OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • niedziela, 18 listopada 2007
    • Przebudowa portfeli

      Analiza przepływów do i z funduszy inwestycyjnych wskazuje, że do TFI wpłynęło (zmiana netto) tylko  1,8 mld zł. Kiedy wziąć pod uwagę przepływy z poprzednich miesięcy, to od stycznia do lipca miesięczna zmiana netto zawierała się  w przedziale od 2,8 mld zł do 5,3 mld zł, to nie jest to zbyt dużo. Kiedy jednak  przyjrzeć co się składało na wspomnianą zmianę, to widać że mamy do czynienia z rosnącą świadomością ryzyka na krajowym rynku i 1,8 mld zł wpływów netto to spora kwota.

      Zaznaczę na wstępie, że precyzyjna analiza zmian stanów zaangażowania poszczególnych grup funduszy będzie w tym opracowaniu nieco pobieżna. Firma Analizy Online, na raportach której się opieram, zmieniła metodologie prezentacji zaangażowania w fundusze inwestycyjne. Nowy sposób grupowania uniemożliwia poprawne dostosowanie danych wg dotychczasowej klasyfikacji, do nowej. Wymagałoby to dostępu do bazy danych źródłowych. Znając jednak trendy na bazie stosowanej dotychczas klasyfikacji, postaram się złagodzić wspomniany dyskomfort.

      Dokładna analiza przepływów daje dość intrygujący obraz zmian, nie pozbawiony jednak wątpliwości. Aż 1,2 mld zł inwestorzy przeznaczyli na jednostki zagranicznych funduszy akcyjnych. To wartość o 0,2 mld zł i 0,1 mld zł więcej niż odpowiednio w czerwcu i lipcu tego roku. Nasilił się więc trend wzrostu zainteresowania zagranicznymi giełdami. Słabnie zainteresowanie krajowymi funduszami akcyjnymi. W październiku przepływy netto wyniosły 0,28 mld zł. Przypomnę, że od maja do lipca przepływy netto dla krajowych funduszy akcyjnych sięgały od 3,0 mld zł do 4 mld zł. W sierpniu wartość była ujemna (-0,45 mld zł), by we wrześniu przekroczyć 0,7 mld zł. Tak więc wynik z października, to sygnał iż zarówno inwestorzy jak i doradcy zdają się dostrzegać iż na krajowej giełdzie poważniejszych wzrostów już nie będzie. Biorąc pod uwagę to co obserwujemy obecnie w Polsce (korekta nawet silniejsza niż na zagranicznych giełdach), to można oczekiwać wycofywania się z funduszy na kwotę kilkuset milionów złotych. Około 0,4 mld zł wyniosło saldo krajowych funduszy zrównoważonych. Wynik lepszy niż w dwóch poprzednich miesiącach (-0,45 mld zł, 0,24 md zł), ale wyraźnie słabszy w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami, czyli od stycznia do czerwca. Dwa miesiące poprawy nastrojów na giełdach spowodowały odwrócenie się od funduszy bezpiecznych. W poprzednim miesiącu przepływy netto dla całej rodziny tych funduszy (papierów dłużnych i pieniężne, krajowych i zagranicznych) wyniosły -0,4 mld zł. W październiku wpływy i wypływy netto sięgnęły ok. -0,6 mld zł.

      Jednak inwestorzy mogą być, przynajmniej w październiku, usatysfakcjonowani. WIG wzrósł o 4,6% w tym czasie, co jest bardzo ładnym wynikiem. Rosły też na ogół giełdy zagraniczne. Pozwolę sobie nie podawać zmiany wartości łącznej tej grupy funduszy, ponieważ m.in. w tym przypadku porównywalność danych mocno ucierpiała. Niemniej wartość zmiany (bez udziału waluty) mogła być zbliżona do zmiany WIG. A właśnie, waluta. Złoty wzmocnił się do dolara o ponad 5% w październiku, co jest rzadko spotykanym zjawiskiem w Polsce. Aż w 80% to efekt zainteresowania polską przez inwestorów, a pozostała część, to już efekt utraty wartości przez dolara na rynku międzynarodowym. Tak więc po korekcie o zmianę wartości waluty, cały wzrost wartości jednostek został zjedzony.

      Biorąc pod uwagę powyższe uwagi, można powiedzieć że wciąż mamy ochotę na ryzyko, co wręcz pokazujemy dość ostentacyjnie. Podane salda w podstawowych grupach funduszy wskazują, że Polacy dostrzegają powolną utratę atrakcyjności krajowego rynku akcji, ale wcale nie mają ochoty uciekać do funduszy bezpiecznych, chociaż trzeba wspomnieć o coraz popularniejszych produktach strukturyzowanych. A czy akcje zagraniczne zapewnią lepsze zyski? Dokonywałem jakiś czas temu szacunków skali przewartościowania krajowego i amerykańskiego rynku akcji. Krajowy był bardziej przewartościowany. Biorąc po uwagę znaczną związek zmian indeksów światowych z krajowymi, obecne ryzyko rynku amerykańskiego oraz prognozowane obniżenie tempa wzrostu gospodarczego na świecie, słabniecie dolara i euro względem złotego, to szukanie ratunku w zagranicznych funduszach akcyjnych jest raczej zaskakującą forma ucieczki przed ryzykiem. Niemniej z biegiem miesięcy wraz ze wzrostem deficytu obrotów bieżących w Polsce, rośnie ryzyko osłabienia złotego. Wątpię jednak by inwestorami kierowały aż tak przebiegłe plany. Szansą są więc fundusze hedginowe i każde inne, które w prospekcie deklarują szeroki wachlarz możliwości inwestycyjnych. Sądzę, że jest to czasami słuszna nadzieja, ponieważ niektóre fundusze rzeczywiście potrafią osiągać przyzwoite zyski. Ponadto na obecny kierunek zmian warto spojrzeć i z tej strony, że istnieje ryzyko iż w Polsce korekta giełdy może być większa niż na innych rynkach. Kolejna refleksja, która mi się nasuwa to fakt iż trzeba być ostrożnym w formułowaniu daleko idących wniosków na bazie tylko porównania nowych pól zainteresowań krajowych inwestorów. Wprawdzie zwiększające się zainteresowanie funduszami zagranicznymi akcji wydaje mi się obecnie trochę naiwne, ale sadzę też że Polacy budują nowe portfele, czy tez w ich mniemaniu stają się one normalne. Po prostu do tej pory świetna koniunktura na krajowej giełdzie oraz poprawiająca się dynamicznie dopiero w ostatnich miesiącach oferta inwestowania za granicą za pośrednictwem TFI, spowodowały działania na rzecz poważniejszego zdywersyfikowania portfeli. Na przełomie I i II kw tego roku, Polacy zaczęli dynamicznie zwiększać zaangażowanie w zagranicznych funduszach akcyjnych. Na koniec października w zagranicznych funduszach akcyjnych Polacy mieli ulokowane 6,3% swoich oszczędności z części lokowanej w TFI.

       W przypogotowaniu artykułu wykorzystałem materiały firmy Analizy Online

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 listopada 2007 23:59
  • czwartek, 15 listopada 2007
    • Może RPO zreformuje KRUS

      Trzeba przyznać, że Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) zrobił politykom solidnego psikusa i być może zapisze się w najnowszej historii gospodarczej jako reformator i uzdrowiciel finansów publicznych. Jego pomysł wniesienia skargi do Trybunału Konstytucyjnego poważnie zaskoczył polityków z nowej koalicji, którzy posunęli się nawet do sugestii o polityczne podłoże takiej decyzji (dlaczego PRO nie zrobił tego w czasie poprzednich rządów). Co ciekawe, w opinii wielu ekspertów losy skargi są przesadzone, tzn. TK zaakceptuje słuszność skargi, co będzie oznaczało konieczność podjęcia przez rząd działań. A jakich? Otóż RPO w skardze zwrócił uwagę na fakt, iż finansowanie składek przez budżet na ubezpieczenie zdrowotne rolników bez względu na wysokość ich dochodów jest niekonstytucyjne. Tymczasem – wg RPO – rolnicy są zróżnicowaną pod względem dochodowym grupą, co oznacza że część z nich może w większym stopniu lub stopniu takim jak inne grupy zawodowe, pokrywać swoje składki. Jednym z celów RPO jest zmuszenie decydentów (polityków) do podjęcia tematu i zlikwidowaniu tegoż niesprawiedliwego zróżnicowania. Tak wiec z całkiem nieoczekiwanej strony problem KRUSu od lat omijany przez polityków, ma szansę na co najmniej zmniejszenie swojej skali. Sama skłdaka zdrowotna oczywiście wszystkiego nie załatwia, ale może pomóc przełamać bariery.

      W artykule pominę organizacyjne problemy, typu czy utrzymać KRUS, czy też wcielić rolników do powszechnego systemu emerytalnego. Podstawowym problemem jest ustalenie grupy docelowej, czyli tej grupy rolników która może pokryć swoje składki oraz osoby nie związane bezpośrednio z rolnictwem, a które wskutek luk prawnych „przecisnęły” się do KRUSu. W związku z tym, nie będę się również dodatkowo rozwodził nad kwestią w pewnym stopniu związaną z omawianym problemem, czyli jak zmienić zasady opodatkowania rolników, co mogłoby się m.in. przyczynić do lepszego poznania dochodów rolniczych oraz zmniejszyć wyodrębnienie podatkowe tej grupy zawodowej w obecnym systemie podatkowym. Niektórzy ekonomiści widzą w tym panaceum na obecne problemy, ale w rzeczywistości dla małych gospodarstw, czyli dla większości, i tak trzeba będzie stworzyć uproszczoną formę podatku dochodowego (jak karta podatkowa czy ryczałt).

      Problem KRUSu istnieje pewnie od chwili jego powstania, czyli 1990 r. (przyjmuje datę ustawy, która regulowała ubezpieczenie rolników) co najmniej już po kilku latach wiedziano, że utrzymywanie zróżnicowanych systemów ubezpieczenia prowadzi do patologii. Oczywiście nie samo instytucjonalne wyodrębnienie było powodem dzisiejszych problemów, ale bardzo pomagało w ich zaistnieniu.  W efekcie rolnik płaci kilka razy mniej na rzecz swojego ubezpieczenia, uzyskując niewiele mniej niż osoba pracująca poza rolnictwem. Państwo, czyli pozostali podatnicy, dopłacają ponad 90%. Taka skala dopłat stale jest motywowana znacznie trudniejszą sytuacją materialną rolników przy braku alternatyw dla osób pracujących w rolnictwie oraz zaszłościami historycznymi w krajowym systemie emerytalnym. Budżet dopłaca nie tylko do rolników, ale również do członków ich rodzin. Łącznie daje to prawie 2,6 mln osób. Samych gospodarstw rolnych, w zależności od przyjętej definicji jest ok. 1,8 (wg węższej definicji). Około 700 tys. gospodarstw rolnych ma powierzchnie od 1 do 3 ha. Drugie tyle jest w przedziale od 3 do 10 ha. Przemiany rynkowe powodują podział. Przeciętne polskie gospodarstwo ma ok. 10 ha, czyli 4-5 razy mniej niż we Francji, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii. Oczywiście są kraje ze średnią zbliżona do Polski (Portugalia, Węgry, Włochy, Grecja), ale jest to niewielkie pocieszenie. Generalnie rolnictwo mamy rozdrobnione, ale zgodnie z konstytucja, podstawą krajowego rolnictwa ma być gospodarstwo rodzinne. Niestety prawa ekonomii, pomimo wsparcia państwa dla rolnictwa, są nieugięte i większość rolników żyje znacznie poniżej średniej. Wg danych GUS za 2006 r. dochód rozporządzalny na 1 osobę w rodzinie w rolnictwie to 690 zł., czyli minimalnie więcej niż w na 1 osobę w gospodarstwie domowym rencistów lub osób na stanowisku robotniczym. Wszystkim pozostałym żyje się – średnio – lepiej. Czyli 1 osobie w gospodarstwie domowych osób pracujących na własny rachunek o 60%, osób na stanowiskach nierobotniczych o 63%, emerytów o 37%. Biorąc pod uwagę dodatkowo skromniejszy dostęp do szeregu osiągnięć cywilizacyjnych, to życie na wsi śmiało można uznać za trudne. Nie ułatwia tego fatalna struktura wykształcenia. Aż 65% żyjących na wsi nie przekracza wykształcenia zawodowego. Można więc powiedzieć, że spora część mieszkańców wsi ma niewielkie szanse na znalezienie dobrej pracy w „mieście” lub mitycznych już wiejskich usługach, których szeroki rozwój jest raczej cechą społeczności bogatszych. Kończąc to statystykę, warto przytoczyć minimalna powierzchnię gospodarstwa, przy której podstawowe produkcje stają się opłacalne. Dla warzywniczych jest to 3,3 ha; sadowniczych 11,9 ha; specjalistyczne mleczne 13,3 ha; specjalistyczne mięsne 18,2; mieszane (roślinno-zwierzęce) 22,4 ha; zbożowe 50,6 ha. Te liczby mówię same za siebie. Tak więc szansę na życie z produkcji na rynek ma trzysta kilkadziesiąt tysięcy największych gospodarstw. Natomiast fachowcy z branży szacują wg ESU, iż śmiało może rywalizować z rolnikami zachodnimi już tylko ok. 240 tys. gospodarstw. Wejście do UE nie zatrzymało procesów efektywnościowych z ostatnich lat. Można powiedzieć, że je tylko osłodziło.  Wbrew spotykanym czasami opiniom, same przemiany rynkowe sprzed kilkunastu lat były nie lada uderzeniem dla rolnictwa, któremu obok coraz bardziej rozkapryszonego konsumenta wyrósł bardzo wymagający partner – przemysł przetwórstwa spożywczego. Z roku na rok przybywa gospodarstw produkujących tylko- lub głównie na własne potrzeby. Obecnie szacuje się, że już tylko 50% gospodarstw związana jest z rynkiem. W ostatnich latach, m.in. z powodu przygotowań do wstąpienia do UE ( a był to dla rolnictwa naprawdę nie lada wysiłek), gospodarstwo związanych z rynkiem ubywa o od 1% do nawet 1,5% rocznie w rozumieniu struktury. Dzieje się tak nawet wbrew temu iż miasto wciąż jeszcze nie jest alternatywą dla wielu rolników wypchniętych z rynku.

      Zrobiłem statystyczny rys rolnictwa by podkreślić, że przeważająca liczba żyjących z rolnictwa nie będzie w stanie płacić pełnych składek ubezpieczeniowych i chyba tak na poważnie nikt tego nie oczekuje. Przesadne podwyższenie składek dla wszystkich spowoduje poszerzenie tylko sfery ubóstwa w rolnictwie. Zresztą to raczej tez nie jest dyskutowane. Uwaga skupia się głównie na większych i dynamicznie rozwijających się gospodarstwach. Jedno co mnie ciekawi i bawi w politycznym podejściu do KRUSu jest przyjmowane z góry założenia, że jakakolwiek dyskusja o zwiększonych składkach spowoduje ubytek elektoratu. Jeżeli, co zaraz wykażę, to niewielki. Ale łatwo na pewno nie będzie. Już obecnie Waldemar Pawlak, warunkuje podniesienie składek wzrostem wypłacanych świadczeń. Ale przecież tu chodzi o zbliżenie składki do pobieranego świadczenia Śledząc na przestrzeni ostatnich lat dyskusję o KRUSie i składkach, musze powiedzieć że najmądrzej pisali o tym przedstawiciele uczelni czy instytutów rolniczych lub tez osoby kiedyś lub obecnie zawodowo z KRUSem związane. Świetnie potrafią wskazać (a przynajmniej zarysować) grupę której podwyżki składek powinny dotyczyć. Tym bardziej, że wejście do UE przyczyniło się do wykreowania sporej grupy krajowych farmerów. Dane są więc na podane jak talerzu i nie sądzę by dyskusja i ewentualne decyzje wywołały społeczny sprzeciw. Obecnie w świecie politycznym przeważa niepotrzebny lęk, bo doprecyzowanie/zdefiniowanie grupy bogatszych rolników to raczej niewielki problem. Owszem, trzeba się będzie zmierzyć z przedstawicielami rolników, dla których już tylko zwiększenie rocznie składek o prawie 360 zł na osobę z gospodarstwa rolnika z min. 50 ha, to maksimum (a liczba takich to tylko 22 tysiące).

      Wg różnych szacunków wśród obecnie ubezpieczonych w KRUS 1,6 mln osób prawie 0,3 mln to osoby które w KRUSie być w ogóle nie powinny. Na samych składkach zdrowotnych można tu odzyskać mniejsze kilkaset mln zł. W zależności od szacunków, gdyby pełne składki płacili rolnicy z gospodarstw powyżej 10 ha dałoby to dodatkowo miedzy 2 a 3 mld zł, zaś powyższa propozycja rolników to nieporozumienie. Średnia 2,5 mld zł to raczej przesada w najbliższych latach, ale 1 mld zł to bardzo realna kwota i bardzo duża, możliwa do odzyskania w średnim terminie. Ciekawy jestem czy w obecnej kadencji Parlamentu, reforma ubezpieczeń rolniczych „przejdzie”.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 listopada 2007 01:26
  • niedziela, 11 listopada 2007
    • Wybrane informacje z rynku funduszy inwestycyjnych z października

      Kolejna ankieta przeprowadzona przez Gfk Polonia na zlecenie jednego z krajowych banków przybliża nam obraz krajowego inwestora korzystającego z funduszy inwestycyjnych. Najważniejsze jest fakt, iż przeważająca większość chce w przyszłości korzystać z tej formy oszczędzania. Jest to pochodna przede wszystkim dotychczasowych korzystnych rezultatów osiąganych przez większość funduszy. Nie jestem pewny czy takie same opinie byłyby po dłuższej i głębszej korekcie, ale z całą pewnością można być pewnym, że doświadczona prze inwestorów hossa miała niebagatelny walor edukacyjny dla inwestorów. Pod warunkiem że byli to inwestorzy świadomi, czyli tacy którzy uświadamiają sobie czym jest rynek finansowy oraz jakie niesie ze sobą ryzyka. Nieco mnie martwi iż co trzeci inwestor dokonywał inwestycji w drodze jednorazowanego zakupu jednostek TFI.  Ci którzy nabyli przykładowo jednostki krajowych czy zagranicznych funduszy akcyjnych w tym roku, w chwili obecnej nie mają powodów do radości. Po drugie zakup jednorazowy to poważne złamanie podstawowych zasad inwestycyjnych. Albo inwestuje się z pewną regularnością względnie stałe kwoty, albo „wyłapuje” momenty kiedy indeksy giełdowe są tuż po zakończeniu korekty. Ten drugi przypadek to oczywiście teoria. Przyjmując że mowa o funduszach akcyjnych, to najlepiej byłoby połączyć obydwie strategie, ale to wymaga albo wiedzy, albo współpracy z doradcą. Innym wyjściem jest oczywiście wybór funduszy mieszanych, które w okresie spadków giełdowych, przesuwają środki w papiery wartościowe. 1/3 inwestorów to „większe” kilkaset tysięcy osób. Dużo. Sądzę, że część z nich inwestowała niestety za pośrednictwem (tzn. przynajmniej po zasięgnięciu opinii) doradców. ..Ale wracając do ankiety, to drugie tyle osób inwestuje łącząc jednorazową wpłatę z regularnymi wpłatami. Taka postawa jest już znacznie bezpieczniejsza. Blisko 30% inwestuje w sposób regularny. Około 42% inwestuje regularnie do 400 zł miesięcznie, a 28% - od 400 do 800 zł. Widać więc że większość inwestujących robi to z pewną regularnością i „odkłada” miesięcznie kilkaset złotych, co jest kwotą dość znaczną ja na polskie portfele. Wyniki przedstawianej ankiety są efektem badania ok. trzystu osób, a więc nie jest to próba badawcza zbyt duża, ale o ile pamiętam relacje pomiędzy wielkością próby a dokładnością wskazań, to przy tej wielkości próby i trafności doboru ankietowanych, dokładność poszczególnych wskazań może być błędna o nawet kilka procent. Badanie przeprowadzono na przełomie czerwca i lipca, ale jego wyniki do szerszej wiadomości podano z opóźnieniem.

      Idea TFI przystąpiła – zgodnie zapowiedzią – do poważnego zwiększenia ofertę dla inwestorów. Są to (a dokładnie będą) trzy fundusze, z grupy alternatywnych, które faktycznie mogą być w obecnej sytuacji giełdowej spotkać się z dużym zainteresowaniem i przy odrobinie szczęścia zwiększyć udział Idei w rynku. TFI Idea nie potrafi przebić bariery 0,3% udziału w rynku, co biorąc pod uwagę długą historię firmy (dawniej GTFI), nie jest wynikiem imponującym. Idea Surowce Plus FIO zamierza inwestować w różne lokaty, papiery wartościowe, indeksy, instrumenty wspólnego inwestowania itp. instrumenty powiązane z rynkiem surowcowym. Powiązanie to będzie więc głównie pośrednie. Słuszne wiec jest określenie ze skrótu prospektu emisyjnego, że będzie to inwestowanie w instrumenty skorelowane z rynkiem surowców i energii. Udział takich instrumentów nie będzie mniejszy  50% portfela. Strategia inwestycyjna obejmuje również instrumenty pochodne, co wydaje się naturalne i może przynieść ciekawe efekty. Jeżeli portfel funduszu będzie dobrze dobrany to może to być ciekawa alternatywa dla funduszy akcyjnych przy rosnącym obecnie ryzyku inwestycyjnym. Kolejny fundusz – Globalny FIO – od 0% do 100% środków będzie inwestował w jednostki uczestnictwa krajowych oraz zagranicznych funduszy i instrumenty wspólnego inwestowania (od 50% do 100%). Wg deklaracji władz TFI mogą się w portfelu znaleźć i akcje. Generalną ideą funduszu jest danie możliwości inwestowania na globalnym rynku, wg zasady „jesteśmy tam gdzie można zarobić”. Do tej oferty wkrótce ma dołączyć fundusz typu hedge. Wspomniane fundusze, od warunkiem że osiągną interesujące rezultaty, pomogą być może sięgnąć bariery 1 mld zł wartości portfela.

      Wspomniałem o wartości portfela 1 mld zł, bo po raz kolejny przypomniało o sobie TFI Quercus, które chce rozpocząć operacją działalność na początku przyszłego roku. TFI liczy początkowo na 500 mln zł wpłat i sięgniecie 2-3 mld zł zarządzanych aktywów w ciągu 3-5 lat. Historia niektórych mniejszych towarzystw z lat 2004-2007 wskazuje, że jest to możliwe, ale były to firmy o bardziej znanej marce i działo się to na rosnącym rynku. Powyższy przykład Idei wskazuje, że nie jest to takie proste. Przypomnę, że założycielem jest m.in. Sebastian Buczek związany do niedawna z Grupą ING. W najbliższych planach jest parasol z czterema subfunduszami. S.Buczek przedstawił również prognozę dla rynku, która moim zdaniem za bardzo odpowiada bieżącym stanom umysłu rynku. Wg Buczka rynek jest w trendzie wzrostowym i – jak można się domyślać z opinii – jest szansa na utrzymanie tego trendu, chociaż ze sporymi wahaniami. Trochę zbyt łatwo chyba S.Buczek przyjmuje pojawiająca się obecnie teorię, że wzrost rentowności stóp papierów dłużnych będzie mniejszy od do niedawna oczekiwanego. Nie spodziewa się również podwyżki stóp przez RPP. Przyznaje ze można w nią zwątpić po ostatnim komunikacie z października, mnie jednak wydaje się że jedna podwyżka o 0,25 powinna jeszcze mieć miejsce w tym roku, biorąc pod uwagę sytuację makroekonomiczną.

      W Polsce jest obecnie 32 TFI i to nie koniec. Kolejnym, które złożyło wniosek o rejestrację jest TFI Trust. Założycielem jest Rafał Liz, były prezes m.in. TFI Banku Handlowego. Na początek będą dwa fundusze zamknięte oraz dwa hedgingowe, przy czym aktywa mają być początkowo lokowane głównie w E.Wschodniej i Środkowej. Zwrócę uwagę na dwa ostatnie fundusze. Zauważyłem, że od kilku miesięcy argumentem na przyciągniecie klientów maja być fundusze alternatywne, niejednokrotnie o profilu hedgingowym. W większości przypadków kończy się (skupia) to na inwestowaniu a inne fundusze, ponieważ samodzielne inwestowanie w tego typu instrumenty wymaga sporej wiedzy o szeregu rynków (waluty, surowce, stopy procentowe itd.) i – jak sądzę – dobrego zespołu specjalistów. Tych ostatnich znowu tak dużo nie ma, biorąc pod uwagę ogłoszenia o pracę w prasie finansowej i tempo powstawania instytucji wyłapujących wszelakiego typu analityków finansowych.

      10-lecie istnienia obchodził Skarbiec TFI. Oferta, jak na  rozmiaru Towarzystwa (na konie wrześnie aktywa – 4,8 mld zł), jest dosyć spora. Aż 19 funduszy, z czego 17 w trzech parasolowych. Wyniki niezłe, ale nie należą do rewelacyjnych. Zresztą fakt iż wyniki nie należa do czołowych, niekoniecznie jest wadą. Fundusz był już nagradzany za stabilizację wyników na dobrym poziomie, co jest sporym atutem dla TFI. Aż do początku 2007 TFI dzielnie powiększało udział w rynku. Na latach 2004-2006, udziały były następujące: 1,8%, 2,2%, 3,6%. W drugiej połowie 2006  TFI sięgało jeszcze niemal 4%. Niestety przy coraz większej konkurencji, udział w rynku zaczął w bieżącym roku spadać, by obecnie trzymać się na poziomie 3,4%. Jednym z powodów utraty rynku, było zbyt późne powstanie funduszy akcji zagranicznych i krajowych firm średnich i małych. Niemniej należy fundusz pochwalić za stworzenie dwóch funduszy związanych z rynkiem nieruchomości.

      Prognozy dla rynku z ostatnich kilku tygodni (ale sprzed listopada) zebrane z TFI, wskazuję na sporą wiarę we wzrostu, chociaż umiarkowane. Oczywiście dostrzega się, że utrzymanie tempa indeksów giełdowych do tej pory, będzie raczej trudne do osiągnięcia w najbliższych kwartałach, ale można zauważyć że dotychczasowe korekty giełdowe traktowane są zbyt łatwo jako świadectwo umocnienia trendu. Mało kto zwróć uwagę, że giełda krajowa trochę jednak przeszacowuje trendy gospodarcze. Zresztą nikt, lub mało, kto chce zaryzykować wskazanie tego faktu. Jest raczej atmosfera oczekiwania na potwierdzenie tego przez wyniki makroekonomiczne. Na podstawie komentarzy, zauważyłem na podstawie komentarzy, że wariantem oczekiwanym przez inwestorów i zarządzających funduszami jest raczej oczekiwane niewielkie spowolnienie gospodarki, które odbędzie się łagodnie co rynek odbierze bez poważniejszych wstrząsów i indeksy powoli będą się stabilizować na osiągniętych poziomach. Ja to odbieram jako nadmierny optymizm i obawiam się że gdy do graczy dotrze w końcu że indeksy szły w ostatnich kwartałach w górę szybciej niż by to wynikało ze stanu gospodarki to może się to skończyć korektą w granicach 10%-20% i dopiero wtedy stabilizacją lub raczej bardzo powolnym odrabianiem.

      BGŻ podał zysk z dwuletniej lokaty inwestycyjnej, która dopiero co zakończyła żywot. Zysk oparty był na wartości trzech czołowych indeksów zagranicznych  i sięgnął 12%. Jak na tego typu produkt, wynik rzeczywiście dobry. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę, że jest on zbliżony do przeciętnych wyników osiąganych przez te produkty, pod warunkiem że struktury te nie są tworzone w okresach spadków indeksów (tzn. przy założeniu indeksów giełdowych). Zrobiłem to, z pozoru głupie zastrzeżenie, ponieważ w coraz częściej oferowanych tego typu produktach widać, że czasami bodźcem do ich tworzenia jest nie tyle spore prawdopodobieństwo osiągnięcia godziwego zysku, ale popyt na produkty tego typu.

       An już na koniec pewna ciekawostka. Prezes Pekao Pioneer TFI nie jest zwolennikiem likwidacji „podatku Belki”. Sugerowałby raczej stworzenie ulgi. Jest to takie trochę branżowe spojrzenie na problem. Prezes PP TFI motywuje swoją opinie faktem, że podatek ( a dokładnie zwolnienie dla programów IKE) pełnił wg niego funkcję motywacyjną do oszczędzania długoterminowego. Rozwiązaniem mogło by być gdyby podatek utrzymano dla inwestycji do 12 m-cy. Tylko że w tym momencie odezwą się obrońcy osób, które z racji słabych dochodów zaczynają dopiero powoli oszczędzać zaczynając od lokat bankowych. Obawiam się że tego typu opinie nie są tylko motywowane IKE, które w przypadku likwidacji podatku powinny być wsparte zastępczo inną ulgą podatkową. Likwidacja tego podatku może wprowadzić pewne zamieszanie dla rynku. W końcu na ucieczce od podatku opierają się fundusze parasolowe i inwestycje z polisą.

       

       

       W opracowaniu wykorzytano materiały firmy Analizy Online Sp. z o.o.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 listopada 2007 14:59
  • czwartek, 08 listopada 2007
    • Ile w Polsce może być małych firm? Od czego to zależy?

      W dyskusji o przedsiębiorczości w Polsce dość często sugeruje się, że ułatwienie przepisów, obniżenie obciążeń fiskalnych przyczyni się do jej rozkwitu. Temat skali obciążeń i możliwości ich redukcji poruszałem bodaj kilkakrotnie. Poważniejsza redukcja obciążeń nie jest możliwa, ale żeby nie być posądzonym o niesprzyjanie drobnej przedsiębiorczości, niedawny czas temu zwróciłem uwagę że skala wpływów podatkowych do budżetu i oszczędności z powodu świetnej koniunktury, teoretycznie pozwala na obniżenie podatków o 1% do 2%. Teoretycznie, ponieważ było to założenie że pieniądze zwracamy podmiotom gospodarczym i obywatelom, a cała masa problemów budżetowych (brak środków na wiele dziedzin) pozostaje be zmian.

      Chciałem w ten sposób jedynie zaznaczyć, że ewentualne obniżenie fiskalnych obciążeń nie spowoduje radykalnej poprawy sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych, a będzie to jedynie mały zastrzyk pieniędzy. Mały w każdym jednostkowym przypadku, ale dostrzegalny w ujęciu makroekonomicznym. Podobnie jest z ułatwieniem funkcjonowania. Skrócenie okresu zakładania firmy, czy (to najnowsza propozycja) rezygnacja z kwartalnej aktualizacji podstawy do wyliczenia emerytury i renty, nie spowoduje przecież wzrostu sprzedaży małego przedsiębiorcy o 10% czy 20%.

      Tak naprawdę podstawowym czynnikiem determinującym liczbę drobnych przedsiębiorstw w danej gospodarce jest skala łącznego popytu i poziom rozwoju gospodarki. Pod poziomem rozwoju rozumiem również kwestie techniczne, co ma przeniesienie na liczbę małych kooperujących przedsiębiorstw. Jednak rozwój techniczny i obniżanie kosztów produkcji powoduje również zanikanie  niektórych profesji. Przykładowo możliwość zakupu butów w cenie 80-120 pln czy tani import, powoduje zanikanie zawodu szewca. Z własnych doświadczeń wiem, że koszt nawet niezbyt skomplikowanej naprawy butów to 20-30 pln.

      Zacząłem od powyższych informacji, ponieważ GUS przedstawił niedawno informację o liczbie  i sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych zatrudniających od 1 do 9 osób za 2006 rok. Niestety sprawozdawczość stosowana dla małych podmiotów nie pozwala na tak dokładne (liczba i częstotliwość publikacji) ich analizowanie jak to jest w przypadku większych podmiotów. Do tego dołożyłem dane z lat 2004 i 2005, by przedstawić małe podmioty w okresie bieżącego wzrostu gospodarczego jakiego doświadczamy od 2003 r. Wszystko to po to by postarać się dać odpowiedź na pytanie:

      Ile w Polsce może być małych firm? Dla mnie to bardzo intrygujące pytanie, postaram się wiec przybliżyć odpowiedź, albo pomóc zrozumieć stan obecny.

      Zwracam na to uwagę, ponieważ atmosfera wokół drobnej przedsiębiorczości i roztaczane przez część polityków i ekonomistów wizje naprawy, mogą sugerować że gdyby nie mityczna już tzw. biurokracja, to liczba przedsiębiorców byłaby znacznie większa, a ich sytuacja finansowa lepsza. Czy aby na pewno. Rynek ma swoją ograniczoną pojemność i nie da się nawet administracyjnymi metodami doprowadzić do radykalnego zwiększenia liczby małych podmiotów. Problemem głównym więc nie są ograniczenie administracyjne i fiskalne w funkcjonowaniu firmy, ale to czy znajdziemy odbiorcę na swoje produkty czy usługi. Warto przypomnieć, że już obecnie przedsiębiorcy korzystają z udogodnień finansowych. Około 650 tys. osób płaci składki wyliczane z niższej podstawy wymiaru (60%).

      Zanim jednak przejdę do podawanych przez GUS liczb, trzeba przypomnieć tło makroekonomiczne na którym rozgrywa się akcja. Średnie tempo PKB w Polsce latach 2004-2006 to 5,1%, a więc dużo. Od końca 2005, roczne (realne) tempo wynagrodzeń zaczęło coraz wyraźniej przekraczać średnią dla Polski z 10 lat wcześniejszych. Średnie (realne) tempo wzrostu sprzedaży przedsiębiorstw niefinansowych, to niemal 9% w tym okresie. Stopa bezrobocia spadła w tym okresie z 21% do 15%. Przy czym najdynamiczniejszy okresy poprawy sytuacji gospodarczej to częściowo 2004 r i 2006 r z końcówka 2005 r.

      W latach 2004-2006 liczba przedsiębiorstw o zatrudnieniu od 1 do 9 osób była następująca: 1,65; 1,61; 1,65 (mln). Tak więc w 2005 liczba podmiotów spadła o 2,5% (w 2004 spadek o 15 w porównaniu do 2003) by rok później wzrosnąć w niemal takim samym stopniu (2,4%). Tak wiec w 2006 liczba małych firm nie przekroczyła liczby z 2003 r. i to pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego. W 2005 zatrudnienie spadło o 0,6% by rok później wzrosnąć o 2,3%. Tymczasem w większych podmiotach w obydwu latach zatrudnienie rosło: 2005 o 2,5%, 2006 o 3,8%. Zwrócę uwagę, że zatrudnienie w małych firmach to 3,5 mln osób, w większych których dane wykorzystywałem (bez sektorów finansowych) to na koniec 2006 r. ok. 5 mln osób. Wynagrodzenie w małych przedsiębiorstwach w latach 2005 i 2006 rosło nominalnie o 2,2%. W większych podmiotach wynagrodzenie rosło o ok. 5%. Minimalnie więc zwiększyła się różnica w wynagrodzeniach. W małych firmach średnie wynagrodzenie stanowiło jedynie 55% wynagrodzenia w większych (2006 r.). Roczne przychody rosły w małych firmach w 2005 o 0,6% i w 2006 o niemal 16%. W większych natomiast o 5,5% i 14%.

      Z punktu widzenia tematu opracowania, chyba najciekawsza jest liczba firm przypadająca na 1000 mieszkańców. Otóż w analizowanych 3-4 latach liczba małych firm jest względnie stała i trzyma się wartości ok. 43 podmioty na 1000 mieszkańców. Występuje jednak spore regionalne (wojewódzkie) zróżnicowanie. W woj. mazowieckim to aż 52 podmioty na 1000 mieszkańców (50 w 2004 r.). To wartość 20% lepsza od średniej dla kraju. To głównie wynik zamożności mieszkańców województwa, które przewyższa pod względem wynagrodzeń średnią krajową o niemal 30%. Najgorzej jest w woj.podkarpackim – ok. 30 podmiotów na 1000 mieszkańców. Świetny wynik osiąga woj. zachodniopomorskie – prawie 57 podmiotów na 1000 mieszkańców. Rewelacja. Niemniej to nie wynik bogactwa ludzi tam żyjących, ale bliskość granicy i/lub przymus ekonomiczny. Wskaźnik bezrobocia należy do grupy najwyższych wśród województw. Średnie wynagrodzenie w małych firmach w tymże województwie jest niższe od średniego o kilka procent. Pod względem wynagrodzeń w małych firmach jest gorszych 5-6 województw.

      Podane informacje potwierdzają, że „pojemność” rynku rozumiana jako miejsce do funkcjonowania danej liczby małych firm nie jest z gumy. Ekonomia ma niestety swoje ograniczenia. Produkty i usługi maja swoje określone ceny, a te mocno już zdeterminowane przypadające im koszty i marże. Pojedynczy przedsiębiorca może osiągnąć (w przeliczeniu na 1 osobę) określone przychody, a dokładniej – z określonego przedziału kwotowego. Średnia dla 2006 to 180 tys. rocznie. Pomijając sektor usług finansowych, to dla poszczególnych sekcji/działów gospodarki rozpiętość wynosi od 50 tys. do 240 tys. pln rocznie na jedną zatrudniona osobę. Lata kiedy liczba podmiotów rosła w tempie kilku-kilkunastu procent, bezpowrotnie minęły. Obecnie to już nie dekada lat 90tych. Zresztą wzrost małych firm w 2006 r. o 2,4%  to ładny wynik, chociaż radość psuje nieco fakt iż nie przekroczono liczby firm z 2003 r. Jak widać więc, spory wzrost gospodarczy nie przekłada się już na radykalny wzrost liczby małych firm. Część małych przedsiębiorców, korzystając z koniunktury przechodzi do pracy w większych firmach, cześć – rozwinęła się na tyle mocne, że jest już obejmowana statystykami jako większe podmioty. Przychody małych firm to głównie usługi (ok. 80%) dla gospodarstw domowych i – częściowo – większych podmiotów gospodarczych.

      Czy liczba małych firm może wzrosnąć? Sądzę ze tak, a nawet jestem tego pewny. Będzie to jednak wzrost uwarunkowany głównie tempem naszego rozwoju i bogacenia się społeczeństwa, przy czym dynamika będzie skromna. Nie sądzę by w dłuższym terminie udało się nam utrzymać tempo wzrostu zatrudnienia i liczby jednostek na poziomie roku 2006, czyli ok. 2,5%. Pomijam tu oczywiście wpływy regulacji administracyjnych, powodujących sztuczne zwiększanie zamozatrudnienia. A wracając do roli Państwa, w rozumieniu ustawodawcy, to nie jest możliwa poważniejsza zmiana relacji ekonomicznych na korzystniejsze dla przedsiębiorcy (redukcja obciążeń finansowych). Tutaj pole jest dość ograniczone. Ja osobiście wolałbym większą aktywność na rzecz zachowania jak największej elastyczności funkcjonowania podmiotu (bariery wejścia, wyjścia i łatwość funkcjonowania).

      W opracowaniu wykorzystałem materiały GUS.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ile w Polsce może być małych firm? Od czego to zależy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 listopada 2007 01:34
  • poniedziałek, 05 listopada 2007
    • Państwo w oczach ekonomistów FOR

      Kiedy Leszek Balcerowicz kończył urzędowanie w NBP, zapowiadał powstanie organizacji która propagowałaby myśl społeczną i ekonomiczną. Znane poglądy L.Balcerowicza zapowiadały, że z całą pewnością nie będzie to organizacja lewicowa, czy propagująca ingerencję w życie obywateli.  Przyznam, że wtedy mało w to wierzyłem ponieważ media skupiały się raczej na domysłach gdzie będzie L.Balcerowicz pracował, tzn. jakaż to renomowana instytucja finansowa go zatrudni. Fundacja zeszła mediach na plan dalszy i chyba nie traktowano poważnie pomysłu jej założenia. Tymczasem zapowiedź została zrealizowana. Formalnie idea przybrała postać fundacji i wg Krajowego Rejestru Sądowego, 30 marca została wpisana do rejestru stowarzyszeń pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju. By przybliżyć cel istnienia fundacji, pozwolę sobie skopiować „cele FOR” w jej strony internetowej (www.for.org.pl):

      Zasadniczym celem FOR jest zwiększenie obywatelskiego zaangażowania w polskim społeczeństwie na rzecz propozycji, które sprzyjają szybkiemu i stabilnemu rozwojowi kraju.

      Stały punkt odniesienia dla naszej działalności stanowi wizja takiego ustroju, który tworzy warunki sprzyjające prorozwojowym, produktywnym działaniom ludzi, w szczególności:

      ·      pracy, przedsiębiorczości i innowacyjności

      ·      oszczędzaniu i inwestowaniu

      ·      zdobywaniu wiedzy

      Podstawowymi kierunkami działań FOR są: mobilizowanie do obywatelskiej aktywności oraz działalność informacyjno-edukacyjna.

      Obecnie na stronie FOR dominuje tematyka ekonomiczna, co mnie akurat najbardziej interesuje i o czym chciałem napisać. Dotychczasowy dorobek pisarski FOR to artykuły prasowe i dwa poważniejsze opracowania (Raporty). Do tego dochodzą treści i polemiki dostępne tylko na stronie internetowej, co można traktować jako uzupełnienie publikacji. Daty publikacji wskazuje, że działalność publicystyczna twórców FOR (pod jej imieniem) zaczęła się na przełomie sierpnia i września. Jednym z głośniejszych, jest „Raport o konsekwencjach zablokowania prywatyzacji” przesłany do Ministerstwa Skarbu, gdzie określono go mianem „ideologiczny”.

      W swoim tekście skupię się na opinii do „Raportu o stanie polskiej gospodarki”. Sadzę, że prezentują on dość dobrze poglądy ekonomiczne twórców FOR jak i osób z FOR współpracujących. Nie ukrywam, że daleko mi do takiego patrzenia na gospodarkę jaki widać w raporcie, ale nie będę tez ukrywał że pozytywnie oceniam fakt powstania FOR. Nic tak ludziom nie służy jak prezentacja i wymiana własnych poglądów, cieszę się więc że L.Balcerowicz wprowadził w czyn swoje zapowiedzi, nawet jeżeli pod niemałą częścią treści, diagnoz i poglądów prezentowanych na stronie FOR raczej bym się nie podpisał. Sobie i FOR mogę tylko życzyć, by działalność ekonomiczna była rozwijana.

      „Raport o stanie polskiej gospodarki” jest, szczególnie początkowo, pisany w formie dość luźnej i okraszany zabawnymi - w opinii autorów – porównaniami (np. porównanie z hydrauliką na trzeciej stronie). Na wstępie autorzy słusznie zwracali uwagę na niedorzeczne przypisywanie sobie przez PiS sukcesów gospodarczych. Jednak w tłumaczeniu przyczyn sukcesów gospodarczych w swych krytycznym spojrzeniu posunęli się za daleko. W krótkiej diagnozie obecnego sukcesu gospodarczego, autorzy wyraźnie unikają zarysowania całego spektrum zjawisk makroekonomicznych. Z lektury I części (wprowadzenie) w zasadzie wynika, że obecny wzrost gospodarczy to pomieszanie przypadku i czynników zewnętrznych oraz kiepskiej złej polityki pieniężnej RPP. Wg autorów rozwijaliśmy się m.in. dzięki eksportowi. Przedstawiono to jednak jako skutek popytu zagranicznego, a pominięto ogromny wysiłek jaki podjęli przedsiębiorcy i minione rządy, by przygotować kraj do wejścia do UE. Kolejny czynnik sprzyjający koniunkturze, to fundusze unijne. Wg autorów sprzyjają koniunkturze głównie w krótkim terminie, co wydaje się zaskakującym wnioskiem. Faktycznie słabe „osiągnięcia” prywatyzacyjne, mają rzekomo zniechęcić kapitał zagraniczny do inwestowania w kraju. Sporo miejsca we poświęcono RPP i polityce pieniężnej. To tani pieniądz i wzrost jego podaży zasilający krajowy popyt wraz z inwestycjami zagranicznymi, przyczyniły się do wzrostu gospodarczego. Obecną politykę RPP, autorzy oceniają krytycznie, tzn. zbyt słabo i zbyt późno zaczęto podnosić stopy procentowe. Tu akurat z opinią autorów się zgadzam. W efekcie czeka nas skok inflacji w perspektywie kilkunastu miesięcy. Zgadzam się również w kwestii sektora publicznego. Biorąc pod uwagę tempo jego wzrostu i PKB, działania minionego rządu trochę mnie również rozczarowują, bo najważniejsze decyzje pod stronie wydatków zbyt łatwo kreują popyt  przy niewielkim wysiłkach, by poprawić efektywność dotychczasowych wydatków. Istnieje więc faktycznie ryzyko, że popełnimy błąd polegający na wzroście udziału finansów publicznych w PKB, przy braku poprawy ich efektywności, tuż przed spowolnieniem koniunktury. Zaznaczam, ze jest to tylko ryzyko i scenariusz ten nie musi się zrealizować. Powtórzę, to co już pisałem wcześniej na swojej stronie, że wielu ekonomistów (w tym środowisko FOR) nie zauważa lub nie chce, że z racji poprawy koniunktury, niskiemu prawdopodobieństwu niskiego tempa PKB i częściowo trwałemu zwiększeniu bazy podatkowej, iż porównywanie obecnego okresu do pierwszych lat dekady nie ma sensu. Tak więc proponowałbym zrewidować nieco pogląd na finanse publiczne i porównywalność z początkiem obecnej dekady. Na ósmej stronie autorzy robią to czego najbardziej nie lubię i co podważa wiarygodność raportu. Jest szczególna cechą liberalizujących ekonomistów, przywoływanie przykładu małych państw Bałtyckich. Obecna sytuacja ekonomiczna tych państw mówi sama za siebie (utrata równowagi gospodarczej).

      Raport w dalszych, bardziej szczegółowych, częściach jest pisany  w podobnym tonie. Na przestrzeni lat zauważyłem pewną tendencję wśród liberalnych ekonomistów. Jeżeli miał miejsce wzrost gospodarczy, niezgodny z wyznawanymi przez nich prawidłowościami i zaleceniami, to jest albo przypadkowy albo wywołany przez czynniki zewnętrzne i niespójną politykę budżetową i pieniężną. Tak autorzy tłumaczą bodaj większość zmian gospodarczych i obecną koniunkturę. Szczerze mówiąc, to w trakcie lektury raziła mnie spora stronniczość w diagnozie sytuacji gospodarczej i spory pesymizm co do przyszłości.

      Trudno nie zgodzić się z autorami Raportu, którzy proponują podjąć działania mające na celu obniżenie wydatków publicznych. Z tym, że propozycja autorów (w podobnym tonie była niedawna publikacja w G.Wyborczej) wskazuje obniżenie wydatków z poziomu 45% do 30%, 35%. Trudna tam znaleźć dokładne wskazówki, co miałoby podlegać aż takiej redukcji. Oznacza to redukcję przepływów publicznych aż o ok. ¼ (ponad 100 mld pln). Mógłbym wskazać parę przykładów, ale na pewno nie na kwotę 100 mld pln. Zresztą po co ja się tłumaczę, skoro autorzy też się nie kłopoczą. Przyznam, ze tego typu propozycje, to coś z pogranicza ekonomii i wizjonerstwa pod pozorami profesjonalizmu. Zauważyłem, że ekonomiczni wizjonerzy po prostu mniej przejmują się faktami i liczbami. Przy obecnym dystansie ekonomicznym Polski do krajów rozwiniętych, zaniedbaniu szeregu sfer życia publicznego i grup zawodowych, zejście do wydatków publicznych do 30%-35% musiałoby być wsparte konkretnymi rozwiązaniami, by zachęcić do nich opinię publiczną. Propozycja konstytucyjnego uregulowania tempa wzrostu wydatków (artykuł z G.Wyborczej jednego z autorów Raportu) do tempa niewiele ponad wskaźniki cenowe, jest mało realna. Niemniej ostatnie dwa lata są na pewno przykładem, że warto przemyśleć górne ograniczenie, bo ostatnio wydatki rosły wyraźnie szybciej niż PKB. Tak więc w przypadku redukcji wydatków nie tyle o dynamikę tu chodzi, ale „redefinicję państwa” jak wspominają autorzy, czyli wyprowadzenie części przepływów finansowych poza finanse publiczne. Szkoda tylko, że kwestia redefinicji skończyła się praktycznie tylko na haśle. Wygląda to ta jakby i autorom zabrakło odwagi w formułowaniu dalszych wniosków (bo mam nadzieję, że nie pomysłów). Mam nadzieję, że nie są to pomysły które można odnaleźć na stronie internetowej FOR, jak chociażby ankieta o prywatyzację służby zdrowia. Na pytanie czy sprywatyzować służbę zdrowia, ok. 85% uczestników ankiety, odpowiedziało „tak”. Ale czy oni wiedzą o czym decydują, czy tylko dają „świadectwo wiary”. Proponowałbym porównanie składki zdrowotnej płaconej przez każdego z nas z ofertą prywatnych placówek służby zdrowia, których pakiety maja cechy ubezpieczeń.

      Podsumowując, ekonomiczne poglądy osób publikujących pod patronatem FOR, można w krajowych warunkach określić jako bardzo liberalne, gdzie praca nad faktami i pokorna zaduma nad meandrami makroekonomii trochę zbyt łatwo jest zastępowana wiarą w święte prawidła liberalnej ekonomii i wiary we własną rację. Dla mnie, zwolennika wolnego rynku, poglądy makroekonomiczne to nie kwestia wiary, ale ciągłego analizowania wydarzeń bieżących i minionych, bez ideologicznego spojrzenia na jak zawsze trudną do przewidzenia przyszłość. Niemniej zachęcałbym do śledzenia publikacji FOR, z wieloma tezami trudno się nie zgodzić, nawet jeśli w różnym stopniu. Mam nadzieję, że temat redefinicji państwa (w wymiarze ekonomicznym) będzie głębiej rozwinięty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 listopada 2007 00:33
  • piątek, 02 listopada 2007
    • Rynek finansowy w październiku

      Wydarzenia na światowym rynku finansowym oraz ogłaszane niemal codziennie informacje o wynikach finansowych czołowych międzynarodowych instytucji czy danych makroekonomicznych USA wcale nie dały jednoznacznych wskazówek, co dalej. Zresztą, kto powiedział że tak musi być. Na tym polega urok ekonomii i rynków finansowych, że trudno precyzyjnie wskazać co będzie za 6 czy za 24 miesiące.

      Jeżeli mierzyć nastrój na rykach finansowych zmianami indeksów giełdowych w USA, to po prostu jest dobrze. Wprawdzie od połowy października indeksy te mocno wyhamowały, ale trudno powiedzieć precyzyjnie co było powodem, obawy o perspektywy spółek giełdowych i doniesienia o korektach wyników czy sam fakt iż bito kolejne rekordy i świadomość że wzrosty nie trwają wiecznie. Od poprzedniej decyzji o obniżeniu stóp w USA, czołowe indeksy giełdowe wzrosły w ciągu miesiąca o ok. 6%. Uspokajało się również na rynku depozytów. Gdzieś od początku drugiej dekady października wysokie względem stopy referencyjnej stawki depozytów zaczęły spadać, by na koniec miesiąca naturalnie odzwierciedlać nastroje na rynku. Tzn. krzywa rentowności znowu zaczęła pełnić swoją rolę. Wcześniej, przez niemal dwa miesiące , szczególnie po „krótkich” depozytach widać było że na rynku brakowało pieniądza dla zaspokojenia celów płynnościowych. Bądź mówiąc inaczej, niektórym w ogóle lub mniej chętnie pożyczano pieniądze. Rynek zresztą częściowo antycypował kolejną obniżkę stóp w USA, czyli wczorajszą decyzję FED. Być może pewnym znakiem nastrojów na giełdach jest dzisiejsze (dzień po obniżce stóp) zachowanie indeksów giełdowych w USA. W pewnym uproszczeniu, poza Azją główne indeksy spadały i to dość mocno bo nawet o ponad 2%. „The reports we saw today are generally consistent with a slowing economy,'' jak powiedział jeden z analityków po kolejnej porcji danych makroekonomicznych. Niestety dobrymi nastrojami na giełdzie nie da się odczarować konsekwencji spadku popytu na rynku mieszkaniowym. Sądzę że giełdowi gracze po lepszych od oczekiwań wynikach tempa wzrostu gospodarczego (3,9%) i dzisiejszych danych, nadal mają wielkie pomieszanie w głowach i większą role w ich decyzjach będzie pełnić analiza techniczna. Nie tak łatwo chyba zgasić optymizm rynków finansowych.

      FED w oświadczeniu po posiedzeniu umieścił zdanie: “After this action, the upside risks to inflation roughly balance the downside risks to growth”. To zdanie, wyłuskane przez agencje informacyjne, dość trafnie oddaje bieżący dylemat szukających kompromisu decydentów: inflacja czy wzrost gospodarczy. Przypomniano również, że oczekiwane jest obniżenie tempa wzrostu gospodarczego w na bliższym czasie, ponieważ konsekwencje zmian housing market dopiero zaczynają się przenosić na gospodarkę. W podobnym tonie wspominał o tym komunikat ECB z 4 października. ECB przyznał wręcz, że a chwilę obecną wciąż brak pełnych i wiarygodnych opracowań przedstawiających pełne konsekwencje zmian w sytuacji gospodarczej USA i konsekwencji tego dla rynków finansowych. Niemniej zarówno w komunikacie po spotkaniu Governing Council jak i komunikacie FED, na pewno nie ma informacji iż dzieje się w gospodarkach tych obszarów (USA i UE) cos bardzo złego. Jean-Claude Trichet w swoim komunikacie wyraźnie mówił o dość korzystnej sytuacji makroekonomicznej w UE i przypominał że rozwój gospodarczy w innych rejonach świata powinien częściowo niwelować oczekiwane spowolnienie w USA. Zresztą 1,9% wzrostu PKB w 2008 dla USA, jak np. prognozował  bodaj MFW, to znowu nie takie nieszczęście, kiedy weźmie się pod uwagę pierwsze reakcje rynków finansowych w okresie wakacji.

      Na krajowej giełdzie umiarkowany optymizm mieszał się z objawami ostrożności. Od dołka osiągniętego w czasie korekty w sierpniu, do chwili obecnej nasz WIG wzrósł o ok. 11% czyli porównywalnie z czołowymi rynkami światowymi. Pewna ostrożność widać również i po tym, że WIG nie bił rekordu z początki lipca, mimo iż był już niedaleko, oraz zmniejszyło się zainteresowanie mniejszymi spółkami. Na koniec października indeks WIG był o blisko 7% mniejszy od rekordowej wartości z 6 lipca. Próbę bicia rekordu podjął skutecznie WIG20. Jednak tutaj przewaga sięgała (wartość z 29 X) zaledwie 0,5% i wynik nie został utrzymany w kolejnych dwóch dniach. W samym październiku WIG wzrósł o 4,6%, co pewnie przyczyniło się do wzrostu zainteresowania funduszami akcyjnymi przez Polaków. Wcale by mnie to nie dziwiło, biorąc pod uwagę że komentarzach analityków giełdowych prognozy dla giełdy były często dość korzystne, chociaż nie obiecywano stóp zwrotu jak na początku roku.

      Kiedy patrzyłam na wykres stóp depozytów międzybankowych i obligacji w połowie minionego miesiąca, to przymierzałem się już niemal do sprawdzenia czy gdzieś nie popełniłem błędu przy aktualizacji arkusza, gdyż dla kilku terminów linia była prościutka niemal jak spod linijki. Tymczasem po publikacji danych o inflacji i pozostałych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie zmienił nastawienie. Pojęcie „wyraźnie” może się wydawać przesadzone (patrz. Tabela) ale sam fakt zmiany i jej kierunków wskazywał na kreowanie się nowego spojrzenia na naszą sytuację makroekonomiczną. Stopy obligacji po osiągnięciu maksimum pod koniec II dekady miesiąca, zaczęły spadać, by częściowo to odrobić w ostatnich dniach minionego miesiąca. Tymczasem stopy z zakresu od 1 do 12 miesięcy powolutku nieprzerwanie rosły. W przypadku obligacji rynek dokonał niewielkiej korekty przewidywań na 2008 r., sprowadzając je do oczekiwania stopy NBP na ok. 5,5% w połowie tegoż roku. Po sporym wzmocnieniu złotego widać też było iż nasze obligacje ciszyły się nie tylko krajowym zainteresowaniem. Na krótszych stopach, po kolejnych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie przygotowuje się do wzrostu stóp przez RPP o 25 pkt. i przekroczenia 5,5% za rok. W obydwu przypadkach reakcja obejmuje pewną nadwyżkę. Być może niektórzy wolę się przygotować na gorszy wariant. Tymczasem zimnym prysznicem musiały być wyniki głosowania RPP w sierpniu (poprzedni wpis) i komunikat po ostatnim spotkaniu RPP. Prezes NBP jest wyraźnym gołębiem a treść komunikatu wskazuje, że kolejna podwyżka stopy w tym roku stoi chyba pod poważnym znakiem zapytania. Część członków RPP jest przekonana że dotychczasowe podwyżki już przyniosły skutek, co jest dla mnie zaskakujące bo konsekwencje zmiany stóp nie następują tak szybko. Po drugie niektórzy członkowie zdają się przyjmować za potwierdzenie swych racji wyniki najnowszej prognozy analityków NBP. W porównaniu z poprzednią, po kilka dziesiątych obniżono prognozowane zakresy scenariuszy wzrostu inflacji i PKB. Warto wczytać się w treść komunikatu, ponieważ już od kilku tygodni niektórzy członkowie RPP i inne środowiska (Rada Naukowa i GUS) starają się nas przekonać o niskim ryzyku inflacyjnym w najbliższym terminie.

      Jako ciekawostkę na wstępie załączyłem rozkład decyzji o zmianie stóp  w ostatnich kilku latach przez RPP. Rozkład nie obejmuje tego roku, ale terminy zmian z tego roku potwierdzają że miłośnicy obstawania dokładnych terminów zmian stóp powinni przyjrzeć się kiedy dochodziło do nich w poprzednich latach. Zresztą nie musze zachęcać, bo wielu z nich to robi i to w postaci poważnych opracowań analitycznych. Podniesie to na pewno prawdopodobieństwo trafienia. Przedstawiam to również i z tego powodu, że H.Wasilewska-Trenkner przyznała iż RPP niechętnie zmienia stopy w grudniu. Terminy zmian są częściowo uzależnione od terminów publikacji najważniejszych informacji makroekonomicznych i prognoz analityków NBP.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 02 listopada 2007 00:13
  • poniedziałek, 29 października 2007
    • Ciekawe głosowania prezesa NBP

      Podane wyniki głosowań członków Rady Polityki Pieniężnej za sierpień wywołały zaciekawienie wymieszane z poruszeniem. Na sierpniowym posiedzeniu RPP, gremium to postanowiło o podniesieniu stóp z 4,5% do 4,75%. Sam ten fakt był oczekiwany, ale pewnym zaskoczeniem był rozkład głosów. Decyzje przyjęto stosunkiem głosów 9 do 1. Ten 1 to prezes NBP. Rzeczpospolita z czwartku udostępniła miejsce na komentarz Januszowi Jankowiakowi (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu), który na prezesie NBP nie zostawił suchej nitki. Spory komentarz, przykładowo, prezesowi poświęciła również piątkowa Gazeta Wyborcza.

      Janusz Jankowiak uderzył najostrzej, co już zapowiadał tytuł „Prezes NBP przegrywa i to bez klasy”. Nie odmawiam Januszowi Jankowiakowi jakości warsztatu, ale ocena jest chyba jednak posunięta za daleko, mimo że moja ocena głosowań, skalą zdziwienia i rozczarowania nie odbiega od Jego oceny.

      J.Jankowiak sierpniowe głosowanie ocenia jako przegraną. Dla podkreślenia wyjątkowości faktu zwraca uwagę, że nie miało to miejsca do tej pory ani w Polsce ani na świecie. W tym ostatnim przypadku pozostaje mi wierzyć, że to sprawdził. Ale nawet jeżeli tak jest, to musimy ten faktu automatycznie oceniać jako negatywny? W Polsce miały miejsce głosowania kiedy za decyzją (mniejsza o to „za” czy „przeciw”) było nawet i 10 członków lub 9. Faktycznie nie zdarzyło się by prezes NBP a jednocześnie przewodniczący RPP odstawał swoją decyzją od 9 pozostałych członków. Ale czy samotność w głosowaniu ma być z logicznego punktu widzenia czymś dziwnym? Prezes NBP ma prawo do samodzielnych poglądów i jak każdy członek RPP, swoją postawę w głosowaniu powinien wypracować samodzielnie. Nie odmawiajmy mu tego, nawet jeżeli kryje się pod tym pewna aluzja, o czym dalej w tekście. Mnie wynik głosowania tak bardzo nie poruszył, chociaż zdziwił. Początek urzędowania S.Skrzypka przypadł na okres kiedy rozważano o ile podnieść stopy i ewentualnie kiedy to zrobić. Trzeba przypomnieć dla porządku rzeczy, że jeszcze  przed kilku miesiącami kilku członków RPP kwestionowało konieczność podniesienia stóp, lub – dokładniej – czekało na właściwy do tego moment, koniecznie nie chcąc tego zrobić za wcześnie. Przypomnę, że spór o konieczność podniesienia stóp trwa przynajmniej od roku. Rok temu L.Balcerowicz wraz z D.Filarem, M.Nogą oraz H.Wasilewską-Trenkner rozpoczęli starania o podniesienie stopy. Niestety nikt z pozostałych członków RPP aż do marca nie zasilił tej grupy. W marcu do grupy dołączyli: A.Sławiński i A.Wojtyna, ale brak już było L.Balcerowicza (zakończył urzędowanie w styczniu). W marcowym głosowaniu był remis, ponieważ nowy prezes był przeciwko podniesieniu. Jednak z biegiem miesięcy, wraz z napływem kolejnych danych makroekonomicznych, grono gołębi topniało trwale lub przejściowo i na chwilę obecną jesteśmy po trzech podwyżkach i stopie na poziomie 4,75%. Tymczasem prezes NBP konsekwentnie był przeciw. Wolno mu ? Wolno. I teraz pojawia się kluczowe pytanie: czy prezes NBP posiadł jakąś inną wiedzę i jest obdarzony ekonomicznym wizjonerstwem? Obawiam się że prezes NBP źle rozumie samodzielność i oryginalność w zdobywaniu wiedzy makroekonomicznej oraz jej przedstawianiu. Jeżeli więc miała to być demonstracja „jestem samodzielny i niezależny w decyzji oraz nie ulegam presji otoczenia” to mu się w pewnym sensie udało. Ale tylko w pewnym, bo powstaje pytanie skąd prezes czerpie wiedzę o sytuacji makroekonomicznej, kto i co mu doradza. Dotychczasowe głosowania prezesa NBP mogą sugerować, że ma dość słaba orientację w problematyce makroekonomicznej, czego się obawiano po ujawnieniu jego kandydatury. W okresie wakacyjnym ustąpiły  już najtwardsze gołębie w RPP. Teraz w ptasim rankingu S.Skrzypek jest niekwestionowanym gołębim liderem.

      J.Jankowiak posunął się do oceny, że RPP wobec powyższego nie ma przewodniczącego. To oczywiście przesada, S.Skrzypek jest nim z urzędu. Powinno się chyba inaczej postawić pytanie: czy jest dobrym merytorycznie moderatorem dyskusji czy też pełni tą rolę czysto techniczną.

      Zgodzę się z J.Jankowiakiem w kwestii oceny głosowań przez rynek. O ile kiedyś głosowania przewodniczącego były istotne z powodów merytorycznych i piastowanej funkcji prezesa krajowego banku centralnego oraz przeważającego głosu w przypadku remisu, to obecnie prezes NBP sam się zmarginalizował. Jego dodatkowy atut w przypadku remisu może powodować skrzywienie decyzji, czyli w naszym przypadku trwałe wsparcie gołębi. Za takie można uważać praktycznie decyzję marcową. Podobna sytuacja może się pojawiać w najbliższych miesiącach. Z wypowiedzi części członków NBP i Rady Naukowej NBP wynika, że pojawia się coraz więcej wątpliwości co do konieczności dalszych podwyżek. Tzn. oni tak to postrzegają. J.Jankowiak ostrzega przed zwiększonymi kosztami prowadzonej polityki pieniężnej z powodu zaistniałej sytuacji. Taka sytuacja, w obecnych warunkach, moim zdaniem może nastąpić w przypadku narastającej konieczności dalszych podwyżek i opóźniania decyzji RPP. Rynek może antycypować podwyżki, uznając że RPP z opóźnieniem i skokowo to potwierdzi. Nie jestem zwolennikiem tłumaczenia zachowań rynku grą „pod decyzje RPP”, bo rynek w ocenie sytuacji makroekonomicznej powinien być w jak największym stopniu samodzielny, ale taki związek istnieje i trzeba to przyjąć do wiadomości. Po informacji i głosowaniu rynek jeszcze bardziej będzie się przysłuchiwał wypowiedziom grupy członków RPP, których trudno mi jednoznacznie zakwalifikować do jastrzębi lub gołębi. Mam na myśli J.Czekaja, A.Sławińskiego, A. Wojtynę.

      Przypomnę przy okazji swoje stanowisko. Uważam, że L.Balcerowicz słusznie starał się o podniesienie stóp już jesienią ubiegłego roku W obecnej sytuacji usatysfakcjonowałaby mnie jeszcze jedna decyzja „za”, czyli podniesienie do 5,0%. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę jak ważny jest dobór członków RPP, a w tym przypadku również prezesów NBP. W ciągu minionych 12 miesięcy w RPP zasiadało dwóch prezesów (drugi oczywiście piastuje swoją funkcję nadal) o zupełnie odmiennej ocenie makroekonomicznej rzeczywistości. Jeden chciał podnosić stopy rok temu, drugi był temu przeciwny przynajmniej do sierpnia. No... ,żeby być dokładnym to można przyjąć że prezes NBP zaakceptował (dostrzegł ich zasadność) dwie pierwsze podwyżki ale z opóźnieniem.

      A swoją drogą głosowania obecnego prezesa NBP powinny powiększyć grono zwolenników istnienia RPP. Pisze o tym, bo tuż przed wyborami przedstawiciel najwyższych władz PiS Marek Kuchciński stwierdził że PiS rozważa zniesienie RPP, ale nie podał kto to ciało miałby zastąpić. Nie upieram się przykładowo przy liczbie członków RPP, ale głosowania obecnego prezesa NBP powinny utwierdzić wątpiących, że nie powinniśmy wracać do czasów kiedy decyzje o polityce pieniężnej i stopach będzie podejmowała jedna osoba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2007 01:21
  • sobota, 27 października 2007
    • Produkcja przemysłowa i budownictwo we wrześniu

      Wyniki produkcji sprzedanej i produkcji budowlano-montażowej przypomniały, że tempo wzrostu gospodarczego ulegnie niewielkiemu osłabieniu. W ujęciu rocznym produkcja sprzedana wzrosła o 5,2%. Pomijając dwa-trzy przypadki sprzed kilku miesięcy czy ponad roku, z tak słabym wzrostem mieliśmy do czynienia dwa lata temu. Korzystam z takiego porównania ponieważ obecny słaby wzrost jest przypomnieniem, że tempo zmian produkcji sprzedanej w ujęciu rocznym właśnie kończy swoją – nazwijmy to roboczo – falę wzrostową. Takie fale trwają ok. 3 trzy lata każda i najczęściej znamionują przyśpieszenie gospodarcze. Taka fala wcale nie musi trwać trzy lata czy okres zbliżony. To że ostatnie kilka tyle mniej więcej trwało, wcale nie oznacza że jest to jakiś magiczny określony przez siły nadprzyrodzone okres. Przy ożywieniu gospodarczym zazwyczaj szybciej reaguje przemysł, a dopiero później sektory usługowe. Okres ok. trzyletni należy raczej traktować jako czas kiedy gospodarka nasyca się wstępnie dobrami trwałymi, a trzy lata to czas reakcji zarówno przemysłu jak i otoczenia makroekonomicznego. W ciągu ostatniego cyklu gospodarczego jest to już drugi taki cykl produkcji przemysłowej. Pierwszy zaczął się w połowie 2002 r. i zakończył na początku 2005 r. W 2005 r. gospodarka nieco zmniejszyła tempo rozwoju, czy tez mówiąc dokładniej – pojawił się efekt bazy z I poł 2005 r. Teoretycznie cykl produkcji przemysłowej może zawierać się w różnych ramach czasowych, m.in. z uwagi na eksport czy ogromny popyt krajowy. Nie będę na razie rozwijał tego tematu, ponieważ zasługuje on na osobne potraktowanie. Niemniej sam fakt kończenia cyklu, czyli spadek tempa produkcji do zera lub nawet do wartości ujemnych nie jest nieszczęściem i nie oznacza (nie musi), zakończenia dobrej koniunktury gospodarczej. Pewnie lepiej będzie jak przestanę, bo moją intencją nie jest wystraszenie czytelnika. Spadku dynamiki produkcji sprzedanej oczekiwano i tak samo oczekuje się spadku dynamiki do zera czy też. Do zera dynamika produkcji zbliży się na  początku przyszłego roku (mowa o średniej kwartalnej). Potem dynamika zacznie powoli znowu przyspieszać w raczej dość powolnym tempie, powiedzmy jak w 2002 r.. Chyba że nasza i europejska gospodarka nie obniżą zanadto tempa wzrostu gospodarczego.

      We wrześniu z analizowanych 25 działów przemysłu, tylko 12 wykazywało dynamikę wzrostu powyżej 6%. Rok temu, jesienią, było to niemal 20. Dynamikę nieco powyżej 20% utrzymują dwa działy przemysłu – produkcji maszyn i urządzeń oraz produkcji sprzętu i urządzeń radiowych i telewizyjnych. Oby tak dalej.  Dobrze sobie radzi dział przetwórstwa spożywczego. W tym wypadku, jakby na przekór, jesteśmy świadkami przyśpieszenia. Dynamika rocznej produkcji od trzech miesięcy zawiera się przedziale od 8% do 10%. To wynik kilku czynników. Głównie rosnący popyt na przetwory spożywcze (popyt gospodarstw domowych), ale i częściowo konsekwencja wzrostów cen żywności. Produkcja sprzedana ogółem przemysłu wzrosła o 5,2%. Biorąc różnicę w dniach roboczych we wrześniu tego roku i roku poprzedniego, dynamika zbliża się do 10%. W gruncie rzeczy więc, wynik wrześniowy oceniam jako dobry, tym bardziej że poza 2-3 wyjątkami (niska roczna dynamika we wrześniu), wysokie tempo sprzedaży odnotowują działy obejmujące producentów maszyn, pojazdów mechanicznych i elektroniki. Wspomniane spadki dynamiki do 2% - 4% oceniam raczej jako przejściowe i sezonowe (może efekt dużych kontraktów), biorąc rezultaty z poprzednich miesięcy.

      Być może pewne poruszenie wymieszane ze zdziwieniem wywołały wyniki budownictwa. Informacja o tym że produkcja budowlano-montażowa praktycznie nie wzrosła (dokładnie wzrost realny roczny o 0,2%) nie oznacza stagnacji. Przypominam że roczna zmiana cen dla tego działu to 8,8%, co oznacza że wzrost cen „zjadł” wzrost produkcji. Budownictwo weszło w okres, kiedy wskaźniki dynamiki mogą zmylić czytelnika. Właśnie we wrześniu ubiegłego roku produkcja budowlano-montażowa zaczęła wchodzić na wysokie obroty i z tego powodu przez najbliższe miesiące (od 4 do 6 m-cy) dynamika rocznych zmian będzie w najlepszym przypadku na poziomie kilku procent (do 5%), a z większym prawdopodobieństwem przyjmie wartości ujemne. To zwykły efekt bazy. Po prostu dynamiczny jesienny (2006) skok produkcji oraz wyjątkowo ciepła zima zawyżają odniesienie. Przed budownictwem jeszcze dobre kilka dobrych kwartałów wzrostów zanim powinniśmy się coraz poważniej zastanawiać czy jego rozmiary są adekwatne do krajowych potrzeb. Poruszałem ten temat niecały rok temu. Jak na razie budownictwo zbliża się dopiero do wartości swojego przeciętnego udziału w gospodarce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2007 01:03
  • wtorek, 23 października 2007
    • Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących

      Wynik deficytu obrotów bieżących w sierpniu był wprawdzie lepszy od trzech wcześniejszych miesięcy, ale kiedy spojrzeć na to sezonowo, to trudno rezultat uznać za sygnał spowolnienia narastania deficytu obrotów bieżących. Obok standardowego omówienia najnowszych wyników, chciałbym również zwrócić uwagę na problem narastania deficytu, bo powoli trzeba moim zdaniem przywrócić ten temat do świadomości czytelnikom i warto by gracze na rynku finansowym przypomnieli sobie jakie ryzyko niesie ze sobą deficyt.

      Wynik sierpniowy deficytu to -637 mln eur. Po trzech miesiącach poprzedzających sierpień kiedy to średni deficyt sięgał ok. -1400 mln eur, najnowsze dane mogłyby dawać niewielką otuchę. Tak dobry wynik w sierpniu zawdzięczamy wyjątkowo niskiemu deficytowi handlowemu. Zaledwie -289 mln eur. Tak niskie wyniki o tej porze nie powinny być teoretycznie zaskoczeniem. W 2006 deficyt wyniósł -516 mln eur, a w czterech wcześniejszych latach wynik sierpniowy zawierał się w przedziale od -311 mln euro do -260 mln eur. Niemniej od przełomu lat 2005/2006 deficyt handlowy zaczął się pogarszać, co pociągnęło za sobą pogorszenie salda obrotów bieżących. Przeważająca dość długo dynamika eksportu  nad dynamiką importu zaczęła ulegać. Nie było to zaskoczeniem z kilku powodów. Złoty do euro tracił powoli atrakcyjność dla eksporterów. W tym roku złoty złamał kolejną barierę – dynamika realnego wzrostu zaczęła być silniejsza od wzrostu wydajności liczonej do PKB. Jednak moim zdaniem nie był to główny argument, bo eksport wykazał znaczną odporność na te zmiany. Należy pamiętać, że dynamika wzrostu eksportu była w ostatnich trzech latach średnio na poziomie ok.20% (w euro). Wprawdzie początkowo pomogło nam osłabienie złotego i wejście do UE, ale im dalej tym rezultat ten należy przypisać znacznej konkurencyjności polskich towarów na olbrzymim rynku UE. Dynamizowaniu eksportu sprzyjała oczywiście dobra koniunktura na świecie. Żeby być jednak dokładnym, muszę początki sukcesu eksportowego cofnąć do przełomu 2000/2004 r. Wtedy też mogła nam początkowo pomóc nasza osłabiona waluta, ale jej znaczne wzmocnienie w 2001 nie zatrzymało rozwijającego się powoli eksportu. Pomogło to nam bardzo szybko (2 lata) radykalnie zmniejszyć ogromny deficyt obrotów bieżących z ok. 7% w I poł. 2000 r. do ok. 3%. Być może to ten właśnie okres należy wskazać jako  świadectwo wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Od początku dekady do chwili obecnej udział eksportu w relacji do PKB wzrósł niemal dwukrotnie. Jednak dopiero po wejściu do UE udało się nam utrzymać z pewnymi wahaniami wspomniane wyżej tempo eksportu. Pod względem udziału eksportu do PKB zbliżyliśmy się do wielu krajów UE. Odnieśliśmy wiec spory sukces. Unijny rynek nie jest z gumy a opłacalność stała w czasie. Do  tego utrwalający się w Polsce wzrost gospodarczy i popyt inwestycyjny, zaopatrzeniowy i konsumpcyjny musiały w końcu pogorszyć dotychczasowe trendy. Od ponad półtora roku dynamika importu przekracza dynamikę eksportu. Deficyt obrotów bieżących który jeszcze pod koniec 2005 był poniżej 2% do PKB, zaczął rosnąć. Dla makroekonomistów nie jest to niespodzianka. Wręcz przeciwnie, praktycznie wszystkie prognozy makroekonomiczne wskazywały na pogorszenie deficytu. Pogorszenie następuje w tempie ok. 1% rocznie, czyli na koniec 2006 mieliśmy już nieco ponad 3%, a po niemal trzech kwartałach tego roku już niemal 4%. Prognoza budżetowa wg parametrów podanych w połowie roku na ten rok zakłada deficyt na poziomie nico poniżej 4%, a w 2008 deficyt bliski 5%. Obecnie można powiedzieć, że mamy do czynienia z lekkim niedoszacowaniem zjawiska. Jednak o precyzję raczej trudno w tym przypadku.

      Ale wrócę do sierpnia tego roku. Przyzwoity wynik zawdzięczamy słabszemu importowi o 400-500 mln euro. Niestety trudno uzyskać precyzyjne dane wg produktów, więc trudno pokusić się o dokładne wyjaśnienie zmiany. Może to konsekwencja osłabnięcia tempa PKB,  oraz importu materiałów budowlanych. Może. Nie należy jednak wierzyć, że to trwałe zjawisko. Tak więc deficyt będzie się nam dalej powoli pogarszał. Jeszcze tylko dla porządku dodam, że dynamika eksportu wróciła przejściowo do 15%, a import utrzymuje względnie stałe tempo (średnia kwartalna) 17%-18%.

      Teraz pytanie najważniejsze: a co dalej z nami? Przypomnę tylko, że nasz rekord ostatnich kilkunastu lat, to 9% deficytu handlowego do PKB i 7,4% deficytu obrotów bieżących w I poł. 2000 r. Do śmiechu nam w Polsce wtedy nie było, bo zaczęto porównywać przy jakim poziomie w innych krajach zaczynały się kryzysu walutowe, albo co najmniej długie okresy słabnięcia waluty. W Polsce mało kto podaje prognozy na długie okresy (ryzyko nietrafienia), ale właśnie dlatego przytoczę prognozę Janusza Jankowiaka (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu). J.Jankowiak zakłada 5,9% deficytu obrotów bieżących w 2009 i 7% w 2010 r. Ta prognoza to częściowo pochodna przyjęcia przez autora założenia nierównowagi gospodarczej (wpis z dnia 2 IX na stronie //januszjankowiak.bblog.pl ) i spowolnienia gospodarczego. Obecnie mam spore wątpliwości czy będzie aż tak źle (7%). Przypuszczam że w średnim terminie (2-3 lata) CA nie powinien przekroczyć 6%. Wierzę w siłę dostosowawczą polskiej gospodarki i co najmniej przeciętną mądrość decydentów (np. RPP). Lekturę prognozy J.Jankowiaka polecam z racji przyjętej argumentacji. Nie lekceważyłbym jej. Początkowa myślałem czy przedstawić warianty CA do PKB, i założenia, ale byłoby to połączenia prognoz  i wróżbiarstwa, przy ostatecznym „zamuleniu” czytelnika. Wiele zależy od naszego tempa rozwoju i jego czynników, od napływu inwestycji zagranicznych, zmian wydajności, rynku walutowego itd. Warto zaznaczyć że wyjątkowe deficyty z początku dekady nie spowodowały osłabienia złotego, m.in. wskutek ostrej reakcji NBP. Obecnie wiec Polsce tym bardziej oczywiście nie grożą poważniejsze perturbacje walutowe, ale na miejscu dealerów na rynku walutowym, baczniej bym się przyglądał deficytowi obrotów bieżących, bo będzie to argument „za” osłabieniem waluty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2007 01:32
  • czwartek, 18 października 2007
    • Polska nie będzie Irlandią, uzupełnienie do części I

      Z pierwszej części  tekstu wiadomy już jaki jest rozkład osiąganch przez różne gospodarki stóp wzrostu i – z grubsza – przyczyny. Polska do tej pory jedynie przejściowo utrzymywała tempo PKB w granicach 6%-7%, a do tego za pierwszym razem straciliśmy równowagę gospodarczą, a teraz mamy tego pierwsze symptomy. Zaliczaliśmy też na przestrzeni lat problemy z inflacją, deficytem budżetowym i obrotów bieżących, które – co warto dodać – nie odeszły raz na zawsze. Deficyt obrótów bieżących już od kilku miesięcy o sobie przypomina. Mówiąc krócej, polska gospodarka ma problemy z  trwałym utrzymaniem wzrostu we wspomnianych granicach. Sądzę że nasze rozmiary, moment w którym dołączyliśmy do wolnorynkowego świata oraz dość sprawne i szybkie przyjęcie wolnorynkowych reguł (np. wymienialność waluty i ustalanie jej kursu na zasadzie wolnego rynku), globalizacja gospodarcza, konkurencja o kapitał innych krajów Europy i innych części świata, uniemożliwiają nam po prostu wejście na tak wysokie obroty. Warto zaznaczyć że kraje nadbałtyckie są już na etapie przegrzania gospodarki lub wkrótce go osiągną, co potwierdza że utrzymywanie tak wysokiego tempa PKB rodzi pewne niebezpieczeństwa i jest długoterminowo trudne do utrzymania. Jak wspomniałem, mamy tego pewne symptomy i na własnym podwórku. Ja jednak zwróciłbym uwagę na to, że na tle rezultatów gospodarki irlandzkiej w ostatnich czterech latach (prosze spojrzeć na wyjres w I części artykułu) czy krajów nadbałtyckich, nasze średnie tempo PKB (5%) i reszta wskaźników makroekonomiczncych wystawiają Polsce naprawde dobrą ocenę. Po co ten cały wywód? Po to, by zaprzestać stawiania oczekiwań których prawdopodobienstwo realizacji nie przekracza, powiedzmy, 30%. Moim zdaniem, jeżeli w najbliższych kilku latach utrzymamy dynamikę PKB w paśmie od 5% do 7%, to będę to uważał za duże osiągnięcie.

      Czy możliwy jest szybszy wzrost (tzn. pod 10% jak Irlandia przejściowo w połowie lat 90-tych)? Owszem, teoretycznie tak, ale wymagałby zgrania wielu czynników makroekonomicznych (bezpieczne tempo popytu gosp. domowych, koniunktura światowa, wyjątkowy napływ inwestycji zagranicznych, dopasowane do potrzeb rozwijającego się kraju finanse publiczne, kurs walutowy, stopy procentowe i szereg innych), które razem wzięte sprzyjałyby wysokiemu tempu PKB i zapobiegały zagrożeniom makroekonomicznym. Wtedy kto wie, może udałoby się rozwijać w tempie podobnym jak Irlandia, ale jej przykład wskazuje że tempa pod 10% nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie, a już na pewno nie wbrew koniunkturze na wiecie, bo i od tej Irlandia jest mocno uzależniona. Nasze doświadczenia i innych krajów wskazują, że jest to mało prawdopodobne.

      Już na zakończenie o coraz częstszych w naszych mediach utyskiwaniach na prognozowane obniżone tempo PKB na przyszły rok. (5,5%). Przeczytałem kolejne takie informacje na stronie internetowej Gazety Wyborczej i w przedwczorajszym wydaniu Gazety Prawnej. Podawane jest to w tonie „z żalem i zdziwieniem informujemy, że....”. Otóż większość prognoz koniunktury dla świata i Europy zakłada lekkie obniżenie tempa wzrostu, więc jest to też przenoszone na nas. Ja od 2006 r. zwracam uwagę, że utrzymanie tak wysokiej dynamiki gospodarki (sprzedaż detaliczna, produkcja itd.) w dłuższym terminie jest mało prawdopodobne i w związku z tym te prognozy powinny były być oczekiwane i nie widzę w tym niczego dziwnego i zdrożnego że tempo wzrostu najprawdopodobniej w niewielkim stopniu się obniży.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2007 00:29
  • wtorek, 16 października 2007
    • Polska nie będzie Irlandią

      Obserwując debaty polityczne dotyczące gospodarki i ostatnie komentarze dotyczące prognoz gospodarczych dla Polski, obserwatorowi powinno nasunąć się pytanie „a w ogóle, to o ile może rocznie rosnąć polska gospodarka?”. Obawiam się, że Polacy czytając najnowsze informacje o czekającym nas niewielkim spadku tempa PKB i propagowane przez PO pomysły kopiowania rozwiązań gospodarczych Irlandii, by „zrobić Irlandię w Polsce” mogą dojść do wniosku, że zasługujemy, czy też wręcz się nam należy, znacznie szybsze tempo wzrostu PKB.

      W polskiej publicystyce ekonomicznej próbuje się podtrzymać wrażenie, że polska ma potencjał do znacznie szybszego trwałego wzrostu PKB. Autorzy takich publikacji, w tym ekonomiści, nie chcą podać nawet w zarysie warunków jakie musiałyby być spełnione przez Polskę by utrzymać wysoką dynamikę wzrostu PKB. Tradycyjnie kończy się tu na banalnym stwierdzeniu typu: gdyby politycy chcieli to rozwijalibyśmy się szybciej. Jeżeli tak, to ja dodałbym jeszcze „gdyby tez chcieli Polacy”, bo to oni wybierają polityków. Ale nie o to faktycznie tu chodzi, bo gdyby prosta i sprawdzalna recepta na sukces istniała, to już dawno byłaby w Polsce wprowadzona.

      Zacznę wiec od poszukania odpowiedzi na pytanie: czego oczekują ci którzy sądzą że stać nas na więcej. W II poł. tego roku roczne kroczące tempo PKB zbliżyło się do 7%. Na koniec 2006 PKB wzrósł o 6,1%. Czyli wzrost w przedziale 6%-7% zdaje się nie satysfakcjonować  części komentatorów i polityków. Znając skalę deklarowanego niezadowolenia oraz propagowany przez PO przykład Irlandii, można domniemywać że krytycy i wizjonerzy uważają tempo 8%-10% PKB za możliwe do osiągnięcia. Warto również zaznaczyć że rozważając na jakie tempo PKB stać Polskę, mam na myśli długotrwałe utrzymanie takiego tempa bez powodowania poważniejszego naruszenia równowagi gospodarczej.

      Skoro mniej więcej wiadomo o co chodzi krytykom, warto ocenić nasz dotychczasowe tempo wzrostu, ale tym razem opierając się już na faktach. Sądzę że przyjęcie do analizy ostatnich 10 lat będzie uczciwe. W naszym przypadku okres ten obejmuje koniec okresu dobrej koniunktury z poł. lat 90-tych, obecną koniunkturę i chudsze lata pomiędzy. Zmiany tempa PKB w Polsce w analizowanym okresie były często zgodne w kierunkiem zmian w gospodarce UE, czy światowej. Tak więc średni wzrost PKB z tego okresu dla Polski to 4,4%, dla USA 3,0%, Strefy euro 2,2%, Szwajcarii 1,9%, Wielkiej Brytanii 2,8%. Przykład ten przypomina, że rozwinięte gospodarki wolnorynkowe rzadko kiedy osiągają trwale wyższe obroty, a gospodarki krajów rozwijających się (jak Polska) w miarę łatwo osiągają większy wzrost, startując z grubo niższego poziomu. Oczywiście byli lepsi od nas. Wyraźnie lepiej od nas rozwijały się gospodarki małych państw bałtyckich. Średnia to od 6,6% do 8,0%. DO tego dochodzi Irlandia ze średnim tempem w omawianym okresie 6,9%. Jednak analiza przypadków jakie kraje osiągają wyraźnie ponadprzeciętne tempo wzrostu wskazuje na jego częste przyczyny. Są to albo gospodarki małe z dużym dystansem do odrobienia (małe państwa bałtyckie), państwa których sukces jest pochodną globalizacji, przyczyn historycznych i świetnego wpasowania się w globalne procesy w konkretnym miejscu i czasie (Irlandia) oraz kraje które mają niskie koszty pracy i lekceważą wszelkie normy prowadzenia działalności gospodarczej szanowane w gospodarkach rozwiniętych (np. ochrona środowiska, Chiny), czy też kraje które w rywalizacji z gospodarkami wolnorynkowymi nie przestrzegają wolnorynkowych zasad (pomoc państwa, brak wolnorynkowego kursu walutowego, np. Chiny czy Korea Południowa).

      Nieco więcej miejsca poświecę  Irlandii. Między innymi i z tego względu, że PO w obecnych wyborach zaczyna swój program gospodarczy wspierać przykładem tego kraju i obiecywać Irlandie w Polsce. Widać było jednak ze lider PO w rzeczywistości chyba nie orientował się w przyczynach ekonomicznego skoku tego kraju i sytuacji obecnej. I tylko czekałem fachowcy od PR której partii brutalnie to wykorzystają.  Akurat wykorzystał to A.Kwaśniewski, a skala zlekceważenie tematu czy wręcz niewiedzy D.Tuska mocno mnie zaskoczyła. Sukces Irlandii to ogromna reorientacja polityczna i ekonomiczna z kraju zapyziałego i niechętnego zagranicznemu kapitałowi jeszcze w latach 60-tych, do najdynamiczniejszej gospodarki Europy. Tak naprawdę droga Irlandii do takiej jaka znana jest dzisiaj zaczęła się jeszcze w latach 50-tych, a więc nie była wbrew głoszonym hasłom taka łatwa i szybka. Wtedy dopiero zapadały pierwsze decyzje o wstępowaniu do międzynarodowych organizacji gospodarczych. Start z niskiego poziomu plus racjonalne decyzje polityczne i ekonomiczne w czasach rozwoju handlu międzynarodowego i poszukiwania przez kapitał zagraniczny miejsca do inwestowania, przyczyniły się do niebywałego rozpędu gospodarki od lat 80-tych. W tym momencie można tylko westchnąć i pomarzyć co by było gdyby Polska i Europe Środkowo-Wschodnia przeszły na gospodarkę wolnorynkową i związały się gospodarczo z Europą Zachodnią ze 20 lat wcześniej. A wracając do Irlandii, to dzięki inwestycjom zagranicznym i otwarciu gospodarczemu. W ostatnich latach udział eksportu do PKB przekroczył 90%, co jest ewenementem w skali światowej i jest odpowiedzią na pytanie o przyczyny sukcesu. W efekcie w połowie lat 90-tych, w okresie dobrej koniunktury, gospodarka Irlandii pędziła w tempie zbliżonym do 10% PKB. Niestety taki sukces nie trwa wiecznie. Globalizacja gospodarcza, powolna utrata walorów przewagi (np. wzrost płac), coraz wieksze zapotrzebowanie na tania importowana siłę roboczą (kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie) z biegiem lat utrudniały osiąganie wysokich wzrostów. W ostatnich czterech latach dynamika PKB Irlandii to ok. 5%, z tendencją do spadku. Wg Eurostatu wydajność w Irlandii była w ostatnich czasach o ok. 1/3 większa od średniej w UE, ale dystans już się nie powiększał. My tymczasem zbliżyliśmy się do średniej o kilkanaście procent. Porównywanie Polski do Irlandii nie na sensu, bo z oczywistych względów nie powtórzymy jej drogi rozwoju. Zachęcam jednak do studiowanie tego przypadku, bo ja z konieczności zastosowałem tzw. telegraficzny skrót. Informacje dość łatwo można znaleźć w internecie.

      W najbliższych dniach zamieszczę dokończenie artukułu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Polska nie będzie Irlandią”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 października 2007 02:06
  • sobota, 13 października 2007
    • Gospodarka społeczna? Ale co to ma być i czy politycy mają tego konkretną wizję?

      PiS w swoim programach wyborczych i mediach przypomina o gospodarce społecznej. Chciałbym na chwilę zatrzymać się przy tym pojęciu, ponieważ dobra koniunktura gospodarcza spowodowała zwiększone wpływy budżetowe w skali przekraczającej wcześniejsze oczekiwania. W okresie długich kilku lat poprzedzających rozpoczęcie obecnej koniunktury gospodarczej każda partia która chciała uchodzić za prospołeczną w rozumieniu ulżenia lub wspomagania finansowego przeciętnego Polaka, musiała skończyć na mówieniu, ponieważ sytuacja budżetowa nie pozwalała na dawania poważniejszych prezentów. Dopiero PiS utrafił okresem rządzenia w niezwykle korzystną (jak na wcześniejsze lata) sytuację ekonomiczną i jak mało kto mógł szerokim gestem rozdawać pieniądze, co też częściowo czynił. Tekst wcale nie będzie poświęcony krytyce PiSu dla niej samej. Po prostu PiS jest pierwszą od lat partia która mogła pokazać jaki ma pomysł na gospodarkę społeczną i model gospodarki rynkowej (a słowa „..rynkowej..” unika jak ognia) oraz pokazać go w praktyce. Artykuł jest komentarzem ekonomicznym a nie politycznym do bieżących wydarzeń. Staram się trzymać swoją stronę internetową z dala od polityki. Założeniem moim jest m.in. komentowanie wydarzeń ze świata polityki i mediów głównie wtedy, kiedy polem ich zainteresowań staje się gospodarka.

      Celem artykułu jest zwrócenie uwagi na ciekawy okres ekonomiczny jaki aktualnie przechodzimy, a który zarówno politycy jak i ekonomiści powinni sobie gruntownie przemyśleć. Wyjątkowo wysokie wpływy podatkowe w ostatnich 2-3 latach wyraźnie poprawiły naszą sytuację budżetową. Za w znacznym stopniu trwałe uważam: wzrost zatrudnienia i poprawę bazy podatkowej.  Skala wpływów podatkowych jest na tyle duża, że warto w Polsce poważniej podyskutować co kto rozumie pod pojęciem państwo solidarne i ewentualnie w jakiej skali jest ono potrzebne. A może to właściwy czas by przysłuchać się propozycjom liberalnych ekonomistów i polityków i postawić tamę zwiększaniu przepływów budżetowych kierowanych decyzjami polityków. Bo może zamiast budżetowych transferów skuteczniejsze społecznie i efektywniejsze ekonomicznie jest obniżanie podatków? Podyskutować warto i po to by podejmować rozsądniejsze decyzje o tym czy obniżamy podatki czy też transferujemy pieniądze od jednej grupy społecznej czy zawodowej do drugiej. Moja refleksja z pozoru wydaje się banalna. Przecież z dyskusji pozornie nic nie wynika. A ja powiem, że niekoniecznie. Dyskusje o skali podatków i o potrzebie dostrzegania oczekiwań przedsiębiorców, nawet jeżeli ich poziom bywa chwilami dość słaby (z winy wszystkich stron), spowodowały wprowadzenie kwestii wysokości podatków i ułatwień dla przedsiębiorców do standardu dyskusji o państwie.

      Czy pod określeniem gospodarka społeczna kryje się zestaw haseł, czy też konkretna wizja ekonomiczna. Minione dwa lata były dobrym testem na wiedzę i ekonomiczne poglądy rządzących polityków. Sądzę że praktycznie każda partia która ma w programie solidarność ekonomiczną i socjalne hasła nie zdałaby najlepiej egzaminu jak - w mojej opinii - nie zdał i PiS. Warto więc w dużym skrócie prześledzić jak wpisuje się takie hasła do programów i jak je realizuje w praktyce. Jak w praktyce realizuje się hasło solidarności społecznej. PiS pełni w moim artykule jedynie studium przypadku. Zaznaczam od razu, że nie optuje tu za postawą liberalną czy socjalną. Większy udział finansów publicznych w PKB nie musi być niczym złym (oczywiście do pewnego poziomu), jeżeli jest przeprowadzany rozsądnie. Jeżeli jednak wzrost wydatków skupiony jest na pozycjach o charakterze wydatków socjalnych, to moja akceptacja radykalnie spada.

      W programie z 2005 PiS umieścił hasło solidarności społecznej i zapewnił, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. W części gospodarczej padło pytanie czy podtrzymać ówczesne reguły gospodarcze i tendencje (akcja dzieje się w 2005 r.) co groziłoby rzekomym kryzysem i zapaścią gospodarczą, czy też wybrać drogę sprawiedliwości i rozwoju. Zaznaczam, że to nie moje słowa tylko zaczerpnięte z programu PiS z 2005 r. Zapobiegawczo w programie nie wspomniano jakie to tendencje były. I chyba nie były takie złe, skoro profitami z nich tak bardzo PiS chce się obecnie chwalić. Na 8 stronie wspomniano, że jest wzrost gospodarczy, ale oceniono go jako niepewny i zbyt wolny. Po zdefiniowaniu fatalnych skutków transformacji autorzy programu przeszli do przedstawienia pomysłu jak dojść do gospodarki społecznej. Przede wszystkim społeczny dialog, czyli to co we wszystkich programach. Dalej – to proszę pamiętać – zastrzeżeniem że ekonomiczne ograniczenia mogą powodować konieczność rozłożenia w czasie realizowania gospodarki społecznej, czyli takiej gdzie owoce wzrostu gospodarczego mają konsumować wszyscy. Proponowano ulgę w CIT w wysokości 1 tys. za zatrudnienie nowego pracownika, bo inaczej nie powstaną nowe miejsca pracy (z perspektywy czasu autorzy programy zauważyli chyba że z makroekonomią są trochę na bakier). Dla przedsiębiorców płacących PIT obiecano obniżkę podatku do 18%, a dla wszystkich amortyzację przyspieszoną w rewolucyjnym rozumieniu – jednorazowe odliczenie w kosztach nawet maszyn bez względu na wartość, czyli zniesieniu progu 3,5 tys. pln. Ulga w PIT na dzieci miała być dla rodzin o dochodzie do 500 złotych na osobę (!) i uzależniona od liczby dzieci. PIT miał być sprowadzony do dwóch stawek 18% i 32%, a po czterech latach stawka najwyższa miała być zredukowana do 28%. Zniesieniu miał ulec podatek od zysków kapitałowych. Zwracam na to uwagę, bo PiS chciał iść w stronę obniżenia i „spłaszczenia” stawek, na czym akurat bogatsi podatnicy bardziej by zyskali. Podatek od zysków kapitałowych, który jest w rzeczywistości uzupełnieniem obciążenia bogatszych obywateli miał być zniesiony (zaznaczono że ma i tak niewielkie znaczenie). W części poświeconej budżetowi zadeklarowano trzyletni horyzont budżetowania, co miało prowadzić do lepszego planowania. Redukcja kosztów administracji miała dać 3 mld pln jednorazowych wpływów i 5 mld oszczędności co roku (to ogromna kwota). Przedsiębiorcom obiecano szybsza pracę sądów i możliwość założenia firmy w 3 dni (jakby to był największy problem). Generalnie kilkakrotnie przypominanym hasłem gospodarczym był rozwój przez zatrudnienie.

      W przypadku służy zdrowia również odniesiono się do solidarności społecznej. Zadeklarowano dojście wydatków na służbę zdrowia do 6% PKB pod warunkiem realizacji programu PiS. Niestety nie podano terminu czasowego realizacji tej obietnicy. Co ciekawe w programie z 2005 r. PiS nie deklarował podniesienia wynagrodzeń w służbie zdrowia, a już na pewno nie w skali takiej jak tego dokonał i dokona pod presją strajków.

      Emerytom obiecano waloryzację dostosowaną do zmian inflacji oraz mechanizm (nie określono jaki) pozwalający na korzystniejszą waloryzację w przypadku wzrostu gospodarczego.

      Przypomniałem głównie postulaty związane z gospodarką społeczną a których realizację (a raczej jej brak) mogliśmy obserwować w ciągu dwóch lat.

      O rządzie Jarosława Kaczyńskiego (a wcześniej K.Marcinkiewicza) na pewno można powiedzieć, że wprowadził w życie gospodarkę społeczną, ale zasady jej realizacji budzą sporo rozczarowań i wątpliwości. Gospodarkę społeczną w takim rozumieniu, że spora część z nas skorzystała ze wzrostu gospodarczego i coś otrzymała lub otrzyma od państwa. Jednak porównanie deklaracji z ich realizacją, rodzi pytanie czy aby partie propagujące gospodarkę społeczną wiedzą o co im chodzi. Moim zdaniem jedna z takich partii, mowa o PiS, zaczęła realizować politykę społeczną dość chaotycznie i z wizją wypracowywaną „w biegu”. Sytuacja budżetowa pozwalała niemal od razu przystąpić do realizacji programowych postulatów podatku PIT i od zysków kapitałowych. Tymczasem odniosłem wrażenie, że podstawowa myśl gospodarki społecznej polegała na czekaniu i upewnieniu się że zebrana pula środków pieniężnych jest na tyle duże ze nie zabraknie na rozdawanie, przy założeniu że nikomu się nie zabierze. Powstał taki paradoks: im większe wpływy tym mniejsza racjonalność w ich przeznaczaniu. Premier poprawił los emerytów, ale mógł powalczyć z niektórymi przywilejami. Tego unikał. W sporze ze służbą zdrowia i opozycją polityczną, rząd stracił zimną krew którą miał przez krótki okres sporu z pielęgniarkami. Przyznam, że  radykalizm lekarzy w formach strajku i oczekiwaniach finansowych mógł być zaskoczeniem, Ale sam strajk już nie. Widząc poprawę wpływów do budżetu, rząd powinien przedstawić w mediach wizję podziału profitów, co mogło wzbudzić szacunek i osłabić co radykalniejsze grupy i partie polityczne. Brak tej wizji/planów, niestety dość skrzętnie wykorzystała politycznie opozycja. Dalsze strajki i kampania wyborcza zmusiła rząd do złożenia deklaracji osiągnięcia 6% nakładów na służbę zdrowia do PKB. Doraźnie zadeklarowano przeniesienie środków z Funduszu Pracy. To zabawne bo w programie z 2005 nakłady na walkę z bezrobociem i w ogóle rozwój ekonomiczny poprzez zatrudnienie, były jednym z istotniejszych haseł.

      Zmiana obciążeń gospodarstw domowych, również przebiegła chaotycznie. Wszyscy mający dzieci, bez względu na dochody, mają ulgę w stopniu grubo większym od deklaracji, natomiast obniżka stawek została przesunięta w czasie (to samo z podatkiem od zysków). Przy okazji okazało się że zapomniano o przedsiębiorcach i rolnikach. Podstawowym prezentem dla przedsiębiorców była obniżka stawki rentowej, która w programie z 2005 wcale nie była tak akcentowana.

      W efekcie tych dość nieprzemyślanych decyzji (mam na myśli racjonalność ekonomiczną) zmniejszyliśmy sobie pole manewru. Przyznaje to minister finansów Zyta Gilowska. I mimo iż widzi potrzebę obniżki podstawowej stawki VAT (22%), dotychczasowe decyzje to uniemożliwiają lub poważnie ograniczają aż do 2009 r. Zaskakującą postawę Z.Gilowskiej w ostatnich tygodniach już opisywałem.

      Moim zdaniem rząd PiSu miał niepowtarzalną okazję zaprezentować głębszą myśl ekonomiczną związaną z gospodarka społeczną (gdyby ją faktycznie miał) i zapoczątkować ciekawą debatę ekonomiczną nad modelem gospodarczym dla Polski. Byłoby i pole do debat politycznych pomiędzy politykami liberalnymi i propagującymi gospodarkę społeczną. Jak wyżej wspomniałem, jesteśmy na etapie kiedy warto podyskutować jak spożytkować owoce wzrostu gospodarczego lub po prostu zmniejszyć podatki. Wg moich szacunków i zależnie od przyjętej kwoty nadspodziewanych wpływów i oszczędności budżetowych, zamiast przelewać pieniądze przez budżet, wystarczyło obniżyć podatki o od 1% do 2%. Niestety politycy PiS w debacie ekonomicznej czuli się jakby niezręcznie i zdecydowanie chętniej funkcjonowali w sztucznych sporach politycznych. Ekonomiści też w większości nie sprostali zadaniu, uważając dyskusję o podziale dochodu i poprawie sytuacji poszkodowanych grup społecznych za ekonomiczny nietakt.

      A wracając do tytułowego pytania, jeżeli nie dość jasno wyraziłem się powyżej, sądzę iż znaczna część polityków z partii o programach "społecznie wrażliwych" w rzeczywistości nie posiada sprezyzowanej wizji gospodarki społecznej.

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Gospodarka społeczna? Ale co to ma być i czy politycy mają tego konkretną wizję?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 13 października 2007 02:46
  • wtorek, 09 października 2007
    • Ocena poglądów ekonomicznych prezentowanych przez partie; inicjatywa BCC

      Zgodnie z obietnicą, jako uzupełnienie wcześniejszego tekstu o programach wyborczych, krótko omówię ciekawą inicjatywę Business Centre Club (BCC). Przypomnę, że BCC zaprosiło przedstawicieli największych partii i wraz z dyskusją o gospodarce przeprowadziło krótki test, w którym odpowiedzi były punktowane. Niestety nie pojawili się przedstawiciele PiS. Im wyższa suma punktów tym partia bardziej sprzyjała gospodarce i przedsiębiorcom. Maksymalnie można było zdobyć 30 punktów za odpowiedzi na 10 pytań.

      Pierwsze pytanie dotyczyło wprowadzenia Euro (do 2012, czy po 2012). Pytanie o datę wprowadzenia euro zaczyna w ocenianiu podglądów ekonomistów pełnić taką rolę jak pytanie o aborcję w badaniu światopoglądu polityka. Moim zdaniem data przyjęcia euro to trudna dyskusja o bilansie korzyści i strat ze zmiany waluty. Dla jasności dodam, że jestem zwolennikiem zmiany waluty, ale przeciwnikiem robienia tego na wyścigi. Wg BCC trzeba to zrobić jak najszybciej. PO, LiD i PSL zadeklarowały wariant do 2012. Znając poglądy PSL jestem mile zaskoczony, ale obawiam się że może to być pusta deklaracja złożona przed środowiskiem przedsiębiorców. W przypadku LiD to dość poważna deklaracja, tym bardziej że nie znalazłem tego w ich programie wyborczym. Niemniej przyznam, że w tej partii nie przypominam sobie dogmatycznego „nie” w tej kwestii. W przypadku PO taka deklaracja jest dość oczywista. Niemniej po ostatnich głosowaniach minionego Sejmu, kiedy praktycznie wszystkie partie uchwalały co się dało i deklarowały cokolwiek by pozyskać sympatie pracowników służby zdrowia, mam wątpliwości co do szczerości deklaracji. Te „prezenty” to kilka miliardów złotych, które można było przeznaczyć na redukcję deficytu i zadłużenia, czyli dwóch z kilku warunków jakie musimy spełnić by wejść do strefy euro. Tak więc deklaracji o zmianie waluty do 2012 chyba nie należy przyjmować zbyt dosłownie, a bardziej jako w ogóle akceptacje tego faktu. A jaka była odpowiedź PiS?. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wypowiedzi, to termin 2012 praktycznie nie wchodzi w rachubę.

      Drugie pytanie dotyczyło stawki/stawek PIT. Najdalej poszła PO i podając podatek liniowy na poziomie 15%. Za to dostali najwyższą liczbę punktów za jedną odpowiedź, czyli 3 pkt. LiD obiecał zejście do stawek 15% i 28% ( 2 pkt.), a PSL do 18%. i 32% (1 pkt.). LPR i Samoobrona optowały za wariantem 15%, 28% więc też dostały po dwa punkty. Wprowadzanie w życie podatku liniowego jest raczej mało realne. Dwie kolejne partie nie robią większego ustępstwa biorąc pod uwagę stawki efektywne przy obecnej skali. Co najwyżej kryje się wiec za tym uproszczenie podatków, czyli osiągnięcie tych poziomów poprzez likwidację ulg. Tymczasem partie o skłonnościach lewicowych niezbyt chętnie rezygnują z systemów ulg. Trzeba jednak przyznać, że wobec poważnego deficytu budżetowego SLD zaczęło ograniczać ulgi w PIT przed kilku laty. Działo się to więc bardziej pod presją strachu o finanse państwa niż w wyniku chęci radykalnego obniżenia podatków. Osobno traktuje LPR i Samoobronę, ponieważ znając ich skłonności do udziały państwa w życiu obywateli (mowie o wsparciu finansowym), ich deklaracje wynikają raczej z tego że kto nie zadeklaruje obecnie obniżenia PIT ten wypada z gry. Mówiąc inaczej deklarowanie obniżenia podatków należy obecnie do dobrego tonu.

      Omawianie pytania o CIT (propozycje odpowiedzi: 10%, 15%, 19%) chyba nie ma sensu, Podatek ten daje najmniejsze wpływy (w porównaniu z PIT, VAT i akcyzą), tak więc w tym przypadku deklarowanie czegokolwiek nie jest aktem odwagi. Z drugiej strony nie sądzę by tak bardzo wszystkim się spieszyło. W naszej strukturze podatków CIT pełni stosunkowo małą rolę, i chyba dlatego politycy do „popisywania” się przed przedsiębiorcami akurat wybierają ten podatek zamiast VAT czy akcyzę. Po drugie ciekawy jestem czy tak chętnie zrezygnują z obniżenia wpływów z podatku który odnotowywał w ostatnim czasie (od 2005) największą dynamikę wpływów do budżetu.

      Czwarte pytanie odnosi się do płacy minimalnej (jako % średniego wynagrodzenia). Przypomnę że rząd zgodził się na podniesienie z poziomu 35% do 40% w przyszłym roku. Pytanie dawało wybór 40%, 50%, powyżej 50%. Uważam, że w obecnych warunkach (spadek bezrobocia i dynamicznym wzrost wynagrodzeń) płaca minimalna jako relacja do średniego wynagrodzenia powinna była, przynajmniej tymczasowo, pozostać bez zmian. Oprócz Samoobrony, wszyscy zaakceptowali poziom 40%, Ciekawe co by było, gdyby dawano do wyborów również 35%. Przed tematem dalszego podnoszenia chyba nie uciekniemy, ale rząd nie musiał się zgadzać na podwyższenie już obecnie i nie byłoby problemu wytłumaczenia tego partnerom społecznym.

      Przy pytaniu o konieczność reformy KRUSu ujawniła się ciekawa różnica, wskazujące na rozważane obecnie dwie drogi reformy. Co również ciekawe, wszystkie partie są za zmianami. Tylko LiD jest za likwidacja KRUS. Pozostali chcą pozostawienia KRUS i jedynie podwyższenia składki najbogatszym rolnikom. To spory postęp. Uporczywe podtrzymywanie tego tematu w medialnej dyskusji i oczywistość większego obciążenia bogatszych gospodarzy, dają jednak rezultaty. Różnice ujawnią się dopiero na etapie kiedy przyjdzie do dyskusji o typowanie gospodarstw. W rzeczywistości, tak zgodne odpowiedzi to chyba skutek stanięcia oko w oko przed ludźmi którzy w racji prowadzenia przedsiębiorstw muszą patrzeć na życie ekonomiczne realnie.

      Wszyscy chcą zmniejszać liczbę koncesji i zezwoleń. Do wyboru było: bez zmian 0 pkt., ograniczać stopniowo 1 pkt. i likwidować jak najszybciej do niezbędnego poziomu (tzn. typów działalności) wymaganego przez UE. I tu uwaga: wszyscy wybrali najostrzejszy wariant. Biorąc pod uwagę dotychczasowe efekty, trudno większość tych odpowiedzi traktować poważnie.

      W kwestii samozatrudnienia niemal wszyscy wsparli potraktowanie tej formy jako pełnoprawnej formy zatrudnienia. Jedynie LPR uznał obecne regulacje prawne za wystarczające. Trudno mi tu o komentarz, bo pytanie jest zbyt ogólne. Temat wydaje się oczywisty do czasu kiedy nie przejdzie się do kwestii regulacji prawnych. Ten problem było już widać przy precyzowaniu tzw. samozatrudnionych, którzy i tak pracowali dla tego samego zakładu, co przybierało niestety czasami formy patologii.

      Wszyscy byli za przyspieszeniem lub nawet zakończeniem prywatyzacji. Nawet Samoobrona i LPR. Szczególnie w tych dwóch ostatnich przypadkach trudno traktować deklaracje poważnie, jeżeli pamiętać o wypowiedziach zgoła przeciwnych liderów tych partii. Nastawienie polityków obecnego LiDu i PSL też bywało niejednorodne przez co tempo prywatyzacji i zasady bywały zmienne.

       W pytaniu o formę budowy autostrad dawano do wyboru budowę przez państwo albo system koncesyjny. I wygrał koncesyjny mimo że jest to jeden z filarów niegodziwości III Rzeczpospolitej, a w pozostałych partiach (np. LiD, dawniej SLD) z biegiem czasu wzniecał sporo kontrowersji w wyniku pierwszych doświadczeń.

      Najwięcej (po 28) punktów w sondażu otrzymały PO i LiD. PO zostało nagrodzone za stawianie sobie odważnych, nawet jeżeli chwilami nierealnych do zrealizowania w Polsce, celów. LiD natomiast za skłonność do stabilizacji w kontynuowaniu dotychczasowej drogi przemian i odważną propozycję zmian dot. ubezpieczeń rolniczych. Zbyt ogólne lub nieprecyzyjne pytania spowodowały, że LiD uzyskało tyle samo punktów co PO. W rzeczywistości, jeżeli dobrze zrozumiałem intencje BCC zawarte w pytaniach, LiD powinien otrzymać kilka punktów mniej. Pozostałe trzy partie uzyskały po 21 pkt. Przynajmniej Samoobrona i LPR powinny otrzymać nie więcej niż połowę czyli max 15 pkt. W kilku wypowiedziach odpowiedzi miały na celu jedynie zdobycie zaufania przedsiębiorców. A gdzie usytuowałby się PiS? Moim zdaniem w przedziale 19-23 pkt.

      Generalnie idea BCC jest ciekawa i warta rozwinięcia oraz uszczegółowienia. Warto również rozpatrzyć przyznawanie punktów przez osoby reprezentujące środowiska przedsiębiorców(mam na myśli przyznawanie równolegle punktów za te same pytania), by wskazać na które pytania przedstawiciele partii niezbyt rzetelnie odpowiadają.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2007 01:50
  • sobota, 06 października 2007
    • Co nam obiecują politycy

      Okres wyborów zmusza partie polityczne do określenia i spisania propozycji, które mają do zaoferowania obywatelom, w tym propozycji gospodarczych. Mamy tam wszystko. Od ogólnego zarysu moralnego dla 37 mln Polaków, po bardziej szczegółowe rozwiązania dla poszczególnych sektorów gospodarki. No, może szczegółów nie ma tam za dużo. Ale w tym akurat przypadku winni bardziej są obywatele, którzy na ogół szczegółów albo nie chcę bo nie mają ochoty czytać, albo  zdecydowanie bardziej odpowiada im (nam) cukierkowato-przyjemna wizja gospodarki na najbliższe lata.  Większość polityków, czy - ujmując węziej – parlamentarzystów, ma już własne dokonania zawodowe w sektorze prywatnym lub publicznym. Część piastowała wysokie funkcje w ministerstwach lub brała udział w pracach komisji parlamentarnych. Szkoda że tych ostatnich nie pokazują media a komentarz prawno-ekonomiczny ogranicza się tylko do tzw. fachowej prasy. Zabrzmi to więc może zaskakująco, ale większość polityków ma dość znaczne doświadczenie i wiedzę, niestety przed kamerą lub elektoratem zaczynają się zachowywać nieracjonalnie. Największe polskie partie miały już okazję rządzić i dość dobrze zdają sobie sprawę z ekonomicznych problemów. Dość dobrze są też znane obywatelom. Tak więc większość z nas nie miałaby problemów z prawidłowym ułożeniem partii wg klasyfikacji 1) od liberalnej po socjalną i 2) od propagującej wolność gospodarczą i odpowiedzialność za samego siebie po wciskanie państwa w każdą sferę życia.

      Na stronach internetowych dość trudno znaleźć szczegółowe propozycje rozwiązań gospodarczych. Zamieszczane programy przedstawiają coś co bym nazwał podstawową koncepcją gospodarczą przeplataną elementami ideologicznymi. Rozkład problemów jest wypadkową tego z czego partie chciałyby być znane, odniesień do bieżących problemów ekonomiczno-społecznych (tych prawdziwych i wymyślonych), ale i kwestie gdzie partie skłonne są zaryzykować, czyli propagować propozycje nie cieszące się powszechnym uznaniem. Zdecydowana większą wiedzę o poglądach gospodarczych poszczególnych partii daje śledzenie dyskusji w mediach przy okazji pojawiających się propozycji czy problemów ekonomicznych. Zestawienie i porównanie programów partii byłoby dość trudne ze względu na to, iż każda z nich ustosunkowuje się w programach do różnych kwestii gospodarczych i w różnym stopniu. Przykładowo – jedni mówią jedynie ogólnie że podatki mają być prorodzinne, inni podają konkretne stawki i omawiają likwidacje lub powstanie głównych ulg. Skorzystam więc w swoim tekście z zestawienia propozycji programowych opublikowanego przez  „Rzeczpospolita” (tekst z 28 września, opracowany na podstawie odpowiedzi nadesłanych do redakcji) i wyników przedwyborczego testu przeprowadzonego przez Business Centre Club (1 października. Niestety w drugim przypadku nie pojawił się przedstawiciel PiSu.

      Zacznę od pytań przedstawionych przez „Rzeczpospolitą”. Na pytanie o uchwaloną niedawno „podwójną” ulgę na dzieci, wszyscy odpowiedzieli że pozostanie be zmian. Ten właśnie temat mocno mnie rozczarował w ostatnim czasie. Tak naprawdę żadna z dużych partii (PO,PiS, LiD) nie myślała pierwotnie o uldze aż tak dużej. Większość propozycji ulżenia Polakom szło w innym kierunku (np. stawki). Polityczne harce w Sejmie skończyły się koniecznością szukania 2-3 mld pln w przyszłym budżecie. Początkowo nie ukrywała rozczarowania pomysłem posłów min. Gilowska, ale na pytanie czy zaproponuje Prezydentowi odmowę podpisania ustawy, niestety nie powiedziała „tak, zaproponuję”. Jeszcze niecały miesiąc temu liczyła, że Senat odrzuci ulgę w takiej postaci. W ostatnich dniach już zupełnie zmieniła nastawienie do ulgi i uważa że uchwalonych ulg się nie odbiera bo to nieładnie. Ale nieładnie, to jest zmieniać poglądy.

      Wszyscy chcą zmniejszać bariery dla rozwoju przedsiębiorczości. Na ogół na wymagany do tego czas pada odpowiedź „kilka miesięcy”, ale PO i Samoobrona podały odpowiednio: „kilka tygodni” i „natychmiast”. Wszystkie terminy są nierealne, ale dwa ostatnie już zupełnie. W lekturze programów uderzyła mnie jedna rzecz. Częste mówienie w mediach o przedsiębiorczości zaowocowało podjęciem tematu przez każdą partie w programach gospodarczych. Zaczęło to już przybierać formę karykaturalną, jak obietnice dla rolników czy innych grup zawodowych. Niemniej sam fakt podejmowania tematu przedsiębiorczość – nawet jeśli trochę nieszczerze – uważam za duży postęp.

      Niestety w kwestii przywilejów społecznych (przywileje branżowe, emerytalne) niemal wszystkim zabrakło odwagi. Oprócz PO nikt nie chce ruszać przywilejów branżowych. Przynajmniej oficjalnie, bo nie raz niektóre partie już z tym problemem się stykały i wobec trudnej sytuacji budżetowej próbowano racjonalizować system (np. SLD kilka lat temu, ale ostatecznie zabrakło odwagi przed wyborami).  W przypadku KRUS, duże partie widzą konieczność zmian, chociaż po dotychczasowych efektach trudno w to uwierzyć. Mniejsze partie (Samoobrona, PSL, Liga Prawicy Rzeczpospolitej) mają już mniej chęci albo w ogóle. Partie dość ostrożnie wypowiadają się o otwarciu rynku pracy dla obcokrajowców. W tym temacie na pełne otwarcie nie zdecyduje się nikt. Nie ukrywam zresztą, że i ja mam pewne wątpliwości co do całkowitego otwarcia rynku pracy i to bynajmniej nie z przyczyn patriotycznych. To w polskiej polityce nowy temat, przedstawiony przez przedsiębiorców zaskoczonych skalą koniecznych wzrostów wynagrodzeń i emigracji siły roboczej. Niemniej politycy muszą go odważnie podjąć, nawet jeżeli czasami będzie to wymagało powiedzenia kilku przykrych słów przedsiębiorcom. W ostatnim przypadku mam na myśli przypadki, kiedy opłacalność produkcji  opiera się na wyjątkowo nisko opłacanej sile roboczej. Tu proponowałbym albo rezygnację z działalności, jeżeli nie ma możliwości redukcji innych kosztów albo inwestycje. Przypomniała mi się wypowiedź pewnego zagranicznego dewelopera działającego na rynku warszawskim. Nie mógł pojąć wzrostu wynagrodzeń. Oczekiwał wręcz działań państwa które by zmusiły robotników z innych regionów Polski do przeniesienia się do Warszawy (ciekawe czy ujął koszt wzrostu cen mieszkań w Warszawie, czy też oczekiwał że będą mieszkali w barakach). Problem był po stronie dewelopera, bo o ile wierzył we wzrost cen mieszkań, to nie przewidział wzrostu płac. Pisałem już kiedyś, że w czasie naszego boomu budowlanego w połowie lat 90-tych wynagrodzenia w budownictwie przejściowo też rosły o 10% rocznie.

      Na pytanie jak zmniejszyć klin podatkowy, widać że politycy mają świadomość iż nie jest on wcale duży oraz że się do tego nie palą, ale w rywalizacji o elektorat, tak jak górnikom i stoczniowcom, gotowi są obiecać wiele. I wcale nie chcę tu dokuczać politykom, ale przedsiębiorcom którzy sprzyjający dla siebie klimat polityczny wykorzystują czasami do wystawiania mało realnych oczekiwań.  PiS twierdzi że już obniżyła klin (składka rentowa), ale to było w rzeczywistości częściowa redukcja klina (w relacji do PKB) wobec wyjątkowego wzrostu wpływów podatkowych do budżetu w ostatnich latach. PO zadeklarowała obniżanie stopniowe i dość odważne co opisywałem 22 sierpnia 2007 r. W skrócie polegało to na tym, że zaczniemy mocno obniżać obciążenia przedsiębiorców a wywołany tym znaczny spadek dochodów budżetowych nadrobi wzrost gospodarczy i redukcje wydatków. Ciekawostka jest LiD, który nie ukrywa że nie należy oczekiwać poważnego obniżenie obciążeń i chciałby iść w stronę stabilizacji sytuacji przedsiębiorców i sytuacji gospodarczej. Jest to jakiś pogląd i dość dobrze oddaje podstawową linie programową partii, ale i trzeba przypomnieć że przedsiębiorcom obniżono podatek do 19%. Trudno natomiast zrozumieć PSL. Należy analizować ubezpieczenia społeczne w rozumieniu możliwości ich redukcji. To ciekawe, bo na pytanie  o ZUS i KRUS, nie chciano żadnych zmian.  Zresztą analiza programów partii dużych i małych wskazuje, że mniejsze mają większą skłonność do populizmu w programach, czy unikaniu odpowiedzi na trudne pytania. To już niestety nie tylko lęk o już i tak niski elektorat, ale i słabość merytoryczną partii. Lektura tez programowych na przykład najmłodszego dziecka polskiej polityki (Lig Prawicy Rzeczpospolitej) wskazuje, ze nowa koalicja w pospiechu nie potrafiła nawet sklecić sensownego programu nawet ja na partie o skłonnościach populistycznych.

      Opis quizu przeprowadzonego przez BCC przedstawię w jednym z kolejnych tekstów jako uzupełnienie obecnego.

      Na zakończenie trochę podokuczam politykom. Wyjazd dużej liczby Polaków na Zachód wywołał u polityków konieczność jakiejś reakcji. Nie wiem po co . Najpierw staraliśmy się stworzyć taką możliwość, a teraz nagle politycy czynią z tego nieszczęście. Przede wszystkim ludzie ci wyjechali do krajów gdzie jest im lepiej pod względem ekonomicznym, albo wierzą że będzie im lepiej. Wrócą jak będą chcieli, z pobudek rodzinnych czy kiedy już się „dorobią”. Ale na powrót ich wszystkim raczej bym nie liczył.  Świat się zmienia i ewentualną tęsknotę za krajem i rodziną  można zaspokajać  telewizją, internetem lub tanimi liniami lotniczymi (lub....ściągnięciem krewnych do siebie). Kreowanie więc tego tematu przez np. PO czy LiD uważam, za kreowanie politycznych sporów. Jednym z efektów jest pomysł PO o taniej linii kredytowej dla powracających na założenie biznesu. A jak to się ma do równości gospodarczej i unikaniu płodzenia kolejnych aktów prawnych?

      Szybkie dojście wydatków na służbę zdrowia do 6% PKB wciągu dwóch lat, to bardziej efekt rywalizacji partii niż oczekiwanie obywateli. Notabene będzie to opłacone z portfeli obywateli. Decyzja PiSu to efekt przebicia konkurencji ale i skutek zachowania opozycji w sporze o służbę zdrowia. Oczekiwania pracowników służby zdrowia (odsyłam do moich tekstów) były mocno przesadzone. W wyniku tego kilka innych grup zawodowych (np. nauczyciele) może się poczuć pokrzywdzone i upomnieć się o swoje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co nam obiecują politycy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      sobota, 06 października 2007 23:09
  • środa, 03 października 2007
    • Wybrane wydarzenia z rynku TFI z IX 2007

      Firma Analizy Online (AO) na postawie zebranych z dwudziestu TFI informacji oszacowała, że na koniec czerwca liczba uczestników tej formy inwestowania wyniosła 2,87 mln osób. Liczba uczestników w II kw wzrosła o 14,1%, czyli jak podaje AO dwa razy szybciej niż w I kw. Tak więc tylko w II kw liczba klientów wzrosła o 354 tys. osób, a od początku roku o nieco ponad pół miliona. W tym okresie dominowała postawa inwestowania głównie w fundusze akcyjne. Przyjmuję więc w uproszczeniu, że w strukturze zakładanych portfeli przeważały fundusze akcyjne. Szacuje na  podstawie zmian indeksów giełdowych oraz tempa napływów nowych środków, że w III kw do grona inwestorów dołączyło między 150 tys. a 200 tys. nowych uczestników. Łącznie od początku roku w takim razie liczba inwestujących z pośrednictwem TFI wzrosła więc niemal o 30%. Biorąc pod uwagę obecny poziom indeksów oraz poniesione opłaty, ci inwestorzy (w przeważającej większości) na razie nie zaliczają chyba swoich inwestycji do udanych.

      W połowie miesiąca Pioneer PKO TFI uruchomił kolejny fundusz, Aktywnej Alokacji FIO. Pierwsza wpłata min. 1,0 tys. pln, a kolejna już tylko 0,5 tys. pln. Fundusz nie posiada sztywnych granic dla poszczególnych typów inwestycji, tak więc udział papierów udziałowych lub dłużnych może się nawet wahać w przedziale od 0% do 100%. Skupia się na instrumentach udziałowych i papierach dłużnych oraz na jednostkach funduszy inwestujących w tego typu papiery wartościowe. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze lokaty. Fundusz może korzystać również z instrumentów pochodnych opartych na papierach wartościowych i walutach. Przy czym prospekt informacyjny przypomina, że wykorzystanie instrumentów opartych na rynku rzeczywistym będzie wynikało z zajętych pozycji na tymże rynku. Zasięg geograficzny inwestycji to Polska i kraje UE. Do oceny wyników funduszu przyjęto benchmark w 50% oparty na WIGu i w 50% na indeksie polskich obligacji. W sumie oceniam tą propozycję jako ciekawą dla osób, które mają ochotę aktywniej zarządzać oszczędnościami. Wyniki funduszy akcyjnych Pioneer PKO TFI na tle rynku oceniam jako zadowalające, więc jak sądzę pieniądze oddajemy w dobre ręce.

      SEB TFI stara się gonić konkurencję i wkrótce zaoferuje drugi fundusz parasolowy. Z dużą ciekawością przyglądam się małym TFI, ponieważ to świetny przykład „na żywo” jak fundusze starają się zwiększyć udział w rynku lub co najmniej utrzymać dotychczasowy.  A dotychczas najlepiej nie było. Jeszcze z 2004 na 2005 fundusz zwiększył swój udział w rynku z 1,8% na 2,1%, ale od jesieni ubiegłego roku aż do maja obecnego roku udział w rynku systematycznie spadał do 1,4%. Dopiero w okresie letnim nastąpiła stabilizacja na tym poziomie. Fundusz spóźnił się trochę z przygotowaniem odpowiedniego wachlarza oferty, ale i z wynikami nie mieścił się w czołówce. Zwracam na to uwagę, ponieważ od kilku kwartałów wyjątkowym powodzeniem cieszą się fundusze akcyjne i zbliżone, a tutaj SEB lokował się wynikami na poziomie średniej lub niewiele poniżej. Wbrew pozorom nie jest to wcale zły wynik. Niestety w funduszach krajowych papierów dłużnych wynik jest raczej słaby. Zwróciłbym jednak uwagę na fundusze z grupy MIP. Tutaj SEB ma wyniki powyżej średniej i biorąc pod uwagę obecną sytuację na giełdach (niepewność) SEB ze swoją ostrożną, ale skuteczną polityką inwestycyjną może być przedmiotem większego zainteresowania w najbliższych miesiącach. Wprowadzenie funduszu parasolowego skupiającego się na zagranicznych rynkach obieram jako zaoferowanie – spóźnione – możliwości szerszego inwestowania za granicą i dorównywanie do konkurencji. Mam jednak wątpliwości czy taki skład parasola najlepiej będzie odpowiadał potrzebom rynku.

      Również KBC TFI (3,5% udziału w rynku) wzbogaci się o fundusz parasolowy, ale z przekształcenia dotychczas istniejących. Różnica w porównaniu z przykładem SEB jest taka, że parasol KBC zawiera wachlarz subfunduszy od bezpiecznych po agresywne oraz subfundusze inwestujące za granicą. I chyba taki zestaw byłby również dla SEB lepszy na obecnym etapie rozwoju.

      Kolejny parasol otworzył ING TFI (ING Subfundusz Środkowoeuropejski Średnich i Małych Spółek Plus). Fundusz średnio 90% środków zamierza inwestować w małe i średnie spółki notowane na giełdzie krajowej i giełdach Europy Środkowej. Ten ruch jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom inwestorów, którzy od wielu miesięcy zwiększają swoje zainteresowanie funduszami akcji zagranicznych.

      KBC zakończył sprzedaż certyfikatów funduszu KBC Nowa Europa FIZ. Wartość certyfikatu ustalono na 100 pln, ale minimalną liczbę certyfikatów przy zakupie ustalono na 10. Aby emisja doszła do skutki należało pozyskać min. 30 mln pln. Ostatecznie fundusz zebrał 82,5 mln pln.  Pozyskane środki będą zainwestowane w tytuły uczestnictwa Fund Partners należącego do tej samej grupy finansowej co KBC TFI. Fundusz objęty jest gwarancją KBC Banku, ale dotyczy to jedynie ustalonego pierwotnie dnia wykupu czyli 10 XII 2013. Tak więc jeżeli, o czym uprzedza się w prospekcie, zajdzie konieczność likwidacji funduszu przed tą data, to uczestnicy utrzymują jedynie ich wartość wg bieżącej wyceny. A tak przy okazji, czytanie prospektów funduszy KBC i podobnych wymaga dużej uwagi, ponieważ często fundusze z rodziny KBC przekazują środki dalszym funduszom z rodziny i praktycznie należałoby wtedy czytać nie jeden a co najmniej dwa prospekty, co zresztą TFI czyni. Inwestor jest narażony na zmienność cen, co jest szczególnie istotne dla tych którzy będą chcieli wcześniej zakończyć współpracę z KBC. Wartość certyfikatów może ulegać poważnym zmianom, a fundusz nie zabiegał o animatora rynku dla omawianych certyfikatów (mówiąc dokładniej: nie określono animatora na chwilę zakończenia emisji). Ale dla osób mających już kontakt z certyfikatami nie jest to żadna nowość. Nazwa funduszu jest trochę złudna. Fundusu inwestuje środki w koszyk 20 spółek aktywnych w Europie Wschodniej (m.in. sieci handlowe, sprzedaży paliw), stąd pewnie jego nazwa. Niemniej spółki te mają siedziby poza tymi rynkami, a jedynie na tych rynkach osiągają część swoich przychodów. Tak wiec zmienność wartość portfela będzie uzależniona od ich postrzegania przez inwestorów na macierzystych rynkach. KBC Nowa Europa jest funduszem gwarantowanym z możliwością osiągania znacznych zysków. Jednak warto pamiętać, że zawarte kontrakty SWAP mogę nie dojść do skutku, co przedstawiono jako okoliczność skutkującą nie wywiązaniem się z wypłaty środków. Tak więc w celach szkoleniowych polecam lekturę gwarancji. Nie zamierzam oczywiście straszyć, ale jedynie przypomnieć o konieczność dokładnego czytania. Produkty tego typy (fundusze gwarantowane) są popularne ze względu właśnie na ochronę kapitału. Polecam również lekturę kwartalnika zamieszczanego na stronach KBC. Są tam podane wyceny wcześniej emitowanych certyfikatów i rezultaty w większości nie są oszałamiające.

      Pociągnę jeszcze temat funduszy europejskich, a dokładniej oferujących funduszy inwestujących w tzw. Nowej Europie, Środkowo Europejskich, emerging markets itp. W funduszach o takiej nazwie warto zwrócić uwagę na kraje, grupy krajów na giełdach (i nie tylko) których będziemy inwestowali. Warto, ponieważ pod tą nazwa kryją się różne kraje. W niektórych przypadkach są to ściele określone rynki. Znajduje więc kraje od Izraela i Maroka po Szwecję i Austrię czy Kazachstan. Może się wiec okazać, że aby mieć możliwość uczestniczenia w rynkach co najmniej większości państw Środkowej czy Nowej Europy, należy być uczestnikiem kilku funduszy. Kwestia nazwy jest o tyle istotna iż powoli zaczyna ona pełnić dla funduszy role etykiety na produkcie. Przy coraz większej liczbie funduszy rolę reklamy zaczynają pełnić ich nazwy, a te nie zawsze są precyzyjne bądź mają służyć głownie przyciągnięciu uwagi. Kolejnym krokiem jest fundusz UniAkcje: Mistrzostwa Europy 2012 dający rzekomo możliwość uczestniczenia we wzroście wywołanym organizacja mistrzostw w piłce nożnej.

      A skoro o UniAkcje: Mistrzostwa Europy 2012, to warto rozwinąć ten temat. Sama nazwa i zachęta na stronie Union Investment odnosi się do naszej podświadomości i poczucia dumy z organizacji mistrzostw. Union Investment zachęcając do nabycia jednostek posuwa się trochę za daleko, sugerując że te mistrzostwa dadzą dynamiczny impuls rozwojowy gospodarce. Kwestię nakładów na organizację mistrzostw już wyjaśniałem artykule z kwietnia (link poniżej).

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/04/Euro-2012-inwestycje.html

      Mistrzostwa spowoduje jedynie przesunięcia w realizacji programów inwestycyjnych, a nowością są głownie stadiony z infrastrukturą. Chociaż i te były już w planach (a nawet w trakcie realizacji) Jednostek Samorządu Terytorialnego. Już samo określenie funduszu jako FIO ogranicza fundusz do podmiotów notowanych na giełdach (krajowej lub ukraińskiej). Dalsza lektura materiałów informacyjnych poważnie rozszerza zakres firm. Portfel może więc obejmować firmy budowlane oraz produkujące materiały budowlane, ale też działające w sektorze turystycznym,  spożywczym (napoje i napoje alkoholowe) itd. Jest to wiec fundusz zorganizowany na bazie pewnej idei, która bezpośrednio nie będzie miała wiele wspólnego ze sportową imprezą, a już szczególnie z jakąś jej wyjątkowością.

      Na początku września KNF podała, że w kolejce po zezwolenie na działanie czekają 44 fundusze. Aż 33 fundusze z 15 TFI to fundusze zamknięte, z czego 15 będzie emitować niepubliczne certyfikaty. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnego kroku w rozwoju rynku. Świadomość, że rynek giełdowy nie będzie rósł w nieskończoność powoduje wzrost zainteresowania funduszami z ochroną kapitału czy funduszami niestandardowymi, jak spółek niepublicznych czy skierowanymi do jednej osoby lub grupy. W ostatnim przypadku fundusz jest tylko jedną z wielu form zarządzania indywidualnym portfelem.

      W tekście wykorzystałem materiały uzyskane z firmy Analizy Online oraz informacje ze stron funduszy inwestycyjnych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2007 22:55
  • poniedziałek, 01 października 2007
    • Rynek finansowy, wrzesień 2007

      Dla krajowych obserwatorów rynku finansowego, najważniejsze wydarzenia rozgrywały się poza krajem. Na rynku międzybankowym i papierów dłużnych nie było mrożących krew w żyłach wydarzeń czy oczekiwania czegoś spektakularnego. We wrześniu uwaga skupiona była na giełdach i oczekiwaniu na zachowanie amerykańskich indeksów po spotkaniu FED. Od dłuższego czasu, nawet już w okresie kiedy kilka instytucji ujawniło swoje problemy finansowe spowodowane rynkiem nieruchomości, wśród analityków były spore rozbieżności. Ciąć stopy w USA? A jeżeli tak, to o ile. Jeszcze w sierpniu niektórzy analitycy  uważali, że ryzyko kryzysu na rynku finansowym, to za mało by FED obniżał stopy. Sytuacja makroekonomiczna też nie dawała prostej podpowiedzi. U nas, w Polsce, jest prościej. Dyskusje dotyczą jedynie tego o ile i w jakim tempie podnosić stopy. W USA tymczasem, spór toczony był w zakresie od podwyższać do obniżać, oczywiście z przeważeniem na zakres od stabilizacji do obniżki. Faktycznie sytuacja makroekonomiczna USA nie jest tak jednoznacznie prosta jak nasza. Do tego doszło zamieszanie na rynkach, spowodowane rynkiem hipotecznym. Wskaźniki cenowe, czy popyt wcale nie zachęcały do tak stanowczej zmiany jaką wprowadzono 18 września. Z drugiej strony, zwalniająca koniunktura, słabszy poziom inwestycji w kwartałach na przełomie roku, sugerowały podjęcie stosownych kroków. No i w końcu symptomy pękania bańki hipotecznej i pompowanie w rynek sporych pieniędzy dla ratowania płynności, sugerowało oszacowanie potencjalnych skutków tego dla gospodarki. Przyznam szczerze, że trudno mi było i jest uwierzyć w jakieś poważne kłopoty (krach, kryzys gospodarczy) dla gospodarki amerykańskiej tylko z tego powodu. Mogę się oczywiście mylić, szczególnie jeżeli chodzi o wpływ problemów na rynku hipotecznym na system finansowy. W ostatnim przypadku, bardziej zwracam uwagę na ton komentarzy i wypowiedzi, bo jak zdecydowana większość obserwatorów i ekonomistów, nie jestem w stanie samodzielnie oszacować ryzyka ewentualnej utraty płynności. Piszę to również z własnego doświadczenia w Departamencie Skarbu Banku Śląskiego, gdzie zajmowałem się m.in. płynnością na podstawowym rachunku Banku w NBP. Oszacowanie prawdopodobieństwa utraty płynności na bazie danych kwartalnych banków, czy statystyk NBP jest niezwykle trudne, żeby nie powiedzieć – niemożliwe dla zewnętrznego obserwatora. W przypadku USA, wymagałoby to przebrnięcia przez grubo większą kopalnię danych. Stąd też rynek zaczął domyślać się skali problemów, głównie na podstawie statystyk rynku hipotecznego. Zamieszanie potęgował sam Alan Greenspan w ostatnim czasie. Wiało wręcz grozą. Sugestie o ryzyku kryzysu z prawdopodobieństwem niewiele mniejszym  niż 50% i porównania obecnej sytuacji do krachów giełdowych z lat 1987 czy 1998, o konieczności raczej podnoszenia niż obniżania stóp, przyprawiały o dreszcz. Ostatecznie, 18 września obniżono stopę w USA z 5,25% do 4,75%, a więc mocno. Nie będę ukrywał, że nie byłem zbyt oryginalny i oczekiwałem cięcia do 5,0% i dalszych kroków dokonywanych równocześnie do napływających nowych informacji. Czyli czegoś podobnego jak w 2001 r., kiedy byliśmy świadkami serii spadków o 0,25%. W komunikacie po decyzji nie ukrywano, że podstawowe powody, to słabnąca gospodarka i ryzyko kryzysu na rynku finansowym. Nie po raz pierwszy więc, jednym z powodów były obawy o reakcję rynku finansowego. W części uzasadnione, bo nie ukrywano że skala problemów wywołanych sytuacją na rynku hipotecznym jest większa niż wcześniej sądzono.

      Mimo dość zaskakującego ruchu i pojawiających się obawach iż skala obniżki jest zapowiedzią problemów gospodarczych USA, giełdy zareagowały dość entuzjastycznie. 18 i 19 września główne indeksy w USA wzrosły łącznie o ok. 3%. W kolejnych dniach, aż do końca miesiąca, łączne  wzrosty były skromniejsze, ale zaznaczmy że były. Oczywiście takie wzrosty w ciągu dwóch tygodni to żadna rewelacja, ale w obecnej sytuacji – ciekawe zjawisko. Atmosferę na rynku chyba dobrze oddaje jeden z tytułów jaki znalazłem na stronach CNN „Rallying investors drunk on Fed cut”. Po prostu rynek stara się dyskontować poprawę gospodarki jaką ma rzekomo wywołać obecna i oczekiwane, obniżki. Wg moich wyliczeń główne indeksy amerykańskie są przeszacowane o jakieś 10% i w obecnej sytuacji ekonomicznej bardziej odpowiadają mi poziomy z przełomu zimy i wiosny. Główne indeksy do końca roku nie powinny już przekraczać obecnych poziomów, ale co zrobią inwestorzy to już ich sprawa. Podane przeze mnie przeszacowanie odnosi się do sytuacji gospodarczej bez niespodzianek, czyli ujawniających się konsekwencji bańki hipotecznej. Z „niespodziankami”, zmiana może być i o drugie tyle.

      Zmiana stóp i nastrojów na giełdach na razie niewiele pomogła na rynku stóp procentowych dla dolara. Ceny na rynku depozytów nadal znacznie przekraczają poziom naturalny, czyli będący bezpośrednią konsekwencją poziomu stopy podstawowej. Jeszcze na początku września cena depozytu 1M przekraczała stopę podstawową o 0,5%. Obecnie jest to już „tylko” 0,3%. Tak więc problemy na rynku depozytów ciągną się już niemal dwa miesiące. Stawki FRA wskazują, że rynek stóp dla dolara nie wierzy w jakiś skrajny wariant zmian stóp. Oczekuje się obniżenia o od 0,25% do 0,50% w ciągu 12 m-cy. To taki ryzykowny kompromis pomiędzy kształtującymi się różnymi trendami w amerykańskiej gospodarce.

      W Polsce najbardziej zaintrygowała mnie reakcja giełdy we wrześniu. 19 września, a i owszem, euforia. WIG skoczył do góry o 3,3%. W kolejnych dniach, aż do końca miesiąca, WIG stracił 3,6%, czyli nieco więcej niż zyskał 19 września. Podglądając dzienne (intraday) zmiany indeksów, uderzała bardzo nerwowa reakcja w kraju na zmiany głównych indeksów zagranicznych i wyniki makroekonomiczne w USA. Analiza zmian, wskazuje że krajowy rynek silniej związał się z dziennymi zmianami in minus. W gruncie rzeczy to dobry objaw. Krajowi gracze uświadomili sobie, że nasze przeszacowanie indeksów jest ok. dwa razy większe. Krajowi gracze chyba wiedzą, że trudno będzie obecnie bić kolejne rekordy i dokładniej (czytaj: rzetelniej) wyceniają wartość spółek. Jak by nie było, w razie tąpnięcia za granicą, mniej boli spadek z niższego poziomu, stąd nasz entuzjazm po cięciu stóp w USA po pierwszej reakcji znacznie ochłódł.

      Na rynku krajowych stóp procentowych brak było większych wahań rentowności we wrześniu. Pewną korektę (w zasadzie tylko kilkudniową) widać było w połowie miesiąca po publikacji serii podstawowych danych makroekonomicznych. Wskaźniki cenowe (CPI i PPI) były na tyle niskie, że w wypowiedziach ekonomistów odczuwało się atmosferę zaktualizowania prognoz dla gospodarki, a co za tym idzie, prognoz decyzji RPP. Pomogła RPP, w komunikacie po posiedzeniu na koniec miesiąca i indywidualne wypowiedzi jej członków jakie można było poznać w ciągu miesiąca, wskazują że prawdopodobnie słabnie chęć do kolejnych podwyżek wśród większości członków RPP. Ostrożność dało się wyczuć w wypowiedzi H.Wasilewskiej-Trenkner (28 IX w Gazecie Wyborczej), która do tej pory „robiła” za „jastrzębia”. Przypomnę, że wg stawek z końca miesiąca, rynek jest przekonany tylko do jednej podwyżki o 0,25% do końca roku i do stopy 5,5% w II połowie roku 2008. Ciekawy jestem, czy aby i te oczekiwania nie zelżą jeżeli kolejny raz wskaźniki cenowe okażą się dobre (niskie). RPP w swoich komunikatach nie ukrywa, że w utrzymywaniu w ryzach inflacji pomaga nam rynek walutowy (wzmacniający się złoty) i chyba na taką pomoc liczy w przyszłości. Dla osób prognozujących decyzje RPP, to pewne wyzwanie, ponieważ w takich okolicznościach nie ma sensu na siłę znacznie podnosić stóp. Mogłoby to zresztą doprowadzić do błędnego koła: wysokie stopy (i korzystniejsze niż w dolarze i euro) przyczyniają się do wzmocnienia złotego. Jakiekolwiek tąpnięcie w krajowej gospodarce lub polityce, czy na światowych rynkach, mogłoby wywołać gwałtowną korektę złotego. To ryzykowna gra, więc zalecałbym ostrożność. Niemniej kolejna podwyżka o 0,25% w tym roku byłaby pożądana moim zdaniem. Wolałbym również, by RPP tak bardzo nie polegała na rynku walutowym w obecnych okolicznościach. Tradycyjnie przypomniano zdanie Leszka Balcerowicza, który od blisko już dwóch lat zachęca do śmielszego podnoszenia stóp. Mimo upływu czasu i wzroście do 4,75% stopy referencyjnej, Balcerowicz nadal pozostaje niezadowolony.

      Dość mocno spadły „krótkie” stopy na krajowym rynku w połowie i szczególnie pod koniec miesiąca (po 24-tym). Wahania overnighta w tym okresach to nie nowość, ale w tej skali – rzadkość. 26 września stawka WIBOR dla depozytu tygodniowego był na poziomie 4,76%, a WIBID spadła aż do 4,56%. WIBID dla overnighta spadł tego dnia do poziomu stopy depozytowej NBP, czyli 3,26%. To łączny efekt zbliżającego się terminu rozliczenia rezerwy obowiązkowej i rynku walutowego, gdzie złoty cieszył się sporym zainteresowaniem, szczególnie po decyzji o cięciu stóp w USA. Złoty (waluta referencyjna) wzmocnił się nominalnie w ciągu miesiąca o 2,6%, a w relacji z dolarem aż o prawie 5%. 2,66 za dolara płacono ostatnio w maju 1996 r. Pozostaje tylko współczuć krajowym producentom statków dla zagranicznych armatorów. Na tym rynku główną walutą rozliczeniową jest dolar USA. Niestety po stronie kosztów to głównie rynek krajowy i dostawcy ze strefy euro.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 października 2007 01:51
  • czwartek, 27 września 2007
    • Ceny w sierpniu i opinia RPP o inflacji

      Już drugi miesiąc z rzędu wskaźniki cenowe sprawiają nam miłe niespodzianki. W lipcu i sierpniu miesięczna inflacja wyniosła odpowiednio -0,3% i -0,4%. Ostatnio takie wyniki jak w sierpniu, mieliśmy w 2002 r.  w 2004 r. W pierwszym przypadku to kwestia koniunktury i złotego, a w drugim – głównie skutek zatrzymania wzrostu cen po silnych zwyżkach cen w miesiącach tuż przed- i po- wejściu do UE. Warto do tego dołożyć jeszcze fakt iż w sierpniu ubiegłego roku, inflacja miesięczna była stosunkowo wysoka (0,3%), co dość mocno zaważyło na wyniku rocznej inflacji w sierpniu. A roczna inflacja obniżyła się z 2,3% w lipcu, do 1,5% w sierpniu (!). Ceny żywności spadły w ciągu miesiąca jedynie o 0,7%. Tym razem analityków (przyznam, ze mnie również) zaskoczyły ceny koszyka nieżywnościowego. Zazwyczaj o tej porze roku miesięczna zmiana mieściła się w przedziale od 0,0% do 0,2%. W tym roku zmiana wyniosła -0,3%. To bodaj największa niespodzianka wywołana przez koszyk cen nieżywnościowych. Niemniej większym zaskoczeniem był fakt, iż zmiana wywoła była głównie przez usługi z grup „łączność” oraz „rekreacja i kultura”. Do tego dochodzi „transport”, a dokładniej ceny paliw. Niemniej paliwa przyzwyczaiły nas już do swojej większej lub mniejszej zmienności. W grupie „łączność” przyczyną spadków były usługi telekomunikacyjne (Internet), a w „rekreacji i kulturze” – usługi (niestety ceny wydawnictw nie chcą spadać). Przypuszczam że to koszty wypoczynku spadły m.in. wyniku wzmocnienia złotego. Przyznaje jednak że spadek miesięcznych cen o prawie 6% w ciągu miesiąca to ewenement i złoty nie jest tu pełnym tłumaczeniem. Zwróciłem się do GUS o podanie dokładniejszej informacji w sprawie tego spadku, ale do chwili napisanie niniejszej opinii, nie otrzymałem odpowiedzi. Gdyby nie te dwa zaskakujące spadki, to ceny ogółem (CPI) spadłyby jedynie o 0,1%, a inflacja roczna niemal 2,0%. To rozważanie i tak nie zmienia faktu, iż inflacja uległa stabilizacji w przedziale 2,0% i 2,5%. Przebicie górnej granicy najprawdopodobniej nastąpi bez gwałtownych ruchów i to właśnie jest jeden z powodów dla którego RPP odkłada podwyżkę stóp. Sądzę, że niektórzy jej członkowie wynik inflacji z sierpnia odebrali jako swój sukces. Przyznać należy jednak, iż RPP ma świadomość że wynik 1,5% jest tylko przejściowy.

      W kwestii inflacji w opinii po spotkaniu RPP dominują takie o to refleksje:

      1)      Wzrost płac, pogorszenie wydajności (bardziej niż oczekiwano) oraz rozczarowująca polityka budżetowa źle wpłyną na inflację

      2)      Dobre wyniki firm oraz znaczny wzrost nakładów inwestycyjnych hamują nacisk na podnoszenie cen i spowodują wzrost wydajności w średnim terminie

      3)      Konkurencja międzynarodowa, skuteczna polityka innych banków centralnych oraz prawdopodobne słabnięcie światowej koniunktury przyczynia się do ograniczania presji inflacyjnej na świecie

      4)      Dotychczasowa polityka (wzrost stóp z 4,0% do 4,75%) przyczynia się do obniżenia prawdopodobieństwa przekroczenia wyznaczonego celu inflacyjnego (2,5% +/-1 punkt procentowy)

      Z punktem 1) zgadzam się. Z punktem 2) raczej niechętnie. Wyniki II kw 2007 potwierdzają, że wyniki firm mogą ulegać minimalnemu pogorszeniu (z wysokiego poziomu). W silniejszymi nakładami inwestycyjnymi mamy do czynienia praktycznie dopiero od roku i tworzenie nowych mocy produkcyjnych może nie nadążyć za rosnącym popytem. Z punktem 3) też się zgadzam. Natomiast punkt 4) odbieram jako przejaw nabierania pewności siebie przez tych członków Rady, którzy do tej pory niechętnie zgadzali się na wzrost stóp. Moim zdaniem jeszcze jedna podwyżka w tym roku o 0,25% byłaby konieczna i z dużym prawdopodobieństwem RPP zdecyduje się na nią. Jak sądzę, nie będzie ona miała pełnego poparcia Rady.

      W budownictwie najgorszą falę podwyżek mamy już za sobą. W ciągu miesiąca ceny wzrosły o 0,5% czyli tyle ile rok temu. Wskaźnik roczny więc przestał rosnąć, a nawet obniżył się z 8,9% na 8,8%. Tyle co nic, ale cieszy. Na koniec roku wskaźnik roczny może być w przedziale 8,0%-8,6%, by w kolejnych miesiącach (czyli już w 2008 r.) żwawiej się obniżać.

      W ostatnich 2-3 miesiącach, podobnie jak w przypadku CPI, ceny produkcji sprzedanej przemysłu w ujęciu rocznym były niższe niż w II i III kwartale. W I kw roczny wskaźnik był w przedziale 3,0%-3,5%, by w ostatnich trzech miesiącach przyjmować wartości odpowiednio: 1,7%,  1,4% i 1,7%. Zmiany miesięczne w ostatnich dwóch miesiącach są standardowe jak na tą porę roku, w VII i VIII było to odpowiednio: 0,3% i 0,2%. Już jako ciekawostkę podam, że w sierpniu brawa należą się telekomunikacji. W przypadku przemysłu chodzi o dział wg PKD 32. W sierpniu, w porównaniu z lipcem, ceny tego działu spadły o 4,1%. Dodam, że taki spadek cen w ciągu jednego miesiąca to ogromna rzadkość w przemyśle. Od dwóch miesięcy stoją niewzruszone ceny wyrobów hutniczych. Minimalnie wzrosły ceny producentów wyrobów niemetalicznych (PKD 26; obejmuje producentów wyrobów budowlanych), tylko 0,1%. Od stycznia do lipca miesięczne wzrosty cen zawierały się w przedziale od 1,0% do 2,0%. Dla porównania podam iż w tym samym okresie roku ubiegłego, granice przedziału były następujące: od -0,5% do 0,9%. To wartości skrajne. Faktycznie rozpiętość wyników była znacznie węższa. Świadomie zwracam na ten dział uwagę, ponieważ wszyscy od wielu miesięcy przyglądamy się koniunkturze w budownictwie i w sektorach z nim związanych. Proszę również zwrócić uwagę na zmiany cen w poprzednim i obecnym roku w dziale 26. Rok 2006 potwierdza, że jest to dział mocno konkurencyjny. Zmiany cen sprzedaży (roczna w sierpniu 11,4%) nie należy odbierać jako jej utratę, ale raczej jako skalę zaskoczenia popytem na materiały budowlane od blisko roku. Niemniej najgorsze mamy już za sobą.

      Na zakończenie podsumuję i przypomnę komu w przemyśle zawdzięczamy niski PPI. To głównie dzięki działom elektronicznym, wyrobów precyzyjnych i produkcji środków transportu. Do tego dochodzą producenci paliw, czy generalnie wyrobów petrochemicznych. Te działy zaniżały ogólny wskaźnik cen. Kilka innych na razie jest neutralne. Te działy neutralizowały wzrost cen (ważony udziałem każdego z tych działów w przemyśle) w hutnictwie i przetwórstwie stalowym oraz w przemyśle spożywczym w ostatnich miesiącach.

      Do publikacji załączyłem wykres cen dóbr dla sześciu wybranych działów przemysłu. Dla każdego z nich przyjąłem cenę początkową 100. Za moment wyjściowy przyjąłem III kw 2003, czyli okres kiedy wzrost gospodarczy zaczął dynamiczniej przybierać na sile. Można w ten sposób prześledzić jak zmieniała się wartość dóbr. Zwracam uwagę na producentów sprzętu RTV i telekomunikacyjnego.  Koszyk wyrobów w każdym roku był o kilkanaście procent tańszy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2007 00:09
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Na akcjonariacie pracowniczym silnej gospodarki nie zbudujemy.

      W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” przeczytałem krótki, ale bardzo konkretny artykuł o rzekomym wpływie oligarchów na media. Autor, Jakub Bierzyński szef domu mediowego OmnicomMediaGroup, rozprawia się z teorią z uporem głoszoną w mediach przez premiera. Zwracam uwagę na ten artykuł, bo wskazuje on ile warta jest teoria o oligarchach w mediach i jak łatwo można weryfikować jakość informacji wprowadzanych w kampanii wyborczej w obieg. Autor korzysta z łatwo dostępnych publikacji i źródeł informacji. Niestety jak słusznie Jakub Bierzyński stwierdza:

      „Propaganda …… nie rządzi się analizą rzeczywistości, lecz polega na jej zakłamywaniu.”

      Dziennikarze na bieżąco/zawodowo komentujący puszczane w obieg informacje i opinie, tak właśnie powinni je weryfikować. Jak widać poniżej, „oligarchizację” gospodarki można policzyć, lub co najmniej oszacować. To kwestia chęci. Generalnie, dobry tekst i właściwa ocena na jego końcu.

      A tak już przy okazji.

      W gruncie rzeczy kwestia liczby oligarchów w gospodarce to świetny temat na pracę doktorską. Może ktoś skorzysta. Kraj żeby się rozwijać i konkurować z najpotężniejszymi, musi albo mieć własnych kapitalistów albo ich sprowadzać (inwestycje zagraniczne). Ktoś przecież musi mieć kapitał, chęć jego pomnażania i możliwość poniesienia ewentualnych strat. Mam nadzieję, że premier uświadomi to sobie i przedstawi wyborcom. Na akcjonariacie pracowniczym przecież silnej gospodarki nie zbudujemy.

      Ostatnio o tzw. oligarchach pisałem:

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/09/I-kto-tu-tkwi-w-poprzednim-systemie.html




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 20:10
  • piątek, 21 września 2007
    • Apel do ekonomistów

      Miałbym wielką prośbę do ekonomistów przedstawiających co jakiś czas swoje wizje naprawy państwa: konkrety panowie i panie, konkrety, skoro niektórzy z Was przyjmują pozy wizjonerów i reformatorów. Na swojej stronie staram się czasami zwracać uwagę na jakość dyskusji o problemach społeczno-ekonomicznych, a prowadzonych przez ekonomistów. Również wielokrotnie zwracałem uwagę, że ekonomiści wzniecając reformatorskie oczekiwanie, niezwykle rzadko operują precyzyjnymi liczbami. Potęguje to atmosferę rozczarowania stanem obecnym, ale i oczekiwania na jakiś cud przy potęgowaniu niechęci do Państwa jako instytucji. Najbardziej niepokoi mnie to, że robią to ekonomiści ze środowisk – nazwijmy to – najbardziej postępowych. Dyskusja zamiast robić się bardziej merytoryczna, poziomem ucieka w drugą stronę.

      Wracam do tego tematu, ponieważ w dzisiejszym w „Parkiecie” z 20 IX przeczytałem tekst autorstwa zastępcy dyrektora Biura Analiz Ekonomicznych Banku BPH pod tytułem „Gdzie tkwią podstawy nowoczesnego państwa”. Autor przedstawił diagnozę o źle zorganizowanym państwie i rewolucyjną teorię jego odnowy. Teoria ta opiera się na zasadach funkcjonowania i zarządzania przedsiębiorstwem. Przyznaje, że jest to nowość (nie ukrywam że piszę to z pewną ironią) . W ten sposób nikt jeszcze nie przedstawiał sposobów na naprawę finansów państwa (cokolwiek to w ogóle znaczy). Teoria musiała się spodobać i redakcji gazety, ponieważ przeznaczyła dla autora półtorej strony, co oznacza duży kredyt zaufania.

      Autor stawiając diagnozę o obecnym stanie rzeczy stwierdza, że w globalizującym się świecie musimy mieć nowoczesną gospodarkę, a kluczem do tego jest nowoczesne państwo. Nowoczesne państwo ma oznaczać nowoczesne struktury. Co ciekawe autor sugeruje że mino upływu 17 lat brak nam struktur państwa nowoczesnego, a tak naprawdę struktury mentalnie i realnie tkwią w minionej epoce. Przyznam, że to już argumentacja rodem ze świata polityki. Czy to ma być początek kreowania hasła IV Rzeczpospolitej  w gospodarce? Przez te lata rola państwa (aparaty państwowego) zmieniła się radykalnie. Zmienili się ludzie, ministerstwa i ich rola w gospodarce państwa. Diametralnie zmieniło się ustawodawstwo. Mamy zliberalizowany rynek walutowy i jesteśmy ekonomicznie związani z zupełnie inną częścią świata. Jeżeli autor tego nie zauważył, to nawet przytaczanie tych zmian nic nie zmieni, bo jak widzę wcale nie o rzetelną diagnozę tu chodzi. Nie przeczę, że nie brak anomalii w funkcjonowaniu państwa, ale absolutnie nie przeczy to ogromnym zmianom jakie zaszły.

      Zgadzam się z autorem, że w budowie autostrad jesteśmy na końcu peletonu (potwierdzają to wskaźniki), ale sugerowanie że ich brak oraz generalnie zbyt słabo rozwinięta infrastruktura przyczyniły się do zróżnicowania miedzy Polską A i B to chyba efekt nieznajomości faktów. Powiększanie różnic to nie kwestia dróg czy torów. Co ciekawe, gdyby tak autor porównał nasycenie siatką dróg i torów Polskę z krajami UE byłby mile zaskoczony, kiedy się weźmie pod uwagę skalę różnic ekonomicznych pomiędzy Polską a krajami Europy Zachodniej (sugeruję tu pewnego rodzaju parytet). Siatkę dróg mamy wiec nienajgorszą, ale faktycznie ubogą w autostrady. Niemniej nie rozumiem jaki to ma związek z niedorozwojem Polski B. Jeżeli inwestor X zechce budować tam fabrykę samochodów, to i tak nie będzie tysięcy pojazdów transportował ulicami, a koleją. Ta akurat jest tam dociągnięta. Na problem dysproporcji rozwoju rzutują naturalne prawa ekonomiczne (rozmieszczenie przemysłu, ludzi, najefektywniejszych rynków rolnych itd.) i gwałtowność przemian ekonomicznych jakich doświadczyliśmy w ostatnich kilkunastu latach.

      Nie będę się odnosił do wszystkich argumentów o jakości państwa, bo  na ogół są one na poziomie oceny wspomnianych wyżej struktury państwa i znajomości powodów ekonomicznych dysproporcji regionalnych.

      Autor rozczarowany jest jakością pracowników administracji państwowej i trudnościami w przyciągnięciu najlepszych ludzi. Odpowiedź jest prosta. Jakość jest głównie funkcją wynagrodzeń. A jeżeli autor ma pomysł jak je podnieść powyżej na przykład bankowych, to oczekuje podpowiedzi. Niestety jak przystało na dobrego „reformatora” nie ma słowa na ten temat. No, może sugestia że ograniczenie kosztów funkcjonowania administracji i podniesienie efektywności. Czyli odpowiedź równie „dyżurna”. O źródłach i efektach finansowych ani słowa. Żyję w takim zabawnym kraju, gdzie mnóstwo ekonomistów ma pomysł na reformę, ale absolutnie nie chce podać szczegółów jak to zrobić. W kwestii płac sfery budżetowej zauważyłem, że ekonomiści występujący w mediach są po prostu bezsilni.  Dla sfery skomercjalizowanej to proste – poziom wyznacza rynek. Natomiast dla sfery budżetowej, ekonomiści musieliby wejść w rolę urzędników (waloryzacje, wskaźniki itd.), a na to mało kto ma odwagę.

      Autor kilka razy porusza kwestię skomplikowanego prawa. Staram się śledzić publikacje porównujące nasze rozwiązania prawne i Europy Zachodniej (szczególnie obfity był tu okres pracy jako analityk branżowy) i to co mnie uderzało to brak poczucia by tam żyło się lżej pod tym względem. Obawiam się że tam (w tym „lepszym” świecie) prawo jest stabilniejsze z racji dłuższych tradycji wolnorynkowych. My tymczasem dopasowuje prawo do zmienionego ustroju oraz ponosimy koszty (mowa o błędach) koniecznej szybkości tego procesu. Ponadto paradoks polega na tym, że kapitalizm pod względem prawnym jest bardziej skomplikowany od socjalizmu. Można podać przykłady rynku nieruchomości i Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. Pierwszy był lekceważony i nie miał takiego znaczenia w gospodarce socjalistycznej, a drugie po prostu nie istniały. Teraz musimy to szybko nadrabiać.

      Teraz przejdę już do propozycji autora. „Nowatorskość” polega na przeniesieniu na grunt funkcjonowania państwa metod związanych z zarządzaniem przedsiębiorstwem. Dla dodania powagi autor każde z pojęć podaje w języku angielskim, co chyba ma podnieść siłę argumentów wobec braku ich merytoryczności. Problem jednak w tym, że państwo z mnogością swoich instytucji, to nie przedsiębiorstwo. Trudno znaleźć podmiot o takiej skali działania jak państwo przy równoczesnym pełnieniu szeregu funkcji. W przeciwieństwie do państwa, podmiot zajmuje się wytwarzaniem grupy usług lub towarów, tak długo jak to jest opłacalne. Państwo wypełnia nakazane mu funkcje bez względu na opłacalność w rozumieniu wolnorynkowym. Ponadto przedsiębiorstwo ma jednego (lub grupę) właścicieli, a w państwie najwyższe władze są efektem wolnych wyborów, podobnie jak władza w jednostkach samorządu terytorialnego. Szczególnie zwracam uwagę na ostatnie zdanie, ponieważ w reformatorskim zapędzie ekonomiści zdają się zapominać że mamy w Polsce demokracje, czyli wybieramy do władzy ludzi (bardzo różnych ludzi) by reprezentowali nasze poglądy i potrzeby chociażby – niestety – najgłupsze i nieuzasadnione.

      Na początek autor proponuje zaimplementować planowanie stosowane w nowoczesnych przedsiębiorstwach. Niestety w artykule  nie podano przykładu nowoczesnego przedsiębiorstwa. Nie wiemy wiec czy ono istnieje w realnym życiu, czy tylko na księgarskiej półce. Z własnej praktyki zawodowej wiem, że z tym planowaniem w przedsiębiorstwach (prywatnych!) wcale znowu nie jest tak idealnie.  Zamiast teoretyzować, proponuję przyjrzeć się planowaniu przykładowo w jednostkach samorządu terytorialnego. Uważam że jest to całkiem rozsądnie w Polsce rozwiązane.

      Nie wiem jak autor wyobraża sobie wprowadzenie zarządzania łańcuchem dostaw. Przypominam że państwo to szereg instytucji rozwleczonych po całym kraju. Czy materiały biurowe maja być kupowane w jednym miejscu i rozwożone po kraju? Autor wspomina o efekcie skali w zakupach, ale unika wskazania na jakim szczeblu. Gminy, powiatu, regionu, państwa? Autor sugeruje oszczędności nawet kilkudziesięciu miliardów złotych. Zamiast podać przykłady z życia, autor wywiódł kwotę z rzekomych pozytywnych skutków wdrożenia e-prokurement w przedsiębiorstwach (obniżka kosztów o 10%-40%). Przepraszam, ale za długo znam praktykę życia gospodarczego by uwierzyć w 20% czy 40%. Może to jedynie dotyczyć wybranych pozycji, które są jednymi z bardzo wielu. Ponadto kontrola kosztów jest już stosowana w JST.

      Wg autora zanadto jest rozdrobniona księgowość czy administrowanie kadrami w administracji państwowej. Czy więc urzędnik z Warszawy ma decydować o zatrudnianie w urzędzie gminy Lubliniec? Nie wiem, bo autor kompletnie nie odnosi się do jakichkolwiek realiów. Im dłużej czytałem artykuł, tym coraz trudniej było mi się obronić prze wnioskiem, że autor ma dość słabą wiedzę z funkcjonowania struktur administracji państwowej. Wobec tego nie wiem czy stworzenie „centrów usług wspólnych” ma jakikolwiek związek z życiem. A może autor chciał powiedzieć, że gmin mamy za dużo lub ministerstw? Wtedy możemy podyskutować. Niestety autor jak ognia unika odniesień do realiów życia.

      Uzyskane środki z redukcji kosztów, będą przeznaczone na podwyżki. W ten „prosty” i teoretyczny sposób autor zbilansował przychody i koszty swoich reform.

      Najciekawsza było propozycja obniżenia kosztów obsługi klientów. Należy iść w kierunku zrozumienia ludzi i firm oraz wykorzystywać efektywne metody komunikacji oparte na call center, systemach głosowych i Internecie, sugeruje autor. Ciekawe czy autor wie, że niektóre gminy wprowadzają w życie normy ISO. Wg autora przykładem taniej obsługi są podobno banki. Problem w tym, że banki zainteresowane są tylko takim produktem i tylko takim klientem który przynosi zysk. Administracja państwowa natomiast musi obsługiwać ludzi korzystających z pomocy społecznej i przeprowadzać kosztowne akcje wymiany dowodów osobistych, a urzędnicy skarbowi muszą analizować skomplikowane zeznania podatkowe, m.in. dlatego ze Polacy chcą mnóstwa ulg w podatkach (zalecam lekturę sondaży). Niemniej autor tego nie dostrzega i idąc przykładem banków, twierdzi że dzięki temu usługi są w nich kilka-, kilkanaście razy tańsze. Jakość tego przykładu jest więc sama w sobie oceną merytorycznej strony propozycji autora, których wybrane przykłady podałem. Niestety propozycje pominięte w moim artykule, nie są lepsze.

      Będę z uporem przytaczał tego typu postawy „reformatorskie”, bo pod pozorami naukowości wprowadzają one więcej zamieszania niż wartych do  wprowadzenie w życie propozycji. Informacje o zasadach i kosztach funkcjonowania administracji państwa są łatwo dostępne, więc autor powinien na nich pracować, tym bardziej że postawił odważną tezę o fatalnej kondycji administracji i rzekomo możliwe do osiągnięcia cięcia kosztów idące w dziesiątki miliardów złotych. W dokumentach finansowych gmin są informacje o kosztach ich funkcjonowania (dostępne na stronach internetowych). Można więc było przedstawić ciekawa zestawienie, dajmy na to budżetu miasta Warszawa i kosztów banków które mają siedzibę w stolicy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Apel do ekonomistów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 21:47
  • środa, 19 września 2007
    • Możemy zadłużać się dalej, ale byle rozsądnie

      Kilka dni temu NBP podał najnowsze wyniki podaży pieniądza (na koniec sierpnia). Przy tej okazji ponownie spojrzałem na dokładniejsze dane NBP dotyczące należności i zobowiązań. Te niestety są podane dopiero wg stanu na koniec lipca. Nie czekając na uaktualnienie raz jeszcze wróciłem do analizy zmian w zadłużeniu przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Z dwóch powodów. Na jeden zwracam uwagę już od ubiegłego roku. Przybiera na sile tempo zadłużanie przedsiębiorstw. Drugi – na tle zamieszania na światowych giełdach, warto pokusić się o ocenę naszej sytuacji. W tym przypadku jest mi trochę głupio, ponieważ robię to czego najbardziej nie lubię, czyli biorę udział w powiększaniu zamieszania. Gdy tylko na świecie gruchnęła w końcu wieść o problemach z subprimami, w Polsce przystąpiono do poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak jest u nas. U nas źle nie jest i bardzo daleko nam do problemów jak w USA, ale sam fakt nasilenia dyskusji wprowadza czasami atmosferę nerwowości, szczególnie wśród osób które oceniają skalę problemu po natężeniu dyskusji medialnej, a nie na podstawie faktów.

      Wg danych na koniec sierpnia zadłużenie gospodarstw domowych wzrosło realnie prawie 40% w ciągu 12 m-cy. Pod względem tempa, na początku 2007 r. przekroczyliśmy dynamikę jaką mieliśmy na początku dekady, a teraz przystępujemy do bicia rekordów z połowy lat 90-tych. Te dane to oczywiście tylko ciekawostka, ponieważ jesteśmy społeczeństwem stosunkowo nisko zadłużonym, więc analiza dynamiki zmian nie może stanowić podstawowego kryterium oceny zachowań społeczeństwa. Dlatego by pokazać jak bardzo pragniemy podnieść standard naszego życia przy wspomaganiu kredytowym, nasze zadłużenie przyrównałem do PKB.

      Obecnie roczne tempo wzrostu kredytów na zrealizowanie potrzeb mieszkaniowych przekracza 50%. Dużo, ale i tak nieco słabiej niż przykładowo na początku dekady. Wtedy jednak zadłużenie było wyjątkowo niskie, stąd poważniejsze przyrosty skutkowały wysoką dynamiką. Kredyty mieszkaniowe odpowiadają obecnie za 2/3 przyrostu zadłużenia gospodarstw domowych. Zadłużamy się więc chętnie, ale trudno się dziwić. Zarabiamy coraz lepiej i żyć chcemy coraz lepiej. Na dodatek banki upraszczając procedury i zmniejszając wymagania również przyczyniły się do zdynamizowania rynku w ostatnich latach.

      W latach 2002-2005 udział kredytów na nieruchomości w PKB zwiększał się rocznie o od 0,6% do 0,9%. Natomiast wg stanu na koniec lipca, udział tychże kredytów wzrósł rocznie o prawie 3% w ciągu roku. Czy coś nam grozi z tego powodu, że kredyty tak szybko rosną i czy jest jakieś podobieństwo do sytuacji w USA. Krótka odpowiedź brzmi „nie”, ale w dłuższej wypada dorzucić kilka wyjaśnień i spostrzeżeń. Nie znam niestety poziomu zagrożenia (klasy ryzyka wg NBP) portfela kredytów mieszkaniowych, ale NBP podaje te wartości dla portfela ogółem gospodarstw domowych. W sumie jest dobrze. Na przełomie lat 2002/2003 kredyty zagrożone stanowiły ok. 12% portfela, a obecnie zaledwie 4%. Taka jest mniej więcej skala wahań jakości portfela pomiędzy okresami dobrej i słabej koniunktury w ostatnich 10 latach. Dla uproszczenia przyjmuję, że skala zagrożenia kredytów mieszkaniowych nie odbiega zasadniczo od portfela ogółem. W 2002 mieliśmy spadek PKB przejściowo do 1% przy stopie bezrobocia prawie 20%,  a obecnie PKB powiększa się w tempie ponad  6%. Wątpliwe jest by w najbliższym czasie PKB drastycznie zwolnił (np. do 0% czy 1%), chociaż teoretycznie nie można tego wykluczyć w dłuższej perspektywie. W przypadku bezrobocia, 20% jakie zaliczaliśmy kilka lat temu, uważam raczej za polską specyfikę okresu przekształceń niż stałą cechę krajowej gospodarki. Nie spodziewam się również żadnych nieszczęść na krajowym rynku nieruchomości. Rynek mieszkań mamy mocno nienasycony przy normalniejącej sytuacji ekonomicznej ludności. W pierwszym przypadku mam na myśli oczekiwania społeczne, a w drugim – coraz większą liczbę gospodarstw domowych zdolnych do zaciągnięcia i obsługi kredytu. Nie wyklucza to oczywiście małych wahań cen w większych ośrodkach miejskich, gdzie już obecnie ceny osiągnęły tymczasowy kresy dynamicznych wzrostów.  Finansowanie kredytów hipotecznych nie jest w Polsce tak oderwane od źródeł finansowania (u nas głównie depozyty w bankach) jak w USA. Na szczęście krajowe organy nadzorcze dostrzegają ryzyko i starają się zapobiec udzielaniu kredytów najsłabszym ekonomicznie gospodarstwom domowym. I na koniec. Zadłużenie z tytułu kredytów na cele mieszkaniowe stanowi w Polsce dopiero 10%, a nie 40% do 80% jak w niektórych krajach Europy Zachodniej(a bywa i wyraźnie więcej).

      Widzę oczywiście i pewne wady. Trzeba pamiętać, że służby ryzyka w bankach nie mają doświadczeń w zarządzaniu ryzykiem kredytów hipotecznych na masową skalę w zróżnicowanych warunkach makroekonomicznych (wahania koniunktury gospodarczej i  rynku nieruchomości). Ten rynek dopiero się w Polsce rodzi. Konkurencja doprowadziła banki do udzielania kredytów nawet na 45 i 50 lat, przy tolerowaniu braku środków własnych nawet na wyposażenie mieszkania/domu i przy niewystarczających środkach na bieżące funkcjonowanie rodziny. Niestety nie brakuje głosów ekonomistów czy analityków, którzy lekceważą to ryzyko (np. w lipcu w „Parkiecie” jeden z doradców z BOŚ niemal wykpił sugestie MF i NBP o zaostrzeniu kryteriów przyznawania kredytów,  samemu nie proponując nic poza wolnym rynkiem).

       A teraz o kredytach dla podmiotów gospodarczych. Po kwartałach tłustych w gotówkę w wyniku dobrej koniunktury, przedsiębiorstwa by dalej się rozwijać muszą sięgać po kredyty bankowe. Z perspektywy dynamiki, zaangażowanie kredytowe zaczęło wyraźnie przyspieszać w II poł. 2006 r. Obecnie podmioty zadłużają się już w tempie przekraczającym dynamikę przychodów. Spadło tempo zadłużenia inwestycyjnego. Uważam iż jest to przejściowe zjawisko. Niestety, w celu pełniejszego wytłumaczenia muszę poczekać na wyniki finansowe przedsiębiorstw za III kw. W opisie wyników przedsiębiorstw za II kw zwracałem uwagę na wyjątkowo duży wzrost zapasów. Jeżeli wyniki z czerwca i lipca uznać za dobrze wskazujące trend, to w III kw albo ponownie silnie wzrosną aktywa obrotowe, albo dostawcy (zobowiązania handlowe) nie mają już ochoty (bądź możliwości) w takim samym tempie godzić się na finansowanie znacznego wzrostu zapasów. Od początku dekady do początku 2004 r. udział kredytów w PKB spadał powoli z 16% do 15%. Do początku 2006 zadłużenie spadło aż do 13%.  W ciągu roku wzrosło do 13,7%, by na koniec sierpnia bieżącego roku dojść do 15%. Teraz jesteśmy dopiero na poziomie z okresu dość słabego dla polskiej gospodarki (lata 2001 i 2002). Tak więc obecny wzrost kredytów to powrót do normalności, ale i bardziej wytężonej pracy bankowców.

      Już na zakończenie parę słów o wzroście depozytów w sierpniu. Depozyty gospodarstw domowych wzrosły aż o 2,3% w ciągu miesiąca. W ostatnich trzech latach, o tej porze  roku depozyty rosły o ok. 0,5% (maks. 0,9% w 2006 r.). Gdyby nawet za normę dla sierpnia przyjąć 0,9% miesięcznego wzrostu, to „ponadnormatywnie” depozyty urosły o 3,3 mld pln. Tu są więc te pieniądze, które Polacy nie ulokowali w sierpniu w TFI czekając na wyjaśnienie sytuacji na giełdach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2007 21:26

Kalendarz

Styczeń 2015

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa