w dzisiejszym w „Parkiecie” z 20 IX przeczytałem tekst autorstwa zastępcy dyrektora Biura Analiz Ekonomicznych Banku BPH pod tytułem „Gdzie tkwią podstawy nowoczesnego państwa”. Autor przedstawił diagnozę o źle zorganizowanym państwie i rewolucyjną teorię jego odnowy. Teoria ta opiera się na zasadach funkcjonowania i zarządzania przedsiębiorstwem. Przyznaje, że jest to nowość (nie ukrywam że piszę to z pewną ironią) . W ten sposób nikt jeszcze nie przedstawiał sposobów na naprawę finansów państwa (cokolwiek to w ogóle znaczy). Teoria musiała się spodobać i redakcji gazety, ponieważ przeznaczyła dla autora półtorej strony, co oznacza duży kredyt zaufania.

      Autor stawiając diagnozę o obecnym stanie rzeczy stwierdza, że w globalizującym się świecie musimy mieć nowoczesną gospodarkę, a kluczem do tego jest nowoczesne państwo. Nowoczesne państwo ma oznaczać nowoczesne struktury. Co ciekawe autor sugeruje że mino upływu 17 lat brak nam struktur państwa nowoczesnego, a tak naprawdę struktury mentalnie i realnie tkwią w minionej epoce. Przyznam, że to już argumentacja rodem ze świata polityki. Czy to ma być początek kreowania hasła IV Rzeczpospolitej  w gospodarce? Przez te lata rola państwa (aparaty państwowego) zmieniła się radykalnie. Zmienili się ludzie, ministerstwa i ich rola w gospodarce państwa. Diametralnie zmieniło się ustawodawstwo. Mamy zliberalizowany rynek walutowy i jesteśmy ekonomicznie związani z zupełnie inną częścią świata. Jeżeli autor tego nie zauważył, to nawet przytaczanie tych zmian nic nie zmieni, bo jak widzę wcale nie o rzetelną diagnozę tu chodzi. Nie przeczę, że nie brak anomalii w funkcjonowaniu państwa, ale absolutnie nie przeczy to ogromnym zmianom jakie zaszły.

      Zgadzam się z autorem, że w budowie autostrad jesteśmy na końcu peletonu (potwierdzają to wskaźniki), ale sugerowanie że ich brak oraz generalnie zbyt słabo rozwinięta infrastruktura przyczyniły się do zróżnicowania miedzy Polską A i B to chyba efekt nieznajomości faktów. Powiększanie różnic to nie kwestia dróg czy torów. Co ciekawe, gdyby tak autor porównał nasycenie siatką dróg i torów Polskę z krajami UE byłby mile zaskoczony, kiedy się weźmie pod uwagę skalę różnic ekonomicznych pomiędzy Polską a krajami Europy Zachodniej (sugeruję tu pewnego rodzaju parytet). Siatkę dróg mamy wiec nienajgorszą, ale faktycznie ubogą w autostrady. Niemniej nie rozumiem jaki to ma związek z niedorozwojem Polski B. Jeżeli inwestor X zechce budować tam fabrykę samochodów, to i tak nie będzie tysięcy pojazdów transportował ulicami, a koleją. Ta akurat jest tam dociągnięta. Na problem dysproporcji rozwoju rzutują naturalne prawa ekonomiczne (rozmieszczenie przemysłu, ludzi, najefektywniejszych rynków rolnych itd.) i gwałtowność przemian ekonomicznych jakich doświadczyliśmy w ostatnich kilkunastu latach.

      Nie będę się odnosił do wszystkich argumentów o jakości państwa, bo  na ogół są one na poziomie oceny wspomnianych wyżej struktury państwa i znajomości powodów ekonomicznych dysproporcji regionalnych.

      Autor rozczarowany jest jakością pracowników administracji państwowej i trudnościami w przyciągnięciu najlepszych ludzi. Odpowiedź jest prosta. Jakość jest głównie funkcją wynagrodzeń. A jeżeli autor ma pomysł jak je podnieść powyżej na przykład bankowych, to oczekuje podpowiedzi. Niestety jak przystało na dobrego „reformatora” nie ma słowa na ten temat. No, może sugestia że ograniczenie kosztów funkcjonowania administracji i podniesienie efektywności. Czyli odpowiedź równie „dyżurna”. O źródłach i efektach finansowych ani słowa. Żyję w takim zabawnym kraju, gdzie mnóstwo ekonomistów ma pomysł na reformę, ale absolutnie nie chce podać szczegółów jak to zrobić. W kwestii płac sfery budżetowej zauważyłem, że ekonomiści występujący w mediach są po prostu bezsilni.  Dla sfery skomercjalizowanej to proste – poziom wyznacza rynek. Natomiast dla sfery budżetowej, ekonomiści musieliby wejść w rolę urzędników (waloryzacje, wskaźniki itd.), a na to mało kto ma odwagę.

      Autor kilka razy porusza kwestię skomplikowanego prawa. Staram się śledzić publikacje porównujące nasze rozwiązania prawne i Europy Zachodniej (szczególnie obfity był tu okres pracy jako analityk branżowy) i to co mnie uderzało to brak poczucia by tam żyło się lżej pod tym względem. Obawiam się że tam (w tym „lepszym” świecie) prawo jest stabilniejsze z racji dłuższych tradycji wolnorynkowych. My tymczasem dopasowuje prawo do zmienionego ustroju oraz ponosimy koszty (mowa o błędach) koniecznej szybkości tego procesu. Ponadto paradoks polega na tym, że kapitalizm pod względem prawnym jest bardziej skomplikowany od socjalizmu. Można podać przykłady rynku nieruchomości i Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. Pierwszy był lekceważony i nie miał takiego znaczenia w gospodarce socjalistycznej, a drugie po prostu nie istniały. Teraz musimy to szybko nadrabiać.

      Teraz przejdę już do propozycji autora. „Nowatorskość” polega na przeniesieniu na grunt funkcjonowania państwa metod związanych z zarządzaniem przedsiębiorstwem. Dla dodania powagi autor każde z pojęć podaje w języku angielskim, co chyba ma podnieść siłę argumentów wobec braku ich merytoryczności. Problem jednak w tym, że państwo z mnogością swoich instytucji, to nie przedsiębiorstwo. Trudno znaleźć podmiot o takiej skali działania jak państwo przy równoczesnym pełnieniu szeregu funkcji. W przeciwieństwie do państwa, podmiot zajmuje się wytwarzaniem grupy usług lub towarów, tak długo jak to jest opłacalne. Państwo wypełnia nakazane mu funkcje bez względu na opłacalność w rozumieniu wolnorynkowym. Ponadto przedsiębiorstwo ma jednego (lub grupę) właścicieli, a w państwie najwyższe władze są efektem wolnych wyborów, podobnie jak władza w jednostkach samorządu terytorialnego. Szczególnie zwracam uwagę na ostatnie zdanie, ponieważ w reformatorskim zapędzie ekonomiści zdają się zapominać że mamy w Polsce demokracje, czyli wybieramy do władzy ludzi (bardzo różnych ludzi) by reprezentowali nasze poglądy i potrzeby chociażby – niestety – najgłupsze i nieuzasadnione.

      Na początek autor proponuje zaimplementować planowanie stosowane w nowoczesnych przedsiębiorstwach. Niestety w artykule  nie podano przykładu nowoczesnego przedsiębiorstwa. Nie wiemy wiec czy ono istnieje w realnym życiu, czy tylko na księgarskiej półce. Z własnej praktyki zawodowej wiem, że z tym planowaniem w przedsiębiorstwach (prywatnych!) wcale znowu nie jest tak idealnie.  Zamiast teoretyzować, proponuję przyjrzeć się planowaniu przykładowo w jednostkach samorządu terytorialnego. Uważam że jest to całkiem rozsądnie w Polsce rozwiązane.

      Nie wiem jak autor wyobraża sobie wprowadzenie zarządzania łańcuchem dostaw. Przypominam że państwo to szereg instytucji rozwleczonych po całym kraju. Czy materiały biurowe maja być kupowane w jednym miejscu i rozwożone po kraju? Autor wspomina o efekcie skali w zakupach, ale unika wskazania na jakim szczeblu. Gminy, powiatu, regionu, państwa? Autor sugeruje oszczędności nawet kilkudziesięciu miliardów złotych. Zamiast podać przykłady z życia, autor wywiódł kwotę z rzekomych pozytywnych skutków wdrożenia e-prokurement w przedsiębiorstwach (obniżka kosztów o 10%-40%). Przepraszam, ale za długo znam praktykę życia gospodarczego by uwierzyć w 20% czy 40%. Może to jedynie dotyczyć wybranych pozycji, które są jednymi z bardzo wielu. Ponadto kontrola kosztów jest już stosowana w JST.

      Wg autora zanadto jest rozdrobniona księgowość czy administrowanie kadrami w administracji państwowej. Czy więc urzędnik z Warszawy ma decydować o zatrudnianie w urzędzie gminy Lubliniec? Nie wiem, bo autor kompletnie nie odnosi się do jakichkolwiek realiów. Im dłużej czytałem artykuł, tym coraz trudniej było mi się obronić prze wnioskiem, że autor ma dość słabą wiedzę z funkcjonowania struktur administracji państwowej. Wobec tego nie wiem czy stworzenie „centrów usług wspólnych” ma jakikolwiek związek z życiem. A może autor chciał powiedzieć, że gmin mamy za dużo lub ministerstw? Wtedy możemy podyskutować. Niestety autor jak ognia unika odniesień do realiów życia.

      Uzyskane środki z redukcji kosztów, będą przeznaczone na podwyżki. W ten „prosty” i teoretyczny sposób autor zbilansował przychody i koszty swoich reform.

      Najciekawsza było propozycja obniżenia kosztów obsługi klientów. Należy iść w kierunku zrozumienia ludzi i firm oraz wykorzystywać efektywne metody komunikacji oparte na call center, systemach głosowych i Internecie, sugeruje autor. Ciekawe czy autor wie, że niektóre gminy wprowadzają w życie normy ISO. Wg autora przykładem taniej obsługi są podobno banki. Problem w tym, że banki zainteresowane są tylko takim produktem i tylko takim klientem który przynosi zysk. Administracja państwowa natomiast musi obsługiwać ludzi korzystających z pomocy społecznej i przeprowadzać kosztowne akcje wymiany dowodów osobistych, a urzędnicy skarbowi muszą analizować skomplikowane zeznania podatkowe, m.in. dlatego ze Polacy chcą mnóstwa ulg w podatkach (zalecam lekturę sondaży). Niemniej autor tego nie dostrzega i idąc przykładem banków, twierdzi że dzięki temu usługi są w nich kilka-, kilkanaście razy tańsze. Jakość tego przykładu jest więc sama w sobie oceną merytorycznej strony propozycji autora, których wybrane przykłady podałem. Niestety propozycje pominięte w moim artykule, nie są lepsze.

      Będę z uporem przytaczał tego typu postawy „reformatorskie”, bo pod pozorami naukowości wprowadzają one więcej zamieszania niż wartych do  wprowadzenie w życie propozycji. Informacje o zasadach i kosztach funkcjonowania administracji państwa są łatwo dostępne, więc autor powinien na nich pracować, tym bardziej że postawił odważną tezę o fatalnej kondycji administracji i rzekomo możliwe do osiągnięcia cięcia kosztów idące w dziesiątki miliardów złotych. W dokumentach finansowych gmin są informacje o kosztach ich funkcjonowania (dostępne na stronach internetowych). Można więc było przedstawić ciekawa zestawienie, dajmy na to budżetu miasta Warszawa i kosztów banków które mają siedzibę w stolicy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Apel do ekonomistów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 21:47
  • środa, 19 września 2007
    • Możemy zadłużać się dalej, ale byle rozsądnie

      Kilka dni temu NBP podał najnowsze wyniki podaży pieniądza (na koniec sierpnia). Przy tej okazji ponownie spojrzałem na dokładniejsze dane NBP dotyczące należności i zobowiązań. Te niestety są podane dopiero wg stanu na koniec lipca. Nie czekając na uaktualnienie raz jeszcze wróciłem do analizy zmian w zadłużeniu przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Z dwóch powodów. Na jeden zwracam uwagę już od ubiegłego roku. Przybiera na sile tempo zadłużanie przedsiębiorstw. Drugi – na tle zamieszania na światowych giełdach, warto pokusić się o ocenę naszej sytuacji. W tym przypadku jest mi trochę głupio, ponieważ robię to czego najbardziej nie lubię, czyli biorę udział w powiększaniu zamieszania. Gdy tylko na świecie gruchnęła w końcu wieść o problemach z subprimami, w Polsce przystąpiono do poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak jest u nas. U nas źle nie jest i bardzo daleko nam do problemów jak w USA, ale sam fakt nasilenia dyskusji wprowadza czasami atmosferę nerwowości, szczególnie wśród osób które oceniają skalę problemu po natężeniu dyskusji medialnej, a nie na podstawie faktów.

      Wg danych na koniec sierpnia zadłużenie gospodarstw domowych wzrosło realnie prawie 40% w ciągu 12 m-cy. Pod względem tempa, na początku 2007 r. przekroczyliśmy dynamikę jaką mieliśmy na początku dekady, a teraz przystępujemy do bicia rekordów z połowy lat 90-tych. Te dane to oczywiście tylko ciekawostka, ponieważ jesteśmy społeczeństwem stosunkowo nisko zadłużonym, więc analiza dynamiki zmian nie może stanowić podstawowego kryterium oceny zachowań społeczeństwa. Dlatego by pokazać jak bardzo pragniemy podnieść standard naszego życia przy wspomaganiu kredytowym, nasze zadłużenie przyrównałem do PKB.

      Obecnie roczne tempo wzrostu kredytów na zrealizowanie potrzeb mieszkaniowych przekracza 50%. Dużo, ale i tak nieco słabiej niż przykładowo na początku dekady. Wtedy jednak zadłużenie było wyjątkowo niskie, stąd poważniejsze przyrosty skutkowały wysoką dynamiką. Kredyty mieszkaniowe odpowiadają obecnie za 2/3 przyrostu zadłużenia gospodarstw domowych. Zadłużamy się więc chętnie, ale trudno się dziwić. Zarabiamy coraz lepiej i żyć chcemy coraz lepiej. Na dodatek banki upraszczając procedury i zmniejszając wymagania również przyczyniły się do zdynamizowania rynku w ostatnich latach.

      W latach 2002-2005 udział kredytów na nieruchomości w PKB zwiększał się rocznie o od 0,6% do 0,9%. Natomiast wg stanu na koniec lipca, udział tychże kredytów wzrósł rocznie o prawie 3% w ciągu roku. Czy coś nam grozi z tego powodu, że kredyty tak szybko rosną i czy jest jakieś podobieństwo do sytuacji w USA. Krótka odpowiedź brzmi „nie”, ale w dłuższej wypada dorzucić kilka wyjaśnień i spostrzeżeń. Nie znam niestety poziomu zagrożenia (klasy ryzyka wg NBP) portfela kredytów mieszkaniowych, ale NBP podaje te wartości dla portfela ogółem gospodarstw domowych. W sumie jest dobrze. Na przełomie lat 2002/2003 kredyty zagrożone stanowiły ok. 12% portfela, a obecnie zaledwie 4%. Taka jest mniej więcej skala wahań jakości portfela pomiędzy okresami dobrej i słabej koniunktury w ostatnich 10 latach. Dla uproszczenia przyjmuję, że skala zagrożenia kredytów mieszkaniowych nie odbiega zasadniczo od portfela ogółem. W 2002 mieliśmy spadek PKB przejściowo do 1% przy stopie bezrobocia prawie 20%,  a obecnie PKB powiększa się w tempie ponad  6%. Wątpliwe jest by w najbliższym czasie PKB drastycznie zwolnił (np. do 0% czy 1%), chociaż teoretycznie nie można tego wykluczyć w dłuższej perspektywie. W przypadku bezrobocia, 20% jakie zaliczaliśmy kilka lat temu, uważam raczej za polską specyfikę okresu przekształceń niż stałą cechę krajowej gospodarki. Nie spodziewam się również żadnych nieszczęść na krajowym rynku nieruchomości. Rynek mieszkań mamy mocno nienasycony przy normalniejącej sytuacji ekonomicznej ludności. W pierwszym przypadku mam na myśli oczekiwania społeczne, a w drugim – coraz większą liczbę gospodarstw domowych zdolnych do zaciągnięcia i obsługi kredytu. Nie wyklucza to oczywiście małych wahań cen w większych ośrodkach miejskich, gdzie już obecnie ceny osiągnęły tymczasowy kresy dynamicznych wzrostów.  Finansowanie kredytów hipotecznych nie jest w Polsce tak oderwane od źródeł finansowania (u nas głównie depozyty w bankach) jak w USA. Na szczęście krajowe organy nadzorcze dostrzegają ryzyko i starają się zapobiec udzielaniu kredytów najsłabszym ekonomicznie gospodarstwom domowym. I na koniec. Zadłużenie z tytułu kredytów na cele mieszkaniowe stanowi w Polsce dopiero 10%, a nie 40% do 80% jak w niektórych krajach Europy Zachodniej(a bywa i wyraźnie więcej).

      Widzę oczywiście i pewne wady. Trzeba pamiętać, że służby ryzyka w bankach nie mają doświadczeń w zarządzaniu ryzykiem kredytów hipotecznych na masową skalę w zróżnicowanych warunkach makroekonomicznych (wahania koniunktury gospodarczej i  rynku nieruchomości). Ten rynek dopiero się w Polsce rodzi. Konkurencja doprowadziła banki do udzielania kredytów nawet na 45 i 50 lat, przy tolerowaniu braku środków własnych nawet na wyposażenie mieszkania/domu i przy niewystarczających środkach na bieżące funkcjonowanie rodziny. Niestety nie brakuje głosów ekonomistów czy analityków, którzy lekceważą to ryzyko (np. w lipcu w „Parkiecie” jeden z doradców z BOŚ niemal wykpił sugestie MF i NBP o zaostrzeniu kryteriów przyznawania kredytów,  samemu nie proponując nic poza wolnym rynkiem).

       A teraz o kredytach dla podmiotów gospodarczych. Po kwartałach tłustych w gotówkę w wyniku dobrej koniunktury, przedsiębiorstwa by dalej się rozwijać muszą sięgać po kredyty bankowe. Z perspektywy dynamiki, zaangażowanie kredytowe zaczęło wyraźnie przyspieszać w II poł. 2006 r. Obecnie podmioty zadłużają się już w tempie przekraczającym dynamikę przychodów. Spadło tempo zadłużenia inwestycyjnego. Uważam iż jest to przejściowe zjawisko. Niestety, w celu pełniejszego wytłumaczenia muszę poczekać na wyniki finansowe przedsiębiorstw za III kw. W opisie wyników przedsiębiorstw za II kw zwracałem uwagę na wyjątkowo duży wzrost zapasów. Jeżeli wyniki z czerwca i lipca uznać za dobrze wskazujące trend, to w III kw albo ponownie silnie wzrosną aktywa obrotowe, albo dostawcy (zobowiązania handlowe) nie mają już ochoty (bądź możliwości) w takim samym tempie godzić się na finansowanie znacznego wzrostu zapasów. Od początku dekady do początku 2004 r. udział kredytów w PKB spadał powoli z 16% do 15%. Do początku 2006 zadłużenie spadło aż do 13%.  W ciągu roku wzrosło do 13,7%, by na koniec sierpnia bieżącego roku dojść do 15%. Teraz jesteśmy dopiero na poziomie z okresu dość słabego dla polskiej gospodarki (lata 2001 i 2002). Tak więc obecny wzrost kredytów to powrót do normalności, ale i bardziej wytężonej pracy bankowców.

      Już na zakończenie parę słów o wzroście depozytów w sierpniu. Depozyty gospodarstw domowych wzrosły aż o 2,3% w ciągu miesiąca. W ostatnich trzech latach, o tej porze  roku depozyty rosły o ok. 0,5% (maks. 0,9% w 2006 r.). Gdyby nawet za normę dla sierpnia przyjąć 0,9% miesięcznego wzrostu, to „ponadnormatywnie” depozyty urosły o 3,3 mld pln. Tu są więc te pieniądze, które Polacy nie ulokowali w sierpniu w TFI czekając na wyjaśnienie sytuacji na giełdach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2007 21:26
  • poniedziałek, 17 września 2007
    • Boimy się spadków na giełdzie czy nie?

      A jednak klienci TFI trochę wystraszyli tego co dzieje się na giełdzie krajowej i giełdach zagranicznych. Zaczynam od tej refleksji, bo co najmniej od kilku miesięcy Polacy inwestujący za pośrednictwem TFI lekceważyli ostrzeżenia analityków. Można wręcz było dostrzec odwrotną reakcję. Im ostrzeżenia przed korektą na światowych giełdach i krajowej się nasilały, tym bardziej Polacy inwestowali w akcje. Oczywiście struktura inwestycji w TFI nie jest najlepszym miernikiem naszych preferencji. Należy pamiętać, że w TFI inwestuje ok. 2,5 mln Polaków. Pozostali , którzy posiadają nadwyżki finansowe, lokują je głównie w bankach. W sierpniu ubiegłego roku „ryzykowne” fundusze (akcyjne, mieszane i niestandardowe) stanowiły w strukturze TFI niemal 49%. Rok później, czyli w sierpniu tego roku udział tego typu funduszy przekraczał 67% (w VII 2007 było maksimum, czyli 68,5%). W tym czasie udział funduszy bezpiecznych w strukturze spadł z 24,6% do 12,6%. W ciągu roku do funduszy trafiło (szacowane saldo wpłat i umorzeń) trafiło niemal 40 mld pln. Z tego prawie 80% trafiło do funduszy akcyjnych lub mieszanych. Zaznaczam, że znaczna część wpłat (w tym do funduszy akcyjnych) przypadała na rok obecny. Warto przypomnieć, że do pierwszych dni lipca wartość wpływów do TFI przekroczyła wpływy za cały poprzedni rok, czyli prawie 26 mld pln. W czerwcu i w lipcu wpływy do funduszy (przypominam: saldo wpłat i umorzeń) przekraczały 5 mld pln w każdym z wymienianych miesięcy.

      Korekta na krajowej giełdzie trwająca od końca I dekady lipca do połowy sierpnia i medialna dyskusja wokół niej (łącznie z komunikatami w głównych wydaniach wiadomości) musiała na inwestorach zrobić wrażenie. W ciągu miesiąca ponieśli stratę, bądź nic nie zyskali, ci którzy inwestowali w akcje od II połowy marca. Pomijam już przy tym koszt prowizji. Wtedy zasięg czasowy można przenieść nawet do początku roku. To musiało mieć jakiś wpływ na zachowanie inwestorów. Ciekaw byłem tylko jaki. W II połowie sierpnia WIG odrobił niemal połowę straty, by ponownie zachwiać się na początku września. Ale skoro omawiam zachowanie inwestorów za VII i VIII, to zdarzenia z końca sierpnia i z września, są bez znaczenia dla prowadzonej analizy.

      Radykalne obniżenie napływu nowych środków w sierpniu i przemieszczenia pomiędzy typami funduszy, wskazują że inwestorzy mają dość przyzwoity refleks. Saldo wpłat i umorzeń w sierpniu wyniosło zaledwie 0,35 mld pln. Przyznam pokornie, że obawiałem się większej wartości, czyli wolniejszej reakcji inwestorów. Ciekawy jestem, co odegrało większą rolę: świetna obserwacja wydarzeń giełdowych czy szybka reakcja pośredników, którzy przekazali informację pracownikom sieci sprzedaży by znacznie ostrożniej oferowali fundusze akcyjne? Kiedy jednak przyjrzeć się zmianom w strukturze funduszy i ich skali, to mój podziw dla szybkości i skali reakcji znacznie słabnie.

      Generalnie wartość aktywów w sierpniu w portfelach TFI spadła zaledwie o 2,5%, po wzroście o 1,5% w lipcu. Przypomnę tylko, że w ostatnich dwóch miesiącach WIG (wg wartości na koniec miesięcy kalendarzowych) spadł odpowiednio o 3,6% i 4,7%. Wartość polskich funduszy akcyjnych spadła w ciągu miesiąca o 6,1% (w lipcu wzrosła o 3,4%). Z tychże funduszy wypłaty sięgnęły 0,5 mld pln. Tak więc w prawie 80% spadek wartości funduszy akcyjnych spowodowanych był jedynie spadkiem cen akcji. Dość podobnie działo się w funduszach mieszanych. Tu jednak wypłaty środków stanowiły ok. 27% miesięcznej utraty wartości funduszy z tej rodziny. Ciekawostką są natomiast fundusze zagraniczne akcyjne. Saldo wpłat i umorzeń sięgnęło 0,5 mld pln. W czerwcu i lipcu saldo sięgało wartości po 1 mld pln. A wszystko to dzieję się w sytuacji kiedy na zagranicznych rynkach też nie jest wesoło, a złoty nie zdradza ochoty do trwałego osłabienia. Dodatkowo wyniki funduszy zagranicznych trudno określić jako rewelacyjne. Wręcz przeciwnie. Wzrost wartości akcyjnych funduszy zagranicznych to głównie efekt stale poszerzanej oferty przez TFI. Obecnie brak w ofercie TFI akcyjnego funduszu zagranicznego, albo funduszu który deklaruje przynajmniej częściowe inwestowanie w akcje zagraniczne, to poważny dyshonor. Już nawet fundusze środkowoeuropejskie przestają być nowością.

      Rosnące ryzyko na giełdach oraz doświadczone spadki spowodowały przełamanie niechęci do funduszy bezpiecznych. Odwrócenie sympatii miało już miejsce w lipcu. Jeszcze w maju i czerwcu „uchodziło” z tych funduszy po kilkaset milionów pln. W sierpniu ruch środków był już dokładnie odwrotny. Obok zagranicznych funduszy akcyjnych, bezpieczne fundusze to niemal jedyne które odnotowały wzrost (oprócz dolarowych). Wartość łączna funduszy bezpiecznych w ciągu miesiąca wzrosła o ponad 7%.  Same tylko fundusze pieniężne i gotówkowe wzrosły o 12% (w lipcu wzrost o 2,7%). Wartość krajowych funduszy papierów wartościowych wzrosła dopiero w lipcu (o 4,7%). Ruchy te świadczą o tym, że jako pierwsi bezpieczniejsze pozycje zajmują głównie duzi inwestorzy oraz że racjonalnie wybierają typ funduszy. Specyfika portfeli tych dwóch typów funduszy bezpiecznych nieco się różni. Fundusze rynku pieniężnego skupiają się na krótkich papierach wartościowych i lokatach bankowych (też krótkich). To pozwala na lepszą obronę przed aktualnym wzrostem stóp procentowych w Polsce. Skład portfeli funduszy obligacyjnych (zestawienie obligacji o stałej i zmiennej stopie procentowej) powoduje, że nie są one najlepszym instrumentem w obecnej sytuacji, czyli ryzyka dalszych spadków na giełdzie i dalszego wzrostu stóp. Szczerze mówiąc będą one w większości przegrywać w najbliższym czasie nawet z lokatami bankowymi.

      Przed przystąpieniem do pisania tego tekstu, kusiło mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytanie jak ocenić opisane wyżej ruchy obronne krajowych inwestorów. Obecne zachowania inwestorów można w gruncie rzeczy porównać tylko do sytuacji z połowy ubiegłego roku bądź spadkach po tzw. bańce internetowej. Biorąc to pod uwagę oraz fakt, iż zaliczyliśmy w ciągu miesiąca (przełom lipca i sierpnia) spadek WIGu o ok. 15%. przy pogarszającej się atmosferze na zagranicznych rynkach, to dotychczasowa reakcja rynku (zmiana wartości aktywów i zmiana w strukturze typów funduszy) jest raczej powolna. Sądzę że jesteśmy w trakcie przeglądu polityki inwestycyjnej Polaków i obserwacji co będzie dalej. Podejrzewam, że kierunek i tempo zmian (w strukturze) powinno być kontynuowane we wrześniu i październiku. Niemniej zmiany jakie obserwowaliśmy w sierpniu w funduszach wskazują, że najwięksi inwestorzy są gotowi do szybkiej zmiany strategii.

      Ciekawostką jest brak zainteresowania funduszami niestandardowymi, chociaż to one powinny się cieszyć największym zainteresowaniem. A można tam znaleźć fundusze deklarujące iż dzięki szerokim możliwościom inwestycyjnym (operacje hedgingowe, rynki towarowe, rynki walutowe itd.) są w stanie osiągać dobre wyniki nawet przy spadkach giełdowych. Jak na razie mało tam ciekawych osiągnięć. Potwierdza to jedynie fakt iż zmiany na rynkach były jednokierunkowe i wszyscy koncentrowali się na akcjach bądź innych rynkach gdzie zarabianie nie stwarzało poważniejszych problemów.

      W powyższej analizie korzystałem m.in. z danych udostępniony przez Analizy Online.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 września 2007 01:19
  • czwartek, 13 września 2007
    • Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2008

      W założeniach do budżetu na 2008 r. Ministerstwo Finansów (MF) ocenia bieżącą sytuację makroekonomiczną i przedstawia projekcje do 2010 r. Analiza i projekcja PKB zmusiła autorów założeń do przedstawienia opinii dotyczącej luki popytowej. Zwracam na to uwagę, bo akurat ten problem skupia obecnie uwagę ekonomistów. Nawet jeżeli w wielu komentarzach i prognozach nie pojawia się słowo „luka”, to i tak poszukiwana jest odpowiedź na pytanie czy aby niektóre kategorie makroekonomiczne nie rosną nazbyt szybko. W tle pojawia się po prostu poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak zachowają się wskaźniki cenowe w najbliższych kwartałach. Według MF tempie PKB 5,5% w 2008 r. szacowana jest średnio na 0,5%. To tłumaczy, dlaczego w prognozach inflacji MF nie zakłada poważniejszych napięć cenowych. Szacowanie luki popytowej nie jest łatwe, stąd też nawet wyliczenia dla Polski dokonywane przez ekonomistów nie dają dokładnie tych samych rezultatów. Niemniej wartość podana w prognozie MF odpowiada co najwyżej połowie lub tylko 1/3 wartości skrajnych, jakie luka przyjmowała w swoich maksimach czy minimach w II połowie lat 90-tych (szczyt w 1998) i w 2000 r. Fakt występowania luki nie oznacza automatycznego przełożenia na zmiany inflacji, chociaż z całą pewnością związek taki istnieje. Porównanie z najbardziej skrajnymi prognozami dotyczącymi popytu w przyszłym roku wskazuje, że w każdej z głównych grup popytowych wzrost po prostu będzie nieco słabszy wg MF. Wydaje się iż w opinii MF problem luki jest niewielki i w okresie prognozy luka nie  będzie się powiększała, czy też cechowała się taką bezwładnością jak w dwóch poprzednich przypadkach. Biorąc pod uwagę dwa poprzednie przypadki powstawania luki w Polsce, wątpię by dojście do wartości skrajnych było wysoce prawdopodobne. Zakładam przy tym racjonalność działań kolejnych rządów i RPP. Niestety co do pierwszej instytucji mogę się mylić poważnie, a w drugim przypadku – trochę.

      MF prognozuje średnią roczną stopę referencyjną 4,4% w 2007 r. i 5,2% w 2008 r. ( dla 2009 i 2010 prognozuje się 5,3%). Prognoza dla tego roku wskazuje, iż wg MF zakończyła się już seria podwyżek stóp. Wg analityków, należy się spodziewać jednego lub maksymalnie dwóch wzrostów po 25 pkt. w bieżącym roku. Ja optowałbym za tylko jednym podniesieniem stóp o 25 pkt. i przejściowym wstrzymaniu się z podwyżkami do uzyskania informacji potwierdzających dalszy wzrost zagrożenia lub rozpoczęcia procesu poważniejszego osłabienia się złotego, co na razie jest mało prawdopodobne. Prognoza na przyszły rok zawiera osiągnięcie maksymalnie 5,5% na koniec roku, czyli wartości zbliżonej do średnich przewidywań po korektach z początku wakacji wśród ekonomistów bankowych. Prognoza realnej stopy wskazuje, że MF widzi konieczność utrzymywania tejże stopy na poziomie zbliżonym do neutralnego dla Polski (no...., może nieco poniżej średniej szacunków stopy neutralnej dla Polski).

      Prognoza złotego zakłada wzmocnienie realne złotego w 2008 o prawie 5% i blisko 3% w kolejnych latach. Widać więc, że to złoty m.in. będzie pomagał trzymać inflację w ryzach w przyszłym roku. W kolejnych latach gospodarka takiego wsparcia już nie dostanie. W latach 2009 i 2010 złoty wzmacnia się już tylko praktycznie o wartość zmiany cen.

      Pewną ciekawostką są wynagrodzenia. W przyszłym roku ich wzrost realny wyniesie 3,6% w gospodarce, a w kolejnych latach odpowiednio 4,2% i 4,4%. Zakłada się więc wcale nie taki mały znowu wzrost płac w najbliższych latach z minimalna tendencją rosnącą. Wg prognozy nie będzie to powodowało napięć popytowych, bo mniej więcej odpowiada to wzrostowi wydajności.

      W gruncie rzeczy założenia makroekonomiczne mieszczą się w granicach rzetelnych prognoz. Spadek bezrobocia faktycznie może taki być, jaki jest w prognozach czyli 7,5% w 2010 r. Oceniam jako rzetelne, prognozy dynamiki importu i eksportu oraz deficytu obrotów bieżących. Prognoza złotego na jej tle może budzić dyskusje, ale z punktu widzenia rozkładu prawdopodobieństwa zmian złotego (rozkład relatywnie „płaski”), punktowe wskazanie kursu (tzn. jedna wartość a nie pasmo) wydaje się właściwe. Jedynie dla Polaków którzy swoje aktywa czy pasywa mają w walutach, prognoza deficytu powinna przypominać o zwiększającym się ryzyku kursowym.

      Na plus dla MF można zaliczyć prognozę PKB na przyszły rok. Na najbliższe dwa lata jest ona o kilka dziesiątych mniejsza od prognoz rynkowych i o ok. 1% mniejsza od najnowszych prognoz Komisji Europejskiej dla Polski. Niemniej wolałbym żeby prace w Sejmie odbywały się przy ostrożniejszych prognozach, powiedzmy nawet na poziomie 4% dla lat 2009 r. i 2010.  Takie założenie utrudniłoby kolejnym rządom i posłom łatwe rozdawanie pieniędzy. Wydaje mi się również, że kwestia luki popytowej jest trochę niedoceniania. Nie chodzi mi to o czarnowidztwo, ale dobrze pojęte szacowanie ryzyka zmian koniunktury. Głosowania na ostatnim posiedzeniu Sejmu wskazują, że jak tylko wszyscy poczują i przyzwyczają się do znacznych wpływów budżetowych, zapominają o ryzyku. Tak po prostu wydano wbrew założeniom MF kilka miliardów pln (może to być nawet 1/6 tzw. kotwicy, czyli deficytu budżetowego). W swojej krótkiej historii wolnego rynku mieliśmy już okresy, kiedy w budżecie były poważne braki i wydaje się, że te lekcje pokory zostały trochę zapomniane.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2008”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 września 2007 21:56
  • wtorek, 11 września 2007
    • Kupujcie obligacje!

      Po podniesieniu stóp procentowych przez RPP, proponuję spojrzeć jak na to zareagowały banki oraz Ministerstwo Finansów. W przypadku banków ocena jest trochę utrudniona, ponieważ zmieniona została metodologia podawania stóp oferowanych przez banki. Dla lat 2004-2007 stopy depozytów bankowych dotyczą umów nowych. Metodologia obowiązująca do tego czasu oraz przejściowo dla 2004 r. nie pozwala na zachowanie pełnej porównywalności z rokiem 2003 r. Zmianę metodologii wprowadzono około rok temu i porównywalność zostałaby utracona na chwilę zmiany. NBP odtworzył historycznie dane wg nowej metodologii do lat 2004 i 2005 włącznie w zależności od typu prezentowanej statystyki (jak ja nie lubię „zmian metodologii” !!). W związku z tym postanowiłem przesunąć wstecz moment zestawienia szeregów czasowych wg różnych metodologii. Zmiana następuje na przełomie lat 2003 i 2004, co widać szczególnie w przypadku oprocentowania depozytów dla lokat 3 miesięcznych. Zmienność rentowności dla depozytów 12 miesięcznych najprawdopodobniej wynika ze braku jednolitości próby badawczej, indywidualnego negocjowania w niektórych przypadkach oraz zasad wyliczania oprocentowania efektywnego. W związku z tym analiza zmian oprocentowania dla lokat 12 miesięcznych jest nieco utrudniona.

      Banki zmieniają stopy depozytów w zależności od zmian stóp dokonywanych przez RPP oraz zmian rynkowych. Generalnie banki niechętnie i z opóźnieniem podnoszą stopy depozytów w przypadku wzrostu stóp na rynku (lub przez RPP) i chętniej obniżają kiedy z dużym prawdopodobieństwem wiadomo że rozpoczyna się seria obniżek stóp. Niemniej od początku 2006 r. zwiększająca się akcja kredytowa i silna konkurencja giełdy i TFI zmusiła banki do zmniejszania równicy pomiędzy stopami depozytów a przykładowo stopą referencyjną ustalaną przez RPP. Warto zwrócić uwagę, że od chwili rozpoczęcia serii podwyżek, banki musiały przyspieszyć zmniejszanie różnicy, częściowo z powodu wzrostu ceny depozytów 3 miesięcznych na rynku międzybankowym. Mamy więc dobry okres dla osób które z racji wielkości depozytu mogą negocjować stawki. Proponowałbym jednak inwestować wolne środki na dłuższe okresy (rok i dłużej) raczej w obligacjach trzyletnich, czy czteroletnich. Zakładanie obecnie lokat dłuższych o stałym oprocentowaniu w bankach to raczej chybiony pomysł. Reakcja klientów jest adekwatna do propozycji. Wprawdzie wyniki podaży pieniądza wskazują na wzrost dynamiki oszczędności w bankach na początku roku, ale był on przejściowy i raczej był skutkiem efektu bazy. W ostatnich miesiącach roczna realna dynamika to zaledwie kilka procent, co oczywiście cieszy biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń, czy ogólnego funduszu płac. Jest to więc bardziej efekt oszczędzania z powodu pojawiającej się nadwyżki w gospodarstwach domowych niż atrakcyjności lokat. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że dla osób o słabszej wiedzy ekonomicznej i przy wciąż jeszcze niskich oszczędnościach, bank jest najlepszym miejscem do lokowania pojawiających się nadwyżek finansowych.

      Agresywniejsze w pozyskiwania naszej sympatii, z dwóch omawianych form oszczędzania, jest Ministerstwo Finansów. Niestety nie przekłada się to na wyniki sprzedaży obligacji detalicznych. Po pierwszych siedmiu miesiącach roku sprzedaż obligacji spadła niemal o połowę w porównaniu z okresem I – VII 2006 r. To głównie skutek spadku sprzedaży obligacji dwuletnich aż o 57%. I trudno się dziwić, bo mówimy o obligacjach dwuletnich o stałym oprocentowaniu. Wzrost rentowności w tempie zmian dokonywanych przez RPP i rynku, nie może pomóc przy obecnej prognozie stóp. Mnie najbardziej rozczarowuje sprzedaż trzylatek opartych na 6 miesięcznym WIBORZE (x 0,93). Sprzedaż w okresie od stycznia do lipca spadła o 20%, głównie przez słaby wynik z pierwszej serii emitowanej w tym roku. Inwestorzy są tak zachwyceni wynikami TFI i giełdą, że zupełnie lekceważą dobre obligacje o zmiennym oprocentowaniu, czyli idealny bezpieczny instrument na obecne czasy. Obligacyjne TFI co najmniej w pierwszych kilku kwartałach nie są dla obligacji trzyletnich konkurencją. Nie wykluczam,  że dopiero korekta na giełdzie w okresie wakacji, spowoduje przypomnienie sobie o trzylatkach z serii sierpniowej lub listopadowej. Niestety nie znam bieżących wyników sprzedaży serii sierpniowej. Jedynie sprzedaż 10 latek uległa poprawie. W ubiegłym roku było to 35 mln nominalnie, a w obecnym (po siedmiu miesiącach) aż 116 mln pln. Sukces tych obligacji może wynikać z ich przeznaczenia (jako forma lokaty w ramach  Indywidualnych Kont Emerytalnych) oraz bardzo atrakcyjnego pierwszego (wykres) i kolejnych kuponów. O blisko połowę spadła również sprzedaż czterolatek. Z punktu widzenia rentowności, to instrument porównywalny, o ile nie nieco wydajniejszy (to zależy od prognozy inflacji i realnej stopy procentowej). Pozostaje wierzyć, że Polacy wkrótce docenią te instrumenty, bo jak na razie poziom sprzedaży nie wystawia nam najlepszej oceny, jeśli chodzi o umiejętność lokowania pieniędzy w okresie wzrostu stóp rynkowych i wzrastającego ryzyka giełdowego.

      O obligacjach detalicznych pisałem w maju, polecam:

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Obligacje-detaliczne-cz1.html

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Obligacje-detaliczne-cz2-ost.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2007 23:51
  • niedziela, 09 września 2007
    • Wybrane wydarzenia z rynku TFI z VII i VIII


      Na początku wakacji podano szacunkową liczbę klientów TFI. Jeżeli brać pod uwagę również osoby które kontakt z TFI mają poprzez programy emerytalne, to jest to liczba rzędu 2,8 mln osób. 19 największych ankietowanych TFI, podało łączną liczbę inwestorów na ok. 2,5 mln osób. Dane zebrano wg stanu na koniec I kw, czyli od tego czasu liczba klientów TFI mogła nieznacznie wzrosnąć. Średni stan rachunku klientów TFI, to ok. 46 tys. pln.

      ING na początku lipca rozpoczął sprzedaż jednostek dwóch funduszy otwartych. Pierwszy daje możliwość inwestowania na rynku rosyjskim i wyceniany będzie w EUR. Drugi daje możliwość inwestowania na rynku akcji Chin i Indii, a wyceniany będzie w USD. Organizator funduszy nie ukrywa ich agresywnego charakteru. Formalnie ich ekspozycja na rynku akcji może sięgnąć 100%, ale za pozyskane środki kupowane będą jednostki uznanych funduszy, które inwestują już na rynkach azjatyckich i rosyjskim. Deklarowany średnia struktura funduszu, to 90% w funduszach tzw. akcyjnych, a 10% w papiery dłużne denominowane w USD oraz odpowiednio (fundusz rosyjski) w euro. Obydwa fundusze powstały z przekształcenia zagranicznych funduszy dolarowych i euro.

      Warto pamiętać o opłatach przy funduszach tzw. agresywnych, bo nie są one małe. TFI pobiera 4%, a opłata dystrybucyjna sięga 5%. Pierwszy zakup wymaga min. 50 USD, a każdy kolejny 10 USD i odpowiednio w euro.  Są to więc fundusze dostępne – jak na rynek TFI – na każdą kieszeń. Przypominam wszystkim o ryzyku związanym ze wzmocnieniem złotego, które przyczyniało się do obniżenia atrakcyjności funduszy dolarowych i w euro.

      Komisja Nadzoru Finansowego dała zgodę na powstanie kolejnego TFI. Obecnie (kiedy piszę ten artykuł) TFI jest już 29. Mowa o MCI Capital Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. Jest to więc kolejny pomysł MCI na rozwój finansowej działalności. Komisja udzieliła TFI również zezwolenia na stworzenie funduszu zamkniętego, który jest funduszem private equity w skład którego wejdą dwa subfundusze. W gruncie rzeczy jest to więc przyjęcie nowej formuły działalności dla działalności inwestycyjnej dotychczas prowadzonej. Takie fundusze pojawiły się już w tym roku (Secus’a) i pozwalają pozyskiwać dla przeprowadzanych projektów, środków pozyskanych z emisji certyfikatów. Inwestycje funduszu, będą wykraczały poza granice Polski (Europa Środkowa). Funduszowi MCI marzy się pozyskanie w ten sposób nawet 1 mld pln do 2010 r. To dość dużo. Polecam przyglądanie się takim funduszom, bo na naszych oczach rozwija się rynek private equity, czyli pozyskiwanie środków na finansowanie rozwoju obiecujących (rozwojowych) firm.

      Eksperci z Union Investment TFI na początku lipca prognozowali wzrost WIG w 2007 r, na 40%. Wprawdzie to prognoza sprzed korekty, ale pracownicy UI TFI braki pod uwagę przejściową prognozę pod uwagę. Założyli, że rynek wykorzysta ją do zakupów. Ja piszę tekst po dwóch miesiącach od prognozy i po korekcie (ale czy to już koniec?), niemniej ta prognoza ma szansę realizacji. Uważam tą prognozę jako mieszczącą się w górnym przedziale prawdopodobieństwa i po warunkiem, że obecna korekta rynkowa nie przerodzi się w defetyzm po kolejnych informacjach z rynku amerykańskiego.

      Legg Mason TFI pochwaliło się wynikami. Na koniec czerwca Legg Mason pozyskał łącznie minimalnie ponad 5 mld pln. Muszę przyznać, że od marca tego roku wartość portfela LM TFI rośnie niezwykle dynamicznie. Od marca do maja LG zwiększał wartość portfela o 2%-4% procent szybciej od rynku, ale w czerwcu wzrost miesięczny wyniósł aż 18% wobec 5,2% dla całego rynku. Nawet w dość trudnym lipcu dynamika wzrostu portfela była nieco większa od rynku. W sporej części LG sukces zawdzięcza Zrównoważonemu Środkowoeuropejskiemu FIO (40%-60% w akcje; reszta w papiery dłużne). Warto jednak zwrócić uwagę, że to reakcja na rynek który od dłuższego czasu wprowadza fundusze o takim profilu i obszarze działalności. Tak więc LG nie są może prekursorem, ale to dobry przykład jak szybka reakcja na konkurencję i dobra promocja, potrafią przynieść powodzenie.

      Kolejny fundusz – Union Investment – wprowadził tzw. parasol. „Parasol” objął 10z jedenastu funduszy. Obecnie większość z dużych i średnich funduszy proponuje fundusz parasolowy. Można nawet powiedzieć, że UI był nawet lekko spóźniony, co mogło być powodem powolnej utraty pozycji na rynku w ostatnich miesiącach.

      Od początku roku rynek wzbogacił się aż o 50 nowych funduszy i subfunduszy w porównaniu z końcem 2006 r., co oznacza przekroczenie progu 300. TFI jest obecnie 29, czyli o trzy więcej niż na koniec 2006 r. Już samo zestawienie wskazuje, jak dynamicznie rozwija się oferta funduszy. Warto zwrócić uwagę, że najdynamiczniej rozwijały się fundusze o niezdefiniowanej strategii (szeroki zakres inwestycji i duże ryzyko oraz fundusze specjalistyczne np. pozyskujące środki na projekty typu private equity) oraz fundusze akcyjne lokujące poza granicami Polski.

      TFI Idea ogłosiła swoje plany. W tym roku aktywa mają wzrosnąć do 700 mln pln, z 375 mln na koniec lipca. Obecnie portfel Idei to pięć dość standardowych funduszy. Oferta w swoim zestawie już trochę archaiczna i ograniczona do rynku krajowego. Od roku TFI utrzymuje skromny udział w rynku, czyli 0,27%. Przy braku intrygującej oferty, sieci sprzedaży skupionej na internecie i telefonie oraz poważniejszych nakładach na reklamę, trudno walczyć o większy udział. Jednym z motorów wzrostu ma być fundusz działający na rynkach towarowych, a drugi – Globalny – skupi się inwestycjach na rynkach akcji na rynkach zagranicznych. Można powiedzieć tak: pierwsza propozycja to może być ciekawostka, a druga – próba dorównania do oferty konkurencji. Towarzystwo chce też utworzyć fundusz wierzytelności (jest już zgoda KNF) i fundusz hedgingowy. Na koniec roku planowane jest wystąpienie o zgodę na stworzenie funduszu parasolowego. Działania TFI są chyba trochę spóźnione, co nie oznacza że nie nieskuteczne. Można życzyć tylko powodzenia i to szczególnie na rynku (giełda), który świadomy jest zagrożeń i kresy dynamiki wzrostu. Niestety TFI jest małe, co jest pewnym ograniczeniem (dystrybucja, nakłady na reklamę), ale jeżeli fundusze osiągną ponad przeciętne wyniki, to udział rynkowy TFI wzrośnie.

      MBank pochwalił się swoim udziałem w rynku pośrednictwa TFI. Na koniec czerwca wartość aktywów TFI na kontach mBanku sięgnęła 8,8 mld pln, co oznacza wzrost o 28% w porównaniu z końcem 2006 r. To tylko 6% rynku, a wzrost na poziomie wzrostu WIGu w tym okresie. Biorąc pod uwagę sieci dystrybucji wszystkich TFI, to 6% być może nie jest złym wynikiem. Na razie, solidne wzrostu na giełdzie nie zmuszały inwestorów do poszukiwania oszczędności w kosztach, ale a najbliższych kwartałach może to ulec zmianie.

      Analizy Online Sp. z o.o. zamieściła na swojej stornie internetowej analizę kosztów ponoszonych przez inwestorów i zmiany w ciągu ostatnich czterech lat. Przypomnę, że podstawowe koszty to opata manipulacyjna (dystrybucyjna) i opłata za zarządzanie. Pierwsza na ogół płatna przy zakupie, druga – ujęta w codziennej wycenie jednostek. Warto zwracać uwagę na opłaty, bo przy funduszach akcyjnych, czy tzw. alternatywnych łączne opłaty sięgają średnio 8%. Bywa niestety, że koszt znacznie odbiega od średniej i to w obydwie strony. Ponadto należy zwracać uwagę na konstrukcję kosztów. W przypadku funduszy akcyjnych sama tylko opłata za zarządzanie potrafi przekroczyć 7%. Bywa czasami i tak, że opłata rośnie wraz ze wzrostem jednostki powyżej ustalonej granicy. Analitycy firmy Analizy Online przypomnieli metodologii mierzenia opłat za zarządzanie przedstawianej jako Total Expense Ratio. To dokładniejsza metodologia niż to co znamy pod pojęciem opłat za zarządzanie. Po szczegółu odsyłam, do raportu z 23 lipca tego roku, bo chciałem się skupić na zmianach historycznych opłat. Podam jedynie, że różnice są niewielkie. Ocena zmian opłat nie napawa optymizmem. Jedynie w przypadku funduszy pieniężnych, tracących udział, można się dopatrzyć spadku opłaty. Z 1,3% w 2003 r. do 1,1% w 2006 r. Pozostałe fundusze po niewielkich spadkach najczęściej w 2005 r., utrzymały poziom opłat. Zwracam na to uwagę, bo przyrost zarządzanych środków nie oznacza proporcjonalnego wzrostu kosztów. Badania dokonano na wartościach średnich dla rynku. Niemniej i tak pozwala to na uwagę, że przy silnej hossie i napływie środków, rywalizacja skupiła się na ofercie inwestycyjnej, sieci dystrybucji i reklamie.

      Komentarz do wyników i rankingu TFI zamieszczę po publikacji przez Analizy Online informacji o napływie środków do funduszy inwestycyjnych.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2007 23:21
  • czwartek, 06 września 2007
    • Ekonomiści ze świata szołbiznesu

      Ekonomiści zaczynają się zachowywać jak politycy. Niektórzy politycy chcąc zaistnieć w mediach starają się powiedzieć coś kontrowersyjnego lub odkryć jakąś domniemaną aferę. Taka informacja trafia do potencjalnych wyborców i zaczyna być omawiana przez czołowe postacie świata dziennikarskiego. Fakty w zasadzie nie mają znaczenia. Dziennikarzom też to nie przeszkadza. Grunt to możliwość przedstawiania komentarzy do rzekomych rewelacji i komentarzy do komentarzy. Temat żyje sam, a faktami nikt się już nie przejmuje. Zwolennicy medialnej „rewelacji” przyjmują ją na wiarę, przeciwnicy – również „na wiarę”, odrzucają. Zwracam uwagę na ten fenomen medialny, bo korzystają z niego również ekonomiści.

      Wydawałoby się, że w ekonomii można mówić głównie o faktach i wydarzeniach, czy teoriach na faktach opartych. Nie sugeruję, że w ekonomii wszystko już wiadomo. Wręcz przeciwnie. To mnie w ekonomii właśnie pociąga, że wiele rzeczy i związków wciąż ulega ewolucji, wiele nowych zjawisk czeka na zbadanie i wiele osiągnięć z dorobku makroekonomii nie zawsze daje się łatwo zaimplementować w każdym kraju.

      Niepokoi mnie jednak, że ekonomia zbliża się do polityki czy świata szołbiznesu. Ekonomiści i ekonomiczni publicyści coraz mniej przejmują się faktami, a coraz bardziej podniecają się faktem iż mają w ogóle coś do powiedzenia. Niektórzy przedstawiciele tych dwóch grup, coraz częściej chcą zaskoczyć publiczność jakąś przekorną teorią lub zaimponować ostrością wydawanych jednoznacznych sądów. Najważniejsze stają się nie fakty czy rzeczywiste wątpliwości, a chęć zdobycia uwagi i aplauzu publiczności przed którą poglądy są prezentowane. Jest to tym łatwiejsze, że z ekonomią jest pewien problem. Ekonomia, w której codziennie wszyscy uczestniczymy, wydaje się banalnie prosta, więc każdy ma jakąś swoją teorię i receptę na rozwój gospodarczy kraju. Mają ją reprezentanci małych przedsiębiorstw, mają i pracownicy najemni. To co łączy te dwie grupy, to poczucie krzywdy (bez względu na poziom dochodów) i lekceważenia oraz fakt kierowania swoich pretensji do Państwa, władz, sejmu, prezydenta, urzędnika czyli instytucji państwowych. Wspólną cechą jest też wytwarzanie własnej ideologii i korzystanie z faktów tylko na tyle, na ile wspierają ideologię danej grupy. Każda z tych grup ma swoich ideologów i swoich guru ze świata ekonomii. W tej grupie są zacni ekonomiści, ale i pewnego rodzaju ideolodzy, dla których fakty czy wątpliwości nie stoją na przeszkodzie. Zawsze można je przemilczeć lub tak pomieszać, żeby udowadniały to co chcemy. Coraz częściej nie są potrzebne już nawet fakty. Starcza głoszona ideologia. Tylko, że w efekcie w krajowych mediach czy ekonomii coraz częściej wspomniani guru przekształcają się w postacie jak ze świata szołbiznesu czy polityki. Grają to czego oczekuje publiczność lub są znani z tego, że są znani, bo doprawdy trudno odgadnąć jaka wartość stoi za głoszonymi przez nich poglądami. Ocenę na ile to co opisałem powyżej dotyczy prezentowanych poniżej osób i instytucji, pozostawiam czytelnikom. Powiem tylko, że w jakimś stopniu dotyczy. Może i nie byłoby czym zajmować sobie głowy, gdyby nie to że zaczynamy się wszyscy wzajemnie oszukiwać. W komentarzach ekonomicznych guru i ideologów, Polska jawi się jako kraj niemal jak z III świata, przepełniony głupotą, korupcją i tkwiący w stagnacji. Tego typu poglądy są popularne i zaczynają wręcz stanowić kanon dla ludzi chcących uchodzić za wykształconych i zorientowanych. Wbrew pozorom, Polska to całkiem sympatyczny kraj z dobrze rozwijającą się gospodarką. Kraj, który w ciągu kilkunastu lat przeżył ogromną transformację społeczno-ekonomiczną. Politycy robiący dziwne rzeczy (jak niedawne głosowanie nad „podwójną” ulgą na dzieci), nie są tylko naszą specyfiką. Naszą specyfiką nie jest też spory rozdźwięk poglądów ekonomicznych wśród obywateli, a to oni wybierają polityków w wyborach (!).

      A teraz do rzeczy. Przypomniało o sobie w mediach Centrum im. A.Smitha (CAS). Około dwa lata temu CAS w inaugurację funkcjonowania rządu Kazimierza Marcinkiewicza przedstawił raport o Polsce (ocenę raportu przedstawiłem w marcu 2006). Kompletna żonglerka faktami na potrzeby słuchaczy, widzów, publicystów i nowego rządu. Raport skrojony na potrzeby zdobycia aplauzu. Ponieważ był do bólu krytyczny i wskazywał wspólnego wroga i sprawcę wszystkich nieszczęść (władza, instytucje państwowe), to nikt nawet nie próbował go merytorycznie oceniać. Teraz (a dokładnie wczoraj) Puls Biznesu ogłosił, że CAS przedstawi kolejną edycję Indeksu Wolności Gospodarczej. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, biorąc pod uwagę powyższy Raport i styl wypowiedzi przedstawicieli CAS w mediach, jaki będzie wydźwięk Indeksu, bo inaczej CAS nie eksponowałby jego wyników. Nie pomyliłem się.

      Zacznijmy od tego, że tzw. wolność gospodarczą trudno mierzyć. Dla mnie wolność gospodarcza, to swoboda działań przedsiębiorcy i łatwość zmieniania branży w której działa. Obrona własności prywatnej i sprawne sądy. Ponieważ tak rozumianą swobodę trudno mierzyć, to twórcy tego typu indeksów opierają je w znacznym stopniu na czynnikach makroekonomicznych, co z pojęciem wolności ma niewiele wspólnego. Tego typu indeksy to coś pomiędzy prawdą a zabawą. Można to porównać to indeksów opartych na BigMacku. Widać to zresztą po wynikach indeksów. Wg zaprezentowanego przez CAS indeksu (za 2005 r.), Polska była na 56 miejscu po Omanie i Kazachstanie. Dla ciekawości podam, że Oman to bogaty kraj (mają ropę), ale z monarchią absolutną, Szariatem jako prawem i z analfabetyzmem na poziomie 25%. Czym mam przez to rozumieć, że to jest recepta na sukces gospodarczy? The Wall Street Journal wraz z Heritage  Foundation też kiedyś opublikowali ranking za 2005 r. I uwaga: Polska ma 41 pozycję, Oman 61, a Kazachstan jest sklasyfikowany na 130 w grupie krajów „w zasadzie bez wolności”. Ot i cały komentarz to tego typu indeksów.

      Oczywiście wg przedstawicieli CAS nie jesteśmy już liderem zmian. Estonia, Łotwa i Litwa są w pierwszej trzydziestce. Ciekawy jestem jak CAS skomentuje ich obecną sytuację makroekonomiczną. Przykładowo inflacja w tych krajach jest obecnie od 2 do 4 razy większa od naszej. To ja już wolę nasz wzrost gospodarczy. Jest bardziej zrównoważony. To źle? A może to właśnie świadczy jak dojrzałą mamy gospodarkę?

      Nie wiem z jakich statystyk korzystano przy ocenie kosztów pracy i udziale państwa w gospodarce, ale na swojej stronie zwracałem już uwagę że część ekonomistów pozwala sobie na pewne manipulacje tym wskaźnikiem. Albo podają to co chcą, albo przedstawiają tylko komentarz. Statystyki Eurostatu są znane i nie potwierdzają tak czarnego obrazu jakby to wynikało z rankingu i komentarzy przedstawicieli CAS.

      Argumentowi o wydolności sądów nie przeczę, ale może warto pokazać, że i z kulturą biznesową wśród krajowych przedsiębiorców też jest kiepsko. Statystyki Krajowego Rejestru Długów dotyczące skłonności podmiotów gospodarczych do spłacania długów mówią same za siebie. Oczekiwałbym więc raczej więcej odwagi i zaryzykowanie pogrożenia palcem w stronę krajowych przedsiębiorców.

      Jako rodzaj absurdu przedstawiono pomysły ustaw (specjalne uprawnienia) ułatwiających przygotowania do Euro 2012. Pozornie to zabawne, ale w rzeczywistości z powodu ryzyka niedotrzymania terminów zdecydowano się na specjalną ścieżkę. Jedynie w takiej sytuacji może to mieć uzasadnienie. Robert Gwiazdowski, z charakterystycznym dla siebie dowcipem, proponuje by ten sam przywilej zastosować dla innych firm i w innych dziedzinach. Czy mam rozumieć, że rezygnujemy z przetargów i dajemy większe uprawnienia urzędnikom. Przecież to prosta droga do korupcji?

      Wspomniałem wyżej że w komentarzach ekonomicznych guru i ekonomicznych ideologów, Polska jawi się jako kraj niemal jak z III świata, przepełniony głupotą, korupcją i tkwiący w stagnacji. Niestety proste oceny, powodują podawanie prostych recept. Tyle samo wartych co diagnozy. Całkiem niedawno jeden z bankowych ekonomistów przedstawił receptę na krajowe problemy. Udział finansów publicznych w PKB sprowadzić do 35%, czyli obniżyć o co najmniej 10%. Nominalnie to potworna kwota. Mamy ciąć emerytury czy subwencje oświatowe? To trochę w duchu Raportu CAS sprzed dwóch lat. Tego typu propozycje wskazują na rzekomą odwagę i znajomość rzeczy osób je prezentujących. Czy jeżeli ja zaproponuję 30%, to będę lepszym ekonomistą i reformatorem? Nie, bo ani ja ani oni nie mamy pomysłu na tak ogromne cięcia. Powiedzmy otwarcie, że dla osób mających co najmniej pojęcie co to są finanse publiczne i jakie to są transfery, takie pomysły są uważne za niepoważne. Ale jak widać, mówić można cokolwiek bo nikt tego typu reformatorów nie zmusza do przedstawienia propozycji cięć. Ubolewam, że zamiast podnosić jakość dyskusji, niektórzy ekonomiści uciekają w swego rodzaju liberalny populizm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2007 23:34
  • wtorek, 04 września 2007
    • I kto tu tkwi w poprzednim systemie?

      Jednym z czołowych kryteriów w obecnych sporach politycznych jest określenie, kto tkwi w przeszłości, jak bardzo jest w niej unurzany i podejście do tzw. oligarchów. Postanowiłem poświęcić temu chwilę, bo premier po raz kolejny wyraził swój stosunek do tzw. bogatych, co zachęca inne postacie życia publicznego to ujawniania tego typu postaw. Drugim powodem jest fakt, iż do tej pory od 1990 r., poza grupkami polityków (jednosezonowe partie) czy pojedynczymi politykami, żadna duża formacja polityczna nie próbowała zbić kapitału politycznego na nierównościach społecznych i antypatii do oligarchów w tak mało wyszukany sposób jak obecnie. W polskich warunkach wskazania sondażowe w przedziale 25%-30% i utrzymanie takiego wyniku przez kilka kwartałów to bardzo dobry wynik. Co gorsza sposób w jaki premier wypowiada swoje refleksje na temat bogatych/oligarchów wskazuje, że faktycznie pokrywa się to z jego prywatnymi poglądami na sprawiedliwość społeczną. Zauważyłem, że premierowi dość łatwo „się wyrywają” takie refleksje, a dopiero później rozgląda się i patrzy jak to zostało przyjęte. Tak było z „lustracją majątkową” w ubiegłym roku, czy pomysłami na opodatkowanie „bogatych” w trakcie strajku pielęgniarek, z których się wycofywał lub uznawał za niefortunne. Wysoka pozycja PiSu w sondażach i ich stabilizacja utwierdza chyba premiera, że trafił w społeczne oczekiwania i na dodatek może śmielej wyrażać, co faktycznie myśli. Najzabawniejsze jest to, że nawet przedstawiciele SLD, partii określanej przez złośliwych jako partia „postkomunistyczna”, nie przejawiali aż takiej ochoty do „lustracji majątkowej” bogatych i zabieraniu im pieniędzy (jeśli już, to w formie oficjalnych podatków).

      Premier w rywalizacji na elektorat postawił na ciemną stronę człowieka, czyli bezmyślną zazdrość. Czym innym jest dyskusja o modelu gospodarki rynkowej i podziale profitów wzrostu gospodarczego (*), a czym innym wprowadzanie podejrzliwej atmosfery wokół „bogatych”, którzy podobno swoją siecią opletli Polskę. Trudno z tym polemizować, bo premier nie używa jakichkolwiek precyzyjnych danych, które pozwoliłyby określić skalę sieci i odróżnić ją od zwykłej ludzkiej podłości i pazerności spotykanej notabene w każdym kraju.

      Kolejną barierą, jaką przekroczono w ostatnich miesiącach by przypodobać się społeczeństwu jest podawanie nazwisk biznesmenów w świetle podejrzeń, ale bez zarzutów. To ciąg dalszy tego, co robiono przy okazji sprawy Orleanu w poprzednim Sejmie. Teraz nazwiskami rzucają już premier i szef CBA. Nie mam nic przeciwko zamykaniu ludzi w więzieniach, a może nawet publicznemu piętnowaniu, ale pod warunkiem posiadania dowodów, przy których proces to tylko formalność. Po prostu urzędnicy państwowi lekceważąc prawo i elementarne zasady przyzwoitości, obnoszą się z niechęcią do „bogatych”. Jeden z polityków PiSu, pytany o komentarz do spadków akcji spółek należących do Ryszarda Krauze, odpowiedział lekceważąco: „on i tak ma dużo”. Ale to nie tylko problem biznesmena, ale również inwestorów, którzy kupili akcje tychże spółek. Do tego dochodzą klienci TFI i OFE, w których portfelach mogły być te akcje. Niestety zgodnie a prawem, poszkodowany inwestor musi udowodnić poniesioną stratę i jej związek z publicznym podawaniem nazwiska biznesmena w charakterze podejrzanego. A co, jeżeli po kilku godzinach przesłuchania Ryszard Krauze nie usłyszy żadnych zarzutów?

      W wypowiedziach premiera zaintrygowało mnie samo słowo „oligarcha”, „oligarchowie” itd. Brzmi ono dość archaicznie i dobrze opisuje stosunek emocjonalny wypowiadającego do tzw. „bogatych”. Jego znaczenie, jakie podają słowniki i ewentualnie ludzie, wobec których się je stosuje za granicą (przynajmniej w tłumaczeniu na j.polski), chyba trochę przekracza polskie przypadki. Obawiam się, że premier nieco wręcz dowartościowuje w ten sposób osoby, które nimi określa.

      Ale wracając do tkwienia w takim czy innym systemie, to raczej premier powinien się zastanowić czy przypadkiem nie kultywuje rozwiązań i ideologii rodem z poprzedniego systemu (zresztą niechęć do „bogatych” wykorzystuje się od wieków, bo zawsze jest skuteczna w zdobywaniu poparcia). O obwinianiu „oligarchów” o hamowanie rozwoju kraju, słownictwo premiera, podgrzewaniu niechęci wobec bogatych pisałem wyżej. Ale wbrew pozorom „stare układy” tkwią gdzie indziej i przyczyniają się do miliardowych kosztów dla kraju i premier to akceptuje. To premier i obecny rząd nie mają odwagi powiedzieć kilku grupom społecznym czy zawodowym, że świadczenia finansowe, jakimi są obdarzone pochodzą często sprzed 1990 r. i były pochodną kupowania przychylności przez ówczesne władze i nie mają wiele wspólnego z równością obywateli w kwestii uprawnień emerytalnych itp.  Do tego dochodzi odwlekanie prywatyzacji wielu firm. Proponowałbym na przykład wytłumaczyć energetykom, że 10-letnie gwarancje zatrudnienia i gratyfikacje finansowe za zgodę na prywatyzację i przekształcenia w energetyce to po prostu zwykły haracz i kpina. To nic innego jak wyciąganie pieniędzy z gospodarki i to bynajmniej wcale nie przez najbardziej potrzebujące grupy, ale za to silne ja niejeden „oligarcha”. Mówimy o kwotach idących w miliardy. To ten układ jest jednym z groźniejszych dla kraju.

      Obraz niechęci do kapitału premier uzupełnia podkreślając, że „niczego się nie dorobił”. Zauważyłem, że wtrąca to nawet niepytany o własny majątek w wywiadach. Dlaczego w Polsce żeby zdobyć przychylność drugiego człowieka, trzeba na wstępie zaznaczać że niczego się nie ma? Nawet do konta bankowego premier stosunek ma niechętny. O ile dobrze pamiętam, to kojarzyło się ono premierowi bardziej z podejrzliwością niż wygodą (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Konto-Premiera.html). Premier przez większość ostatnich kilkunastu lat zasiadał w miejscach, bądź piastował funkcje za które bardzo dobrze się płaci (przynajmniej jak na polskie warunki). No, ale głupio tak jakoś powiedzieć Polakom: „dobrze zarabiałem i zarabiam”, a przecież to też prawda o sytuacji majątkowej tylko powiedziana inaczej. Przyjmują, że premier przeznaczył zarobione pieniądze na słuszne cele, potrzebujących, fundacje itd. Fajnie, ale czy to ma być przykład dla wszystkich Polaków? Niestety, gospodarka rynkowa i jej wzrost bierze się z tego, że większość z nas konsumuje na potęgę, oszczędza i inwestuje. Inaczej nie urośnie.

      A na zakończenie ciekawostka. Jak nam wyciekają pieniądze z budżetu

      W imię słusznej walki z korupcją PiS wykreował nową instytucję – CBA. Jest to podawane przez PiS jako jedno w czołowych osiągnięć. W czasach wielkich przemian i przewrotów, władcy często powoływali nowe służby do walki z hydrą korupcji, zepsucia, i szeregu innych zagrożeń. Tylko że my już mieliśmy i mamy prawie 100 tys. policjantów do walki z wszelaką przestępczością. CBA zaczęło działać w połowie 2006 r. z budżetem 70 mln pln (w 2007 r. 120 mln) i docelowym stanem zatrudnienia 500 osób. Problem w tym, że są już pomysły doprowadzenia zatrudniania do 1 tys. osób. Budżet więc będzie musiał być podwojony, czyli wynieść 240 mln pln (skorzystałem z rachunku proporcji). Zwracam na to uwagę, bo zadania przyznane CBA powinna wykonywać policja. A tak, z budżetu wycieka kolejna strużka pieniędzy.

       

      *

      Żeby nie było, że jestem okrutnym liberałem, polecam lekturę poniższych tekstów. O sytuacji materialnej Polaków naprawdę można rozmawiać w inny sposób. Straszenie „oligarchami”, sugerowanie że ci co „mają” dorobili się nieuczciwie, to odwoływanie się do najniższych ludzkich uczuć.

      Wynagrodzenia – jak dzielić dochód (III 07)

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/03/Jak-dzielic-dochod.html

      Płaca minimalna cz 1 i 2 (VIII 2007)

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Placa-minimalna-cz1.html

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Placa-minimalna-cz2.html

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 września 2007 21:21
  • niedziela, 02 września 2007
    • Rynek finansowy w VII i VIII cz1

      Po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej m.in. urlopem, powracam do przedstawienia minionych wydarzeń na rynku finansowym. Po uzupełnieniu baz danych mogłem wprawdzie przedstawić w II poł. sierpnia wydarzenia z lipca (przyjąłem zasadę opisywania wydarzeń z miesięcy kalendarzowych), ale postanowiłem poczekać kilkanaście dni na zakończenie sierpnia, co pozwoli mi na objęcie komentarzem niezwykle ciekawego okresu na krajowym i zagranicznym rynku finansowym.

      W opisie rynku pominąć można pierwszą połowę lipca, ponieważ na rynku krajowym i zagranicznym był to dość spokojny okres. Oczywiście można powiedzieć, że tak zupełnie spokojnie nie było, bo nadchodzące w II poł. lipca wydarzenia wskazywały, że kilka znanych instytucji finansowych szykowało się do podania informacji o swoich problemach, a gracze giełdowi długie godziny spędzali na analizie prawdopodobieństwa wystąpienia tego co w końcu się wydarzyło. Główne rynki akcji oraz rynek krajowy w I poł. lipca przeszły w stan stabilizacji, co również świadczy o tym że inwestorzy giełdowi mieli świadomość, iż próba bicia kolejnych rekordów zbliża ich tylko do korekty.

      Spokój został przerwany w II połowie lipca. Napływające na rynek informacje o kłopotach instytucji finansowych związanych z finansowaniem rynku nieruchomości w USA oraz świadomość, że nawet z punktu widzenia analizy technicznej, wskazane jest przynajmniej skromna korekta, spowodowały obniżanie się indeksów. Początkowo rynek sądził, że nie będzie konieczności dokonywania korekty większej niż to z czym mieliśmy do czynienia w maju 2006  czy na przełomie lutego i marca tego roku. Przypomnę, że w pierwszym przypadku średni spadek w ciągu ok. miesiąca przekroczył 10% dla głównych giełd, w drugim – w podobnym okresie – sięgnął ok. 6%. W każdym z tych przypadków korekta na polski rynku była o kilka procent większa. W pewnym sensie to pozytywna wiadomość, bo oznacza, że rynek krajowy jest świadomy skali przeszacowania, a więc działa przy akceptacji znacznego poziomy ryzyka. Oczywiście mam na myśli osoby i instytucje inwestujące bezpośrednio na giełdzie. Natomiast co do inwestorów działających z pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, nie mam już takiej pewności. Dokładniejszy obraz otrzymamy po publikacji wyników zmian wartości TFI za sierpień. Niemniej po analizie wyników za czerwiec i lipiec, nie spodziewam się by Polacy poważniej przejęli się tym co działo się na giełdzie.

      Jeszcze w pierwszych dniach sierpnia giełdy obniżały indeksy dość spokojnie, a nawet były próby odbicia, ale już 9 i 10 sierpnia pojawiły się symptomy paniki. To efekt ujawniających się problemów z płynnością na rynku. W tych dwóch dniach gwałtownie wzrósł koszt pieniądza w USA i na rynku UE z powodu instytucji, które traciły płynność ogłaszając nawet zawieszenie wypłat związku z falą inwestorów, którzy przystąpili do umorzenia jednostek. Przykładowo rentowność depozytów dolarowych w terminie 1 i 3 m-ce wzrosła o od 0,2% do 0,3%w ciągu dwóch dni. Wzrosty cen krótkiego pieniądza miały też miejsce na innych rynkach. Byliśmy w tamtych dniach świadkami dość ciekawego zjawiska na rynkach depozytowych. Krzywa rentowności do 1 roku uniosła się w powodów gwałtownego poszukiwania pieniądza na rynku, a część krzywej powyżej roku zdawała się nie reagować na wspomniane problemy rynku. I dobrze, bo jeżeli popyt na pieniądz spowodowałby wzrost cen obligacji, to byłaby to już panika. Zwracam uwagę na zmiany stawki rocznej w dolarze. Jej zachowanie (tzn. zmiany rentowności) od 8 sierpnia do końca miesiąca wskazują, że popyt na pieniądz na rynku jest znaczny i pompowanie kilku setek miliardów dolarów pomogło tylko częściowo. Stawka roczna podążała za zmianami rentowności obligacji, czyli w dół od przełomu lipca i sierpnia. Popyt na pieniądz spowodował zatrzymanie spadków ceny rocznego depozytu. I tu dochodzimy do wydarzeń, które mogą wpłynąć na zmiany indeksów giełdowych w najbliższym czasie. Depozyt roczny taniał w oczekiwaniu na decyzje o spadku stopy referencyjnej od 15 do 21 sierpnia. Kilka dni temu jednak problemu z pozyskaniem pieniądza na rynku powróciły i zaledwie w ciągu ok. tygodnia cena depozytu rocznego wzrosła o 0,3%, czyli w stopniu zbliżonym jak depozyty krótkie. Ostatecznie ceny depozytów 1M w ciągu ostatnich trzech tygodni wzrosły o niemal 0,4%. Już sam przebieg linii na wykresie wskazuje nawet laikom, że nie jest to sytuacja standardowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2007 23:54
    • Rynek finansowy w VII i VIII cz2

      Po interwencjach banków centralnych w połowie sierpnia i ostatnich wypowiedziach szefa Fed Bena Bernanke, wiele razy w komentarzach analityków giełdowych i ekonomistów, pojawiało się pytanie czy interwencje w ogóle powinny mieć miejsce. To jest rynek i sam powinien ponosić konsekwencje ewidentnego lekceważenia ryzyka. Ja do tego dołożyłem swój komentarz, wskazując na zabawną sytuację (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Urzednicy-ratuja-gieldy.html). Rynek który nie lubi narzucanych przez urzędników ograniczeń, teraz nagle na tychże urzędników patrzy z nadzieją, oczekując ratunku za pieniądze bynajmniej nie pochodzące ze składek najbardziej krewkich graczy rynkowych. Sytuacja makroekonomiczna gospodarki światowej (naszej też) jest na tyle dobra, że może należało wstrzymać się z interwencją? Inwestorzy powinni poznać smak lekceważenia ryzyka. Budzi to moje spore wątpliwości. Jedynym wytłumaczeniem jest może to, że przedstawiciele czołowych banków centralnych widzą to (zagrożenia) czego nie widzą komentatorzy. Ale w takim razie powstaje pytanie: jak wielkie jest zagrożenie perturbacjami finansowymi, skoro po spadku indeksów o ok. 10% do 16 sierpnia i wzroście ceny pieniądza o kilka dziesiątych, centralni bankierzy postanowili interweniować. Reakcja rynku depozytowego jest rzeczywiście wyjątkowa. Niestety zmiany na rynku depozytowym w dolarze w ostatnich dniach nakazują zachowanie ostrożności.

      Po pierwszych interwencjach rynkowych nasza giełda odetchnęła w poniedziałek 13 sierpnia, rosnąc aż o 2,2%. Tymczasem był to tylko wstęp i w kolejnych dniach spadki trwały dalej. My po państwowym święcie i pogłębiających się spadkach na świecie zareagowaliśmy prawdziwą paniką. 16 sierpnia WIG spadł o 6,1%. Dopiero kolejna reakcja Fed (obniżka stopy dyskontowej) zapobiegła już chyba tragedii. Do 16 sierpnia główne indeksy światowe spadły średnio o ok. 10%. My natomiast aż o 16%. To świadczy o skali emocji zmagazynowanych na rynku. Jak inni rosną, to my szybciej, jak u innych spada, to u nas półtora razy szybciej. Giełdy światowe i polska, odrobiły część strat zaledwie w ciągu tygodnia. Indeksy wzrosły w przedziale od 5% do 10%. Potem do końca miesiąca rynki się ustabilizowały. Nie oznacza to bynajmniej spokoju, ale wyczekiwanie na to co będzie dalej, bo wygląda na to że jeszcze nie zażegnano kryzysu na amerykańskich giełdach.  

      Perturbacje giełdowe dla polskiego rynku były oczyszczające. Być może gdyby nie interwencje rynkowe, bylibyśmy blisko poziomów cen na rynku zbliżonych do rzeczywistej ich wartości. Wtedy sam apelowałbym o kupowanie akcji. Nawet gdyby na krajowej giełdzie emocje spowodowały przesadną korektę, to dobra sytuacja makroekonomiczna uspokoiłaby graczy rynkowych. Teraz wszyscy się zastanawiają czy będzie ciąg dalszy korekty czy nie. Proponuje jednak nie odbudowywać pozycji do rozmiarów z czerwca czy lipca.

      Na krajowym rynku depozytowym po ustaleniu nowych poziomów dla poszczególnych terminów po mało oczekiwanej decyzji RPP o podniesieniu stóp z końca czerwca, rentowności obligacji nawet w niewielkim stopniu spadły (kilkanaście punktów). Stopy zaczęły rosnąć bardzo powoli dopiero od początku drugiej dekady sierpnia. Dochodzące na rynek informacje makroekonomiczne oraz zapis rozmowy członków RPP, zgrały się w jeden obraz. No, pomijając refleksje prezesa NBP związane z jego wątpliwościami wobec rzetelności danych GUS i prawidłowości oceny zjawisk które opisują. W sierpniu GUS podał wyniki finansowe przedsiębiorstw i PKB. Oceniłem je w II połowie sierpnia. Wprawdzie zagrożenie gwałtownym wzrostem cen nie jest duże, ale potwierdzony jest silny wzrost gospodarczy przy szybko rosnących wynagrodzeniach i krajowym popycie. Uczestnicy rynku mieli więc świadomości, że prawdopodobieństwo prewencyjnej podwyżki poważnie wzrosło. Jedynie depozyty do 3 miesięcy odnotowały niewielką korektę, dostosowującą do nowego poziomu stóp. Skok stóp na rynkach zagranicznych przeniósł się tylko na nasze obligacje. Zaledwie w ciągu kilku dni od 13 sierpnia rentowności obligacji 5 i 10-cio letnich wzrosły o 20 punktów.

      Gdyby po kilkutygodniowym odcięciu dostępu do mediów, pokazano mi że wykres kształtowania się złotego, to wcale nie jestem pewny czy wpadłbym na że na światowych rynkach i krajowej giełdzie było tak gorąco. Gdyby mi dodatkowo pokazano wykres euro z dolarem czy jena, to już co innego. Ale wracając do krajowej waluty.  Formalnie w okresie od połowy lipca do połowy sierpnia złoty do dolara osłabił się o prawie 5%, a do euro o 2%. Większe osłabienie dolara to już efekt nałożenia się na osłabienie złotego zmian na rynku eur/usd. Osłabienie złotego ma miejsce w czasie spadków giełdowych, co trochę tłumaczy fakt osłabienia. Niemniej skala zmiany i okres w jakim się odbyła jest porównywalna z tym co już widzieliśmy na rynku w ubiegłych latach. Nawet gdyby nie wydarzenia giełdowe, podobny kierunek zmiany mieścił się w granicach oczekiwań, wyznaczonych na podstawie analizy technicznej i wyznaczonego przez kilka ostatnich kwartałów kanału w jakim złoty się poruszał. Jest jednak detal na jakim bym się zastanowił – ciągnąc przykład z odseparowaniem od mediów – czyli silne osłabienie złotego z 16 sierpnia. Złoty (waluta referencyjna) osłabił się o 1,6%. Takie skoki i większe zdarzają się kilka razy w roku i raczej nie bez przyczyny. Od 10-to do 17-tego sierpnia złoty stracił ochotę do wzmocnienia. To właśnie w tym okresie na giełdach i zagranicznych rynkach depozytowych było najgoręcej. Wspomniane wyżej interwencje spowodowały zatrzymanie procesu osłabienia złotego i przyczyniły się do jego wzmocnienia w kolejnych dniach. Po spadkach giełdowych, rynek walutowy to drugi przykład przeniesienia wydarzeń międzynarodowych na krajowe podwórko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2007 23:52

Kalendarz

Listopad 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa