OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Wpisy

  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Na akcjonariacie pracowniczym silnej gospodarki nie zbudujemy.

      W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” przeczytałem krótki, ale bardzo konkretny artykuł o rzekomym wpływie oligarchów na media. Autor, Jakub Bierzyński szef domu mediowego OmnicomMediaGroup, rozprawia się z teorią z uporem głoszoną w mediach przez premiera. Zwracam uwagę na ten artykuł, bo wskazuje on ile warta jest teoria o oligarchach w mediach i jak łatwo można weryfikować jakość informacji wprowadzanych w kampanii wyborczej w obieg. Autor korzysta z łatwo dostępnych publikacji i źródeł informacji. Niestety jak słusznie Jakub Bierzyński stwierdza:

      „Propaganda …… nie rządzi się analizą rzeczywistości, lecz polega na jej zakłamywaniu.”

      Dziennikarze na bieżąco/zawodowo komentujący puszczane w obieg informacje i opinie, tak właśnie powinni je weryfikować. Jak widać poniżej, „oligarchizację” gospodarki można policzyć, lub co najmniej oszacować. To kwestia chęci. Generalnie, dobry tekst i właściwa ocena na jego końcu.

      A tak już przy okazji.

      W gruncie rzeczy kwestia liczby oligarchów w gospodarce to świetny temat na pracę doktorską. Może ktoś skorzysta. Kraj żeby się rozwijać i konkurować z najpotężniejszymi, musi albo mieć własnych kapitalistów albo ich sprowadzać (inwestycje zagraniczne). Ktoś przecież musi mieć kapitał, chęć jego pomnażania i możliwość poniesienia ewentualnych strat. Mam nadzieję, że premier uświadomi to sobie i przedstawi wyborcom. Na akcjonariacie pracowniczym przecież silnej gospodarki nie zbudujemy.

      Ostatnio o tzw. oligarchach pisałem:

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/09/I-kto-tu-tkwi-w-poprzednim-systemie.html




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 20:10
  • piątek, 21 września 2007
    • Apel do ekonomistów

      Miałbym wielką prośbę do ekonomistów przedstawiających co jakiś czas swoje wizje naprawy państwa: konkrety panowie i panie, konkrety, skoro niektórzy z Was przyjmują pozy wizjonerów i reformatorów. Na swojej stronie staram się czasami zwracać uwagę na jakość dyskusji o problemach społeczno-ekonomicznych, a prowadzonych przez ekonomistów. Również wielokrotnie zwracałem uwagę, że ekonomiści wzniecając reformatorskie oczekiwanie, niezwykle rzadko operują precyzyjnymi liczbami. Potęguje to atmosferę rozczarowania stanem obecnym, ale i oczekiwania na jakiś cud przy potęgowaniu niechęci do Państwa jako instytucji. Najbardziej niepokoi mnie to, że robią to ekonomiści ze środowisk – nazwijmy to – najbardziej postępowych. Dyskusja zamiast robić się bardziej merytoryczna, poziomem ucieka w drugą stronę.

      Wracam do tego tematu, ponieważ w dzisiejszym w „Parkiecie” z 20 IX przeczytałem tekst autorstwa zastępcy dyrektora Biura Analiz Ekonomicznych Banku BPH pod tytułem „Gdzie tkwią podstawy nowoczesnego państwa”. Autor przedstawił diagnozę o źle zorganizowanym państwie i rewolucyjną teorię jego odnowy. Teoria ta opiera się na zasadach funkcjonowania i zarządzania przedsiębiorstwem. Przyznaje, że jest to nowość (nie ukrywam że piszę to z pewną ironią) . W ten sposób nikt jeszcze nie przedstawiał sposobów na naprawę finansów państwa (cokolwiek to w ogóle znaczy). Teoria musiała się spodobać i redakcji gazety, ponieważ przeznaczyła dla autora półtorej strony, co oznacza duży kredyt zaufania.

      Autor stawiając diagnozę o obecnym stanie rzeczy stwierdza, że w globalizującym się świecie musimy mieć nowoczesną gospodarkę, a kluczem do tego jest nowoczesne państwo. Nowoczesne państwo ma oznaczać nowoczesne struktury. Co ciekawe autor sugeruje że mino upływu 17 lat brak nam struktur państwa nowoczesnego, a tak naprawdę struktury mentalnie i realnie tkwią w minionej epoce. Przyznam, że to już argumentacja rodem ze świata polityki. Czy to ma być początek kreowania hasła IV Rzeczpospolitej  w gospodarce? Przez te lata rola państwa (aparaty państwowego) zmieniła się radykalnie. Zmienili się ludzie, ministerstwa i ich rola w gospodarce państwa. Diametralnie zmieniło się ustawodawstwo. Mamy zliberalizowany rynek walutowy i jesteśmy ekonomicznie związani z zupełnie inną częścią świata. Jeżeli autor tego nie zauważył, to nawet przytaczanie tych zmian nic nie zmieni, bo jak widzę wcale nie o rzetelną diagnozę tu chodzi. Nie przeczę, że nie brak anomalii w funkcjonowaniu państwa, ale absolutnie nie przeczy to ogromnym zmianom jakie zaszły.

      Zgadzam się z autorem, że w budowie autostrad jesteśmy na końcu peletonu (potwierdzają to wskaźniki), ale sugerowanie że ich brak oraz generalnie zbyt słabo rozwinięta infrastruktura przyczyniły się do zróżnicowania miedzy Polską A i B to chyba efekt nieznajomości faktów. Powiększanie różnic to nie kwestia dróg czy torów. Co ciekawe, gdyby tak autor porównał nasycenie siatką dróg i torów Polskę z krajami UE byłby mile zaskoczony, kiedy się weźmie pod uwagę skalę różnic ekonomicznych pomiędzy Polską a krajami Europy Zachodniej (sugeruję tu pewnego rodzaju parytet). Siatkę dróg mamy wiec nienajgorszą, ale faktycznie ubogą w autostrady. Niemniej nie rozumiem jaki to ma związek z niedorozwojem Polski B. Jeżeli inwestor X zechce budować tam fabrykę samochodów, to i tak nie będzie tysięcy pojazdów transportował ulicami, a koleją. Ta akurat jest tam dociągnięta. Na problem dysproporcji rozwoju rzutują naturalne prawa ekonomiczne (rozmieszczenie przemysłu, ludzi, najefektywniejszych rynków rolnych itd.) i gwałtowność przemian ekonomicznych jakich doświadczyliśmy w ostatnich kilkunastu latach.

      Nie będę się odnosił do wszystkich argumentów o jakości państwa, bo  na ogół są one na poziomie oceny wspomnianych wyżej struktury państwa i znajomości powodów ekonomicznych dysproporcji regionalnych.

      Autor rozczarowany jest jakością pracowników administracji państwowej i trudnościami w przyciągnięciu najlepszych ludzi. Odpowiedź jest prosta. Jakość jest głównie funkcją wynagrodzeń. A jeżeli autor ma pomysł jak je podnieść powyżej na przykład bankowych, to oczekuje podpowiedzi. Niestety jak przystało na dobrego „reformatora” nie ma słowa na ten temat. No, może sugestia że ograniczenie kosztów funkcjonowania administracji i podniesienie efektywności. Czyli odpowiedź równie „dyżurna”. O źródłach i efektach finansowych ani słowa. Żyję w takim zabawnym kraju, gdzie mnóstwo ekonomistów ma pomysł na reformę, ale absolutnie nie chce podać szczegółów jak to zrobić. W kwestii płac sfery budżetowej zauważyłem, że ekonomiści występujący w mediach są po prostu bezsilni.  Dla sfery skomercjalizowanej to proste – poziom wyznacza rynek. Natomiast dla sfery budżetowej, ekonomiści musieliby wejść w rolę urzędników (waloryzacje, wskaźniki itd.), a na to mało kto ma odwagę.

      Autor kilka razy porusza kwestię skomplikowanego prawa. Staram się śledzić publikacje porównujące nasze rozwiązania prawne i Europy Zachodniej (szczególnie obfity był tu okres pracy jako analityk branżowy) i to co mnie uderzało to brak poczucia by tam żyło się lżej pod tym względem. Obawiam się że tam (w tym „lepszym” świecie) prawo jest stabilniejsze z racji dłuższych tradycji wolnorynkowych. My tymczasem dopasowuje prawo do zmienionego ustroju oraz ponosimy koszty (mowa o błędach) koniecznej szybkości tego procesu. Ponadto paradoks polega na tym, że kapitalizm pod względem prawnym jest bardziej skomplikowany od socjalizmu. Można podać przykłady rynku nieruchomości i Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. Pierwszy był lekceważony i nie miał takiego znaczenia w gospodarce socjalistycznej, a drugie po prostu nie istniały. Teraz musimy to szybko nadrabiać.

      Teraz przejdę już do propozycji autora. „Nowatorskość” polega na przeniesieniu na grunt funkcjonowania państwa metod związanych z zarządzaniem przedsiębiorstwem. Dla dodania powagi autor każde z pojęć podaje w języku angielskim, co chyba ma podnieść siłę argumentów wobec braku ich merytoryczności. Problem jednak w tym, że państwo z mnogością swoich instytucji, to nie przedsiębiorstwo. Trudno znaleźć podmiot o takiej skali działania jak państwo przy równoczesnym pełnieniu szeregu funkcji. W przeciwieństwie do państwa, podmiot zajmuje się wytwarzaniem grupy usług lub towarów, tak długo jak to jest opłacalne. Państwo wypełnia nakazane mu funkcje bez względu na opłacalność w rozumieniu wolnorynkowym. Ponadto przedsiębiorstwo ma jednego (lub grupę) właścicieli, a w państwie najwyższe władze są efektem wolnych wyborów, podobnie jak władza w jednostkach samorządu terytorialnego. Szczególnie zwracam uwagę na ostatnie zdanie, ponieważ w reformatorskim zapędzie ekonomiści zdają się zapominać że mamy w Polsce demokracje, czyli wybieramy do władzy ludzi (bardzo różnych ludzi) by reprezentowali nasze poglądy i potrzeby chociażby – niestety – najgłupsze i nieuzasadnione.

      Na początek autor proponuje zaimplementować planowanie stosowane w nowoczesnych przedsiębiorstwach. Niestety w artykule  nie podano przykładu nowoczesnego przedsiębiorstwa. Nie wiemy wiec czy ono istnieje w realnym życiu, czy tylko na księgarskiej półce. Z własnej praktyki zawodowej wiem, że z tym planowaniem w przedsiębiorstwach (prywatnych!) wcale znowu nie jest tak idealnie.  Zamiast teoretyzować, proponuję przyjrzeć się planowaniu przykładowo w jednostkach samorządu terytorialnego. Uważam że jest to całkiem rozsądnie w Polsce rozwiązane.

      Nie wiem jak autor wyobraża sobie wprowadzenie zarządzania łańcuchem dostaw. Przypominam że państwo to szereg instytucji rozwleczonych po całym kraju. Czy materiały biurowe maja być kupowane w jednym miejscu i rozwożone po kraju? Autor wspomina o efekcie skali w zakupach, ale unika wskazania na jakim szczeblu. Gminy, powiatu, regionu, państwa? Autor sugeruje oszczędności nawet kilkudziesięciu miliardów złotych. Zamiast podać przykłady z życia, autor wywiódł kwotę z rzekomych pozytywnych skutków wdrożenia e-prokurement w przedsiębiorstwach (obniżka kosztów o 10%-40%). Przepraszam, ale za długo znam praktykę życia gospodarczego by uwierzyć w 20% czy 40%. Może to jedynie dotyczyć wybranych pozycji, które są jednymi z bardzo wielu. Ponadto kontrola kosztów jest już stosowana w JST.

      Wg autora zanadto jest rozdrobniona księgowość czy administrowanie kadrami w administracji państwowej. Czy więc urzędnik z Warszawy ma decydować o zatrudnianie w urzędzie gminy Lubliniec? Nie wiem, bo autor kompletnie nie odnosi się do jakichkolwiek realiów. Im dłużej czytałem artykuł, tym coraz trudniej było mi się obronić prze wnioskiem, że autor ma dość słabą wiedzę z funkcjonowania struktur administracji państwowej. Wobec tego nie wiem czy stworzenie „centrów usług wspólnych” ma jakikolwiek związek z życiem. A może autor chciał powiedzieć, że gmin mamy za dużo lub ministerstw? Wtedy możemy podyskutować. Niestety autor jak ognia unika odniesień do realiów życia.

      Uzyskane środki z redukcji kosztów, będą przeznaczone na podwyżki. W ten „prosty” i teoretyczny sposób autor zbilansował przychody i koszty swoich reform.

      Najciekawsza było propozycja obniżenia kosztów obsługi klientów. Należy iść w kierunku zrozumienia ludzi i firm oraz wykorzystywać efektywne metody komunikacji oparte na call center, systemach głosowych i Internecie, sugeruje autor. Ciekawe czy autor wie, że niektóre gminy wprowadzają w życie normy ISO. Wg autora przykładem taniej obsługi są podobno banki. Problem w tym, że banki zainteresowane są tylko takim produktem i tylko takim klientem który przynosi zysk. Administracja państwowa natomiast musi obsługiwać ludzi korzystających z pomocy społecznej i przeprowadzać kosztowne akcje wymiany dowodów osobistych, a urzędnicy skarbowi muszą analizować skomplikowane zeznania podatkowe, m.in. dlatego ze Polacy chcą mnóstwa ulg w podatkach (zalecam lekturę sondaży). Niemniej autor tego nie dostrzega i idąc przykładem banków, twierdzi że dzięki temu usługi są w nich kilka-, kilkanaście razy tańsze. Jakość tego przykładu jest więc sama w sobie oceną merytorycznej strony propozycji autora, których wybrane przykłady podałem. Niestety propozycje pominięte w moim artykule, nie są lepsze.

      Będę z uporem przytaczał tego typu postawy „reformatorskie”, bo pod pozorami naukowości wprowadzają one więcej zamieszania niż wartych do  wprowadzenie w życie propozycji. Informacje o zasadach i kosztach funkcjonowania administracji państwa są łatwo dostępne, więc autor powinien na nich pracować, tym bardziej że postawił odważną tezę o fatalnej kondycji administracji i rzekomo możliwe do osiągnięcia cięcia kosztów idące w dziesiątki miliardów złotych. W dokumentach finansowych gmin są informacje o kosztach ich funkcjonowania (dostępne na stronach internetowych). Można więc było przedstawić ciekawa zestawienie, dajmy na to budżetu miasta Warszawa i kosztów banków które mają siedzibę w stolicy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Apel do ekonomistów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 21:47
  • środa, 19 września 2007
    • Możemy zadłużać się dalej, ale byle rozsądnie

      Kilka dni temu NBP podał najnowsze wyniki podaży pieniądza (na koniec sierpnia). Przy tej okazji ponownie spojrzałem na dokładniejsze dane NBP dotyczące należności i zobowiązań. Te niestety są podane dopiero wg stanu na koniec lipca. Nie czekając na uaktualnienie raz jeszcze wróciłem do analizy zmian w zadłużeniu przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Z dwóch powodów. Na jeden zwracam uwagę już od ubiegłego roku. Przybiera na sile tempo zadłużanie przedsiębiorstw. Drugi – na tle zamieszania na światowych giełdach, warto pokusić się o ocenę naszej sytuacji. W tym przypadku jest mi trochę głupio, ponieważ robię to czego najbardziej nie lubię, czyli biorę udział w powiększaniu zamieszania. Gdy tylko na świecie gruchnęła w końcu wieść o problemach z subprimami, w Polsce przystąpiono do poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak jest u nas. U nas źle nie jest i bardzo daleko nam do problemów jak w USA, ale sam fakt nasilenia dyskusji wprowadza czasami atmosferę nerwowości, szczególnie wśród osób które oceniają skalę problemu po natężeniu dyskusji medialnej, a nie na podstawie faktów.

      Wg danych na koniec sierpnia zadłużenie gospodarstw domowych wzrosło realnie prawie 40% w ciągu 12 m-cy. Pod względem tempa, na początku 2007 r. przekroczyliśmy dynamikę jaką mieliśmy na początku dekady, a teraz przystępujemy do bicia rekordów z połowy lat 90-tych. Te dane to oczywiście tylko ciekawostka, ponieważ jesteśmy społeczeństwem stosunkowo nisko zadłużonym, więc analiza dynamiki zmian nie może stanowić podstawowego kryterium oceny zachowań społeczeństwa. Dlatego by pokazać jak bardzo pragniemy podnieść standard naszego życia przy wspomaganiu kredytowym, nasze zadłużenie przyrównałem do PKB.

      Obecnie roczne tempo wzrostu kredytów na zrealizowanie potrzeb mieszkaniowych przekracza 50%. Dużo, ale i tak nieco słabiej niż przykładowo na początku dekady. Wtedy jednak zadłużenie było wyjątkowo niskie, stąd poważniejsze przyrosty skutkowały wysoką dynamiką. Kredyty mieszkaniowe odpowiadają obecnie za 2/3 przyrostu zadłużenia gospodarstw domowych. Zadłużamy się więc chętnie, ale trudno się dziwić. Zarabiamy coraz lepiej i żyć chcemy coraz lepiej. Na dodatek banki upraszczając procedury i zmniejszając wymagania również przyczyniły się do zdynamizowania rynku w ostatnich latach.

      W latach 2002-2005 udział kredytów na nieruchomości w PKB zwiększał się rocznie o od 0,6% do 0,9%. Natomiast wg stanu na koniec lipca, udział tychże kredytów wzrósł rocznie o prawie 3% w ciągu roku. Czy coś nam grozi z tego powodu, że kredyty tak szybko rosną i czy jest jakieś podobieństwo do sytuacji w USA. Krótka odpowiedź brzmi „nie”, ale w dłuższej wypada dorzucić kilka wyjaśnień i spostrzeżeń. Nie znam niestety poziomu zagrożenia (klasy ryzyka wg NBP) portfela kredytów mieszkaniowych, ale NBP podaje te wartości dla portfela ogółem gospodarstw domowych. W sumie jest dobrze. Na przełomie lat 2002/2003 kredyty zagrożone stanowiły ok. 12% portfela, a obecnie zaledwie 4%. Taka jest mniej więcej skala wahań jakości portfela pomiędzy okresami dobrej i słabej koniunktury w ostatnich 10 latach. Dla uproszczenia przyjmuję, że skala zagrożenia kredytów mieszkaniowych nie odbiega zasadniczo od portfela ogółem. W 2002 mieliśmy spadek PKB przejściowo do 1% przy stopie bezrobocia prawie 20%,  a obecnie PKB powiększa się w tempie ponad  6%. Wątpliwe jest by w najbliższym czasie PKB drastycznie zwolnił (np. do 0% czy 1%), chociaż teoretycznie nie można tego wykluczyć w dłuższej perspektywie. W przypadku bezrobocia, 20% jakie zaliczaliśmy kilka lat temu, uważam raczej za polską specyfikę okresu przekształceń niż stałą cechę krajowej gospodarki. Nie spodziewam się również żadnych nieszczęść na krajowym rynku nieruchomości. Rynek mieszkań mamy mocno nienasycony przy normalniejącej sytuacji ekonomicznej ludności. W pierwszym przypadku mam na myśli oczekiwania społeczne, a w drugim – coraz większą liczbę gospodarstw domowych zdolnych do zaciągnięcia i obsługi kredytu. Nie wyklucza to oczywiście małych wahań cen w większych ośrodkach miejskich, gdzie już obecnie ceny osiągnęły tymczasowy kresy dynamicznych wzrostów.  Finansowanie kredytów hipotecznych nie jest w Polsce tak oderwane od źródeł finansowania (u nas głównie depozyty w bankach) jak w USA. Na szczęście krajowe organy nadzorcze dostrzegają ryzyko i starają się zapobiec udzielaniu kredytów najsłabszym ekonomicznie gospodarstwom domowym. I na koniec. Zadłużenie z tytułu kredytów na cele mieszkaniowe stanowi w Polsce dopiero 10%, a nie 40% do 80% jak w niektórych krajach Europy Zachodniej(a bywa i wyraźnie więcej).

      Widzę oczywiście i pewne wady. Trzeba pamiętać, że służby ryzyka w bankach nie mają doświadczeń w zarządzaniu ryzykiem kredytów hipotecznych na masową skalę w zróżnicowanych warunkach makroekonomicznych (wahania koniunktury gospodarczej i  rynku nieruchomości). Ten rynek dopiero się w Polsce rodzi. Konkurencja doprowadziła banki do udzielania kredytów nawet na 45 i 50 lat, przy tolerowaniu braku środków własnych nawet na wyposażenie mieszkania/domu i przy niewystarczających środkach na bieżące funkcjonowanie rodziny. Niestety nie brakuje głosów ekonomistów czy analityków, którzy lekceważą to ryzyko (np. w lipcu w „Parkiecie” jeden z doradców z BOŚ niemal wykpił sugestie MF i NBP o zaostrzeniu kryteriów przyznawania kredytów,  samemu nie proponując nic poza wolnym rynkiem).

       A teraz o kredytach dla podmiotów gospodarczych. Po kwartałach tłustych w gotówkę w wyniku dobrej koniunktury, przedsiębiorstwa by dalej się rozwijać muszą sięgać po kredyty bankowe. Z perspektywy dynamiki, zaangażowanie kredytowe zaczęło wyraźnie przyspieszać w II poł. 2006 r. Obecnie podmioty zadłużają się już w tempie przekraczającym dynamikę przychodów. Spadło tempo zadłużenia inwestycyjnego. Uważam iż jest to przejściowe zjawisko. Niestety, w celu pełniejszego wytłumaczenia muszę poczekać na wyniki finansowe przedsiębiorstw za III kw. W opisie wyników przedsiębiorstw za II kw zwracałem uwagę na wyjątkowo duży wzrost zapasów. Jeżeli wyniki z czerwca i lipca uznać za dobrze wskazujące trend, to w III kw albo ponownie silnie wzrosną aktywa obrotowe, albo dostawcy (zobowiązania handlowe) nie mają już ochoty (bądź możliwości) w takim samym tempie godzić się na finansowanie znacznego wzrostu zapasów. Od początku dekady do początku 2004 r. udział kredytów w PKB spadał powoli z 16% do 15%. Do początku 2006 zadłużenie spadło aż do 13%.  W ciągu roku wzrosło do 13,7%, by na koniec sierpnia bieżącego roku dojść do 15%. Teraz jesteśmy dopiero na poziomie z okresu dość słabego dla polskiej gospodarki (lata 2001 i 2002). Tak więc obecny wzrost kredytów to powrót do normalności, ale i bardziej wytężonej pracy bankowców.

      Już na zakończenie parę słów o wzroście depozytów w sierpniu. Depozyty gospodarstw domowych wzrosły aż o 2,3% w ciągu miesiąca. W ostatnich trzech latach, o tej porze  roku depozyty rosły o ok. 0,5% (maks. 0,9% w 2006 r.). Gdyby nawet za normę dla sierpnia przyjąć 0,9% miesięcznego wzrostu, to „ponadnormatywnie” depozyty urosły o 3,3 mld pln. Tu są więc te pieniądze, które Polacy nie ulokowali w sierpniu w TFI czekając na wyjaśnienie sytuacji na giełdach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2007 21:26
  • poniedziałek, 17 września 2007
    • Boimy się spadków na giełdzie czy nie?

      A jednak klienci TFI trochę wystraszyli tego co dzieje się na giełdzie krajowej i giełdach zagranicznych. Zaczynam od tej refleksji, bo co najmniej od kilku miesięcy Polacy inwestujący za pośrednictwem TFI lekceważyli ostrzeżenia analityków. Można wręcz było dostrzec odwrotną reakcję. Im ostrzeżenia przed korektą na światowych giełdach i krajowej się nasilały, tym bardziej Polacy inwestowali w akcje. Oczywiście struktura inwestycji w TFI nie jest najlepszym miernikiem naszych preferencji. Należy pamiętać, że w TFI inwestuje ok. 2,5 mln Polaków. Pozostali , którzy posiadają nadwyżki finansowe, lokują je głównie w bankach. W sierpniu ubiegłego roku „ryzykowne” fundusze (akcyjne, mieszane i niestandardowe) stanowiły w strukturze TFI niemal 49%. Rok później, czyli w sierpniu tego roku udział tego typu funduszy przekraczał 67% (w VII 2007 było maksimum, czyli 68,5%). W tym czasie udział funduszy bezpiecznych w strukturze spadł z 24,6% do 12,6%. W ciągu roku do funduszy trafiło (szacowane saldo wpłat i umorzeń) trafiło niemal 40 mld pln. Z tego prawie 80% trafiło do funduszy akcyjnych lub mieszanych. Zaznaczam, że znaczna część wpłat (w tym do funduszy akcyjnych) przypadała na rok obecny. Warto przypomnieć, że do pierwszych dni lipca wartość wpływów do TFI przekroczyła wpływy za cały poprzedni rok, czyli prawie 26 mld pln. W czerwcu i w lipcu wpływy do funduszy (przypominam: saldo wpłat i umorzeń) przekraczały 5 mld pln w każdym z wymienianych miesięcy.

      Korekta na krajowej giełdzie trwająca od końca I dekady lipca do połowy sierpnia i medialna dyskusja wokół niej (łącznie z komunikatami w głównych wydaniach wiadomości) musiała na inwestorach zrobić wrażenie. W ciągu miesiąca ponieśli stratę, bądź nic nie zyskali, ci którzy inwestowali w akcje od II połowy marca. Pomijam już przy tym koszt prowizji. Wtedy zasięg czasowy można przenieść nawet do początku roku. To musiało mieć jakiś wpływ na zachowanie inwestorów. Ciekaw byłem tylko jaki. W II połowie sierpnia WIG odrobił niemal połowę straty, by ponownie zachwiać się na początku września. Ale skoro omawiam zachowanie inwestorów za VII i VIII, to zdarzenia z końca sierpnia i z września, są bez znaczenia dla prowadzonej analizy.

      Radykalne obniżenie napływu nowych środków w sierpniu i przemieszczenia pomiędzy typami funduszy, wskazują że inwestorzy mają dość przyzwoity refleks. Saldo wpłat i umorzeń w sierpniu wyniosło zaledwie 0,35 mld pln. Przyznam pokornie, że obawiałem się większej wartości, czyli wolniejszej reakcji inwestorów. Ciekawy jestem, co odegrało większą rolę: świetna obserwacja wydarzeń giełdowych czy szybka reakcja pośredników, którzy przekazali informację pracownikom sieci sprzedaży by znacznie ostrożniej oferowali fundusze akcyjne? Kiedy jednak przyjrzeć się zmianom w strukturze funduszy i ich skali, to mój podziw dla szybkości i skali reakcji znacznie słabnie.

      Generalnie wartość aktywów w sierpniu w portfelach TFI spadła zaledwie o 2,5%, po wzroście o 1,5% w lipcu. Przypomnę tylko, że w ostatnich dwóch miesiącach WIG (wg wartości na koniec miesięcy kalendarzowych) spadł odpowiednio o 3,6% i 4,7%. Wartość polskich funduszy akcyjnych spadła w ciągu miesiąca o 6,1% (w lipcu wzrosła o 3,4%). Z tychże funduszy wypłaty sięgnęły 0,5 mld pln. Tak więc w prawie 80% spadek wartości funduszy akcyjnych spowodowanych był jedynie spadkiem cen akcji. Dość podobnie działo się w funduszach mieszanych. Tu jednak wypłaty środków stanowiły ok. 27% miesięcznej utraty wartości funduszy z tej rodziny. Ciekawostką są natomiast fundusze zagraniczne akcyjne. Saldo wpłat i umorzeń sięgnęło 0,5 mld pln. W czerwcu i lipcu saldo sięgało wartości po 1 mld pln. A wszystko to dzieję się w sytuacji kiedy na zagranicznych rynkach też nie jest wesoło, a złoty nie zdradza ochoty do trwałego osłabienia. Dodatkowo wyniki funduszy zagranicznych trudno określić jako rewelacyjne. Wręcz przeciwnie. Wzrost wartości akcyjnych funduszy zagranicznych to głównie efekt stale poszerzanej oferty przez TFI. Obecnie brak w ofercie TFI akcyjnego funduszu zagranicznego, albo funduszu który deklaruje przynajmniej częściowe inwestowanie w akcje zagraniczne, to poważny dyshonor. Już nawet fundusze środkowoeuropejskie przestają być nowością.

      Rosnące ryzyko na giełdach oraz doświadczone spadki spowodowały przełamanie niechęci do funduszy bezpiecznych. Odwrócenie sympatii miało już miejsce w lipcu. Jeszcze w maju i czerwcu „uchodziło” z tych funduszy po kilkaset milionów pln. W sierpniu ruch środków był już dokładnie odwrotny. Obok zagranicznych funduszy akcyjnych, bezpieczne fundusze to niemal jedyne które odnotowały wzrost (oprócz dolarowych). Wartość łączna funduszy bezpiecznych w ciągu miesiąca wzrosła o ponad 7%.  Same tylko fundusze pieniężne i gotówkowe wzrosły o 12% (w lipcu wzrost o 2,7%). Wartość krajowych funduszy papierów wartościowych wzrosła dopiero w lipcu (o 4,7%). Ruchy te świadczą o tym, że jako pierwsi bezpieczniejsze pozycje zajmują głównie duzi inwestorzy oraz że racjonalnie wybierają typ funduszy. Specyfika portfeli tych dwóch typów funduszy bezpiecznych nieco się różni. Fundusze rynku pieniężnego skupiają się na krótkich papierach wartościowych i lokatach bankowych (też krótkich). To pozwala na lepszą obronę przed aktualnym wzrostem stóp procentowych w Polsce. Skład portfeli funduszy obligacyjnych (zestawienie obligacji o stałej i zmiennej stopie procentowej) powoduje, że nie są one najlepszym instrumentem w obecnej sytuacji, czyli ryzyka dalszych spadków na giełdzie i dalszego wzrostu stóp. Szczerze mówiąc będą one w większości przegrywać w najbliższym czasie nawet z lokatami bankowymi.

      Przed przystąpieniem do pisania tego tekstu, kusiło mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytanie jak ocenić opisane wyżej ruchy obronne krajowych inwestorów. Obecne zachowania inwestorów można w gruncie rzeczy porównać tylko do sytuacji z połowy ubiegłego roku bądź spadkach po tzw. bańce internetowej. Biorąc to pod uwagę oraz fakt, iż zaliczyliśmy w ciągu miesiąca (przełom lipca i sierpnia) spadek WIGu o ok. 15%. przy pogarszającej się atmosferze na zagranicznych rynkach, to dotychczasowa reakcja rynku (zmiana wartości aktywów i zmiana w strukturze typów funduszy) jest raczej powolna. Sądzę że jesteśmy w trakcie przeglądu polityki inwestycyjnej Polaków i obserwacji co będzie dalej. Podejrzewam, że kierunek i tempo zmian (w strukturze) powinno być kontynuowane we wrześniu i październiku. Niemniej zmiany jakie obserwowaliśmy w sierpniu w funduszach wskazują, że najwięksi inwestorzy są gotowi do szybkiej zmiany strategii.

      Ciekawostką jest brak zainteresowania funduszami niestandardowymi, chociaż to one powinny się cieszyć największym zainteresowaniem. A można tam znaleźć fundusze deklarujące iż dzięki szerokim możliwościom inwestycyjnym (operacje hedgingowe, rynki towarowe, rynki walutowe itd.) są w stanie osiągać dobre wyniki nawet przy spadkach giełdowych. Jak na razie mało tam ciekawych osiągnięć. Potwierdza to jedynie fakt iż zmiany na rynkach były jednokierunkowe i wszyscy koncentrowali się na akcjach bądź innych rynkach gdzie zarabianie nie stwarzało poważniejszych problemów.

      W powyższej analizie korzystałem m.in. z danych udostępniony przez Analizy Online.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 września 2007 01:19
  • czwartek, 13 września 2007
    • Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2008

      W założeniach do budżetu na 2008 r. Ministerstwo Finansów (MF) ocenia bieżącą sytuację makroekonomiczną i przedstawia projekcje do 2010 r. Analiza i projekcja PKB zmusiła autorów założeń do przedstawienia opinii dotyczącej luki popytowej. Zwracam na to uwagę, bo akurat ten problem skupia obecnie uwagę ekonomistów. Nawet jeżeli w wielu komentarzach i prognozach nie pojawia się słowo „luka”, to i tak poszukiwana jest odpowiedź na pytanie czy aby niektóre kategorie makroekonomiczne nie rosną nazbyt szybko. W tle pojawia się po prostu poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak zachowają się wskaźniki cenowe w najbliższych kwartałach. Według MF tempie PKB 5,5% w 2008 r. szacowana jest średnio na 0,5%. To tłumaczy, dlaczego w prognozach inflacji MF nie zakłada poważniejszych napięć cenowych. Szacowanie luki popytowej nie jest łatwe, stąd też nawet wyliczenia dla Polski dokonywane przez ekonomistów nie dają dokładnie tych samych rezultatów. Niemniej wartość podana w prognozie MF odpowiada co najwyżej połowie lub tylko 1/3 wartości skrajnych, jakie luka przyjmowała w swoich maksimach czy minimach w II połowie lat 90-tych (szczyt w 1998) i w 2000 r. Fakt występowania luki nie oznacza automatycznego przełożenia na zmiany inflacji, chociaż z całą pewnością związek taki istnieje. Porównanie z najbardziej skrajnymi prognozami dotyczącymi popytu w przyszłym roku wskazuje, że w każdej z głównych grup popytowych wzrost po prostu będzie nieco słabszy wg MF. Wydaje się iż w opinii MF problem luki jest niewielki i w okresie prognozy luka nie  będzie się powiększała, czy też cechowała się taką bezwładnością jak w dwóch poprzednich przypadkach. Biorąc pod uwagę dwa poprzednie przypadki powstawania luki w Polsce, wątpię by dojście do wartości skrajnych było wysoce prawdopodobne. Zakładam przy tym racjonalność działań kolejnych rządów i RPP. Niestety co do pierwszej instytucji mogę się mylić poważnie, a w drugim przypadku – trochę.

      MF prognozuje średnią roczną stopę referencyjną 4,4% w 2007 r. i 5,2% w 2008 r. ( dla 2009 i 2010 prognozuje się 5,3%). Prognoza dla tego roku wskazuje, iż wg MF zakończyła się już seria podwyżek stóp. Wg analityków, należy się spodziewać jednego lub maksymalnie dwóch wzrostów po 25 pkt. w bieżącym roku. Ja optowałbym za tylko jednym podniesieniem stóp o 25 pkt. i przejściowym wstrzymaniu się z podwyżkami do uzyskania informacji potwierdzających dalszy wzrost zagrożenia lub rozpoczęcia procesu poważniejszego osłabienia się złotego, co na razie jest mało prawdopodobne. Prognoza na przyszły rok zawiera osiągnięcie maksymalnie 5,5% na koniec roku, czyli wartości zbliżonej do średnich przewidywań po korektach z początku wakacji wśród ekonomistów bankowych. Prognoza realnej stopy wskazuje, że MF widzi konieczność utrzymywania tejże stopy na poziomie zbliżonym do neutralnego dla Polski (no...., może nieco poniżej średniej szacunków stopy neutralnej dla Polski).

      Prognoza złotego zakłada wzmocnienie realne złotego w 2008 o prawie 5% i blisko 3% w kolejnych latach. Widać więc, że to złoty m.in. będzie pomagał trzymać inflację w ryzach w przyszłym roku. W kolejnych latach gospodarka takiego wsparcia już nie dostanie. W latach 2009 i 2010 złoty wzmacnia się już tylko praktycznie o wartość zmiany cen.

      Pewną ciekawostką są wynagrodzenia. W przyszłym roku ich wzrost realny wyniesie 3,6% w gospodarce, a w kolejnych latach odpowiednio 4,2% i 4,4%. Zakłada się więc wcale nie taki mały znowu wzrost płac w najbliższych latach z minimalna tendencją rosnącą. Wg prognozy nie będzie to powodowało napięć popytowych, bo mniej więcej odpowiada to wzrostowi wydajności.

      W gruncie rzeczy założenia makroekonomiczne mieszczą się w granicach rzetelnych prognoz. Spadek bezrobocia faktycznie może taki być, jaki jest w prognozach czyli 7,5% w 2010 r. Oceniam jako rzetelne, prognozy dynamiki importu i eksportu oraz deficytu obrotów bieżących. Prognoza złotego na jej tle może budzić dyskusje, ale z punktu widzenia rozkładu prawdopodobieństwa zmian złotego (rozkład relatywnie „płaski”), punktowe wskazanie kursu (tzn. jedna wartość a nie pasmo) wydaje się właściwe. Jedynie dla Polaków którzy swoje aktywa czy pasywa mają w walutach, prognoza deficytu powinna przypominać o zwiększającym się ryzyku kursowym.

      Na plus dla MF można zaliczyć prognozę PKB na przyszły rok. Na najbliższe dwa lata jest ona o kilka dziesiątych mniejsza od prognoz rynkowych i o ok. 1% mniejsza od najnowszych prognoz Komisji Europejskiej dla Polski. Niemniej wolałbym żeby prace w Sejmie odbywały się przy ostrożniejszych prognozach, powiedzmy nawet na poziomie 4% dla lat 2009 r. i 2010.  Takie założenie utrudniłoby kolejnym rządom i posłom łatwe rozdawanie pieniędzy. Wydaje mi się również, że kwestia luki popytowej jest trochę niedoceniania. Nie chodzi mi to o czarnowidztwo, ale dobrze pojęte szacowanie ryzyka zmian koniunktury. Głosowania na ostatnim posiedzeniu Sejmu wskazują, że jak tylko wszyscy poczują i przyzwyczają się do znacznych wpływów budżetowych, zapominają o ryzyku. Tak po prostu wydano wbrew założeniom MF kilka miliardów pln (może to być nawet 1/6 tzw. kotwicy, czyli deficytu budżetowego). W swojej krótkiej historii wolnego rynku mieliśmy już okresy, kiedy w budżecie były poważne braki i wydaje się, że te lekcje pokory zostały trochę zapomniane.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2008”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 września 2007 21:56
  • wtorek, 11 września 2007
    • Kupujcie obligacje!

      Po podniesieniu stóp procentowych przez RPP, proponuję spojrzeć jak na to zareagowały banki oraz Ministerstwo Finansów. W przypadku banków ocena jest trochę utrudniona, ponieważ zmieniona została metodologia podawania stóp oferowanych przez banki. Dla lat 2004-2007 stopy depozytów bankowych dotyczą umów nowych. Metodologia obowiązująca do tego czasu oraz przejściowo dla 2004 r. nie pozwala na zachowanie pełnej porównywalności z rokiem 2003 r. Zmianę metodologii wprowadzono około rok temu i porównywalność zostałaby utracona na chwilę zmiany. NBP odtworzył historycznie dane wg nowej metodologii do lat 2004 i 2005 włącznie w zależności od typu prezentowanej statystyki (jak ja nie lubię „zmian metodologii” !!). W związku z tym postanowiłem przesunąć wstecz moment zestawienia szeregów czasowych wg różnych metodologii. Zmiana następuje na przełomie lat 2003 i 2004, co widać szczególnie w przypadku oprocentowania depozytów dla lokat 3 miesięcznych. Zmienność rentowności dla depozytów 12 miesięcznych najprawdopodobniej wynika ze braku jednolitości próby badawczej, indywidualnego negocjowania w niektórych przypadkach oraz zasad wyliczania oprocentowania efektywnego. W związku z tym analiza zmian oprocentowania dla lokat 12 miesięcznych jest nieco utrudniona.

      Banki zmieniają stopy depozytów w zależności od zmian stóp dokonywanych przez RPP oraz zmian rynkowych. Generalnie banki niechętnie i z opóźnieniem podnoszą stopy depozytów w przypadku wzrostu stóp na rynku (lub przez RPP) i chętniej obniżają kiedy z dużym prawdopodobieństwem wiadomo że rozpoczyna się seria obniżek stóp. Niemniej od początku 2006 r. zwiększająca się akcja kredytowa i silna konkurencja giełdy i TFI zmusiła banki do zmniejszania równicy pomiędzy stopami depozytów a przykładowo stopą referencyjną ustalaną przez RPP. Warto zwrócić uwagę, że od chwili rozpoczęcia serii podwyżek, banki musiały przyspieszyć zmniejszanie różnicy, częściowo z powodu wzrostu ceny depozytów 3 miesięcznych na rynku międzybankowym. Mamy więc dobry okres dla osób które z racji wielkości depozytu mogą negocjować stawki. Proponowałbym jednak inwestować wolne środki na dłuższe okresy (rok i dłużej) raczej w obligacjach trzyletnich, czy czteroletnich. Zakładanie obecnie lokat dłuższych o stałym oprocentowaniu w bankach to raczej chybiony pomysł. Reakcja klientów jest adekwatna do propozycji. Wprawdzie wyniki podaży pieniądza wskazują na wzrost dynamiki oszczędności w bankach na początku roku, ale był on przejściowy i raczej był skutkiem efektu bazy. W ostatnich miesiącach roczna realna dynamika to zaledwie kilka procent, co oczywiście cieszy biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń, czy ogólnego funduszu płac. Jest to więc bardziej efekt oszczędzania z powodu pojawiającej się nadwyżki w gospodarstwach domowych niż atrakcyjności lokat. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że dla osób o słabszej wiedzy ekonomicznej i przy wciąż jeszcze niskich oszczędnościach, bank jest najlepszym miejscem do lokowania pojawiających się nadwyżek finansowych.

      Agresywniejsze w pozyskiwania naszej sympatii, z dwóch omawianych form oszczędzania, jest Ministerstwo Finansów. Niestety nie przekłada się to na wyniki sprzedaży obligacji detalicznych. Po pierwszych siedmiu miesiącach roku sprzedaż obligacji spadła niemal o połowę w porównaniu z okresem I – VII 2006 r. To głównie skutek spadku sprzedaży obligacji dwuletnich aż o 57%. I trudno się dziwić, bo mówimy o obligacjach dwuletnich o stałym oprocentowaniu. Wzrost rentowności w tempie zmian dokonywanych przez RPP i rynku, nie może pomóc przy obecnej prognozie stóp. Mnie najbardziej rozczarowuje sprzedaż trzylatek opartych na 6 miesięcznym WIBORZE (x 0,93). Sprzedaż w okresie od stycznia do lipca spadła o 20%, głównie przez słaby wynik z pierwszej serii emitowanej w tym roku. Inwestorzy są tak zachwyceni wynikami TFI i giełdą, że zupełnie lekceważą dobre obligacje o zmiennym oprocentowaniu, czyli idealny bezpieczny instrument na obecne czasy. Obligacyjne TFI co najmniej w pierwszych kilku kwartałach nie są dla obligacji trzyletnich konkurencją. Nie wykluczam,  że dopiero korekta na giełdzie w okresie wakacji, spowoduje przypomnienie sobie o trzylatkach z serii sierpniowej lub listopadowej. Niestety nie znam bieżących wyników sprzedaży serii sierpniowej. Jedynie sprzedaż 10 latek uległa poprawie. W ubiegłym roku było to 35 mln nominalnie, a w obecnym (po siedmiu miesiącach) aż 116 mln pln. Sukces tych obligacji może wynikać z ich przeznaczenia (jako forma lokaty w ramach  Indywidualnych Kont Emerytalnych) oraz bardzo atrakcyjnego pierwszego (wykres) i kolejnych kuponów. O blisko połowę spadła również sprzedaż czterolatek. Z punktu widzenia rentowności, to instrument porównywalny, o ile nie nieco wydajniejszy (to zależy od prognozy inflacji i realnej stopy procentowej). Pozostaje wierzyć, że Polacy wkrótce docenią te instrumenty, bo jak na razie poziom sprzedaży nie wystawia nam najlepszej oceny, jeśli chodzi o umiejętność lokowania pieniędzy w okresie wzrostu stóp rynkowych i wzrastającego ryzyka giełdowego.

      O obligacjach detalicznych pisałem w maju, polecam:

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Obligacje-detaliczne-cz1.html

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Obligacje-detaliczne-cz2-ost.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2007 23:51
  • niedziela, 09 września 2007
    • Wybrane wydarzenia z rynku TFI z VII i VIII


      Na początku wakacji podano szacunkową liczbę klientów TFI. Jeżeli brać pod uwagę również osoby które kontakt z TFI mają poprzez programy emerytalne, to jest to liczba rzędu 2,8 mln osób. 19 największych ankietowanych TFI, podało łączną liczbę inwestorów na ok. 2,5 mln osób. Dane zebrano wg stanu na koniec I kw, czyli od tego czasu liczba klientów TFI mogła nieznacznie wzrosnąć. Średni stan rachunku klientów TFI, to ok. 46 tys. pln.

      ING na początku lipca rozpoczął sprzedaż jednostek dwóch funduszy otwartych. Pierwszy daje możliwość inwestowania na rynku rosyjskim i wyceniany będzie w EUR. Drugi daje możliwość inwestowania na rynku akcji Chin i Indii, a wyceniany będzie w USD. Organizator funduszy nie ukrywa ich agresywnego charakteru. Formalnie ich ekspozycja na rynku akcji może sięgnąć 100%, ale za pozyskane środki kupowane będą jednostki uznanych funduszy, które inwestują już na rynkach azjatyckich i rosyjskim. Deklarowany średnia struktura funduszu, to 90% w funduszach tzw. akcyjnych, a 10% w papiery dłużne denominowane w USD oraz odpowiednio (fundusz rosyjski) w euro. Obydwa fundusze powstały z przekształcenia zagranicznych funduszy dolarowych i euro.

      Warto pamiętać o opłatach przy funduszach tzw. agresywnych, bo nie są one małe. TFI pobiera 4%, a opłata dystrybucyjna sięga 5%. Pierwszy zakup wymaga min. 50 USD, a każdy kolejny 10 USD i odpowiednio w euro.  Są to więc fundusze dostępne – jak na rynek TFI – na każdą kieszeń. Przypominam wszystkim o ryzyku związanym ze wzmocnieniem złotego, które przyczyniało się do obniżenia atrakcyjności funduszy dolarowych i w euro.

      Komisja Nadzoru Finansowego dała zgodę na powstanie kolejnego TFI. Obecnie (kiedy piszę ten artykuł) TFI jest już 29. Mowa o MCI Capital Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. Jest to więc kolejny pomysł MCI na rozwój finansowej działalności. Komisja udzieliła TFI również zezwolenia na stworzenie funduszu zamkniętego, który jest funduszem private equity w skład którego wejdą dwa subfundusze. W gruncie rzeczy jest to więc przyjęcie nowej formuły działalności dla działalności inwestycyjnej dotychczas prowadzonej. Takie fundusze pojawiły się już w tym roku (Secus’a) i pozwalają pozyskiwać dla przeprowadzanych projektów, środków pozyskanych z emisji certyfikatów. Inwestycje funduszu, będą wykraczały poza granice Polski (Europa Środkowa). Funduszowi MCI marzy się pozyskanie w ten sposób nawet 1 mld pln do 2010 r. To dość dużo. Polecam przyglądanie się takim funduszom, bo na naszych oczach rozwija się rynek private equity, czyli pozyskiwanie środków na finansowanie rozwoju obiecujących (rozwojowych) firm.

      Eksperci z Union Investment TFI na początku lipca prognozowali wzrost WIG w 2007 r, na 40%. Wprawdzie to prognoza sprzed korekty, ale pracownicy UI TFI braki pod uwagę przejściową prognozę pod uwagę. Założyli, że rynek wykorzysta ją do zakupów. Ja piszę tekst po dwóch miesiącach od prognozy i po korekcie (ale czy to już koniec?), niemniej ta prognoza ma szansę realizacji. Uważam tą prognozę jako mieszczącą się w górnym przedziale prawdopodobieństwa i po warunkiem, że obecna korekta rynkowa nie przerodzi się w defetyzm po kolejnych informacjach z rynku amerykańskiego.

      Legg Mason TFI pochwaliło się wynikami. Na koniec czerwca Legg Mason pozyskał łącznie minimalnie ponad 5 mld pln. Muszę przyznać, że od marca tego roku wartość portfela LM TFI rośnie niezwykle dynamicznie. Od marca do maja LG zwiększał wartość portfela o 2%-4% procent szybciej od rynku, ale w czerwcu wzrost miesięczny wyniósł aż 18% wobec 5,2% dla całego rynku. Nawet w dość trudnym lipcu dynamika wzrostu portfela była nieco większa od rynku. W sporej części LG sukces zawdzięcza Zrównoważonemu Środkowoeuropejskiemu FIO (40%-60% w akcje; reszta w papiery dłużne). Warto jednak zwrócić uwagę, że to reakcja na rynek który od dłuższego czasu wprowadza fundusze o takim profilu i obszarze działalności. Tak więc LG nie są może prekursorem, ale to dobry przykład jak szybka reakcja na konkurencję i dobra promocja, potrafią przynieść powodzenie.

      Kolejny fundusz – Union Investment – wprowadził tzw. parasol. „Parasol” objął 10z jedenastu funduszy. Obecnie większość z dużych i średnich funduszy proponuje fundusz parasolowy. Można nawet powiedzieć, że UI był nawet lekko spóźniony, co mogło być powodem powolnej utraty pozycji na rynku w ostatnich miesiącach.

      Od początku roku rynek wzbogacił się aż o 50 nowych funduszy i subfunduszy w porównaniu z końcem 2006 r., co oznacza przekroczenie progu 300. TFI jest obecnie 29, czyli o trzy więcej niż na koniec 2006 r. Już samo zestawienie wskazuje, jak dynamicznie rozwija się oferta funduszy. Warto zwrócić uwagę, że najdynamiczniej rozwijały się fundusze o niezdefiniowanej strategii (szeroki zakres inwestycji i duże ryzyko oraz fundusze specjalistyczne np. pozyskujące środki na projekty typu private equity) oraz fundusze akcyjne lokujące poza granicami Polski.

      TFI Idea ogłosiła swoje plany. W tym roku aktywa mają wzrosnąć do 700 mln pln, z 375 mln na koniec lipca. Obecnie portfel Idei to pięć dość standardowych funduszy. Oferta w swoim zestawie już trochę archaiczna i ograniczona do rynku krajowego. Od roku TFI utrzymuje skromny udział w rynku, czyli 0,27%. Przy braku intrygującej oferty, sieci sprzedaży skupionej na internecie i telefonie oraz poważniejszych nakładach na reklamę, trudno walczyć o większy udział. Jednym z motorów wzrostu ma być fundusz działający na rynkach towarowych, a drugi – Globalny – skupi się inwestycjach na rynkach akcji na rynkach zagranicznych. Można powiedzieć tak: pierwsza propozycja to może być ciekawostka, a druga – próba dorównania do oferty konkurencji. Towarzystwo chce też utworzyć fundusz wierzytelności (jest już zgoda KNF) i fundusz hedgingowy. Na koniec roku planowane jest wystąpienie o zgodę na stworzenie funduszu parasolowego. Działania TFI są chyba trochę spóźnione, co nie oznacza że nie nieskuteczne. Można życzyć tylko powodzenia i to szczególnie na rynku (giełda), który świadomy jest zagrożeń i kresy dynamiki wzrostu. Niestety TFI jest małe, co jest pewnym ograniczeniem (dystrybucja, nakłady na reklamę), ale jeżeli fundusze osiągną ponad przeciętne wyniki, to udział rynkowy TFI wzrośnie.

      MBank pochwalił się swoim udziałem w rynku pośrednictwa TFI. Na koniec czerwca wartość aktywów TFI na kontach mBanku sięgnęła 8,8 mld pln, co oznacza wzrost o 28% w porównaniu z końcem 2006 r. To tylko 6% rynku, a wzrost na poziomie wzrostu WIGu w tym okresie. Biorąc pod uwagę sieci dystrybucji wszystkich TFI, to 6% być może nie jest złym wynikiem. Na razie, solidne wzrostu na giełdzie nie zmuszały inwestorów do poszukiwania oszczędności w kosztach, ale a najbliższych kwartałach może to ulec zmianie.

      Analizy Online Sp. z o.o. zamieściła na swojej stornie internetowej analizę kosztów ponoszonych przez inwestorów i zmiany w ciągu ostatnich czterech lat. Przypomnę, że podstawowe koszty to opata manipulacyjna (dystrybucyjna) i opłata za zarządzanie. Pierwsza na ogół płatna przy zakupie, druga – ujęta w codziennej wycenie jednostek. Warto zwracać uwagę na opłaty, bo przy funduszach akcyjnych, czy tzw. alternatywnych łączne opłaty sięgają średnio 8%. Bywa niestety, że koszt znacznie odbiega od średniej i to w obydwie strony. Ponadto należy zwracać uwagę na konstrukcję kosztów. W przypadku funduszy akcyjnych sama tylko opłata za zarządzanie potrafi przekroczyć 7%. Bywa czasami i tak, że opłata rośnie wraz ze wzrostem jednostki powyżej ustalonej granicy. Analitycy firmy Analizy Online przypomnieli metodologii mierzenia opłat za zarządzanie przedstawianej jako Total Expense Ratio. To dokładniejsza metodologia niż to co znamy pod pojęciem opłat za zarządzanie. Po szczegółu odsyłam, do raportu z 23 lipca tego roku, bo chciałem się skupić na zmianach historycznych opłat. Podam jedynie, że różnice są niewielkie. Ocena zmian opłat nie napawa optymizmem. Jedynie w przypadku funduszy pieniężnych, tracących udział, można się dopatrzyć spadku opłaty. Z 1,3% w 2003 r. do 1,1% w 2006 r. Pozostałe fundusze po niewielkich spadkach najczęściej w 2005 r., utrzymały poziom opłat. Zwracam na to uwagę, bo przyrost zarządzanych środków nie oznacza proporcjonalnego wzrostu kosztów. Badania dokonano na wartościach średnich dla rynku. Niemniej i tak pozwala to na uwagę, że przy silnej hossie i napływie środków, rywalizacja skupiła się na ofercie inwestycyjnej, sieci dystrybucji i reklamie.

      Komentarz do wyników i rankingu TFI zamieszczę po publikacji przez Analizy Online informacji o napływie środków do funduszy inwestycyjnych.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2007 23:21
  • czwartek, 06 września 2007
    • Ekonomiści ze świata szołbiznesu

      Ekonomiści zaczynają się zachowywać jak politycy. Niektórzy politycy chcąc zaistnieć w mediach starają się powiedzieć coś kontrowersyjnego lub odkryć jakąś domniemaną aferę. Taka informacja trafia do potencjalnych wyborców i zaczyna być omawiana przez czołowe postacie świata dziennikarskiego. Fakty w zasadzie nie mają znaczenia. Dziennikarzom też to nie przeszkadza. Grunt to możliwość przedstawiania komentarzy do rzekomych rewelacji i komentarzy do komentarzy. Temat żyje sam, a faktami nikt się już nie przejmuje. Zwolennicy medialnej „rewelacji” przyjmują ją na wiarę, przeciwnicy – również „na wiarę”, odrzucają. Zwracam uwagę na ten fenomen medialny, bo korzystają z niego również ekonomiści.

      Wydawałoby się, że w ekonomii można mówić głównie o faktach i wydarzeniach, czy teoriach na faktach opartych. Nie sugeruję, że w ekonomii wszystko już wiadomo. Wręcz przeciwnie. To mnie w ekonomii właśnie pociąga, że wiele rzeczy i związków wciąż ulega ewolucji, wiele nowych zjawisk czeka na zbadanie i wiele osiągnięć z dorobku makroekonomii nie zawsze daje się łatwo zaimplementować w każdym kraju.

      Niepokoi mnie jednak, że ekonomia zbliża się do polityki czy świata szołbiznesu. Ekonomiści i ekonomiczni publicyści coraz mniej przejmują się faktami, a coraz bardziej podniecają się faktem iż mają w ogóle coś do powiedzenia. Niektórzy przedstawiciele tych dwóch grup, coraz częściej chcą zaskoczyć publiczność jakąś przekorną teorią lub zaimponować ostrością wydawanych jednoznacznych sądów. Najważniejsze stają się nie fakty czy rzeczywiste wątpliwości, a chęć zdobycia uwagi i aplauzu publiczności przed którą poglądy są prezentowane. Jest to tym łatwiejsze, że z ekonomią jest pewien problem. Ekonomia, w której codziennie wszyscy uczestniczymy, wydaje się banalnie prosta, więc każdy ma jakąś swoją teorię i receptę na rozwój gospodarczy kraju. Mają ją reprezentanci małych przedsiębiorstw, mają i pracownicy najemni. To co łączy te dwie grupy, to poczucie krzywdy (bez względu na poziom dochodów) i lekceważenia oraz fakt kierowania swoich pretensji do Państwa, władz, sejmu, prezydenta, urzędnika czyli instytucji państwowych. Wspólną cechą jest też wytwarzanie własnej ideologii i korzystanie z faktów tylko na tyle, na ile wspierają ideologię danej grupy. Każda z tych grup ma swoich ideologów i swoich guru ze świata ekonomii. W tej grupie są zacni ekonomiści, ale i pewnego rodzaju ideolodzy, dla których fakty czy wątpliwości nie stoją na przeszkodzie. Zawsze można je przemilczeć lub tak pomieszać, żeby udowadniały to co chcemy. Coraz częściej nie są potrzebne już nawet fakty. Starcza głoszona ideologia. Tylko, że w efekcie w krajowych mediach czy ekonomii coraz częściej wspomniani guru przekształcają się w postacie jak ze świata szołbiznesu czy polityki. Grają to czego oczekuje publiczność lub są znani z tego, że są znani, bo doprawdy trudno odgadnąć jaka wartość stoi za głoszonymi przez nich poglądami. Ocenę na ile to co opisałem powyżej dotyczy prezentowanych poniżej osób i instytucji, pozostawiam czytelnikom. Powiem tylko, że w jakimś stopniu dotyczy. Może i nie byłoby czym zajmować sobie głowy, gdyby nie to że zaczynamy się wszyscy wzajemnie oszukiwać. W komentarzach ekonomicznych guru i ideologów, Polska jawi się jako kraj niemal jak z III świata, przepełniony głupotą, korupcją i tkwiący w stagnacji. Tego typu poglądy są popularne i zaczynają wręcz stanowić kanon dla ludzi chcących uchodzić za wykształconych i zorientowanych. Wbrew pozorom, Polska to całkiem sympatyczny kraj z dobrze rozwijającą się gospodarką. Kraj, który w ciągu kilkunastu lat przeżył ogromną transformację społeczno-ekonomiczną. Politycy robiący dziwne rzeczy (jak niedawne głosowanie nad „podwójną” ulgą na dzieci), nie są tylko naszą specyfiką. Naszą specyfiką nie jest też spory rozdźwięk poglądów ekonomicznych wśród obywateli, a to oni wybierają polityków w wyborach (!).

      A teraz do rzeczy. Przypomniało o sobie w mediach Centrum im. A.Smitha (CAS). Około dwa lata temu CAS w inaugurację funkcjonowania rządu Kazimierza Marcinkiewicza przedstawił raport o Polsce (ocenę raportu przedstawiłem w marcu 2006). Kompletna żonglerka faktami na potrzeby słuchaczy, widzów, publicystów i nowego rządu. Raport skrojony na potrzeby zdobycia aplauzu. Ponieważ był do bólu krytyczny i wskazywał wspólnego wroga i sprawcę wszystkich nieszczęść (władza, instytucje państwowe), to nikt nawet nie próbował go merytorycznie oceniać. Teraz (a dokładnie wczoraj) Puls Biznesu ogłosił, że CAS przedstawi kolejną edycję Indeksu Wolności Gospodarczej. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, biorąc pod uwagę powyższy Raport i styl wypowiedzi przedstawicieli CAS w mediach, jaki będzie wydźwięk Indeksu, bo inaczej CAS nie eksponowałby jego wyników. Nie pomyliłem się.

      Zacznijmy od tego, że tzw. wolność gospodarczą trudno mierzyć. Dla mnie wolność gospodarcza, to swoboda działań przedsiębiorcy i łatwość zmieniania branży w której działa. Obrona własności prywatnej i sprawne sądy. Ponieważ tak rozumianą swobodę trudno mierzyć, to twórcy tego typu indeksów opierają je w znacznym stopniu na czynnikach makroekonomicznych, co z pojęciem wolności ma niewiele wspólnego. Tego typu indeksy to coś pomiędzy prawdą a zabawą. Można to porównać to indeksów opartych na BigMacku. Widać to zresztą po wynikach indeksów. Wg zaprezentowanego przez CAS indeksu (za 2005 r.), Polska była na 56 miejscu po Omanie i Kazachstanie. Dla ciekawości podam, że Oman to bogaty kraj (mają ropę), ale z monarchią absolutną, Szariatem jako prawem i z analfabetyzmem na poziomie 25%. Czym mam przez to rozumieć, że to jest recepta na sukces gospodarczy? The Wall Street Journal wraz z Heritage  Foundation też kiedyś opublikowali ranking za 2005 r. I uwaga: Polska ma 41 pozycję, Oman 61, a Kazachstan jest sklasyfikowany na 130 w grupie krajów „w zasadzie bez wolności”. Ot i cały komentarz to tego typu indeksów.

      Oczywiście wg przedstawicieli CAS nie jesteśmy już liderem zmian. Estonia, Łotwa i Litwa są w pierwszej trzydziestce. Ciekawy jestem jak CAS skomentuje ich obecną sytuację makroekonomiczną. Przykładowo inflacja w tych krajach jest obecnie od 2 do 4 razy większa od naszej. To ja już wolę nasz wzrost gospodarczy. Jest bardziej zrównoważony. To źle? A może to właśnie świadczy jak dojrzałą mamy gospodarkę?

      Nie wiem z jakich statystyk korzystano przy ocenie kosztów pracy i udziale państwa w gospodarce, ale na swojej stronie zwracałem już uwagę że część ekonomistów pozwala sobie na pewne manipulacje tym wskaźnikiem. Albo podają to co chcą, albo przedstawiają tylko komentarz. Statystyki Eurostatu są znane i nie potwierdzają tak czarnego obrazu jakby to wynikało z rankingu i komentarzy przedstawicieli CAS.

      Argumentowi o wydolności sądów nie przeczę, ale może warto pokazać, że i z kulturą biznesową wśród krajowych przedsiębiorców też jest kiepsko. Statystyki Krajowego Rejestru Długów dotyczące skłonności podmiotów gospodarczych do spłacania długów mówią same za siebie. Oczekiwałbym więc raczej więcej odwagi i zaryzykowanie pogrożenia palcem w stronę krajowych przedsiębiorców.

      Jako rodzaj absurdu przedstawiono pomysły ustaw (specjalne uprawnienia) ułatwiających przygotowania do Euro 2012. Pozornie to zabawne, ale w rzeczywistości z powodu ryzyka niedotrzymania terminów zdecydowano się na specjalną ścieżkę. Jedynie w takiej sytuacji może to mieć uzasadnienie. Robert Gwiazdowski, z charakterystycznym dla siebie dowcipem, proponuje by ten sam przywilej zastosować dla innych firm i w innych dziedzinach. Czy mam rozumieć, że rezygnujemy z przetargów i dajemy większe uprawnienia urzędnikom. Przecież to prosta droga do korupcji?

      Wspomniałem wyżej że w komentarzach ekonomicznych guru i ekonomicznych ideologów, Polska jawi się jako kraj niemal jak z III świata, przepełniony głupotą, korupcją i tkwiący w stagnacji. Niestety proste oceny, powodują podawanie prostych recept. Tyle samo wartych co diagnozy. Całkiem niedawno jeden z bankowych ekonomistów przedstawił receptę na krajowe problemy. Udział finansów publicznych w PKB sprowadzić do 35%, czyli obniżyć o co najmniej 10%. Nominalnie to potworna kwota. Mamy ciąć emerytury czy subwencje oświatowe? To trochę w duchu Raportu CAS sprzed dwóch lat. Tego typu propozycje wskazują na rzekomą odwagę i znajomość rzeczy osób je prezentujących. Czy jeżeli ja zaproponuję 30%, to będę lepszym ekonomistą i reformatorem? Nie, bo ani ja ani oni nie mamy pomysłu na tak ogromne cięcia. Powiedzmy otwarcie, że dla osób mających co najmniej pojęcie co to są finanse publiczne i jakie to są transfery, takie pomysły są uważne za niepoważne. Ale jak widać, mówić można cokolwiek bo nikt tego typu reformatorów nie zmusza do przedstawienia propozycji cięć. Ubolewam, że zamiast podnosić jakość dyskusji, niektórzy ekonomiści uciekają w swego rodzaju liberalny populizm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2007 23:34
  • wtorek, 04 września 2007
    • I kto tu tkwi w poprzednim systemie?

      Jednym z czołowych kryteriów w obecnych sporach politycznych jest określenie, kto tkwi w przeszłości, jak bardzo jest w niej unurzany i podejście do tzw. oligarchów. Postanowiłem poświęcić temu chwilę, bo premier po raz kolejny wyraził swój stosunek do tzw. bogatych, co zachęca inne postacie życia publicznego to ujawniania tego typu postaw. Drugim powodem jest fakt, iż do tej pory od 1990 r., poza grupkami polityków (jednosezonowe partie) czy pojedynczymi politykami, żadna duża formacja polityczna nie próbowała zbić kapitału politycznego na nierównościach społecznych i antypatii do oligarchów w tak mało wyszukany sposób jak obecnie. W polskich warunkach wskazania sondażowe w przedziale 25%-30% i utrzymanie takiego wyniku przez kilka kwartałów to bardzo dobry wynik. Co gorsza sposób w jaki premier wypowiada swoje refleksje na temat bogatych/oligarchów wskazuje, że faktycznie pokrywa się to z jego prywatnymi poglądami na sprawiedliwość społeczną. Zauważyłem, że premierowi dość łatwo „się wyrywają” takie refleksje, a dopiero później rozgląda się i patrzy jak to zostało przyjęte. Tak było z „lustracją majątkową” w ubiegłym roku, czy pomysłami na opodatkowanie „bogatych” w trakcie strajku pielęgniarek, z których się wycofywał lub uznawał za niefortunne. Wysoka pozycja PiSu w sondażach i ich stabilizacja utwierdza chyba premiera, że trafił w społeczne oczekiwania i na dodatek może śmielej wyrażać, co faktycznie myśli. Najzabawniejsze jest to, że nawet przedstawiciele SLD, partii określanej przez złośliwych jako partia „postkomunistyczna”, nie przejawiali aż takiej ochoty do „lustracji majątkowej” bogatych i zabieraniu im pieniędzy (jeśli już, to w formie oficjalnych podatków).

      Premier w rywalizacji na elektorat postawił na ciemną stronę człowieka, czyli bezmyślną zazdrość. Czym innym jest dyskusja o modelu gospodarki rynkowej i podziale profitów wzrostu gospodarczego (*), a czym innym wprowadzanie podejrzliwej atmosfery wokół „bogatych”, którzy podobno swoją siecią opletli Polskę. Trudno z tym polemizować, bo premier nie używa jakichkolwiek precyzyjnych danych, które pozwoliłyby określić skalę sieci i odróżnić ją od zwykłej ludzkiej podłości i pazerności spotykanej notabene w każdym kraju.

      Kolejną barierą, jaką przekroczono w ostatnich miesiącach by przypodobać się społeczeństwu jest podawanie nazwisk biznesmenów w świetle podejrzeń, ale bez zarzutów. To ciąg dalszy tego, co robiono przy okazji sprawy Orleanu w poprzednim Sejmie. Teraz nazwiskami rzucają już premier i szef CBA. Nie mam nic przeciwko zamykaniu ludzi w więzieniach, a może nawet publicznemu piętnowaniu, ale pod warunkiem posiadania dowodów, przy których proces to tylko formalność. Po prostu urzędnicy państwowi lekceważąc prawo i elementarne zasady przyzwoitości, obnoszą się z niechęcią do „bogatych”. Jeden z polityków PiSu, pytany o komentarz do spadków akcji spółek należących do Ryszarda Krauze, odpowiedział lekceważąco: „on i tak ma dużo”. Ale to nie tylko problem biznesmena, ale również inwestorów, którzy kupili akcje tychże spółek. Do tego dochodzą klienci TFI i OFE, w których portfelach mogły być te akcje. Niestety zgodnie a prawem, poszkodowany inwestor musi udowodnić poniesioną stratę i jej związek z publicznym podawaniem nazwiska biznesmena w charakterze podejrzanego. A co, jeżeli po kilku godzinach przesłuchania Ryszard Krauze nie usłyszy żadnych zarzutów?

      W wypowiedziach premiera zaintrygowało mnie samo słowo „oligarcha”, „oligarchowie” itd. Brzmi ono dość archaicznie i dobrze opisuje stosunek emocjonalny wypowiadającego do tzw. „bogatych”. Jego znaczenie, jakie podają słowniki i ewentualnie ludzie, wobec których się je stosuje za granicą (przynajmniej w tłumaczeniu na j.polski), chyba trochę przekracza polskie przypadki. Obawiam się, że premier nieco wręcz dowartościowuje w ten sposób osoby, które nimi określa.

      Ale wracając do tkwienia w takim czy innym systemie, to raczej premier powinien się zastanowić czy przypadkiem nie kultywuje rozwiązań i ideologii rodem z poprzedniego systemu (zresztą niechęć do „bogatych” wykorzystuje się od wieków, bo zawsze jest skuteczna w zdobywaniu poparcia). O obwinianiu „oligarchów” o hamowanie rozwoju kraju, słownictwo premiera, podgrzewaniu niechęci wobec bogatych pisałem wyżej. Ale wbrew pozorom „stare układy” tkwią gdzie indziej i przyczyniają się do miliardowych kosztów dla kraju i premier to akceptuje. To premier i obecny rząd nie mają odwagi powiedzieć kilku grupom społecznym czy zawodowym, że świadczenia finansowe, jakimi są obdarzone pochodzą często sprzed 1990 r. i były pochodną kupowania przychylności przez ówczesne władze i nie mają wiele wspólnego z równością obywateli w kwestii uprawnień emerytalnych itp.  Do tego dochodzi odwlekanie prywatyzacji wielu firm. Proponowałbym na przykład wytłumaczyć energetykom, że 10-letnie gwarancje zatrudnienia i gratyfikacje finansowe za zgodę na prywatyzację i przekształcenia w energetyce to po prostu zwykły haracz i kpina. To nic innego jak wyciąganie pieniędzy z gospodarki i to bynajmniej wcale nie przez najbardziej potrzebujące grupy, ale za to silne ja niejeden „oligarcha”. Mówimy o kwotach idących w miliardy. To ten układ jest jednym z groźniejszych dla kraju.

      Obraz niechęci do kapitału premier uzupełnia podkreślając, że „niczego się nie dorobił”. Zauważyłem, że wtrąca to nawet niepytany o własny majątek w wywiadach. Dlaczego w Polsce żeby zdobyć przychylność drugiego człowieka, trzeba na wstępie zaznaczać że niczego się nie ma? Nawet do konta bankowego premier stosunek ma niechętny. O ile dobrze pamiętam, to kojarzyło się ono premierowi bardziej z podejrzliwością niż wygodą (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/05/Konto-Premiera.html). Premier przez większość ostatnich kilkunastu lat zasiadał w miejscach, bądź piastował funkcje za które bardzo dobrze się płaci (przynajmniej jak na polskie warunki). No, ale głupio tak jakoś powiedzieć Polakom: „dobrze zarabiałem i zarabiam”, a przecież to też prawda o sytuacji majątkowej tylko powiedziana inaczej. Przyjmują, że premier przeznaczył zarobione pieniądze na słuszne cele, potrzebujących, fundacje itd. Fajnie, ale czy to ma być przykład dla wszystkich Polaków? Niestety, gospodarka rynkowa i jej wzrost bierze się z tego, że większość z nas konsumuje na potęgę, oszczędza i inwestuje. Inaczej nie urośnie.

      A na zakończenie ciekawostka. Jak nam wyciekają pieniądze z budżetu

      W imię słusznej walki z korupcją PiS wykreował nową instytucję – CBA. Jest to podawane przez PiS jako jedno w czołowych osiągnięć. W czasach wielkich przemian i przewrotów, władcy często powoływali nowe służby do walki z hydrą korupcji, zepsucia, i szeregu innych zagrożeń. Tylko że my już mieliśmy i mamy prawie 100 tys. policjantów do walki z wszelaką przestępczością. CBA zaczęło działać w połowie 2006 r. z budżetem 70 mln pln (w 2007 r. 120 mln) i docelowym stanem zatrudnienia 500 osób. Problem w tym, że są już pomysły doprowadzenia zatrudniania do 1 tys. osób. Budżet więc będzie musiał być podwojony, czyli wynieść 240 mln pln (skorzystałem z rachunku proporcji). Zwracam na to uwagę, bo zadania przyznane CBA powinna wykonywać policja. A tak, z budżetu wycieka kolejna strużka pieniędzy.

       

      *

      Żeby nie było, że jestem okrutnym liberałem, polecam lekturę poniższych tekstów. O sytuacji materialnej Polaków naprawdę można rozmawiać w inny sposób. Straszenie „oligarchami”, sugerowanie że ci co „mają” dorobili się nieuczciwie, to odwoływanie się do najniższych ludzkich uczuć.

      Wynagrodzenia – jak dzielić dochód (III 07)

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/03/Jak-dzielic-dochod.html

      Płaca minimalna cz 1 i 2 (VIII 2007)

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Placa-minimalna-cz1.html

      http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Placa-minimalna-cz2.html

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 września 2007 21:21
  • niedziela, 02 września 2007
    • Rynek finansowy w VII i VIII cz1

      Po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej m.in. urlopem, powracam do przedstawienia minionych wydarzeń na rynku finansowym. Po uzupełnieniu baz danych mogłem wprawdzie przedstawić w II poł. sierpnia wydarzenia z lipca (przyjąłem zasadę opisywania wydarzeń z miesięcy kalendarzowych), ale postanowiłem poczekać kilkanaście dni na zakończenie sierpnia, co pozwoli mi na objęcie komentarzem niezwykle ciekawego okresu na krajowym i zagranicznym rynku finansowym.

      W opisie rynku pominąć można pierwszą połowę lipca, ponieważ na rynku krajowym i zagranicznym był to dość spokojny okres. Oczywiście można powiedzieć, że tak zupełnie spokojnie nie było, bo nadchodzące w II poł. lipca wydarzenia wskazywały, że kilka znanych instytucji finansowych szykowało się do podania informacji o swoich problemach, a gracze giełdowi długie godziny spędzali na analizie prawdopodobieństwa wystąpienia tego co w końcu się wydarzyło. Główne rynki akcji oraz rynek krajowy w I poł. lipca przeszły w stan stabilizacji, co również świadczy o tym że inwestorzy giełdowi mieli świadomość, iż próba bicia kolejnych rekordów zbliża ich tylko do korekty.

      Spokój został przerwany w II połowie lipca. Napływające na rynek informacje o kłopotach instytucji finansowych związanych z finansowaniem rynku nieruchomości w USA oraz świadomość, że nawet z punktu widzenia analizy technicznej, wskazane jest przynajmniej skromna korekta, spowodowały obniżanie się indeksów. Początkowo rynek sądził, że nie będzie konieczności dokonywania korekty większej niż to z czym mieliśmy do czynienia w maju 2006  czy na przełomie lutego i marca tego roku. Przypomnę, że w pierwszym przypadku średni spadek w ciągu ok. miesiąca przekroczył 10% dla głównych giełd, w drugim – w podobnym okresie – sięgnął ok. 6%. W każdym z tych przypadków korekta na polski rynku była o kilka procent większa. W pewnym sensie to pozytywna wiadomość, bo oznacza, że rynek krajowy jest świadomy skali przeszacowania, a więc działa przy akceptacji znacznego poziomy ryzyka. Oczywiście mam na myśli osoby i instytucje inwestujące bezpośrednio na giełdzie. Natomiast co do inwestorów działających z pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, nie mam już takiej pewności. Dokładniejszy obraz otrzymamy po publikacji wyników zmian wartości TFI za sierpień. Niemniej po analizie wyników za czerwiec i lipiec, nie spodziewam się by Polacy poważniej przejęli się tym co działo się na giełdzie.

      Jeszcze w pierwszych dniach sierpnia giełdy obniżały indeksy dość spokojnie, a nawet były próby odbicia, ale już 9 i 10 sierpnia pojawiły się symptomy paniki. To efekt ujawniających się problemów z płynnością na rynku. W tych dwóch dniach gwałtownie wzrósł koszt pieniądza w USA i na rynku UE z powodu instytucji, które traciły płynność ogłaszając nawet zawieszenie wypłat związku z falą inwestorów, którzy przystąpili do umorzenia jednostek. Przykładowo rentowność depozytów dolarowych w terminie 1 i 3 m-ce wzrosła o od 0,2% do 0,3%w ciągu dwóch dni. Wzrosty cen krótkiego pieniądza miały też miejsce na innych rynkach. Byliśmy w tamtych dniach świadkami dość ciekawego zjawiska na rynkach depozytowych. Krzywa rentowności do 1 roku uniosła się w powodów gwałtownego poszukiwania pieniądza na rynku, a część krzywej powyżej roku zdawała się nie reagować na wspomniane problemy rynku. I dobrze, bo jeżeli popyt na pieniądz spowodowałby wzrost cen obligacji, to byłaby to już panika. Zwracam uwagę na zmiany stawki rocznej w dolarze. Jej zachowanie (tzn. zmiany rentowności) od 8 sierpnia do końca miesiąca wskazują, że popyt na pieniądz na rynku jest znaczny i pompowanie kilku setek miliardów dolarów pomogło tylko częściowo. Stawka roczna podążała za zmianami rentowności obligacji, czyli w dół od przełomu lipca i sierpnia. Popyt na pieniądz spowodował zatrzymanie spadków ceny rocznego depozytu. I tu dochodzimy do wydarzeń, które mogą wpłynąć na zmiany indeksów giełdowych w najbliższym czasie. Depozyt roczny taniał w oczekiwaniu na decyzje o spadku stopy referencyjnej od 15 do 21 sierpnia. Kilka dni temu jednak problemu z pozyskaniem pieniądza na rynku powróciły i zaledwie w ciągu ok. tygodnia cena depozytu rocznego wzrosła o 0,3%, czyli w stopniu zbliżonym jak depozyty krótkie. Ostatecznie ceny depozytów 1M w ciągu ostatnich trzech tygodni wzrosły o niemal 0,4%. Już sam przebieg linii na wykresie wskazuje nawet laikom, że nie jest to sytuacja standardowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2007 23:54
    • Rynek finansowy w VII i VIII cz2

      Po interwencjach banków centralnych w połowie sierpnia i ostatnich wypowiedziach szefa Fed Bena Bernanke, wiele razy w komentarzach analityków giełdowych i ekonomistów, pojawiało się pytanie czy interwencje w ogóle powinny mieć miejsce. To jest rynek i sam powinien ponosić konsekwencje ewidentnego lekceważenia ryzyka. Ja do tego dołożyłem swój komentarz, wskazując na zabawną sytuację (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Urzednicy-ratuja-gieldy.html). Rynek który nie lubi narzucanych przez urzędników ograniczeń, teraz nagle na tychże urzędników patrzy z nadzieją, oczekując ratunku za pieniądze bynajmniej nie pochodzące ze składek najbardziej krewkich graczy rynkowych. Sytuacja makroekonomiczna gospodarki światowej (naszej też) jest na tyle dobra, że może należało wstrzymać się z interwencją? Inwestorzy powinni poznać smak lekceważenia ryzyka. Budzi to moje spore wątpliwości. Jedynym wytłumaczeniem jest może to, że przedstawiciele czołowych banków centralnych widzą to (zagrożenia) czego nie widzą komentatorzy. Ale w takim razie powstaje pytanie: jak wielkie jest zagrożenie perturbacjami finansowymi, skoro po spadku indeksów o ok. 10% do 16 sierpnia i wzroście ceny pieniądza o kilka dziesiątych, centralni bankierzy postanowili interweniować. Reakcja rynku depozytowego jest rzeczywiście wyjątkowa. Niestety zmiany na rynku depozytowym w dolarze w ostatnich dniach nakazują zachowanie ostrożności.

      Po pierwszych interwencjach rynkowych nasza giełda odetchnęła w poniedziałek 13 sierpnia, rosnąc aż o 2,2%. Tymczasem był to tylko wstęp i w kolejnych dniach spadki trwały dalej. My po państwowym święcie i pogłębiających się spadkach na świecie zareagowaliśmy prawdziwą paniką. 16 sierpnia WIG spadł o 6,1%. Dopiero kolejna reakcja Fed (obniżka stopy dyskontowej) zapobiegła już chyba tragedii. Do 16 sierpnia główne indeksy światowe spadły średnio o ok. 10%. My natomiast aż o 16%. To świadczy o skali emocji zmagazynowanych na rynku. Jak inni rosną, to my szybciej, jak u innych spada, to u nas półtora razy szybciej. Giełdy światowe i polska, odrobiły część strat zaledwie w ciągu tygodnia. Indeksy wzrosły w przedziale od 5% do 10%. Potem do końca miesiąca rynki się ustabilizowały. Nie oznacza to bynajmniej spokoju, ale wyczekiwanie na to co będzie dalej, bo wygląda na to że jeszcze nie zażegnano kryzysu na amerykańskich giełdach.  

      Perturbacje giełdowe dla polskiego rynku były oczyszczające. Być może gdyby nie interwencje rynkowe, bylibyśmy blisko poziomów cen na rynku zbliżonych do rzeczywistej ich wartości. Wtedy sam apelowałbym o kupowanie akcji. Nawet gdyby na krajowej giełdzie emocje spowodowały przesadną korektę, to dobra sytuacja makroekonomiczna uspokoiłaby graczy rynkowych. Teraz wszyscy się zastanawiają czy będzie ciąg dalszy korekty czy nie. Proponuje jednak nie odbudowywać pozycji do rozmiarów z czerwca czy lipca.

      Na krajowym rynku depozytowym po ustaleniu nowych poziomów dla poszczególnych terminów po mało oczekiwanej decyzji RPP o podniesieniu stóp z końca czerwca, rentowności obligacji nawet w niewielkim stopniu spadły (kilkanaście punktów). Stopy zaczęły rosnąć bardzo powoli dopiero od początku drugiej dekady sierpnia. Dochodzące na rynek informacje makroekonomiczne oraz zapis rozmowy członków RPP, zgrały się w jeden obraz. No, pomijając refleksje prezesa NBP związane z jego wątpliwościami wobec rzetelności danych GUS i prawidłowości oceny zjawisk które opisują. W sierpniu GUS podał wyniki finansowe przedsiębiorstw i PKB. Oceniłem je w II połowie sierpnia. Wprawdzie zagrożenie gwałtownym wzrostem cen nie jest duże, ale potwierdzony jest silny wzrost gospodarczy przy szybko rosnących wynagrodzeniach i krajowym popycie. Uczestnicy rynku mieli więc świadomości, że prawdopodobieństwo prewencyjnej podwyżki poważnie wzrosło. Jedynie depozyty do 3 miesięcy odnotowały niewielką korektę, dostosowującą do nowego poziomu stóp. Skok stóp na rynkach zagranicznych przeniósł się tylko na nasze obligacje. Zaledwie w ciągu kilku dni od 13 sierpnia rentowności obligacji 5 i 10-cio letnich wzrosły o 20 punktów.

      Gdyby po kilkutygodniowym odcięciu dostępu do mediów, pokazano mi że wykres kształtowania się złotego, to wcale nie jestem pewny czy wpadłbym na że na światowych rynkach i krajowej giełdzie było tak gorąco. Gdyby mi dodatkowo pokazano wykres euro z dolarem czy jena, to już co innego. Ale wracając do krajowej waluty.  Formalnie w okresie od połowy lipca do połowy sierpnia złoty do dolara osłabił się o prawie 5%, a do euro o 2%. Większe osłabienie dolara to już efekt nałożenia się na osłabienie złotego zmian na rynku eur/usd. Osłabienie złotego ma miejsce w czasie spadków giełdowych, co trochę tłumaczy fakt osłabienia. Niemniej skala zmiany i okres w jakim się odbyła jest porównywalna z tym co już widzieliśmy na rynku w ubiegłych latach. Nawet gdyby nie wydarzenia giełdowe, podobny kierunek zmiany mieścił się w granicach oczekiwań, wyznaczonych na podstawie analizy technicznej i wyznaczonego przez kilka ostatnich kwartałów kanału w jakim złoty się poruszał. Jest jednak detal na jakim bym się zastanowił – ciągnąc przykład z odseparowaniem od mediów – czyli silne osłabienie złotego z 16 sierpnia. Złoty (waluta referencyjna) osłabił się o 1,6%. Takie skoki i większe zdarzają się kilka razy w roku i raczej nie bez przyczyny. Od 10-to do 17-tego sierpnia złoty stracił ochotę do wzmocnienia. To właśnie w tym okresie na giełdach i zagranicznych rynkach depozytowych było najgoręcej. Wspomniane wyżej interwencje spowodowały zatrzymanie procesu osłabienia złotego i przyczyniły się do jego wzmocnienia w kolejnych dniach. Po spadkach giełdowych, rynek walutowy to drugi przykład przeniesienia wydarzeń międzynarodowych na krajowe podwórko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2007 23:52
  • piątek, 31 sierpnia 2007
    • Gospodarka utrzymuje szybkie tempo wzrostu

      W II kw tego roku PKB w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego wzrósł o 6,7%, co jest wynikiem nieco lepszym od oczekiwań. Niedługo przed publikacją wyników PKB, Puls Biznesu przedstawił wynik sondażu przeprowadzonego wśród ekonomistów bankowych. Praktycznie wszyscy prognozowali 6%. Odchylenia były niewielkie, bo tylko 0,7%. Niewielkie, ponieważ precyzyjne prognozowanie PKB nie jest zadaniem łatwym dla osób które nie dysponują takim zakresem danych jak GUS i możliwościami ich przetwarzania. Po drugie, PKB to raczej precyzyjny szacunek niż wyliczenie z dokładnością do kilku złotych. Nie będę wchodził w szczegóły, bo problematyka wyliczania PKB to niemal osobna nauka.

      Wygląda więc na to, że po raz kolejny ekonomiści trochę niedoszacowują tempa wzrostu gospodarki. Przyznam, że i ja mam z tym problemy. Trudno się wiec dziwić inwestorom giełdowym, którzy żyją od kilku kwartałów nadzieją na szybszy wzrost niż wskazują prognozy i jak na razie niemal od roku co kwartał dowiadują się, że gospodarka rośnie szybciej od przewidywań. Oczywiście skala niedoszacowania jest znacznie niższa niż w przypadku wyników I kw, którego wyniki przekroczyły najśmielsze oczekiwania formułowane pod koniec 2006 r. W tekście omawiającym wyniki finansowe przedsiębiorstw w II kw (http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/08/Wyniki-przedsiebiortsw-w-II-kw-2007.html) zwracałem uwagę na świetne wyniki, ale i na pierwsze sygnały potwierdzające jakościowe zmiany naszego wzrostu gospodarczego i pewne zagrożenia.

      Oczy ekonomistów, obok oczywiście PKB, zwrócone były na popyt krajowy i jego składowe. Nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 22,3%. W pierwszym odruchu chciałoby się powiedzieć: „oo, to wyraźnie gorzej niż w I kw”. Wtedy mieliśmy niemal 30%, ale to był efekt znacznych różnic temperatury pomiędzy minioną zimą a tą sprzed ponad roku. 22,3% wzrostu nakładów inwestycji w gruncie rzeczy to bardzo duży wzrost, a jednocześnie na tle wyników z poprzednich kwartałów, wzrost sugerujący że gospodarka nie wpada w jakiś szał inwestycyjny. Tempo z II kw jest podobne do tego z lat 1996-1997. Wywołuje to wprawdzie niemiłe wspomnienia (przegrzanie gospodarki), ale w obecnych warunkach makroekonomicznych nie widzę powodów do niepokoju. Sądzę, że przy obecnym tempie można jeszcze mówić, iż dynamika inwestycji to wypadkowa opóźnienia w nakładach inwestycyjnych i odpowiedź na zapotrzebowania rynku. Oznacza to więc, że utrzymywanie tempa powyżej 30% byłoby moim zdaniem raczej powodem do niepokoju niż zadowolenia. Proponuje jednak zwrócić uwagę na drugi składnik pozycji „akumulacja”, czyli „przyrost rzeczowych środków obrotowych”. To przez tą pozycję, wzrost akumulacji sięgnął aż 34,2%. Od czasów publikacji przez GUS kwartalnych zmian PKB, jest to wartość rekordowa. W ujęcie II kw 07 do II kw 06, „przyrost..” przyczynił się aż w 16% do wyniku PKB w II kw. Nie jest to bynajmniej rekord, ale z całą pewnością wartość duża jak na tą pozycję rachunku. Już samo tylko spojrzenie wstecz sugeruje by zwrócić uwagę na tą pozycję, bo tak duże wzrostu na ogół bywały świadectwem błędnej oceny stanu koniunktury przez przedsiębiorstwa. Zapasy przedsiębiorstw w porównaniu z rokiem wcześniejszym wzrosły aż o 22%, czyli wartość niemal rekordową i prawie dwa razy więcej niż przychody. Zakładam, że to efekt strachu i braków w rynkowym w zaopatrzeniu w I kw tego roku, ale i skutek przymierzania się do zwiększenia produkcji. Można na to jednak spojrzeć i z tej strony, że przychody ze sprzedaży nie były aż tak duże jak oczekiwano. Proponuje traktować tą wielkość jako sygnał, że podmioty mogą mieć kłopoty z rzetelną oceną stanu gospodarki. Bardzo dobrze, że w RPP przeważyły głosy osób które widzę również i zagrożenia trwającego wzrostu, tak więc podwyżka stóp w tym miesiącu jest słuszny posunięciem. Wyniki II kw potwierdzają, że obok spożycia indywidualnego, czynnikiem który napędza gospodarkę są nakłady brutto na środki trwałe. Tak więc podstawowe czynniki wzrostu i ich proporcje wskazują, że w najbliższych kilku kwartałach mamy spore szanse na utrzymanie wysokiego tempa wzrostu.

      Patrząc na dane makroekonomiczne z II kw, aż prosi się by polityka makroekonomiczna była jak najbardziej racjonalna, co pozwoli nam dłużej cieszyć się wzrostem gospodarczym. Mam tu na myśli zarówno działania rządu jak i RPP. Od rządu oczekuję przede wszystkim racjonalizacji  dochodów i wydatków budżetowych. Bardziej może nawet tej drugiej. Wiele więc nie chcę, ale przykładowo mam chyba prawo oczekiwać by z grona osób które są objęte możliwością przejścia na wcześniejszą emeryturę, czy w przyszłości „pomostówkę”, usunąć osoby (dokładniej: zawody) które śmiało mogą pracować. Kiedy czytam listę uprawnionych zawodów, to w ¾ jest to rezultat uprawnień rodem jeszcze z poprzedniego systemu i przekomarzań politycznych z ostatnich kilkunastu lat. Idzie tu nawet o kwotę kilkuset milionów. Od RPP oczekuje podejmowania decyzji o zmianach stóp we właściwej skali i właściwych momentach. Moment rozpoczęcia serii podnoszenia stóp jest trochę spóźniony, ale wczorajsza decyzja i komunikat po niej wskazują, że zmniejsza się liczba członków którzy – moim zdaniem – trochę lekceważyli sygnały napływające z gospodarki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gospodarka utrzymuje szybkie tempo wzrostu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2007 00:23
  • środa, 29 sierpnia 2007
    • Wyniki przedsiębiorstw w II kw 2007

      Opublikowane przez GUS wyniki przedsiębiortsw niefinansowych po II kw 2007 r. potwierdzają utrzymywanie się gospodarki w trendzie wzrostowym dzięki coraz większemu krajowemu popytowi. Udział poszczególnych poziomów rachunku wyników w powstawaniu zysku netto oraz dynamika kosztów pozwalają stwierdzić, że kończy się już etap stałego poprawiania wyników przedsiębiorstw, a ich dalszy rozwój i bieżące funkcjonowanie będą w coraz większym stopniu wymagały zasilania kredytowego i odpowiedzialnego zarządzania. W obecnej sytuacji można mieć nadzieję że zarządy firm zwrócą uwagę na źródła powstawania zysku netto i nie zachłysną się silnym krajowym popytem, by nie zmuszać RPP do zbyt dużych podwyżek stóp.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2007 00:10
  • niedziela, 26 sierpnia 2007
    • Głód sukcesu pani minister?

      Posłuchałem przemówień z Konwencji PiS i o ile z atmosferą szykowania się na wojnę można się już było oswoić, to postawa niektórych osób wciąż dziwi. Wciąż nie rozumiem, dlaczego osoby które wchodzą w skład rządu ale nie pochodzące z PiS czy środowisk sympatyzujących, dają się wciągać w prymitywną wyborczą walkę. Czym innym jest przedstawienie sukcesów faktycznych bądź domniemanych przez daną osobę (ministra), a czym innym branie udziału w ideologicznym spektaklu. Każdy minister czy urząd ma wręcz obowiązek przedstawić swoje sukcesy i odnieść do zarzutów, ale warto lepiej wybrać czas i miejsce. W sobotę mieliśmy okazję wysłuchać poglądów na rzeczywistość  zaprezentowanych przez minister Gilowską. Zwracałem już kiedyś uwagę, że kiedy przypomnieć sobie polityczno-ekonomiczną pryncypialność pani minister sprzed paru lat, to zestawienie tego z obecnymi poglądami i z wczorajszym spektaklem w którym uczestniczyła, wnioski są raczej smutne. Wchodzę w sferę polityki, bo pani minister zaczyna mijać się z faktami ekonomicznymi lub interpretować je na swoją korzyść. Mam nieodparte wrażenie że Zyta Gilowska próbuje na siłę udowodnić sobie i dawnym przyjaciołom z PO, jak wiele stracili doprowadzając do jej odejście z PO. Czy warto było? Na to pani minister pewnie już sobie odpowiedziała. Niemniej tak naprawdę stajemy się świadkami przemiany poglądów z liberalnych na zbliżone do lewicowych pani minister.

       „Wicepremier i Minister Finansów Zyta Gilowska podkreśliła w swoim wystąpieniu m.in., że ponad 6-procentowy wzrost gospodarczy to zasługa rządu. „Taki wzrost gospodarczy znaczy, że ludzie nam ufają i słusznie, ponieważ nie zawiedliśmy ani obywateli ani przedsiębiorców” – podkreśliła”

      Nie mam ochoty brać udziału w sporach, czyją zasługą jest wzrost gospodarczy, bo to niepoważne i na dodatek dość trudne. Nie da się z dużą precyzją wskazać lat, które przyczyniły się do wzrostu gospodarczego. Na obecny wzrost pracowaliśmy długie lata. To raz. Dwa, wzrost gospodarczy zaczął się w II połowie 2003 r. i ekonomiści nie mieli wtedy wątpliwości że będzie i będzie to wzrost kilkuletni. Proponuje pani minister sięgnąć do prognoz gospodarczych. Obecna ekipa polityczna przejęła odpowiedzialność za kraj jesienią 2005 r. Niewielkie osłabienie wzrostu w 2005 r. to tylko efekt bazy. Inwestycje ruszyły z kopyta w 2006 r. i to nie z powodu zmiany władzy, ale przedsiębiorcy zauważyli że natykąją się na barierę produkcji przy dobrej koniunkturze międzynarodowej i rosnącym krajowym popycie. Skoro obecny wzrost to zasługa obecnego rządu z panią minister to jestem ciekawy czy symptomy rozjeżdżenia się popytu z podażą czy wzrost deficytu obrotów bieżących pani minister weźmie na swoje konto? Proponuje zajrzeć do Programu PiS z 2005 r. Tam nie ma ani słowa o świetnej koniunkturze jakiej już wtedy doświadczaliśmy. Już przed nastaniem rządów PiS w 2005 wiadomo było że spadnie bezrobocie i spora część społecznych problemów wynikających z ubóstwa ulegnie ograniczeniu. Już jako ciekawostkę przytoczę, że przedstawiciele PiS pytani co jest ich największym sukcesem, wymieniali ustawy o charakterze politycznym a nie gospodarczym. Ponadto wszelkie ekonomiczne niedoskonałości zrzucano na poprzednie rządy. Tak to już jest, że sukces ma wielu ojców (no i od niedawna matek). W takiej sytuacji pozostaje przywłaszczenie sobie sukcesu poprzez nie ustawy, zarządzenia i inne decyzję, a „zaufanie”. Czy to ma być recepta na sukces gospodarczy? 

      Jej zdaniem, wzrost ten jest także efektem integracji z Unią Europejską. Jednak - jak podkreśliła wicepremier - ta integracja „słono Polskę kosztuje, ale znaleźliśmy te pieniądze”.

      To zdanie jest szokujące. Nie sądziłem że tak łatwo pani minister przyjmie retorykę obecnego rządu. No cóż, takie były warunki zaproszenia na salę? Czy wg pani minister rachunek był nieopłacalny? O przystąpieniu do UE wypowiadamy się z wielką łaską i podkreślaniem rzekomo niekorzystnych warunków, ale pieniądze na narodowy program rozwoju (na drogi !) chętnie bierzemy. To poprzednie rządy musiały znaleźć pieniądze na pokrycie kosztów przystąpienia do UE. Obecny rząd nie robi łaski, że znajdzie pieniądze na składkę bo wpływy do budżetu od dłuższego czasu przekraczają prognozy.

      Część oponentów tego rządu wmawia - mówiła Gilowska - że rośnie fiskalizm. Nieprawda! Ten rząd obniża podatki” - zaznaczyła minister finansów.

      Bądźmy dokładni: ten rząd zadeklarował że je obniży i niektóre z nich zapisał w ustawach. Biorąc pod uwagę wpływy z podatków to powiedziałbym że rząd i pani minister ma dużą bezwładność w działaniu, bo zmiany można było wprowadzać szybciej i większe. Najpierw liczone są wyjątkowe wpływy do państwowej kasy, a dopiero potem – kiedy już wiadomo że nikomu nie trzeba będzie odbierać – podejmowana jest decyzja komu ulżyć. W programie PiS zadeklarowano likwidację podatku od zysków kapitałowych. I co dalej? Nic, bo fajnie tak pobierać wpływy zadysponowane przez rząd z udziałem SLD (likwidacja ulg bez spadku stawki).

      Natomiast w jednym stanę po stronie pani minister. Zarzuty o rzekomym wzroście fiskalizmu, to bzdura, ale czasami powtarzana. Obecny rząd generalnie podatków nie podniósł, a wzrost wpływów to głównie efekt koniunktury.

      Rząd Jarosława Kaczyńskiego - oceniła - ma świadomość odpowiedzialności za naród, zwłaszcza za najsłabszych. Przypomniała, że nakłady na ochronę zdrowia rosną o jedną trzecią. „Takiego wzrostu nie było nigdy wcześniej” - podkreśliła.
      To nowość w poglądach pani minister, bo ja w jej szczytowym momencie popularności pamiętam jak piętnowała budżety za poprzedniego parlamentu za słaby wysiłek w walce o mniejszy deficyt. Te słabe efekty m.in. konsekwencja obrony najsłabiej zarabiających w ówczesnych okolicznościach gospodarczych. Kreowanie się dzisiaj na obrońcę słabych przy tak wyjątkowych wpływach budżetowych i poglądach sprzed paru lat, trochę rozczarowuje.

      Argument o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia to już hipokryzja. W opinii dotyczącej strajku pielęgniarek (dział „Opinie” http://opinieekonomiczne.blox.pl/2007/07/Strajk-pielegniarek-moja-ocena-cz2.html) wyjaśniałem tą kwestię.

      Wicepremier przypomniała, że redukcja składki rentowej dała dodatkowe środki 9 mln zatrudnionym. Zaznaczyła, że elementarna sprawiedliwość wymagała, by emerytom zaproponować wobec tego wzmocnienie rewaloryzacji. Poinformowała, że finanse państwa są gotowe by wprowadzić pełną ulgę prorodzinną.

      Zabawę w „elementarną sprawiedliwość” i obniżkę składki rentowej można było podjąć dopiero w ostatnim czasie ze względu na wyjątkowe budżetowe wpływy. Jeżeli są one efektem pracy obecnego rządu, to proponuje pokazać jak się „robi” by wpływy budżetowe rosły w rocznym realnym tempie ok. 13%, czyli tak jak w ostatnich dwóch latach. Jeżeli to zasługa rządu i pani minister, to dlaczego tą wiedzą nie podzieliła się kilka lat temu? Jeżeli nastąpi zmniejszenie tempa wzrostu PKB w najbliższych latach, to kto będzie winny kłopotom wypełnienia zobowiązań podjętych przez obecny rząd?

       

      Wykorzystując okazję proponuję lekturę tekstu Janusza Jankowiaka (Wybitnie nieprecyzyjna pani minister z II poł. Lipca tego roku). Ja skupię się na części wypowiedzi dotyczącej stóp procentowych i inflacji.

      "(…) Mamy wyraźnie rosnący wskaźnik inflacji”  – potwierdza realny fakt redaktor.

      „Żartuje pan?”" – oburza się pani wicepremier. „Jesteśmy chyba jedynym państwem w Europie, gdzie jeśli tylko wskaźnik inflacji przekroczy wartość środkową przedziału tzw. bezpośredniego celu inflacyjnego, podnosi się taki alarm, jakby zbliżała się asteroida. Mamy przedział 1,5 do 3,5 proc., bardzo dobrze się w nim trzymamy i nic nie wskazuje na to, żebyśmy mieli go przekroczyć”.

      ... i kolejny cytat:

       „Byłabym zdumiona, gdyby podniesiono stopy procentowe. Procesy inflacyjne są w Polsce pod kontrolą, a publiczne objaśnienia do decyzji Rady Polityki Pieniężnej, które w telewizji przedstawił pan profesor Czekaj, były absolutnie nieprzekonujące. Mało tego, były wybitnie nieprecyzyjne”.

      Nie będę już omawiał tych wypowiedzi, bo na temat stóp i sytuacji makroekonomicznej, które je determinują sporo napisałem. Pani minister wpisała się w ten sposób w dość niechlubną tradycję zaklinania rzeczywistości dla uzasadnienia niskich stóp. Zastępowanie polemiki pewnością siebie niczego nie zmieni. Jest w programie PiS fragment o niskich stopach w celu pobudzenia inwestycji itp. Pani minister zbyt łatwo przeszła z ekonomią na pole polityki. Proponuje powrót do faktów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Głód sukcesu pani minister?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 sierpnia 2007 23:32
  • piątek, 24 sierpnia 2007
    • Poodatek liniowy i pomysły na reformę finansów wg PO

      Byłem ciekaw czy PO powróci do swoich planów podatkowych prezentowanych w II poł. 2005 r. przed najbliższymi wyborami. Oczywiście program zamieszczony na stronie internetowej Platformy Obywatelskiej zobowiązuje, ale z drugiej strony warto byłoby przemyśleć chociażby porażki sprzed dwóch lat, bo nieścisłości i świadome niedopowiedzenia zostały wyłapane przez politycznych konkurentów. W dzisiejszej prasie i ma stronach internetowych przypomniano podatkowe propozycje PO w najnowszej wersji, nieco więcej miejsca poświęcając podatkowi liniowemu.

      Zacznę od podatku liniowego. Bez względu na odcień poglądów ekonomicznych, trudno nie zauważyć że ekonomiści mają z nim problem. Trudno udowodnić jego skuteczność, ale i trudno o jednoznaczne dowody by był szkodliwy. Stąd w świecie ekonomistów, pogląd na podatek liniowy to kwestia wiary i ideologicznych założeń. Uważam się za zwolennika wolnego rynku i nie jestem zwolennikiem karania kogoś za to że ma wyższe od mnie wynagrodzenie. Niemniej przyznać trzeba, że dostęp do wiedzy i kapitału na rozwój, szanse na rynku pracy, nie są równe co jest jednym z wielu czynników, które moim zdaniem uzasadniają utrzymanie progresji w PIT. I wbrew pozorom nie jest to czynnik z gatunku sprawiedliwości społecznej. Ponadto podatek liniowy w porównaniu ze stanem obecnym i przy aktualnych propozycjach jego stawki w Polsce, oznacza pogorszenie sytuacji finansowej najgorzej zarabiających. Zwolennicy podatku liniowego mają chyba jednak nieco większą skłonność do podejścia ideologicznego. W tej grupie zdarza się nawet wiara, iż to podatek liniowy wraz z jego obniżeniem (w PIT dla prowadzących działalność gospodarczą) przyczynił się do wzrostu gospodarczego w Polsce. Potrafią to mówić osoby bardzo utytułowane (również w dziedzinie ekonomii). Sprawdzenie kiedy zaczął się wzrost gospodarczy oraz skala zasięgu podatku (liczba podatników), przeczą takiej tezie. Przedstawiane przykłady państw bałtyckich i innych, nie ujmują całej sytuacji gospodarczej tych krajów, jak np. szeroko rozumianego klina podatkowego lub  udziału redystrybucji sektora publicznego w PKB. Szybki rozwój gospodarczy tych państw (PKB wyższe niż w Polsce) do którego rzekomo podatek liniowy i obniżka stopy opodatkowania (CIT) się przyczyniły, zaczyna w państwach bałtyckich należących do UE wywoływać symptomy utraty stabilności gospodarczej. Wg mojej wiedzy, badania państw które poszły wprowadziły podatek liniowy i znacznie obniżyły  stawkę CIT nie potwierdzają by kraje te rozwijały się szybciej od innych. Oczywiście można sobie wybrać tylko niektóre z nich i przemilczeć skalę całości obciążeń. Tylko że wtedy dopasowujemy fakty do teorii.

      Wg PO ustawa o finansach publicznych będzie jedną z pierwszych, jaką uchwali kolejny parlament. Jeżeli w wersji sugerowanej przez PO, to wątpię. PIT ma mieć stawkę 15%, a CIT być może nawet 10%. Przypomnę tylko, że stawka efektywna PITu wyniosła w 2006 r. 16,8% i tylko dlatego była tak wysoka, że zlikwidowano część ulg podatkowych. W kilku wcześniejszych latach, stopa efektywna oscylowała na poziomie 15,5%. CIT miałby być o 9% mniejszy od stawki nominalnej i niemal 7% od stawki efektywnej. Wg moich szacunków spowoduje to utratę ok. 15 mld pln rocznie dochodów dla budżetu. Wg Zbigniewa Chlebowskiego nie podjęto jeszcze ostatecznych decyzji odnośnie wysokości VATu. No i mógłbym powiedzieć: „wcale mnie to nie dziwi”. Zauważyłem, że często przy pomysłach reform podatkowych cała para idzie w podatki dochodowe i określenie ich stawkami nominalnymi. Jak mylne są stawki nominalne widać chociażby po wpływach z PIT za 2006 r. Podatek naliczony wzrósł z niemal 30 mld w 2005 do 37 mld w 2006 r. To w znacznej części efekt likwidacji najpopularniejszych ulg, bo skala pozostała bez zmian. Już nie raz zwracałem uwagę, że przy przeciętnej koniunkturze (średnio ok. 4% PKB za ostatnie 10 lat), utrata dochodów rzędu 15 mld pln nie da się zrekompensować w stopniu większym niż połowa w ciągu jednego roku. Z dalszych informacji wynika, że PO ma tego świadomość. Podatki pośrednie w takich przypadkach służą rekompensowaniu przynajmniej części utraconych przychodów. Przypomnę, że proponowana przed dwoma laty stawka VAT na poziomie 15% była zbliżona do stawki efektywnej. Ówczesna propozycja 3x15% to w większości jedynie marginalna zmiana struktury dochodów podatkowych przy zachowaniu niemal takich samych wpływów. Dla uboższych Polaków, zmiana mogła mieć negatywne konsekwencje. Pozorne obniżenie podatków sprowadzało się głównie do wprowadzenia liniowego PITu i likwidacji zróżnicowań w dostępie do ulg i stosowanych stawkach VAT. Zwracam na to uwagę, bo Polacy właśnie poznali na przykładzie PIT, co może oznaczać uproszczenie podatków. Notabene o podatku PIT liniowym można mówić jedynie w przypadku braku ulg. Wszelkiego typu koszty, w tym odpisy na dzieci, powoduje że traci on na „liniowości”.

      Propozycja szybkiego (w średnim terminie) wyzerowania deficytu jest dość odważna, by rzec – nierealna. Do tego zasada, że wydatki budżetu mogą rosnąć rocznie jedynie o wartość inflacji, to teoretycznie odważna próba, ale co jeżeli radykalnie osłabi się tempo PKB. Tego typu problem mieliśmy kilka lat temu. Przy naszej strukturze i stopniu konieczności niektórych wydatków, nie będzie łatwo o utrzymanie tej zasady. Teoria, że to kwestia chęci i oczywistych możliwości obniżenia kosztów jest mocno naciągana. Do obniżenia kosztów PO podeszła jak partia populistyczna. Ogromne rezerwy w kosztach funkcjonowania państwa i reformie emerytalno-rentowej. Tutaj domagałbym się dokładnych wyliczeń i wskazania jakie poparcie uzyska PO w Sejmie. No i oczywiście wiara w większy wzrost gospodarczy (7-8% PKB) w kolejnych latach dzięki reformom, który pozwoli sfinansować utrzymywanie zerowego deficytu. To stały punkt każdego programu. Nasze doświadczenia wskazują, że osiągnięcie i utrzymanie w dłuższym terminie tak dużego wzrostu jest bardzo trudne i być może niemożliwe bez skutków ubocznych (ceny, deficyty), tym bardziej przy sugerowanym w wielu prognozach znacznym prawdopodobieństwie pogorszenia koniunktury na świecie za kilka lat. Można też inaczej: proponuje zapoznać się z obecną sytuacją makroekonomiczną krajów leżących na płn-wsch. od Polski, które często są stawiane przez krajowych ekonomistów za wzór, a które zaczynają mieć spore problemy będące m.in. konsekwencją dynamicznego wzrostu.

      Nie chcę być odebrany jako malkontent, ale odnoszę wrażenie że część ekonomistów i polityków wierzy w konieczność rewolucji ekonomicznej i jej zbawcze skutki. Powoduje to stałe narastanie oczekiwań i systematyczne rozczarowania. Czasy rewolucji ekonomicznej przeżyliśmy na początku lat 90-tych. Wtedy było to konieczne. Obecnie mamy czasy trudnej mozolnej pracy i mnóstwo detali do poprawy czy zmiany. Chwilami mam wrażenie, że niektórzy ekonomiści czy politycy nie zauważają, że jest demokracja i snucie wizji, które mają sens przy założeniu zajęcia 100% miejsc w Sejmie i Senacie, nie ma sensu. Notabene zachowanie PO w trakcie protestu pielęgniarek również wskazywało na lęk przed zadzieraniem z elektoratem (w tym przypadku medycznym).

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2007 01:11
  • środa, 22 sierpnia 2007
    • Wyniku budżetu po siedmiu miesiącach 2007

      Przy okazji przedstawiania kondycji budżetu w VII tego roku, chciałbym zwrócić uwagę na nową jakość w naszej gospodarce. W ostatnich 2-3 latach zwiększyła się liczba osób i podmiotów płacących podatki (baza podatkowa) oraz zwiększyła się kwota odprowadzanych podatków. To zasadniczo zmienia sytuację budżetową Polski. W ostatnich latach dało się zauważyć, że wielu ekonomistów w swoich ocenach zaczęło traktować relatywnie niski udział przepływów budżetowych w latach 2001-2004 jako poziom wyjściowy dla przyjmowanych teorii i ocen. Od udziału państwa w gospodarce, po dyskusje o klinie podatkowym. Sądzę, że wielu z nich będzie musiało zweryfikować swoje założenia.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2007 01:19
  • niedziela, 19 sierpnia 2007
  • środa, 15 sierpnia 2007
    • Płaca minimalna cz2

      „W wolnej Polsce płaca minimalna stała się oczkiem w głowie związków zawodowych” twierdzi autor. Nie jestem zwolennikiem wszystkich postulatów związkowych (o czym dalej), ale to zdanie autora można potraktować jako złośliwość wynikającą z niewiedzy na temat działalności związków zawodowych, z którą część liberalizujących ekonomistów wręcz się obnosi.

      „Komu tak naprawdę potrzebne są regulacje dotyczące płacy minimalnej?”, pyta autor i sam sobie odpowiada że nie pracownikom, bo większość z nich zarabia więcej niż wynosi płaca minimalna. Czyli niechcąco sam sobie odpowiada na pytanie o faktyczny zasięg i ewentualne utrudnienie jakie rzekomo p.minimalna stanowi dla przedsiębiorców. Słuszna jest uwaga autora, że płaca minimalna może stanowić barierę dla osób wchodzących na rynek. „Jednak w rzeczywistości wysoka płaca minimalna......”, kontynuuje rozważania autor. Ano właśnie, czy płaca minimalna jest wysoka? Specjalnie wcześniej dostarczyłem szereg informacji jak: definicja płacy minimalnej, wartość nabywcza, minimum egzystencji czy nasze rozwiązania na tle europejskich. Powiedziałbym więc, że płaca minimalna w Polsce nie jest wysoka i z całą pewnością nie wystarcza na samodzielne utrzymanie się. Płaca minimalna nie jest narzędziem idealnym, ale należy też pamiętać że ma ona też chronić przed pracodawcami, którzy wykorzystują sytuację na rynku pracy (rynek pracodawcy) dla bezwzględnego zaniżania wynagrodzeń. Nie jest wielką tajemnicą (chociaż takie refleksje są bardzo niemodne), że jedną z przyczyn zaniżania wynagrodzeń (płace niemające nic wspólnego z kosztami utrzymania) była i częściowo jest świadomość przewagi na rynku popytu i podaży pracy. Szkoda że nikt do tej pory nie zaryzykował z mediach zanalizowania racjonalności proporcji konsumpcji i akumulacji wśród polskich przedsiębiorców. Z własnych doświadczeń i obserwacji wiem, że byłoby co opisać i nad czym się zadumać. Płaca minimalna to jedna z odpowiedzi na pytanie jak utrzymać w życiu ekonomiczno-społecznym jak największą liczbę ludzi i uchronić ich przed degradacją społeczną. To nie są teorie socjalistyczne. Wolnorynkowa myśl ekonomiczna również zauważyła zależność pomiędzy jak największą liczbą pracujących i otrzymujących wynagrodzenia na poziomie zapewniającym przetrwanie (dach nad głową i żywność) i rozwój (edukacja) a potencjałem rozwojowym gospodarki. Dodatkowo dotykamy tu problemu podziału dochodu pomiędzy poszczególne grupy społeczne, co jest tematem na obszerne opracowanie. Płace minimalną można i należy również rozpatrywać w tym kontekście.

      Kończąc autor proponuje odważnie by zastanowić się nad zniesieniem tego socjalistycznego tworu (płacy minimalnej) i przyjęcie roli prekursora ruchu na rzecz likwidacji płacy minimalnej w UE. Śledząc wypowiedzi niektórych ekonomistów reprezentujących środowiska, które przed laty zachęcały Polaków do wejścia do UE, zauważam że teraz dopiero ujawniają że postrzegają UE jako twór ekonomicznie niedoskonały.  Weszliśmy do klubu krajów o uwarunkowanym tradycją i ewolucją ekonomiczną modelu gospodarki i nam się wydaje, że dokonamy tam rewolucji. UE ma świadomość pewnego „przesocjalizowania”, ale biorąc pod uwagę uzasadnienie istnienia płacy minimalnej (bądź jakiejkolwiek formuły bronienia człowieka przed pauperyzacją) oraz nasze znaczenie w UE (w rozumieniu polityczno-ekonomicznym) to „podziwiam” odwagę autora w formułowaniu odważnych zadań. Daleko mi do kompleksu ubogiego krewnego i na pewno zachęcałbym polskie władze do stawiania śmiałych propozycji, ale bez przesady.

      Na zakończenie przedstawię własne zdanie na zamieszanie wokół płacy minimalnej. Poziom płacy minimalnej (wysokość i odsetek nią objętych) jaki ukształtował się w latach 2000-2006 (ok. 35%) uważam za optymalny w krajowych warunkach. Przy tej wielkości objętych płacą minimalną jest blisko 5% pracujących. Do zaakceptowania może być maksymalnie 40%. Propozycje związkowców o płacy minimalnej na poziomie 50% czy nawet 60% są nie do zaakceptowania. W naszym przypadku z dużym prawdopodobieństwem okazałyby się zgubne dla krajowego rynku pracy. Opracowane swego czasu zalecenia ekspertów pracujących dla Rady Europy (60% średniej) są raczej pochodną teorii minimum socjalnego niż odpowiedzią na problemy rynku pracy. O ile wcześniejsze rządy utrzymywały płacę minimalną w Polsce na na ogół rozsądnym poziomie, to obecny rząd zbyt łatwo zgodził się na podwyższania limitu z obecnego (ujęcie procentowe do wynagrodzenia średniego) poziomu. Zgoda rządu na osiągnięcie 40% średniej w jeden roku (w 2008) w negocjacjach z „Solidarnością” była zbyt łatwa i obawiam się „polityczna”. Wprawdzie premier często chętnie mówi o gospodarce społecznej, ale wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia sam to za niego załatwia, więc zgoda na osiągnięcie 40% w jeden rok to moim zdaniem błąd. Jako bardzo rozsądną przykładowo oceniam propozycję PKPP Lewiatan. Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z 2007 r. o 6,3% z pewnym marginesem do ustępstw. Płacę minimalną na poziomie 35% średniej w ostatnich latach oceniam jako umiejętność osiągania kompromisu przez dojrzałych partnerów w procesie negocjacji co poprzednim rządom i partnerom społecznym wystawia dobra notę. Chyba lepiej byłoby zróżnicować regionalnie płacę minimalną i obniżać progi dla osób najmłodszych, czyli przyjąć rozwiązania stosowane już w UE. Warto na pewno na zakończenie przytoczyć myśl, która bardzo często przewija się w opracowaniach o płacy minimalnej, a która brzmi mniej więcej tak: można ustalić dowolnie wysoki poziom płacy minimalnej, ale nikt nie może zmusić przedsiębiorców do zatrudniania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      środa, 15 sierpnia 2007 12:24
  • wtorek, 14 sierpnia 2007
    • Płaca minimalna cz1

      Jednym z wielu powodów dla których zdecydowałem się rozpocząć na początku 2006 r. prowadzenie strony, było i jest chęć podzielenia się wiedzą i spostrzeżeniami na temat otaczającego nas ekonomicznego świata. Tematów wartych opisania jest mnóstwo, ale i życie (codzienne wydarzenia) dostarczają ich w takiej liczbie, że muszę co i rusz dokonywać selekcji. Jednym z tematów jest płaca minimalna. Niezmiernie intrygujący temat z pogranicza życia społecznego i ekonomicznego. Powodem przedstawienia własnej opinii jest artykuł jaki miałem okazję przeczytać w piątkowym lub sobotnim „Parkiecie” (czyli z 9 lub 10 sierpnia) pod dość odważnym tytułem „Po co komu płaca minimalna?” Marcina Peterlika z IBnGR. Artykuł z pozoru odważny i proponujący zrzucenie kolejnych barier rzekomo stawianych pod nogi przedsiębiorcom. Okazja do poruszenia trudnego dla ekonomistów tematu również i z tego powodu, że artykuł przedstawia pewien problem w dość charakterystyczny dla liberalnych ekonomistów sposób. Dużo emocji i mało merytorycznych argumentów, co dziwi kiedy bierze się pod uwagę instytucję jaką autor reprezentuje. Innym powodem mojej reakcji jest męcząca już maniera liberalizujących ekonomistów, którzy upierają się wypowiadać na wszelkie tematy ale poważne argumenty zastępowane są stale przez wyjaśnianie wszystkiego prawem popytu i podaży. Taki czysty ekonomiczny liberalizm ma jedna poważną zaletę: pozwala wielu publikującym ekonomistom zabierać głos w każdej sprawie. Tym razem prawem popytu i podaży załatwia się rzekomo socjalistyczny relikt, czyli płace minimalną.

      Zacznijmy od definicji co to płaca minimalna. Bardzo ogólna definicja brzmi mniej więcej tak: „płaca o ustalonej ustawowo wysokości, gwarantująca podstawową konsumpcję pracownika i jego rodziny, której zadaniem jest zapewnienie reprodukcji siły roboczej”.

      W roku bieżącym płaca minimalna w Polsce wynosi 936 pln brutto. W ujęciu netto jest to prawie 690 pln. Załóżmy dalej, że mamy do czynienia z małżeństwem gdzie obydwoje dorosłych tak zarabia, a na dodatek mają dwoje dzieci. Biorąc pod uwagę koszty utrzymania mieszkania i żywność, to do podziału pozostaje niewiele. W zależności od przyjętego wariantu taka rodzina może się kwalifikować do niewielkich datków z pomocy społecznej. By lepiej zobrazować poziom życia takiej rodziny, to skala dochodów na osobę mieści członków rodziny pomiędzy pojęciami „minimum egzystencji” a „minimum socjalnym”. Proponuje czytelnikom zapoznać się z definicjami tych pojęć. Przykładowo „minimum egzystencji” zakłada że obywatel nie ma na bilet miesięczny, a na przykład mój bilet na tramwaj kosztuje prawie 100 pln. Do takich samych wniosków dochodzi się biorąc pod uwagę jednoosobowe gospodarstwo domowe.

      Międzynarodowa Organizacja Pracy (UE opiera się na regulacjach MOP) zakłada, że płaca minimalna powinna zapewnić poziom życia pozwalający na uczestnictwo w życiu danej społeczności i zapobiegający pauperyzacji oraz wykluczeniu społecznemu. Niemniej MOP uznaje, że poziom płacy minimalnej może być uzależniony od sytuacji ekonomicznej kraju. I szczerze mówiąc, Polsce akurat do tego bliżej (tzn. rozwinięcia definicji). Warto dodać, że pojęcie płacy minimalnej odnosi się do pracy przeciętnej (prosta, lekka, w warunkach nieuciążliwych).

      Wracamy do artykułu. Autor jest oburzony propozycją podwyżki płacy minimalnej, która na 2008 rok planowana jest w wysokości 1126 pln. Dodam, że celem rządu jest doprowadzenie  wskaźnika p.minimalna/p.średnia w gospodarce, do poziomu 40%. Autor nie podaje tych wartości ani nie przytacza innych danych, które pozwoliłyby się zorientować czytelnikowi dużo to czy mało. Wszystko zostaje skwitowane zarzutem, że rząd „kultywuje relikt socjalizmu, jakim jest płaca minimalna”. Przyznam, że w tym momencie zacząłem się zastanawiać czy autor wie, o czym pisze. „Ustawowe określenie płacy minimalnej miało przecież na celu obronę klasy robotniczej wyzyskiwanej niecnie przez przebrzydłych kapitalistów”. Zrobiłem pewien test z wykorzystaniem internetu, ile czasu potrzeba by zdobyć elementarną wiedzę dla zrozumienia skąd się wzięła i po co jest płaca minimalna. W ciągu kilkunastu minut (max. pół godziny; kwestia zadawanych haseł w wyszukiwarce internetowej) autor znalazłby interesujący zestaw opracowań i wiadomości. Idę już na dalekie ustępstwo i przyjmuję, że autor nie ma kontaktu z krajową prasą ekonomiczną, bo tam wielokrotnie przybliżano ten problem. Ja proponuję ciekawe opracowanie z marca 2005, które powstało w Biurze Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu (Informacja nr 1129). Pojęcie płacy minimalnej w świecie wolnorynkowym istnieje już ponad 100 lat, a rozwinięcie teoretyczne i zastosowanie nabrało większego tempa jakieś 80 lat temu. Obecnie swoje stanowisko i metodologie stosowania ma już przykładowo Komisja Europejska i OECD, czyli świat jak najbardziej wolnorynkowy. Płaca minimalna stosowana jest w większości krajów UE i przykładowo w USA. W pozostałych krajach UE zamiast stricte płacy minimalnej stosowane są inne rozwiązania mające na celu zapobiec degradacji społecznej pracowników najemnych i wykorzystywaniu ich przez przedsiębiorców. Kraje należące do wskazanych organizacji dość mocno się różnią pod względem zakresu stosowania płacy minimalnej. Nawet Wielka Brytania i Irlandia (w 1999 i 2000 r.) wprowadziły płacę minimalną (W.Brytania po kilkuletniej przerwie), a trudno te kraje nazwać socjalistycznymi. A jak my wyglądamy na tle innych krajów wg wysokości i zasięgu (liczba zatrudnionych) oddziaływania? W ostatnich kilku latach płaca minimalna stanowiła w Polsce ok. 35% średniego wynagrodzenia. Wg informacji podanych przez Komisję Europejską za 2005 r. wskaźnik ten dla większości krajów zawierał się w przedziale 34%-50% (50% w Irlandii i 44% w Słowenii). Z punktu widzenia odsetka osób pobierających płacę minimalną, u nas jest to ok. 4,5% a w krajach OECD większość krajów zawiera się w widełkach 1,0% - 15,6% (dolna granica to USA; dane za 2005 r.). Biorąc pod uwagę siłę nabywczą (jedno z opracowań podaje je w liczbie big-macków) nasza pozycja ulega niewielkiemu obniżeniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 sierpnia 2007 23:35
  • niedziela, 12 sierpnia 2007
    • Ceny w VI 2007

      Inflacja powolutku pnie się w górę. Wskaźnik roczny osiągnął w czerwcu 2,6%. W dalszym komentarzu tradycyjnie już dziele składniki inflacji na żywnościowe i nieżywnościowe. W czerwcu to obydwie grupy towarów i usług są odpowiedzialne za wzrost inflacji. No, może z przeważeniem koszyka nieżywnościowego. Miesięczny wskaźnik inflacji wyniósł 0,0%, co wbrew pozorom nie jest tak mało jak na tą porę roku. Inflacja roczna na poziomie 2,6% oznacza przekroczenie górnej granicy projekcji inflacji z kwietnia tego roku i osiągnięcie „górnych” prognozowanych  przedziałów z najnowszej projekcji. Oznacza to więc, że RPP musi czujniej przyglądać się inflacji, a przede wszystkim czynnikom które do jej zwiększenia się przyczyniają.

      Wskaźnik cen żywnościowych obniżył się w porównaniu z majem o 1%, co utrzymało roczny wskaźnik cen na poziomie 4,4%. Ceny żywności nadal więc mocną rosną, ale na szczęście nie przyspieszają (w kwietniu roczny wskaźnik sięgnął 4,6%). Niestety nie należy oczekiwać, by coś się zmieniło. Analizując udział w przyroście inflacji rocznej, od kilku miesięcy koszyk żywnościowy aż w ponad 40% przyczynia się do wzrostu. Z podstawowych grup żywności wyróżnianych w koszyku inflacji, większość produktów przekracza rocznym tempem wzrostu cen podstawowy wskaźnik inflacji. Pozostałe, jak np. nabiał i oleje i z tłuszczami, również szybko rosną. Ceny na rynku żywnościowym to wypadkowa zmian na rynku europejskim, produkcji/skupu w kraju oraz specyficznych warunków meteorologicznych w bieżącym roku. Skup zbóż jest o prawie 40% mniejszy niż w roku ubiegłym. Rynek europejski zgłasza większe zapotrzebowanie na przetwory mleczne, zmiana cyklu „świńskiego” uległa przejściowemu zamrożeniu przy rosnącym zainteresowaniu mięsem drobiowym. Roczny wskaźnik wzrostu cen warzyw już od kilkunastu miesięcy przekracza niemal bez przerwy 10%. Od dwóch, trzech miesięcy znowu notujemy znaczne wzrost cen owoców. Biorąc więc pod uwagę krajowy popyt, nie należy oczekiwać odwrócenia trendu zmian żywności przynajmniej do jesieni, początków zimy. W takim układzie nawet mechanizm wolnorynkowy nie jest w stanie uchronić nas od wzrostów cen. Jako ciekawostkę podam zmiany cen drobiu. Obecna sytuacja chyba lekko zaskoczyła drobiarzy. Skup dopiero zaczął przyspieszać w reakcji na ceny w skupie. W czerwcu cena drobiu w skupie była aż o 30% wyższa od ubiegłorocznej. Rynek (my, konsumenci) zaakceptowaliśmy wzrost w sklepach tylko o 20%. Zdrożał nawet nasz „chleb powszedni”. I to sporo, bo aż o 7% w porównaniu z cenami z ubiegłego roku.

      Ceny koszyka towarów nieżywnościowych wzrósł w porównaniu z majem o 0,4%, czyli znacznie jak na tą porę roku. W efekcie roczny wskaźnik cen sięgnął 1,9%. Od paru miesięcy zwracam uwagę na ceny tej grupy towarów i usług, traktując je jako miernik wpływu popytu konsumpcyjnego na ceny. Pomijając już analizę każdej z grup z osobna, daje się zauważyć trwały wzrost cen tego składnika inflacji. Przyznać trzeba jednak, że następuje to niezwykle powoli. Tym razem chciałbym zwrócić uwagę na fakt iż oprócz grupy „odzież i obuwie”, ceny wszystkich pozostałych grup rosną (oczywiście bardzo powoli). O ile w ubiegłym roku część składników traciła tempo wzrostu lub odnotowywała pewną zmienność, to obecnie tendencja w poszczególnych grupach zdaje się utrwalać. Powodem tak wolnego wzrostu cen towarów i usług nieżywnościowych jest m.in. stała tendencja do wzrostu wartości złotego, który to proces w ostatnich 3-4 miesiącach się nasilił.

      Miesięczny PPI wyniósł 0,6%, a roczny 1,8%. Tak więc tzw. „inflacja” w przemyśle uległa spowolnieniu w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami (w I kw było ponad 3%). Wprawdzie kilka działów odnotowało znaczne miesięczne wzrosty (działy 16, 23 i 26), ale rekompensowały to niewielkie zmiany cen w pozostałych działach cenowych. Zatrzymam się na chwilę na dziale 26 (wg PKD) gdzie zlokalizowani są producenci materiałów budowlanych. W porównaniu z majem ceny w tym dziale wzrosły o 1,1%, co biorąc pod uwagę zmiany miesięczne cen w ciągu roku w ostatnich latach oznacza niestety, że na rynku materiałów budowlanych wciąż popyt przewyższa podaż. Nie będę się już rozdrabniał na każdy z działów, ale przypadku PPI zależność ze złotym jest jeszcze silniejsza (lepiej widoczna).

      Nadal silnie rosną ceny w budownictwie. Podobnie jak w przypadku producentów trudno tu powiedzieć o zatrzymaniu wzrostu cen. Pozostaje jedynie wierzyć informacjom z rynku czy informacjom na przykład firmy Polskie Składy Budowlane o pierwszych sygnałach wyhamowywania wzrostów cen usług budowlanych i materiałów.

      Pomijając więc rynek budowlany i sektory producentów materiałów budowlanych, trudno mówić o silnej presji cenowej. Niemniej ona istnieje (co wyżej wykazuje) i można mieć nadzieję że złoty gwałtownie lub długotrwale nie będzie się osłabiał, co pomoże nam panować nad procesami cenowymi w gospodarce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      marek_zelinski
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 sierpnia 2007 22:36

Kalendarz

Wrzesień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa