Menu

OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Nie poparłbym programu Rodzina 500 plus, bo ?

marek_zelinski

Nie poparłbym programu w Sejmie programu  Rodzina 500 plus. Z wielu względów.

Na program 500 plus trzeba patrzeć w szerszym kontekście. Program w tym roku będzie kosztował 17 mld zł, a w przyszłym 23 mld zł. O ile w tym roku finansowanie będzie dopięte „na styk”, to w przyszłym roku  tegoroczne źródła nie pokryją nawet połowy deklarowanych wydatków. Wpływy z tytułu LTE są jednorazowe i w przyszłym roku rząd będzie musiał „dobrać” z innych źródeł kilkanaście mld zł lub o tyle powiększyć dług. Oszczędności w finansach publicznych w takiej skali są praktycznie  niemożliwe. Zresztą PiS w kampaniach wyborczych zapewniał, że żaden z programów społecznych nie będzie się odbywał kosztem redukcji obecnych wydatków.

Program 500 plus nie wydaje się być w ogóle zgrany z planowaną na przyszły rok akcją podniesienia kwoty wolnej od podatku (PIT). W zależności od wartość kwoty wolnej (wg wyroku TK lub pomysłu prezydenta) koszty (tzn. utrata wpływów) sięgną od 14,5 do 20 mld zł. Obydwa te programy łącznie to ok. 2% PKB.

Kiedy tak przypomnieć sobie co politycy PiS mówili w kampaniach wyborczych w 2015 r. oraz co rząd podaje w uzasadnieniu do programu 500 plus, to szczerze mówiąc nie jestem pewny co jest celem programu. W kampaniach wyborczych politycy PiS bardzo dużo mówili o biedzie i niskich wynagrodzeniach. Tematyka kosztów utrzymania rodziny i demografia były w najlepszym wypadku tematami równorzędnymi . Do tego dochodził wzrost nakładów na służbę zdrowia i obniżenie wieku emerytalnego. Program 500 plus mimo ogromnych nakładów wydaje się mieć dość przypadkowo rozłożone akcenty. Krótko mówiąc: rozdajemy dużo i na oślep.

Z rodzin wymagających wsparcia, dostaną środki z 500 plus tylko te które mają min dwoje dzieci lub się na dziecko zdecydują. Wątpliwe jednak by jakaś istotna część z 53 procent dzieci, które są jedynakami, doczekała się z tytułu programu rodzeństwa. Z pomocy wykluczeni zostali rodzice samotni z jednym dzieckiem. Program jest dość hojny dla rodzin z dwójką dzieci i więcej. Biorąc pod uwagę rozkład biedy i wynagrodzeń, niepotrzebnie wpieramy rodziny, które nie wymagają wsparcia lub nie tak dużego jak oferuje program. Zupełnie niezrozumiałe jest wstrzymanie wsparcia dla dzieci po ukończeniu 18-tego roku życia, czyli w okresie gdy wyjątkowo dużo na nie wydajemy i gdy – po roku lub dwóch - stajemy w obliczu ewentualnego finansowania dalszej nauki lub ponoszenia kosztów zdobywania umiejętności zawodowych. Próg 18 lat kryje też w sobie spore ryzyko. Zazwyczaj powołujemy na świat dzieci w odstępach 3, 4 lat. Jeżeli mamy przykładowo rodzinę 2+5, to w ciągu kilkunastu lat rodzina systematycznie traci wsparcie. Matka która zrezygnowała z pracy by poświecić się dzieciom i żyć m.in. z pieniędzy otrzymywanych na nie, gdzieś po 50-tce zacznie tracić środki na dzieci i na siebie.

Jeszcze gorzej wygląda kwestia walki z biedą. Wsparcie z programu dostają tylko rodziny z liczbą dzieci 2 i więcej. Część rodzin (głównie z jednym dzieckiem), osoby z dziećmi powyżej 18 lat i osoby w wieku ok. 55 plus (dzieci dorosłe i usamodzielnione) nie skorzysta ze wsparcia. Tymczasem ubóstwo również występuje w tych kręgach.

Ogromną wadą programu 500 plus jest brak spójności z obecnymi formami pomocy. Na potrzeby programu tworzone są odrębne zasady przyznawania wsparcia (rozdawanie pieniędzy praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli ich wydatkowania). W tym rodzinom, które wymagają większej kontroli i opieki.

Tak ogromne środki jakie chcemy wydawać (program 500 plus oraz kwota wolna od podatku), powinny być rozdzielone na szereg kierunków i uruchamiane stopniowi w okresie minimum jednej pełnej kadencji parlamentu (tzn. rządu danej partii czy koalicji). Pieniądze powinny być rozdzielone na OPSy, finansowanie opieki nad dziećmi (żłobki, przedszkola, świetlice szkolne), wsparcie w okresie bezrobocia jednego lub obydwojga rodziców. I nie więcej niż połowę udostępniać bezwarunkowymi przelewami czy poprzez system ulg/kwoty wolnej od podatku. Sugerowałbym wsparcie rodzin 1+1, przynajmniej  w skromnym zakresie i stawkę lekko degresywną przy wsparciu rodzin wielodzietnych. Itd. itd. Wariantów może być wiele.

Wadą programu jest jego skala i brak zapewnionego finansowania w kolejnych latach. Uruchamianie programu przy funkcjonowaniu państwa z def. finansów publicznych na poziomie 3% w relacji do PKB, powoduje powstanie dodatkowego czynnika ryzyka ograniczenia nakładów w okresach słabej koniunktury lub kryzysów. W takich wypadkach beneficjenci muszą się liczyć z przejściowymi redukcjami nakładów na 500 plus w kolejnych latach.

Tak kwota jak i konstrukcja programu spowoduję w najbliższych latach koniczność modyfikacji programu oraz  - niestety – ograniczenie wsparcia innych celów polityki społeczno-demograficznej. Niestety to są konsekwencje programów społecznych motywowanych sondażami popularności.

Gdybym był szefem partii opozycyjnej zaproponowałbym wstrzymanie się od głosu, a już na pewno wstrzymanie się od poparcia programu. Skoro rząd PiS i prezydent kupują za publiczne pieniądze przychylność Polaków, to niech to robią na własne konto.

Osłabienie złotego. Chyba byłoby lepiej gdyby ministrowie od gospodarki przestali się jednak wypowiadać.

marek_zelinski

2016_01_23_euro_pln1

Poziom, jaki osiągnął w ostatnich dniach nasz  złoty oraz atmosfera w jakiej się to wydarzyło, wywołały pytania o ewentualną interwencję walutową NBP na runku. Wypowiedzieli się już: Marek Belka, Paweł Szałamacha  i Mateusz Morawiecki. Mamy więc wypowiedzi przedstawiciela NBP oraz ministrów obecnego rządu pełniących rolę „gospodarczych twarzy rządu” i takie też oczywiście funkcje. Na szczęście wymiana refleksji nie odbywa się w atmosferze paniki , więc możemy się spokojnie wymieniać opiniami i ocenami tego gdzie jesteśmy i dlaczego. Zanim dalej przedstawię swoje skromne refleksje, przypomnę że pisząc ‘złoty’ mam na myśli swego rodzaju syntetyczną walutę której wartość wynika z kursów ważonych udziałem waluty w wymianie handlowej. W innych przypadkach będę podawał o który kurs chodzi, by ułatwić zrozumienie. Jest oczywistym, że będzie to eur/pln, ponieważ to euro jest najpopularniejszą walutą w Polsce, co wynika ze znaczenia tej waluty w wymianie handlowej.

Mg moich szacunków złoty w ostatnich latach miał skłonność to do trzymania się po „słabszej” stronie. Można spotkać opinie, że złoty poprawnie odzwierciedlał wycenę fundamentalną Polski. Nie spieram się. Nie ma sensu, bo różnica w zasadzie nie przekracza pięciu pkt. proc. Mamy więc do czynienia głównie z różnicą w przyjętych założeniach lub kalibracją narzędzia.

W ubiegłym roku ocena naszego kraju określana kursem zaczęła się powoli pogarszać. To efekt ryzyk światowych oraz ryzyka polityczno-ekonomicznego Polski. Gdyby patrzeć na kierunek zmian kursu oraz wyceny, to można powiedzieć że obecnie złoty jest na poziomie sugerowanym przez trend ukształtowany  w ostatnich miesiącach roku. Oczywiście operowanie trendem w tym akurat przypadku byłoby  nadmiernych uproszczeniem, czy nawet dziecinadą.

Obecnie, wg moich szacunków, złoty jest osłabiony w stosunku do swojej fundamentalnej wartości o ok. 15%-17%. Podobne  odchylenia złotego mieliśmy pod koniec 2011 i na początku 2009. W takich przypadkach na rynku pojawiał się NBP z interwencją walutową. Z tym, że NBP i generalnie banki centralne, interweniują gdy rynek wykoślawia wartość waluty z powodu paniki lub próby ataku na walutę (ewentualnie mieszanki obydwu).  Rozmyślnie przeprowadzona interwencja, zniechęca do rynkowych szaleństw i na ogół kończy je. Ostatecznie  nawet powoduje powrót do poziomów wycen walut sprzed kryzysu. W naszym obecnym przypadku nikt do interwencji nie nawołuje oraz jej nie oczekuje. Ani rynek, ani wymienieni wyżej decydenci. Skąd więc ten konsensus?

Z rynkiem trudno się spierać, szczególnie wtedy gdy wyznaczona przez niego cena daje się w większości uzasadnić. Słynny, i budzący wciąż kontrowersje, rating S&P trafnie wypunktował nasze problemy. Jesteśmy krajem który obecnie ma przyzwoitą sytuację makroekonomiczną, ale deklarujemy że już w średnim terminie mamy lekceważący stosunek do deficytu finansów publicznych. Bo? Bo tak.

Wobec powyższego M.Belka w odpowiedzi na pytanie o ewentualną interwencję, przyznał że w obecnych warunkach nie ma ona uzasadnienia i byłaby bezcelowa i nieskuteczna. Złoty w ostatnich miesiącach osłabia się bez paniki i mając podstawy do obaw. Obaw o gospodarkę krajową dostarcza rząd, niepotrzebnie radykalnie powiększając niepewność co do naszej przyszłości. Rząd musi podać wiarygodne źródła finansowania swoich wyborczych pomysłów lub okroić je do możliwych do sfinansowania. Tymczasem rząd nie chce zrobić ani jednego ani drugiego. W tym drugim przypadku rząd musiałby ogłosić, że wycofuje się z większości obietnic (w rozumieniu kwotowym) lub zadeklarować publicznie, że wykonanie warunkuje znalezieniem źródeł finansowania. Na razie nic takiego się nie stało. Przeciwnie. Ministrowie obecnego rządu wydają różne oświadczenia, które nie są odpowiedzią na pytania analityków S&P i ekonomistów. Gorzej. Wspomniani ministrowie starając się zaciemnić ocenę S&P i lekceważyć osłabienie waluty, wypowiadają słowa które budzą zdumienie i prowokują kolejne pytania. Minister Szałamacha deklaruje jakby od niechcenia, że nie ma sensu obecnie interweniować, stąd Ministerstwo Finansów nie będzie tego robić. Tylko ze taka wypowiedź sugeruje, że lekceważy w tym rolę NBP. To NBP decyduje (a przynajmniej powinno) o interwencji i ją przeprowadza. MF jest tylko instytucją wpierającą NBP w działaniach. Czyżby miało to być potwierdzenie obaw analityków S&P, że rola NBP będzie marginalizowana, a jej działania oraz RPP poddane woli rządu? Minister Szałamacha nie chce chyba nam sugerować, że MF będzie prowadziło działania bez zgody i współpracy z NBP?  Druga intrygująca wypowiedź, to deklaracja podjęcia działań na rzecz zmniejszenia udziału inwestorów zagranicznych (określał to poprzez obligacje nominowane w walutach obcych). Trzeba przyznać że obrażanie się na zagranicznych nabywców obligacji skarbowych w czasie gdy rząd będzie musiał nas bardziej zadłużyć by zrealizować obietnice wyborcze, jest niezrozumiałe.

Minister Morawiecki również próbuje lekceważyć obawy ekonomistów i osłabienie złotego. Tak jak P.Szałamacha stwierdza, że interwencji nie będzie (tak jakby jej chęć i skuteczność zależały od rządu). A dalej dodaje : „W dłuższej perspektywie zależałoby nam, żeby utrzymać wahania ceny "złotówki" w granicach 4,10-4,40” (cytat za forsal.pl). Czyli że co? Czyli że nic wielkiego się nie stało, bo w gruncie rzeczy poziom wyznaczony przez eur/pln  akurat jest zgodny z górną granicą wahań przedziału, który preferuje rząd? Jeśli tak, to pojawiają się poważne pytania i wątpliwości. Czy mam rozumieć, że rząd chce prowadzić politykę podkręcania wzrostu PKB poprzez eksport?  W jaki sposób rząd chce utrzymywać niedowartościowanego złotego w określonych przez ministra Morawieckiego granicach? Czy to jest uzgodnione z NBP?

S&P niestety NIE pomylił się w ocenie.

marek_zelinski

Stało się to czego w tym roku już mogliśmy być pewni. Dyskusje czy S&P powinien to zrobić w styczniu 2016 czy na koniec lutego lub w kwietniu nie mają sensu.  Obecnie rządzący politycy już od dawna skupiają na sobie uwagę agencji ratingowych.  Obniżenie ratingu mamy na własne życzenie (!). Sytuacja gospodarcza na koniec rządów PO-PSL była inna (o czym dalej).

S&P obniżył nam rating skupiając się przede wszystkim na dwóch na przekazach. (1) obniżenia jakości i skuteczności działania instytucji  odpowiedzialnych za działanie państwa prawa, (2) poważne ryzyko pogorszenia kondycji finansów publicznych.

Co poniektórych oburza odniesienie się S&P do oceny majstrowania obecnego rządu przy podstawowych instytucjach ładu prawnego. Sugeruje się tez w niektórych komentarzach, że ocena S&P oparte było głównie na ocenie politycznej nowego rządu. Moim zdaniem nie. Niemniej partia rządząca niemal od początku zademonstrowała lekceważenie prawa. Bezwzględne ‘neutralizowanie’ Trybunału Konstytucyjnego, lekceważenie wszelkich zasad przy procedowani zmian w prawie, budzą zdumienie nie tylko w Polsce. Taki kraj – jak uczy doświadczenie – staje się nieprzewidywalny również w sferze ekonomicznej.

A teraz o gospodarce.

U końca funkcjonowania poprzedniego rządu, sytuacja makroekonomiczna była dość przyzwoita. PKB obecnie i w średnim terminie na poziomie 3,5% rocznie. Jak na nasze warunki to bardzo przyzwoity wzrost gospodarczy. Poprzednia koalicja rządowa sprowadziła deficyt finansów publicznych do poziomu 3% PKB w 2015 z niemal 8% z latach 2009 i 2010 (skutki kryzysu). Na 2016 i 2017 planowane było zejście z deficytem bliżej 2%. Do tego względnie stabilny kurs walutowy, niska inflacja,  stopy procentowe, korzystna sytuacja w wymianie handlowej. Owszem, główne ugrupowanie koalicyjne poprzedniego rządu (mowa o PO) rozpędzało się z obietnicami w okresie wyborów, ale były one mocne mniejsze niż w przypadku PiS. Do tego doświadczenia działania poprzedniej koalicji wskazywały, że nie zaryzykuje ona pogorszenia kondycji finansów publicznych i w razie czego poniecha realizacji programu, rozciągnie w czasie lub zredukuje.

Warto przy tej okazji dodać, że taki kraj jak nasz, powinien zejść z def.fin.publ. wyraźnie poniżej 3%. I wcale nie dlatego, że tak sobie życzy UE. Poziom poniżej 3% jest  bezpieczniejszy m.in.  na wypadek kryzysu. Mamy już zbyt bogate doświadczenia aby po raz kolejny popełniać ten sam błąd. W Polsce za każdym razem gdy def.fin.publ. spada poniżej 3%, politycy tracą zapał do jego dalszej redukcji.

Od jesieni mamy nowy rząd, którego politycy nie ograniczali się w obietnicach finansowych w czasie kampanii wyborczych. Powrót do ‘dawnego’ wieku emerytalnego, wyższą kwotę wolną od podatku, program 500 zł na dziecko i kilka pomniejszych. Ten zmasowany program ekonomicznie jest nierealizowalny bez znalezienia regularnych wpływów, które go pokryją. Na pytanie o dodatkowe wpływy, była stała odpowiedź: podatek bankowy,  od marketów oraz….poprawa ściągalności podatków (redukcja szarej strefy) oraz wpływy z podatków będących efektem wykreowanego przez PiS wzrostu gospodarczego. Krótko mówiąc, zapowiadano nam program szerokiego rozdawnictwa i wiary we wzrost gospodarczy kreowany popytem.

 

 

Po wyborach wszyscy patrzyli co politycy PiS zrobią z obietnicami. A ci zaczęli je wprowadzać w życie. Na pierwszy ogień poszedł program 500 zł na dziecko. Rząd finansuje go podatkiem bankowych i od marketów. Tylko że to pokrywa 35% programu. Do tego dochodzą płatności z przetargu na LTE (które notabene firmy i tak sobie odbiją na klientach w kolejnych latach) i efekt przesunięć niektórych pozycji między budżetem z 2015 a 2016. Już na potrzeby realizacji programu 500 zł na dziecko, rząd zmienił tzw. regułą wydatkową. W 2016 r. zamiast dalej obniżać def.fin.publ., nowy rząd zdecydował się utrzymywać poziom 3%.

Najgorsze jest to co ma być dalej. Do realizacji pozostała obietnica obniżenia wieku emerytalnego i zwiększenie kwoty wolnej od podatku (PIT). Projekt ustawy prezydenta o obniżeniu wieku już jest procedowany. Łączne koszty dodatkowe sam prezydent szacuje na 40 mld zl w najbliższych czterech latach. Zwiększenie kwoty wolnej (uszczuplenie wpływów z PIT ok. 15 mld zł rocznie) zostanie prawdopodobnie przesunięte na przyszły rok.

O ile budżet na 2016 jest dociśnięty kolanem, to nikt nie wie jak rząd pokryje skutki dwóch kolejnych obietnic wymienionych wyżej oraz czym zastąpi środki z LTE w kolejnych latach. Poprawa ściągalności podatków jest nierealna w skali jaka zapewni utrzymanie def.fin.publ. na 3%. Po drugie poprawa ściągalności to nie twarda prognoza, a tylko wiara.

Jakiekolwiek pytania i obawy dotyczące wzrostu def.fin.pub. w kolejnych latach są zbywane przez premier Szydło i ministrów. Tak jest od początku funkcjonowania rządu. Jesteśmy świadkami niebywałej sytuacji, kiedy nowy rząd – nie przymuszony sytuacją makroekonomiczną – świadomie naraża finanse publiczne na poważne ryzyko i osłabia ciężko wypracowany wizerunek Polski. Determinacja członków rządu w tym  działaniu jest tak silna, że można to wręcz nazwać prowokowaniem agencji ratingowych. I w końcu .. stało się.

Reakcje członków rządu na obniżenie ratingu są niezrozumiałe. Ministrowie Szałamacha i Morawiecki udają że nie wiedzą z jakiego powodu S&P obniżył rating. Nie wymieniają najważniejszego punktu jakim jest przyszłość finansów publicznych. To tylko potwierdza, że są świadomi zagrożeń na jakie rząd PiS wystawia kraj w kolejnych latach. Buńczuczne oceny, że S&P się pomylił, czy że wycofa się z wkrótce z decyzji, nie są już nawet zabawne. S&P może się oczywiście wycofać z decyzji i w przyszłości poprawić rating. Warunkiem będzie m.in. poważne i odpowiedzialne podejście do finansów publicznych.  

Skutkiem pogorszenia ratingu jest słabszy złoty i wzrost oprocentowania papierów skarbowych. Tradycyjnie już, za wygłupy polityków zapłacą obywatele.

Ps. Ubawiłem się słuchając przedstawicieli rządu i PiS w mediach, że działanie S&P jest niezrozumiałe biorąc pod uwagę tzw. twarde fundamenty  gospodarcze Polski (np. dynamika PKB, relatywnie niski wsk. bezrobocia itd.). Przecież jeszcze niedawno politycy PiS upierali się w mediach, ze Polska jest w fatalnej kondycji po ośmiu latach poprzednich rządów. Ech ci politycy…..

Refleksje o tzw. podatku bankowym i bankach.

marek_zelinski

W przededniu wejścia w życie  tzw. podatku bankowego (dokładniej: podatku od niektórych instytucji bankowych), sytuację sektora należy ocenić jako dobrą. Kilkakrotnie już wspominałem, że nie byłem i nie jestem doktrynalnym przeciwnikiem dodatkowego obciążenia sektora bankowego (czy szerzej finansowego). Nie ma co ukrywać, że jest to sektor relatywnie bogaty. Przynajmniej na razie.

Trochę o ‘podatku’ i jego otoczce ekonomiczno-politycznej.

W opinii rządzących podatek bankowy to forma kary za wyprowadzanie zysków za granicę, za zbyt drogie usługi dla obywateli, i za to że sektor jest zdominowany przez kapitał zagraniczny, który – jak ‘powszechnie wiadomo’ – rzekomo oszukuje na podatkowych trickach. To taki podatek podlany populistycznym sosem, by lepiej sprzedawał się medialnie wśród części elektoratu. Niestety nie udało się udowodnić (bo chyba wcale nie o to chodzi), by banki oszukiwały na podatkach. Pretensje o to, że akcjonariusze pobierają dywidendę też wydają się co najmniej dziwne. Trzeba pamiętać, że w okresie ‘pokryzysowym’, większość z kilkunastomiliardowych zysków banków była pozostawiona w kapitałach własnych oraz że wśród akcjonariuszy są również drobni polscy inwestorzy (bezpośrednio lub pośrednio przez OFE i TFI).  

Sektor bankowy wpłaca rocznie do kasy państwa między 3,5-4,0 mld zł (podatek naliczony; dane m-czne KNF dla sektora bankowego) podatku dochodowego. Sektor jest dobrym i stabilnym podatnikiem, czego się nie da powiedzieć o znacznej części pozostałych podatników, w tym głównie polskich.

Banki obok standardowego opodatkowania muszą zabezpieczać środki w ramach BFG i uzupełniać kapitały na wniosek KNF, czasami w stopniu większym niżby same miały na to ochotę. Głównie z pieniędzy banków komercyjnych pokryte były depozyty upadłych SKOKów i ewentualne dalsze. Banki pokryją też wypłaty dla klientów BS z Wołomina. Łącznie daje to już ok. 5 mld zł. Do tego dochodzą zapowiadane już przez KNF wymogi podnoszenia kapitałów (m.in. z powodu kredytów frankowych).

Jednak jednym z największych wyzwań będzie (może być?) ustawa frankowa wg PiS. Nie wnikam czy będzie to wersja prezydencka czy rządowa, bo ostatnio media odnotowały mały spór o to kto jest za nią odpowiedzialny. Znamienne jednak jest, że sprawa jakby ucicha a podawane przez media kwoty rekompensat dla frankowiczów są ograniczane. Wygląda na to, że zarówno rząd jak i prezydent w końcu zauważyli, że możliwości ‘dojenia’ sektora bankowa są jednak ograniczane.

Śmieszy mnie trochę akcentowanie iż podatek obciąży niedobry, bo zdominowany przez kapitał zagraniczny, sektor instytucji finansowych. W segmencie bankowym i ubezpieczeniowym, najwięksi gracze to kapitał polski (i to tzw. państwowy!). Mam na myśli PZU i PKO BP. Te podmioty oraz kilka mniejszych z kapitałem krajowym, dadzą ok. 40 % wpływów z podatku (!).  Jak widać, chodzi tu bardziej o pozyskanie za wszelką cenę funduszy na finansowania obiecanego w wyborach programu społecznego niż racjonalność obciążania sektora finansowego, a w tym bankowego.

Bankowcy zwracali uwagę by ewentualne (lub warunkowe) obciążenia były związane z zapewnieniem bezpieczeństwa systemu bankowego. Sprawa SKOKów, kredytów frankowych (których prawa do zaciągania PiS przed laty bronił!), skutki kryzysu w sektorze finansowym (na szczęście nie naszym) sprzed kilku lat, dały wszystkim wiele do myślenia. Wydaje się niestety, iż obecna ekipa rządząca nie wyciągnęła żadnych wniosków, będąc pochłonięta myślą wyciągnięcia ile się da z sektora bankowego.

Sytuacja finansowa sektora.

W dużym skrócie dzieje się to co przewidywano. Wskutek spadku stóp procentowych, silnej konkurencji oraz administracyjnych ograniczeń (słynne opłaty z rozliczania kart) itd., spada wynik finansowy netto sektora bankowego. Wynik z okresu IV kw 14 – III kw 15 w porównaniu z okresem wcześniejszym analogicznym, spadł o 12%, czyli…. 2 mld zł. Wynik dla pełnych lat kalendarzowych wiele inny być nie może, w rozumieniu spadku wyniku netto. Mityczne rentowności, stopy zwrotu, powoli odchodzą w zapomnienie i jest to jeden z czynników, który rząd konsekwentnie ignorował.  Zmiany technologiczne i konkurencja powodują iż banki od ok czterech lat powoli redukują zatrudnienie o 1 tys.-2 tys. osób rocznie (ok. 1% zatrudnionych rocznie). Powoli obniża się wynik z działalności bankowej na jednostkę aktywów.

Nie ma, moim zdaniem, najmniejszej wątpliwości, że banki będą się starały przenieść przynajmniej połowę kosztu podatku na otoczenie gospodarcze, w tym głównie na klientów.  I jestem też przekonany, że politycy PiS byli tego świadomi od samego początku. W końcu utrata co 16-tej złotówki z przychodów z tytułu przychodów odsetkowych, prowizji i dywidend czymś musi być wyrównana po stronie przychodów lub kosztów.

Nie zamierzam bynajmniej twierdzić, że bankowcy są biedni. Akceptuje również sytuacje , że sektor bankowy może pełnić po prostu rolę płatnika podatku od obywateli których stać na korzystanie z usług bankowych lub którzy muszą z nich korzystać. Uważam tylko, że idea i wydolność podatkowa (podatek bankowy) oparta jest na danych historycznych i bez analizy wyzwań przed jakimi stoi sektor. Podatek mógł być mniejszy i wprowadzany stopniowo, co dałoby czas bankom na stopniowe dostosowanie się, a rządzącym na przemyślenie całej idei (w tym konstrukcji podatku).  

Jeżeli już tak bardzo PiS i prezydent chcą odebrać bogatym bankom kasę, to może byłoby lepiej popracować nad poszerzeniem ustawy o upadłości konsumenckiej. A to tylko jedna z wielu propozycji i bynajmniej nie najważniejsza. Niestety ustawa była procedowana tak szybko że nie było czasu na poważną dyskusję.

Gospodarka sobie, a giełda sobie.

marek_zelinski

Przyznam, że rok temu zapewne nie wpadłbym na to, iż giełda może być tak nisko w rozumieniu indeksów WIG czy WIG20. Oczywiście stan nastrojów na naszej giełdzie to zapewne nie dzieło sił nadprzyrodzonych (bo te mają inne, jak sądzę, poważniejsze zajęcia), ale jak najbardziej wynik działania ‘ludzkiej’ ręki i obaw o najbliższą przyszłość. Przyczyn jak to zwykle bywa jest kilka. Ale za nim do nich przejdę, krótko przedstawię wyniki przedsiębiorstw po trzecim kwartale.

Dynamika kwartalnych przychodów yoy jest na poziomie 6% już trzeci kwartał z rzędu, co jest naprawdę dobrym wynikiem. A już na pewno nie jest świadectwem kryzysu, czy pogorszenia koniunktury gospodarczej. W III kw nieco szybciej od przychodów wzrosły koszty (dynamika yoy 7,5%) i – co się raczej rzadko zdarza – dość znaczny był ujemny wynik przychodów i kosztów finansowych. Cykl należności podniósł się do poziomu z 2012 r. W efekcie widoczne jest niewielkie pogorszenie wyniku finansowego przedsiębiorstw. Moim zdaniem głównie z powodu czynników jednorazowych, a więc nie przenoszących się na ewentualny trend. Nie zmienia to bynajmniej faktu, iż wynika samego tylko III kw odbiegają od wyników z kwartałów poprzednich (oczywiście opierając się zawsze na porównaniu z analogicznymi kwartałami roku wcześniejszego). Nawet jeżeli słabsze wyniki przedsiębiorstw mają przełożenie na indeksy giełdowe, to nie aż w takim stopniu jakby wskazywały na ro spadki naszych głównych indeksów. Ponadto, wspomniane wyżej pogorszenie wyników finansowych przedsiębiorstw miało miejsce w III kw. Tymczasem WIG pikuje w dół od maja, a WIG20 już od marca.

Dość często w ostatnich miesiącach analitycy zrzucają odpowiedzialność za coraz gorsze nastroje giełdowe na polityków. Jest to w dużym stopniu słuszny zarzut, niemniej z pewnym ‘ale’. Od początku było wiadome, że rok z podwójnymi wyborami spowoduje emisje w przestrzeń medialną ogromnej dawki ekonomicznego populizmu, co wystawia inwestorów na poważną próbę. Problemy frankowiczów niemal od początku roku uświadomiły inwestorom, że najprawdopodobniej powstanie ustawa łagodząca skutki wzrostu kursu CHF kredytobiorcom oraz otwarta zostanie ścieżka pozwalająca na przewalutowanie kredytu. Już pierwsze pomysły wskazywały jak poważne mogą to być kwoty. Wraz z rosnącą popularnością w sondażach  A.Dudy i samej PiS, coraz bardziej realne stawały się ‘sektorowe’ pomysły PiS. Chodzi o spółki energetyczne, banki, spółki surowcowe, handlowe itd. Nowy rząd potrzebuje na gwałt pieniędzy na realizację wyborczych obietnic. Będą więc podatki sektorowe, dywidendy, ktoś musi ‘wziąć’ na siebie problemy spółek węglowych itd. Będą – co oczywiste – masowe zmiany na stanowiskach firm państwowych. Pomysły na sektorowe daniny i role poszczególnych sektorów w koncepcji gospodarczej PiS były albo niedopracowane, albo zbyt często ulegały i ulegają modyfikacji.

Jak wyżej wskazałem, rok wyborczy – szczególnie przy zdobywaniu popularności przez ugrupowanie populistyczne – jest ryzykowny dla inwestowania, m.in. na giełdzie. Działania i pomysły PiS łączą radykalizm ze znaczną niepewnością, co naturalnie zniechęca do inwestowania na giełdzie do czasu wyjaśnienia sytuacji i podjęcia ostatecznych decyzji przez rząd.  Co więc robią w takiej sytuacji gracze giełdowi? Dyskontują napływające informacje i niepewność. Po prostu wycofują się i czekają. Tak więc ostrożność inwestorów i chwilowa niechęć do giełdy są zasadne.  

Obawy inwestorów podsyca również polityka makroekonomiczna obecnego rządu, co ma swoje przełożenie i na giełdę. Mało kto się spodziewał, że PiS wraz z prezydentem będzie z taką determinacją wprowadzał w życie ekonomiczne obietnice z okresu wyborów (wiek emerytalny, 500 zł na dziecko itd.). Wygląda na to, że rząd PiS nie jest zainteresowany dalszym spadkiem deficytu finansów publicznych i musimy liczyć się z tym, że w najbliższych latach będziemy żyć z 3-procentowym deficytem finansów publicznych. A co kiedy za 4-5 lat przyjdzie nam się zmierzyć z konsekwencjami obniżenia wieku emerytalnego?

Jesteśmy świadkami dość intrygującej sytuacji. Mamy przyzwoity, zrównoważony wzrost gospodarczy. Dobre wyniki przedsiębiorstw (mowa o danych GUS) w ostatnich kwartałach i ….spadające ostro główne indeksy giełdowe. Po części to wpływ korekty wycen o pomysły polityków, ale wydaje się że indeksy spadły nazbyt mocno w obawie o dalsze pomysły PiS. Politycy mają prawo do modyfikacji polityki gospodarczej, ale nie powinni niepotrzebnie straszyć inwestorów. Powinni pamiętać, że na giełdzie są również inwestycje tych obywateli, którzy inwestują średnioterminowo i na emeryturę. Politycy nie powinni więc narażać giełdy na spadki większe niż to konieczne.

Według moich szacunków WIG odbiega o 15%-20% od właściwej wartości (tzw. wycena fundamentalna). Indeks zaczął spadać już w II kw 2015 r. Obecna wycena jest charakterystyczna dla okresów spowolnienia gospodarczego na poziomie 2% tempa wzrostu PKB. Taki poziom PKB utrzymywany przez 2-3 lata, potrafi działać w Polsce jak recesja.

W zasadzie WIG jest na poziomie przy którym powoli warto zacząć inwestować. Niestety nadal niejasna jest sytuacja banków (nie jest znana m.in. ostateczna wersja pomocy frankowiczom czy klientom SKOKów i banków spółdzielczych). Niewiele lepsza jest sytuacja szeroko rozumianego sektora energetyczno-surowcowego.

Do tej pory naszym problemem było zupełne zignorowanie wzrostów na czołowych giełdach zagranicznych. Nasze główne indeksy pozostawały niemal niewzruszone, co rodziło ryzyko, że w chwili korekty w USA czy w Europie, nasza giełda również odczuje tąpnięcie. Tymczasem tąpnięcie u nas nastąpiło w tym roku, ale bez wpływu czynników zewnętrznych. Dla przykładu: ceny akcji w Niemczech czy w USA utrzymują się na relatywnie wysokich poziomach. U nas zaś jest w niemal na odwrót.

Co więc czynić? Cóż, wycena fundamentalna rynku akcji rzadko bywa na tak niskim poziomie. Nie wykluczając dalszych spadków wydaje się, że jesteśmy w dobrym punkcie do rozpoczęcia inwestowania. Powoli i spokojnie, bo – nie ukrywam – ryzyko polityczne jest dość spore. Wierze jednak, że jeżeli obecne poziomy to jeszcze nie dno, to zapewne jest ono niedaleko.

Budżet na 2016 ciasno spasowany. Czyli jak tu upchnąć wyborcze pomysły.

marek_zelinski

Ogromna presja zrealizowania chociaż części obietnic wyborczych PiS mimowolnie przenosi naszą uwagę na budżet tegoroczny i budżet na rok przyszły. Skala finansowa obietnic dawała pewność, że wcześniej czy później nowy rząd wprowadzi do debaty publicznej ocenę materii budżetowej pozostawionej przez rząd PO-PSL oraz własne pomysły. Oczywiście każdy nowy rząd ma prawo do kreowania własnej polityki i, co za tym idzie, modyfikacji po stronie budżetu centralnego. Czasami zachodzi wręcz taka konieczność. Główne składniki pozostałych elementów finansów publicznych są poza zasięgiem krótkoterminowych decyzji politycznych (FUS, NFZ itd.) zmierzających do wygenerowania środków na realizację politycznych pomysłów. Inna rzecz, że te obszary (mowa o FUS i NFZ) już wymagają wsparcia ze środków budżetu centralnego lub jednostek samorządu terytorialnego (obszar służby zdrowia).

Warto więc spojrzeć na budżet w kontekście zmiany rządu, presji na realizacje wyborczych obietnic i generalnej oceny finansów publicznych, abstrahując przy tym na chwilę od polityki.

Zacznę od informacji o niewykonaniu planów budżetowych w poborze VAT, na co zwrócili uwagę w ostatnich dniach politycy nowego rządu, szukając chyba usprawiedliwienia dla redukcji obiecanych w minionych dwóch kampaniach wydatków społecznych. Plany dochodów podatkowych są tylko planami i niejednokrotnie ich realizacja o kilka procent odbiega od planów. Na chwilę obecną nie jest zagrożona realizacja (przekroczenia) planowanego deficytu. Każdy rząd ma swego rodzaju bufor bezpieczeństwa, czyli możliwość wstrzymania części wydatków (lub po prostu braku zainteresowania ich realizacji). W ostatnich trzech latach wydatki były średnio o kilka mld zł mniejsze od planowanych, co z powodzeniem zrekompensuje ewentualne mniejsze wpływy budżetowe. Wg najnowszych informacji rząd PiS chce w tym roku zwiększyć deficyt o 3-4 mld zł. Nie jest to jednak powód do rozdzierania szat.

Nieco gorzej wygląda sytuacja dla roku 2016. O ile rząd PO-PSL utrzymał w prognozach dochody na poziomie niemal identycznym jak planowane na rok bieżący, to wydatki mają być większe o ok. 8 mld zł. W efekcie planowy deficyt budżetowy w 2016 r. ma sięgnąć 54,6 mld zł, co stanowi już 2,9% PKB (wobec planowanego 2,6% PKB na 2015 r.). Dużo lub sporo. Prognoza PO-PSL to połączenie odpowiedzialności z budżetem wyborczym. Odpowiedzialność, to wpływy na poziomie roku obecnego. Wydatki zaś, to malutkie pofolgowanie. Rozmiar deficytu budżetowego na 2016 w relacji do PKB oznacza praktycznie maksymalne wykorzystanie deficytu finansów publicznych na progu dozwolonym przez UE (3% PKB). Jak rozumiem, politycy PiS nie są realizacją tegorocznego budżetu zaskoczeniu, ani prognozą rządu PO-PSL na 2016 r. Realizacja budżetu na 2015 pozwalała politykom PiS określić skalę wyzwań i możliwości. Podobnie z prognozą budżetową na przyszły rok. PiS nie krytykował podniesienia deficytu budżetowego z 2,6% PKB do 2,9% w 2016 r. Przeciwnie, wyborcy stale słyszeli narzekania na rząd PO-PSL że zbyt mało inwestuje i że zbyt słabo wspomaga potrzebujących oraz że nie wymaga to żadnych oszczędności.

Wobec powyższego rząd PiS postawił się w niezręcznej, z politycznego punktu widzenia, sytuacji. Próba realizowania obietnic wyborczych na poczet zwiększania deficytu w przyszłym roku jest praktycznie niemożliwa lub ograniczona do małych kwot (kilka mld zł). Zakładam, że deklaracje przedstawicieli PiS o nieprzekraczaniu granicy 3% PKB dla def. finansów publicznych są wiarygodne. Chociaż w ostatnich dniach przedstawiciele rządu Pis mówią o oscylowaniu wokół 3% PKB (2,8%-3,2%). Dla przykłady już ustępstwo o 0,2% to kwota niemal 4 mld zł.

Na chwile zostawmy analizę wpływu zmiany rządu na deficyt budżetowy i finansów publicznych, by przyjrzeć się temu problemowi z makroekonomicznej perspektywy. To pozwoli zrozumieć przed jakimi wyzwaniami stoją politycy i ile warte są obietnice.

Po kryzysie 2008/2009 Polska wpadła w pułapkę wysokiego deficytu finansów publicznych. Spadek wpływów, ograniczone możliwości nowych ich źródeł i praktycznie brak możliwości redukcji wydatków. W krótkim okresie deficyt finansów publicznych wystrzelił prawie do 8% PKB. Jeszcze jeden lub dwa pkt. proc. więcej i stalibyśmy się negatywnymi bohaterami w mediach europejskich. Poczuliśmy na własnej skórze skutki braku elastyczności w kształtowaniu wydatków budżetowych i nie tylko. Rząd PO-PSL podjął szereg działań by jak najszybciej deficyt zmniejszyć do poziomu poniżej 3% PKB (powinno się to udać właśnie w tym roku). Nie obyło się bez desperackich kroków jak redukcja przelewów do OFE czy podniesie wpływów z VAT. Sprzyjała nam też koniunktura gospodarcza. Wprawdzie nie było dynamicznego wzrostu PKB (jak w latach 2006-2008), ale utrzymaliśmy średni wzrost PKB w latach 2010-2015 na poziomie 3,2%. Przy takim tempie wzrostu PKB wysiłki zmierzające do obniżenia deficytu finansów publicznych poniżej 3% nie mają negatywnych skutków społecznych oraz nie krępują nadmiernie rządu w realizacji polityki gospodarczej. Po kilka latach zmagań udało się nam w tym roku (zapewne) w końcu zejść z def.fin.publ. poniżej 3% PKB (potwierdzają to dane na II kw). To spore osiągnięcie, ale nie koniec zmagań dla polityków.

Niestety wygląda na to, że jak tylko deficyt spada poniżej 3%, politycy niemal natychmiast przestają naciskać na dalszą jego redukcję i przyjmują że problemy są już za nami. To błąd i wygląda na to, że politycy (i społeczeństwo też) nie wyciągnęli lekcji do której przerobienia zmusiło nas życie. Zapewne w naszej sytuacji sugerowanie obniżenia def.fin.publicznych do zera jest nierealne i być może nawet niepotrzebne (w zależności od tego co jest przyczyną deficytu). Poziom 2% lub maks.2,5% mógłby być poziomem docelowym. W takiej sytuacji mamy (tzn. rząd) więcej czasu na reakcje w okolicznościach kryzysowych, a rozmiar deficytu pozwala na zatrzymanie wzrostu zadłużenia w relacji do PKB. Niestety od redukcji zadłużenia o obligacje z OFE do połowy tego roku, zadłużenie sektora rządowego i samorządowego wzrosło o 10%, co tylko potwierdza powyższe oceny.

 Prognozowane tempo PKB na najbliższe lata daje nam poczucie względnego bezpieczeństwa, ale i usypia czujność decydentów. Wystarczy że tempo PKB zejdzie do poziomu 2% lub niżej przez 2-3 lata z rzędu i sytuacja finansów publicznych zmienia się radykalnie, a zadłużenie znowu zbyt szybko rośnie. Jeżeli def.fin.publ. mamy utrzymywać między 2,5% do 3% (że już nie wspomnę o niższych poziomach), to dominująca część obietnic finansowych PiS będzie musiała być realizowane w ramach planowanych wpływów, co praktycznie krępuje ręce politykom PiS. Nie ma możliwości by na poczet programu 500 zł (w skrajnej wersji nawet 22 mld zł) na każde dziecko dokonać redukcji planowanych na 2016 r. wydatków. 22 mld zł to ponad 6% planowanych na przyszły rok wydatków budżetowych. Niewykluczone, że wskutek szeregu ograniczeń (wypłaty po I kw 2016 plus ograniczenie beneficjentów programu) zredukuje jego koszt nawet do kwoty rzędu 15 mld zł.

Co może zrobić PiS? Pozostaje szukać pokrycia na program 500 zł na dziecko przez wprowadzenie w życie podatku bankowego i od marketów (dodatkowe wpływy budżetowe). Łącznie mają – wg pomysłodawców – dać 8-9 mld zł rocznie. Nowe podatki ‘sektorowe’, małe ograniczenie wydatków budżetowych w 2016 plus niewielki powiększenie deficytu budżetowego faktycznie mogą pokryć pomysł 500 na dziecko (ale w wersji ograniczonej). Jednak program 500 zł nie wyczerpuje bynajmniej repertuaru obietnic PiS i prezydenckich. Pozostaje kwota wolna od podatki (w zależności od wersji – kilkanaście mld zł ubytku we wpływach) i powrót od ‘starego’ wieku emerytalnego, zwiększenie liczebności armii itd. Na tą chwilę jedyną formą pokrycia skutków tych pomysłów jest deklaracja radykalnego obniżenia luki podatkowej w VAT i podatkach dochodowych.

Do strony wpływów można ewentualne dodać efekt przyspieszenie koniunktury na skutek zwiększenia puli wydatków społecznych (m.in. wskutek realizacjI wyborczych programów PiS), ale mowa tu  ewentualnie o kilkudziesięciu pkt.baz. Efektem może być dodatkowe kilka mld zł. rocznie.

Teoretycznie nowy rząd powinien dążyć do dalszego obniżania deficytu finansów publicznych do poziomów zasugerowanych wyżej, by unikną dynamicznego wzrostu def.fin.publ. w okresie słabszego tempa PKB i uniknąć wzrostu zadłużenia do PKB (co zresztą PiS w swoim przekazie wyborczym krytykował). Realizacja programów społecznych powinna się w najbliższych latach skupiać kierowaniu pomocy do środowisk rzeczywiście wymagających wsparcia i być finansowana przynajmniej w połowie przez przesunięcia z innych pozycji itd.

Wybory wygrało ugrupowanie które zadeklarowało program o powaznych konsekwencjach finansowych dla finansów publicznych. Po wyborach widać działania zmierzające do przykrawania tych programów do realiów budżetowych i faktycznych potrzeb społecznych. Niestety wygląda na to, że obecne ugrupowanie rządzące nie dokona przełomu w spojrzeniu na finanse publiczne. Raczej przeciwnie. Najprawdopodobniej będziemy świadkami funkcjonowania pod dozwolonym pułapem 3% PKB dla def.fin.publ. z ryzykiem przekroczenia z powodu częściowego odwrócenia reformy emerytalnej. Szkoda. …znowu czekamy więc na zbawienny wysoki wzrost gospodarczy, który załatwi za polityków szereg problemów.

Expose Beaty Szydło. Chwalenie się cudzymi pieniędzmi.

marek_zelinski

Podejmując się komentarza expose premier Beaty Szydło, zacznę od tradycyjnej uwagi: expose to wydarzenia bardziej ze świata polityki niż ekonomii. To bardziej rytuał i show dla mediów i wyborców niż prezentacja faktów. Komentatorzy ekonomiczni wyłapują opinie i deklaracje ze swojego obszaru. Expose niemal zawsze są dość ogólne i dzisiejsze expose niczym się pod tym względem nie różniło od wcześniejszych. Być może nawet zaniżyło średnią. Szczerze mówiąc to politycy PiS (w tym B.Szydło) więcej ostatnio mówili w wywiadach niż premier Szydło w expose.

Poniżej hasłowo odniosę się do informacji, które zawierały jakiekolwiek liczby lub były oczekiwane przez komentatorów, w tym i przeze mnie. Wiele deklaracji ekonomicznych było na tak dużym poziomie ogólności i oczywistości, ze trudno się do nich odnieść lub zaprzeczyć. No bo czyż hasło wspierania innowacyjności w gospodarce wzbudza czyjkolwiek sprzeciw? No nie. Niestety nic konkretnego w tym zakresie w expose nie znajduję.

B.Szydło deklaruje, że musimy się wyrwać z pułapki średniego wzrostu. To niezwykle intrygujące stwierdzenie odnoszące się do najnowszego sporu makroekonomistów o to czy Polska może się rozwijać (w rozumieniu tempa PKB) samodzielnie w tempie 5-6% PKB rocznie, tzn. bez „wspomagania” w postaci boomu gospodarczego w makroekonomicznym otoczeniu. Makroekonomisci mają niezwykle zróżnicowane recepty jak taki wzrost osiągnąć (od liberalnych po lewicowe). Niestety pani Szydło nie daje odpowiedzi na to pytanie. Expose skupia się – w ekonomicznej jego części -  na wzniosłych deklaracjach w zakresie wydatków i nakładów, a nie wyjaśnia w pełni zasad ich finansowania. Gdybym miał na siłę premier Szydło w jakąś szufladkę wcisnąć, to jest ona zwolennikiem lewicowej wersji wyrwania się z pułapki średniego wzrostu, przy silnym odcieniu populistycznym. A mówiąc po prostu: nie wiadomo ja się z tej pułapki (o ile jest to w ogóle pułapka) mamy wyrwać. Co najwyżej można to uznać za nieudaną próbę nawiązania do dyskusji makroekonomistów.

Jednym z głównych celów rządu jest „żeby jak największa liczba Polaków mogła korzystać z owoców rozwoju”. Mamy to osiągnąć przez: 1. 500 na dziecko, 2. Powrót do poprzedniego wieku emerytalnego, 3. Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł, 4. Bezpłatne leki po 75-tym roku życia, 5. Podniesieniu minimalnej stawki godzinowej do 12 zł za godzinę.

Biorąc pod uwagę, że nowy rząd chce poprawić dystrybucję tzw. dochodu  w kierunku zwiększenia transferu dla rodzin  z dziećmi i ludzi tzw. biednych, to pomysły PiS należy ocenić jako mało efektywne i nie do uniesienia dla finansów publicznych. Osoby potrzebujące wsparcia dostaną je o ile mają dzieci na utrzymaniu lub (skromna pomoc) powyżej 75 lat. Mnóstwo z tych pieniędzy trafi do osób które wsparcia nie potrzebują. A obniżenie wieku emerytalnego z konsumpcją owoców wzrostu nie ma nic wspólnego. Gorzej: przejście na emeryturą w wieku 60 (panie) czy 65 lat (panowie) to życia w większości za minimalną emeryturę. Pomysł z poziomem płacy minimalnej to w gruncie rzeczy tylko kontynuacja podnoszenia jej wysokości w ostatnich kilku latach.

Istnym kuriozum jest wyliczony bilion na inwestycje. B.Szydło zliczyła co się da by kwota była szokująca. Mamy tu nakłady na środki trwałe z rachunku PKB, środki na rachunkach przedsiębiorstw, środki unijne i potencjalne środki z operacji LTRO jakie miałby przeprowadzić nasz bank centralny (NBP). Otóż rząd ma marginalny wpływ na poziom inwestycji przeprowadzanych przez podmioty gospodarcze. Środki na rachunkach przedsiębiorstw są ich własnymi środkami utrzymywanymi dla celów płynności i szeregu innych. Pomysł z operacjami LTRO jest wątpliwy co do skuteczności i po prostu obecnie niepotrzebny. Zresztą Henryk Kowalczyk z PiS już po wyborach przyznał, że nie ma potrzeby uruchamiania tego typu programu w Polsce (ot, wyborcza ściema). Wyszła przy tym pewna sprzeczność. Jaki ma sens wpierw ograniczenia możliwości kredytowania przez banki wskutek kilku obciążeń (podatek bankowy, ratowanie SKOKów i program dla frankowiczów), by potem (równocześnie?) na siłę uruchamiać program LTRO? Żaden z polityków PiS nie chce na takie pytanie odpowiadać. A wracając do głównej myśli: rząd wymienia jak swoje środki które tak czy tak są stale w użyciu,  w większości są poza zasięgiem polityków (na szczęście) lub ich wydatkowanie zostało już zaplanowane. Żadna z wymienionych pozycji nie jest niczym nowym i nie jest wykreowana przez nowy rząd. To takie chwalenie się cudzymi pieniędzmi.

Z ciekawostek jakie się pojawiły w expose jest zapowiedź zmiany zasad finansowania służby zdrowia. Z obecnego wydzielonego funduszu (NFZ) mamy przejść na finansowanie budżetowe. Budzi to społeczne nadzieje, no bo jak z budżetu to – zdawałoby się -  bez ograniczeń. Niestety, politycy PiS nie rozwijają tej myśli czy finansowanie budżetowe oznacza pojawienie się deficytu, czyli pokrywania wydatków na służbę zdrowia z innych budżetowych wpływów. Pani premier w expose też ten temat ominęła.

Stałą słabością wszelkich expose, a tego wyjątkowo, jest brak wskazanie finansowania zadeklarowanych wydatków z zakresu polityki społecznej. Pomysł 500 zł na dziecko i podniesienie kwoty wolnej to już kwota rzędu 30 mld zł rocznie. Dodatkowo dojdą skutki obniżenia wieku emerytalnego. Ostatecznie pani premier z tytułu już tylko tych decyzji wykreowała sobie ok. 2% / PKB (o ile nie więcej pod koniec kadencji) dodatkowego deficytu finansów publicznych. Wiemy jedynie że maks, 25% z tych wydatków pokryją podatki: bankowy i od marketów. Do tego zwiększona dywidenda od państwowych firm i minimalnie zwiększony deficyt budżetowy. Niech stracę, mamy wobec tego 30% pokrycia planowanych wydatków. Reszta to efekt większej skuteczności ściągania podatków. Czyli kwota opierająca się tylko na deklaracjach i wierze. B.Szydło wolała tych kwot nie podawać nawet w przybliżeniu. Z deklaracji polityków PiS wiemy, że nie ma mowy o przekroczeniu dopuszczalnego przez UE deficytu finansów publicznych na poziomie 3% (uff, na szczęście, chociaż niedawno padały pomysły na zmianę tzw. reguły wydatkowej). A trzeba pamiętać, że w expose jest więcej obietnic za którymi kryją się wydatki. Ja wymieniłem tylko największe. Inaczej mówiąc, pani Szydło raczej nie zmniejszy deficytu finansów publicznych, co jest naszą chorobą od lat. Zresztą, z expose pani premier nie wynikało aby był to dla niej priorytet. A szkoda.

Nie no, oczom nie wierzę! Człowiek z kapitalistycznego banku w rządzie PiS?!

marek_zelinski

Szok, prawda? Mateusz Morawiecki, jeszcze przed chwilą szef jednego z czołowych polskich banków z przewagą kapitału zagranicznego został mianowany ministrem z funkcją wicepremiera w rządzie Beaty Szydło.

Do tej pory, w medialnym przekazie PiS, sektor bankowy to samo zło, siedlisko zarazy i kapitalistycznego zepsucia. Sektor bankowy jest ZŁY wg PiS, bo dominuje w nim kapitał zagraniczny. Jest zły, bo wypłaca zagranicznym kapitalistom dywidendę. I jest zły bo podobno zaniża płacone w Polsce podatki i niechętnie finansuje polskie firmy.  Wydawałoby się więc, że nikt z polskich szefów banków z kapitałem zagranicznym nie ma szans u polityków PiS, no bo w końcu przykładali rękę do ZŁA. Ale jak widać, są zasady i są zdumiewające wyjątki. To są wyjątki domagające się komentarza przez obydwie strony. PiS i M.Morawieckiego.

Teraz okazuje się, że banki z kapitałem zagranicznym są złe, ale ich prezesi niekoniecznie. Nikt M.Morawieckiego do prezesowania nie zmuszał, co oznaczał ze -  z punktu widzenia PiS – sam i na ochotnika zgłosił się do czynienia ZŁA polskiej gospodarce oraz wysługiwania się zagranicznemu kapitałowi. Ach, co tam wysługiwania. Sam przedstawiał plany rozwojowy przed głównym akcjonariuszem, które w perspektywie miały dać głównemu inwestorowi satysfakcjonującą stopę zwrotu z inwestycji. Politycy PiS przymknęli też oko na to, iż M.Morawiecki wchodził w skład doradców ekonomicznych przy premierze Tusku.

Wg nomenklatury Krzysztofa Rybińskiego, M.Morawiecki to w zasadzie prawa ręką międzynarodowej kapitalistycznej banksterki. Ciekaw jestem jak M.Morawiecki ocenia politykę straszenia bankami Polaków przez PiS. Przyzna rację tym strachom, zaprzeczy, czy – wzorem polityków PiS – uda że nie słyszy lub nie zrozumiał pytania.

Oj, politycy PiS mają chyba wiele do wyjaśnienia opinii publicznej.

Oczywiście osoba M.Morawieckiego w gronie ministerialnym nadmiernym zaskoczeniem być nie może.  M.Morawiecki miał już przygodę z polityką – wg doniesień medialnych – w barwach AWS. Znany tez jest z głoszenia ekonomicznych postulatów o zabarwieniu patriotycznym itp. co w kręgach prawicowych jest bardzo lubiane.

…kilka lat temu zdarzyło mi się komentować wypowiedzi obecnego ministra.

http://opinieekonomiczne.blox.pl/2009/04/Prezes-BZ-WBK-moglby-nas-traktowac-troche.html

Podatek od marketów? Nazywajmy rzeczy po imieniu.

marek_zelinski

Jestem zwolennikiem tego,  by – o ile to możliwe – nazywać rzeczy po imieniu.  Tzw. podatek od marketów wg pomysłu PiS ma dać nawet 3,5 mld zł rocznie.  Suma nie do pogardzenia dla ugrupowania, które sporo naobiecywało wyborcom. 500 zł na dziecko, powrót do poprzedniego wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku (to ostatnie wymuszone już przez TK) itd..

Podatek od marketów (posługuje się nazwą medialną pomysłu) jest przedstawiany jako forma kary finansowej dla sieci wielkopowierzchniowych za którymi stoi kapitał zagraniczny. Pomysłodawcy przyjęli powierzchnię, po przekroczeniu której (w uproszczeniu) płaci się podatek. To 250 m-kw. Wg pomysłodawców międzynarodowe sieci handlowe zaniżają jak się da podatek CIT. Niestety z opinii polityków PiS trudno wywnioskować czy zagraniczne sieci handlowe oszukują w Polsce na potęgę czy po prostu korzystają z możliwości dostępnych dla wszystkich podatników. Na dodatek podawany przez PiS podatek CIT płacony przez sieci jest wyraźnie niższy niż wskazują dane MF.

W dalszej części tekstu pozwolę sobie na kilka refleksji, które w efekcie dają nieco inne spojrzenie na inicjatywę polityków PiS. Zadeklaruje też od razu, że nie mam jakiegoś nad wyraz emocjonalnego stosunku do zagranicznych sieci handlowych. Po prostu są i korzystanie z nich jest wygodne w życiu codziennym. I tyle.

Działalność handlowa jest w Polsce poddana niezwykle silnej konkurencji przez co wynik netto na sprzedaży bez względu na koniunkturę jest niski.  Im większa firma, tym bardziej może sobie pozwolić na funkcjonowanie na niższych marżach. Wypracowany wynik i tak może być satysfakcjonujący, ponieważ działa tu efekt skali. Oczywiście transfer zysku, oprócz dywidend itp., może być dokonywany z wykorzystaniem i innych metod. Licencje, wykorzystywane programy komputerowe itd. Tylko że są to metody dozwolone przez prawo. Służby skarbowe poddają kontroli czy podatnik nie wykorzystuje tych furtek w sposób na i skalę nieuzasadnioną. Nie ma co ukrywać, że wymaga to dokładnych badań i doświadczeń tychże służb. Ponadto zanim się oskarży kogoś o malwersacje, to proponuję się dokształcić i zrozumieć jak działa firma handlowa, jak rozlicza się koszty, inwestycje itd.

Politycy PiS, i inni zwolennicy opodatkowania  zagranicznych sieci handlowych,  o tym nie wspominają, ale sieci te były przedmiotem zainteresowania służb skarbowych. Niestety nie wykryto nic szczególnego i nie udało się udowodnić masowego wyprowadzania zysków. To m.in. dlatego politycy PiS nie powołują się na żadne badania czy opinie, a jedynie stale rzucają oskarżenia pod adresem sieci handlowych.  Ten proceder trwa już chyba z dziesięć lat. Politycy PiS nie pokazali mediom, ani rzetelnych wyników analiz, które potwierdzałyby to rzekomo masowe zjawisko, ani  nie apelują jakoś specjalnie o nasłanie fali kontroli skarbowych na sieci handlowe. Politycy PiS nie kojarzą mi się też z jakimś propagowanym publicznie sposobem zaradzeniu wyprowadzaniu zysków. No bo skoro zyski są ukradkiem wyprowadzane, to trzeba mieć na to dowody i pomysły jak temu zapobiec.

Wbrew pozorom, nie tylko sieci handlowe wykazują niskie wyniki netto lub czasami wcale. Wg wyników MF za 2014 r, w na 465 tys. podatników CIT, jedynie 165 tys. wykazało wynik netto (podmioty podlegające CIT i z przewagą kapitału zagraniczne to wśród nich garstka). Pozostałe podmioty wykazały stratę lub ich dochody były wolne od podatku. Inaczej mówiąc, sieci handlowe korzystają z tych samych możliwości obniżania płacenia podatków co krajowe podmioty. Jeżeli korzystają z przepisów w sposób nieuzasadniony lub oszukują, to jest to naruszenie prawa podlegające karze. Ale jeśli tak jest, to dlaczego od dziesięciu lat politycy PiS nie przedstawili wiarygodnych danych z ryzykiem rozstrzygnięcia sporu przed sądem? Tego nie wie nikt. Swoją drogą analiza wyników finansowych polskich firm handlujących artkułami codziennego użytku (w tym żywności) tez nie szokuje. Po prostu jest to bardzo trudny rynek i niezwykle konkurencyjny. O tym ostatnim przekonały się również zagraniczne sieci handlowe, z których część w ostatnich latach wycofała się z Polski.

Operowanie tylko CITem z medialnej dyskusji wywołuje wrażenie, ze z sieci handlowych nie ma żadnego pożytku. Niezupełnie. A VAT? Dlaczego politycy nie prezentują pełnego zestawienia podatków dostarczanych do budżetu, a ograniczają się tylko do CIT?

Na tzw. logikę nie pasuje do rzeczywistości sugestia, że jak kapitał zagranicznych to nie płaci podatków. Akurat sieci handlowe wiele tego podatku nie dostarczają do budżetu, ale sektor finansowy w ogromny udziałem ‘niedobrego’ kapitału zagranicznego wpłaca podatku CIT niewiele mniej niż  przemysł przetwórczy. Jak widać schemat propagowany przez PiS, że ‘zagraniczny’ to zaraz oszust, byłby trudny do obrony. To dlatego politycy PiS podają wydolność podatkową kapitału zagranicznego ograniczoną do omawianego sektora i jednego podatku.

Warto pamiętać, że sukces zagranicznych sieci handlowych (przez co rozumiem ich popularność wyrażoną frekwencją klientów) nie miałby miejsca gdyby nie ….Polacy. Ogromny wybór i niskie ceny ściągają tłumy obywateli, a w wśród nich są też wyborcy PiS.

Ciekawie wygląda też temat ‘ugodzenia’ podatkiem. Formalnie jest mowa oopodatkowaniu zagranicznych sieci. Jednak w tym przypadku ostrze uderzenia trafi w dużym stopniu w klientów i dostawców sieci wielkopowierzchniowych. Zaryzykują twierdzenie, że co najmniej połowę podatku ostatecznie zapłacą klienci i dostawcy dóbr i usług dla marketów. Markety są miejscem robienia zakupów (oczywiście tam gdzie są) również ludności uboższej, więc pomysł PIS trafia pośrednio w tą grupę ludzi i o oni częściowo złożą się na pomysł PiS walki z kapitałem zagranicznym.

Pomysł podatku od marketów uzasadniany jest przeciwdziałaniem ekspansji sieci zagranicznych. Tymczasem markety wielkopowierzchniowe natknęły się już na barierę rozwoju. Ciężar rozwoju przesuwa się m.in. na sklepy średnie (osiedlowe), gdzie jest pole do rozwoju dla polskiego kapitału.

Generalnie, biorąc powyższe pod uwagę, podatek zaproponowany przez PiS nie jest jakoś specjalnie wyrafinowany ani  nie będzie się cechował jakąś specjalną celnością ugodzenia i skutecznością w rozumieniu przeciwdziałaniu praktykom które PiS piętnuje. Nie będzie oto też żadna kara, bo sieci handlowe przeniosą znaczną część kosztów podatku na dostawców i klientów. Ponadto podatek może się tylko przyczynić do szybszej ekspansji sieci zagranicznych w sektorze sklepów poniżej 250 m kw. Sieci nadal będą miały przewagę w dystrybucji, marce i marketingu.

Podatek obrotowy jaki chcą wprowadzić politycy PiS pod pozorem walki z dominacją kapitału zagranicznego jest tak naprawdę mało wyrafinowaną formą podatku pośredniego ograniczonego sektorowo. Jest niczym innym jak banalną dodatkową formą szukania pieniędzy potrzebnych na finansowanie obietnic wyborczych, czy jak kto woli – działalność państwa i wypełnianie jego funkcji wobec obywateli. Niestety pośrednio podatek dotknie osoby o niskich dochodach. Przyświecające mu (podatkowi) szczytne hasła są raczej sposobem na ukrycie prawdziwego celu.

Z punktu widzenia finansów publicznych, podatek (tzn. wpływy jaki ma dać) nie jest specjalnie potrzebny. W średnim terminie nie ma poważniejszych zagrożeń dla finansów publicznych, no może poza realizacją wyborczych obietnic. Te 3,5 mld zł wydaje się być marną kwotą w porównaniu z luką podatkową która w opinii polityków PiS jest kopalnią łatwo dostępnej kasy.

Krótko mówiąc podatek od marketów uderza w tą część społeczeństwa i przedsiębiorców, którym walka z marketami miała zaimponować. Po prostu sami sfinansujemy skutki walki. A wystarczyłoby uczciwie powiedzieć, ze nowy rząd szuka dodatkowych wpływów na transfer społeczny i nie dorabiać do tego ideologii walki z zagranicznymi kapitalistami. Z tej perspektywy dość zabawnie wygląda jeszcze niedawna krytyka PiS rządu PO-PSL za podniesienie VAT i pozyskanie kilku mld zł w ten sposób. Czy ma rozumieć, że PiS szumnie zmniejszy VAT (powrót do stawki 22%) by po cichu podebrać kasę nowym podatkiem obrotowym?

500 złoty na dziecko. Czyli jak się nie transferuje pieniędzy publicznych.

marek_zelinski

Pomysł PiS z 500 zł na dziecko, to kolejny przykład jak nie transferuje się publicznych pieniędzy. Nie mam nic przeciwko transferowaniu pieniędzy do rodzin gorzej uposażonych finansowo czy generalnie do ludzi o niskich wynagrodzenia czy wręcz braku środków do życia. Byleby pomoc była trafnie kierowana i miała pokrycie w budżetowych wpływach. Niestety specyfiką finansowych obietnic PiS w każdej kampanii wyborczej była i jest ich prostota i szczodrość oraz lekceważące podejście do finansów publicznych.

Do mediów przeniknęła garść informacji o słynnych już 500 zł na dziecko. Od pewnego czasu wiadomo, że nie na każde dziecko, co czasami w kampaniach wyborczych prezydenta i PiS umykało politykom tej partii. Po prostu czasami, dało się słyszeć „500 zł na dziecko…” i dalej zalegała cisza lub zmieniał się temat..

Pomysł PiS potwierdza, że politycy  do politycznej rywalizacji o elektorat angażują środki publiczne i bez skrupułów wydają je w sposób mało efektywny. Pomysł z 500 zł na dziecko, to idealny przykład. „Obiecaliśmy? I dajemy”, zdają się mówić politycy PiS rozdając nie swoje pieniądze. Pomysł PiS rodzi szereg pytań i wątpliwości.

Przedstawiciele PiS (w tym obecny prezydent), bardzo często mówili o biedzie w  Polsce, obejmującej szerokie kręgi społeczeństwa. Analiza polskiej biedy wskazuje, że dotyka ona osób w różnym wieku i sytuacji rodzinnej. PiS tymczasem ogromny transfer przekierowuje tylko na rodziny z dziećmi. Zaryzykuje twierdzenie, że ok. połowa biedniejszych Polaków nie zobaczy tych pieniędzy, bo albo nie ma dzieci, albo poszły „na swoje”, lub mają 18 i więcej lat (o warunku wieku poniżej). Przy tak potężnym transferze pieniędzy, wsparcie tylko części biednych jest zaskakujące i niezrozumiałe. Jednocześnie na drugie i kolejne dziecko (biedni dostaną też na pierwsze) po 500 z miesięcznie dostaną pozostali obywatele, czyli również tzw. bogaci i dobrze uposażeni. A to już jest moim zdaniem lekkomyślność.

Politycy PiS jakby nie zauważyli zmian jakie zaszły w uldze na dzieci w PiT. W końcu po kilku latach od ustanowienia tej ulgi odcięto możliwość korzystania jej tzw. bogatym (próg dochodowy) i pieniądze przekierowano na rodziny ze zbyt niskim dochodem (tzw. zasada złotówki za złotówkę). Politycy PiS najwyraźniej nie przerobili tej lekcji.

Pomoc ma dotyczyć dzieci maks. 17-letnich, co jest niezrozumiałym ograniczeniem wiekowym. Część przekazów medialnych inaczej formułuje ten warunek (że do ukończenia 17 lat trzeba złożyć wniosek).

Akcja 500 zł na dziecko nie jest niestety wkomponowana w inne regulacje i zasady przyznawania świadczeń, co mogłoby proces przyznawać uprościć i czynić tańszym. Przede wszystkim trzeba co roku zwrócić się o wsparcie, co może powodować iż część osób zapomni to zrobić. Jak rozumiem, może się to przyczynić to zmniejszenia kosztów dla budżetu. Jak w przypadku pomocy społecznej, trzeba udokumentować osiągane dochody. Nie jest jasne jak tak potężny zastrzyk pieniędzy dla niektórych rodzin odbije się na zasadach dotychczas kierowanej do rodzin biedniejszych pomocy.

Akcja 500 zł na dziecko przelewa potężne środki rodzicom  i daje w gotówce. Rodzice dostanę do ręki potężne środki praktycznie bez kontroli ich wykorzystania. Zapis o kontroli wykorzystania (czy środki nie są marnotrawione i wydawane niezgodnie z przeznaczeniem) jest ogólny i trudnoweryfikowalny, co czyni go iluzorycznym. Ustawa ma zawierać zapis o możliwości ograniczenia wypłacanych środków lub zamianie na wsparcie materialne.

Poziom kryterium dochodowego będzie podlegał ocenie po dwóch latach od wprowadzenia i ewentualnej zmianie decyzją rządu. I tu kusi zapytać polityków PiS dlaczego nie ma zapisu o zasadach waloryzacji w ustawie? W końcu wielokrotnie politycy PiS krytykowali rząd że niektóre parametry podatku PIT czy pomocy społecznej, są niezmieniane i korygowane doraźnie przez polityków w zależności od sytuacji budżetu. Czyżby zmienili poglądy?

Politycy PiS oceniają koszt roczny akcji nawet na 22 mld zł. dla porównania podam, że deficyt budżetowy na 2016 r. przewidziano na poziomie 46 mld (oczywiście bez ujęcia pomysłu PiS). Czym PiS sfinansuje akcje lub kosztem jakich wydatków, dokładnie nie wiadomo. Deklaracje zwiększenia ściągalność podatków w takiej skali trudno traktować poważnie.

Cóż…

Pomysł PiS to kosztowna akcja niebywale nieefektywnie kierowana i bez wkomponowania jej w obecne zasady wsparcia przez Państwo. Ogromny transfer pieniędzy niewiele pomaga polskiej biedzie. (zaletą jest wsparcie obszarów wiejskich). Beneficjenci mają dostać ogromne środki praktycznie bez kontroli ich wydatkowania. Wydawałoby się, że taka nonszalancja w kreowaniu publicznych transferów nie powinna się już zdarzać. A jednak….

Spór o „frankowiczów” i przypisywanie win.(cz.2.)

marek_zelinski

Być może jest to mało eleganckie, ale analizując problem kredytów „frankowych” nie sposób uciec od sytuacji finansowej „frankowiczów”. Zmierzam do tego, że to zasadnicza różnica czy mamy ewentualnie wesprzeć ludzi (rodziny) o niskim poziomie wykształcenia, niskiej świadomości ryzyka i żyjących na progu ubóstwa w pokoju z kuchnią, czy też dokładanie odwrotnie. Ponadto kredyty „frankowe” w niemałej części były przeznaczone na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowym bynajmniej niekoniecznie przeciętnych. Udostępnione mediom analizy wskazują (co nie jest zaskoczeniem), że kredyty „frankowe” koncentrują się w większych ośrodkach miejskich i były zaciągane głównie przez osoby młode i w wieku średnim. Wbrew rozpowszechnianym legendom, kredytów udzielano gosp. domowym w dobrej kondycji, co potwierdza odsetek kredytów ze stwierdzoną utratą wartości w grupie kredytów mieszkaniowych. Na koniec sierpnia  udział zagrożonych stanowił 3,4%. Skok obciążeń z powodu wzrostu kursu chf w styczniu 2015 nie spowodował pogorszenia jakości portfela. Jakość portfela się pogarsza, ale jest to trend kilkuletni zapoczątkowany na bardzo niskim pułapie kilka lat temu. Dla porównania podam, że ten sam wskaźnik dla kredytów konsumpcyjnych wynosił aż 12,1% na koniec sierpnia.

Kolejnym mitem jest twierdzenie, że klienci musieli brać kredyt w chf gdyż był to warunek otrzymania kredytu w ogóle i zakupu wymarzonego dachu nad głową. Jak wyżej wspomniałem, niski koszt kredytu „frankowego” dawał szansę na większy kredyt. Inaczej mówiąc, kredyt złotowy był dostępny, tylko że na niższą ( o ok. 30% - wartość uśredniona orientacyjna) kwotę. Idąc dalej, wielu z „frankowiczów” zapewne mogło wziąć kredyt w pln, ale na lokum oddalone nieco bardziej od wymarzonej dzielnicy lub mniejsze. W wydaniu górnośląskim (tu mieszkam), to trochę jak decyzja: nowe deweloperskie mieszkanie w Katowicach (na kredyt „frankowy”), czy z rynku wtórnego np. w Bytomiu (na kredyt złotowy).

Z całą pewnością z biegiem czasu „frankowicze” zdali sobie sprawę, że kredyt „frankowy” oznacza wystawienie się na poważne ryzyko kursowe. W 2015 już się zbuntowali. Warto jednak pamiętać, że w czasach kiedy wielu z nich korzystało z niskiego kursu i/lub niewielkiej jego zmienności, nie mieli do nikogo o nic pretensji i nie szukali pomocy u prawników by stwierdzić, że kredyt „frankowy” to nie kredyt, albo że banki zarabiają na spekulacji walutowej używając do tego kredytów „frankowych” (to jeden a bardziej niepoważnych zarzutów).

To nie jest tak, że w latach największej popularności kredytów „frankowych”, nie było wątpliwości czy je udzielać. Miała je część środowiska bankowego (część banków świadomie praktycznie nie skorzystała na „frankowym” boomie lub w małym stopniu) i makroekonomistów. Toczyły się dyskusje o wolność wyboru i narażania się na ryzyko na własną odpowiedzialność. Polska nie była zresztą wyjątkiem w tej części Europy jeśli chodzi o udzielanie kredytów opartych  walucie innej niż krajowa. Warto dodać, że i KNF zwracał uwagę na ryzyko kredytów walutowych. Czy „frankowicze” byli świadomi tych dyskusji? Nie wiem. Zapewne większość nie.

W przeciwieństwie do banków, które niwelowały ryzyko kursowe, równoważną pozycją po stronie pasywnej bilansu lub instrumentami zabezpieczającymi, „frankowicze” w zasadzie nie mieli i nie mają takiej możliwości. „Frankowicze” nie wspominają jednak, że mogli skorzystać z przewalutowania (opcja w każdej umowie). Zapewne część z nich powstrzymywała nadzieja na spadek kursu by dokonać przewalutowania przy niższym kapitale.

Jesteśmy niestety gdzie jesteśmy i pada pytanie czy mamy do czynienia z problemem społecznym. Moim zdaniem na chwilę obecną nie. O ile wzrost rat ograniczył konsumpcję części „frankowiczów” to jest to poziom daleki od zatrzymania popytu generowanego przez nich i popadnięcia w tarapaty finansowe przez – w uproszczeniu – klasę średnią lub aspirujących do takowej. Wg KNF nawet niewielkie przekroczenie kursu 5 pln za chf nie spowoduje istotnego załamania obsługi kredytów „frankoych”. Nie ma co jednak ukrywać, że dalszy wzrost kursu do poziomu 6 czy 7 pln za chf (na chwilę obecną są to wartości mało realne) to problem dla „małych” kilkuset tysięcy gospodarstw domowych i – z całą pewnością – sektora bankowego, a w konsekwencji również i gospodarki.

Przypadek „frankowiczów” pokazał nam,  że nie dysponujemy odpowiednim instrumentarium na rzecz kanalizowania napięć i rozdysponowania kosztów finansowych oddłużenia (dla dużej liczby gosp. domowych i o znacznym jednostkowym zadłużeniu) w trójkącie: „frankowicze” – sektor bankowy – państwo. Rozwiązania typu ustawa o upadłości konsumenckiej czy tzw. ustawa kryzysowa z 2009 r. kompletnie się do tego nie nadają. Brak odpowiedniego ustawodawstwa i skala rozczarowania wywołały zainteresowanie polityków, którzy postanowili problem rozwiązać.

Ze względu na brak miejsca nie będę się rozpisywał o propozycjach wsparcia dla „frankowiczów”. Moim zdaniem propozycja PO (przedwyborcza) może być uważana jako maks. możliwy kompromis między „frankowiczami” a bankami (słynne 50/50). Popracowałbym nad dokładniejszą selekcją uprawnionych do pomocy „frankowiczów”. Propozycja Związku Banków Polskich wydaje się nieco zachowawcza (wygodna dla sektora). Już zupełnie nie do przyjęcia jest propozycja prezydenta w okresu wyborów, który czasami wspominał o przeliczeniu „frankowiczów” wg kursu zaciągnięcia kredytu. Generalnie wadą większości proponowanych rozwiązań jest ich doraźność i koncentrowanie się na „frankowiczach”. Jedynie propozycja ZBP była dość kompleksowa. Nim jednak ponownie zabierzemy się do „karania” banków, proponuje wziąć pod uwagę, że obok „frankowiczów”, banki mają ratować SKOKi i być opodatkowane podatkiem bankowym. Wszystkiego obsłużyć się po prostu nie da. Nowy rząd będzie musiał wskazać swoje priorytety w tym zakresie.

A banki? O ile faktycznie nikt do brania kredytów „frankowych” nie zmuszał, to na pewno można z perspektywy czasu powiedzieć, że „chyba nie o to chodziło”. Ryzyko kursowe, przy ewentualnym dalszym wzroście kursu CHF, obróci się przeciwko bankom. Wnioski wyciągnięto i od kilku lat kredyty walutowe stanowią skromną część nowych kredytów mieszkaniowych, a obecnie już margines. Można jeszcze bankom kilka grzeszków dorzucić, ale proszę pamiętać, że „frankowicze” dobrowolnie zaciągali kredyty. Obok niskiej świadomości ryzyka walutowego, popularność kredytów „frankowych” brała się z ich niskiego kosztu. We wcale nie lepszej sytuacji są przedsiębiorcy, którym się nie powiodło i muszą spłacać zaciągnięte kredyty. Wartość kredytów dla przedsiębiorstw jest niemal dwa razy większa niż kredytów „frankowych”, a jakość ponad trzy razy gorsza. Upadek przedsiębiorstw czy ograniczenie produkcji to m.in. zwolnienia pracowników. Gdyby kierować się skalą problemu czy współczuciem, to w pierwszej kolejności powinniśmy pomagać przedsiębiorcom, a nie „frankowiczom”. Jak widać, nie jest to wszystko takie proste, co oczywiście nie oznacza że nie da się znaleźć rozwiązania (kompromisu).

Spór o „frankowiczów” i przypisywanie win. (cz.1.)

marek_zelinski

Sytuacja finansowa części tzw. „frankowiczów” i wypływające z niej zagrożenia, rodzą pytanie o to kto zawinił i jaką ewentualnie powinien ponieść karę, o ile w ogóle. Zapewniam, że w sporze o kredyty mieszkaniowe w walucie (lub indeksowane) nie jest to takie proste i jednoznaczne. Warto poznać nieco faktów i opinii zanim w oskarżeniach i żądaniach ta czy inna strona sporu posunie się za daleko. Zresztą…to już się stało.

Już tylko informacyjnie podam, że pozwolę sobie na określanie osób (gospodarstw domowych), które zaciągnęły kredyt mieszkaniowy w chf lub indeksowany, wspólnym mianem „frankowicze”, a kredyty – „frankowymi”. Bo tak naprawdę to czy ktoś wziął kredyt w chf czy indeksowany tą walutą, nie ma znaczenia z punktu widzenia ryzyka kursowego.

Każdemu kto chce zrozumieć genezę kredytów „frankowych” zalecałbym poznanie naszej historii gospodarczej przede wszystkim z lat 2000-2008. Najważniejsza fakty to: radykalny spadek polskich stóp procentowych na początku ubiegłej dekady, wejście do UE, dynamiczny wzrost gospodarczy zapoczątkowany pod koniec 2003 r i trwający do połowy 2008 r. W okresie 2007-2008 dynamika (po odjęciu inflacji) wynagrodzeń przekraczała niemal dwukrotnie średnią z okresu kilkunastu ostatnich lat. Mieliśmy poczucie, że świat jest u naszych stóp.

W I poł 2000 r. przeszliśmy na płynny kurs walutowy ustalany siłami rynku. Po osłabieniu złotego na przełomie 2003/2004 (niedowartościowanie złotego o ponad 10%; idealny moment do zaciągania kredytu walutowego), aż do III kw 2008 kursy walut w wyrażeniu złotowym stopniowo spadały. W krytycznym III kw 2008 złoty był przewartościowany przez rynek co najmniej o 15%. Inaczej mówiąc kurs był nazbyt niski, ale ustalony siłami rynkowymi. Przez niemal 5 lat kurs złotego spadł o 30%. Kurs chf spadł o – w zasadzie – taką samą wartość.  W takich warunkach trudno się dziwić, że zainteresowanie kredytami wyrażonymi w chf systematycznie rosło.

Popularność chf wynikała z bardzo niskiej stopy procentowej w tej walucie. Spadek kursu i opinia „bezpiecznej” waluty były dodatkowymi atutami. Niskie stopy procentowe powodowały, iż rata kredytu (kapitał + odsetki) była ok. 30% niższe od kredytu złotowego (o tej samej wartości w chwili zaciągnięcia; w przeliczeniu na pln; 250 tys. pln na 25 lat; raty annuitetowe). Z tej perspektywy, nawet zmienność kursowa, w tym w „niewłaściwą” stronę była do przełknięcia. A „niewłaściwa”  to oczywiście zmiana na kurs wyższy od tego z chwili zaciągnięcia kredytu. Dzisiaj wiemy już, że zmiany kursowe jakich doświadczyli „frankowicze” były dość bolesne dla domowych budżetów części z nich. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że zmiany kursu chf jakie nastąpiły od końca 2008 r. były niekorzystne przede wszystkim dla „frankowiczów” z 2008 r.  i częściowo z 2007.

By mieć punkty odniesienia do dalszych rozważań, podam wartości rat dla kredytów w pln i chf: zaciągniętych w marcu 2004 i w sierpniu 2008 r. (wartość i czas spłaty podałem wyżej). Dla „frankowiczów” to dwa skrajne okresy zaciągania kredytów. Na ten okres przypada przeważająca część aktywnych kredytów „frankowych”. W przypadku z 2014 r., dopiero w tym roku rata kredytowa „frankowiczów” jest  na poziomie rat kredytu w pln. Koszt kredytu dla tej grupy „frankowiczów” okazał się po ponad 10 latach o 29% tańszy w porównaniu z kredytem w pln. Kapitał do spłaty (na chwilę obecną) wyrażony w pln  jest raptem większy o kilkanaście procent w porównaniu z kredytem w pln.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w drugim przypadku (kredyt „frankowy” zaciągnięty w 2008 r,). Jeszcze w II poł 2010 „frankowicze” płacili o 100 pln więcej miesięcznie niż posiadacze kredytów złotowych. W kolejnych latach różnica rosła w różnym tempie by w 2015 sięgnąć 650 pln (!). Do chwili obecnej koszt obsługi kredytu był większy o 18% od kredytu w PLN. Gdyby kurs pozostał bez zmian w kolejnych latach, to koszt może być ostatecznie nawet o niemal 40% większy od kredytu w PLN (czyli nawet o 120 tys. pln). Najgorsze jest jednak to, że kapitał do spłaty (wyrażony w pln), mimo upływu lat, jest obecnie ponad 1,5 raza większy od posiadaczy kredytu złotowego zaciągniętego w tym samym okresie.

Podane dwa skrajne przykłady pokazują, że sytuacja „frankowiczów” jest bardzo zróżnicowana. Rozczarowani zapewne są ci którzy zaciągnęli kredyt w 2008 i częściowo w 2007 r. To może dawać nawet ponad 40% „frankowiczów” z ok. 550 tys. zadłużonych w tej walucie. Pytanie: od jakiego poziomu kursu (mowa o wzroście) ich złość jest uzasadniona, o ile w ogóle można tak postawić pytanie

Trzeba pamiętać, że kredyty „frankowe” są narażone na ryzyko zmienności waluty bazowej (w naszym przypadku chf), o czym jak rozumiem kredytobiorcy wiedzieli (tzn. teoretycznie powinni). Analiza zmienności kursów kilku czołowych europejskich i światowych walut względem siebie wskazuje dla okresów 7-letnich z okresu od 1980 (bo… od 2008 do 2015 też upłynęło 7 lat) wskazuje, że w 95% przypadków zmiana kursu nie przekraczała 60%. Podobne wskazania daje analiza kursów pln do usd, eur i chf z kilku lat poprzedzających szczyt zainteresowania kredytem „frankowym”, czyli w latach II poł 2007-2008. Przypomnę, że „frankowicze” z III kw 2008 doświadczyli 100% wzrostu kursu w okresie 2008-2015 (z 2 pln za chf do niemal 4 obecnie). Oznacza to, że „frankowicze” mogą się – teoretycznie -  bronić iż skok kursu do 4 pln miał jedynie kilkuprocentowe prawdopodobieństwo realizacji. Pytanie jednak, czy jest to zasadna linia obrony. Jeszcze w ubiegłym roku przy kursie zbliżonym do 3,5 pln za chf, „frankowicze”  z 2008 „mieścili” się w przedziale zmienności. Skok kursu do 4 pln za chf, spowodował wzrost kosztów obsługi kredytu o dodatkowe ok. 150 zł w 2015 r.).

Nas to chyba nic nie pokona, ani nie zatrzyma. Polski eksport.

marek_zelinski

2015_10_17_CA_do_PKB

Nas to chyba nic nie pokona, chciałoby się powiedzieć kiedy patrzy  się na wyniki wymiany handlowej. Eksport rośnie nieprzerwanie. Roczna dynamika eksportu na poziomie 7% to wynik, który powinien cieszyć. Tym bardziej, że ograniczenie dostępu do synku rosyjskiego i konflikt na Ukrainie budziły poważne obawy o kierunek wschodni naszego eksportu. Były poważne obawy o to co z towarami dla których rynek wschodni został zamknięty lub ograniczony. Co gorsza nie tylko polskim firmom ograniczono dostęp do rynków wschodnich. Rynek krajowy nie był w stanie wszystkiego wchłonąć, a do ulokowania swoich towarów na rynku UE ubiegali się również producenci z innych krajów, których embargo rosyjskie, i inne geopolityczne zmiany na wschodzie, dotknęły. A tymczasem...? A tymczasem polscy przedsiębiorcy nie przestają zaskakiwać i zadziwiać.

Rynek wschodni to taka wieczna niezrealizowana nadzieja polskich eksporterów. Zawsze się mówiło, że byłe kraje ZSRR to kiedyś będzie wielki zasysacz wszelakich polskich towarów. Od produktów rolniczych po skomplikowane maszyny. Problemem stale były przeszkody stawiane przez Rosjan czy zaburzenia ekonomiczne i polityczne, które zawsze skutkują ograniczeniem wymiany handlowej. Nie ma też co ukrywać, że siła nabywcza Rosjan, Ukraińców czy Białorusinów jest daleko mniejsza od tejże u mieszkańców Europy Zachodniej. Jeszcze w latach 90-tych udział krajów Europy Wschodniej przekraczał w naszym eksporcie 20%. Teraz jest to już tylko 6%. Gdyby nie geopolityczne problemy, to udział sięgałby być może i 10%. Reorientacja eksportowa polskiej gospodarki, wejście do UE i geopolityczne problemy na wschodzie doprowadziły do silnego uniezależnienia się polskiego eksportu od kierunku wschodniego.

Rosyjskie embargo i ukraińskie problemy spowodowały nominalny spadek wartości eksportu na ‘kierunek wschodni’ o 35% (porównanie I-VII 2013 i I-VII 2015). I wygląda na to, że nadal tracimy ten kierunek, bo dynamika spadku eksportu wprawdzie słabnie, ale bardzo powoli. Obecnie jest ok. 20%.

Trzeba jednak przyznać, że nasi eksporterzy wykazali znaczną elastyczność. Część eksportu udało się ulokować na rynku krajowym (sam bije życiowe rekordy konsumpcji jabłek), w resztę w takiej czy innej postaci skierowano w przeciwnym kierunku (i nie tylko). Oczywiście nie było to łatwe. Niejednokrotnie producenci musieli dokonać zmian w asortymencie eksportowym lub dokonać zmiany skali przetworzenia produktu. Szukano też nowych odbiorców i nowych rynków. Akcja okazała się skuteczna, bo aż do I kw tego roku udało się utrzymać dodatnią dynamikę eksportu towarów z grupy: żywność i zwierzęta żywe. Dopiero w ostatnich miesiącach roczna dynamika eksportu tej grupy towarów jest minimalnie ujemna.

Generalnie utrzymanie dodatniej dynamiki eksportu to sukces polskiej gospodarki świadczący o tym, że – wbrew powszechnym narzekaniom – polscy przedsiębiorcy są innowacyjni i nie boją się konkurencji.

Warto jednak zwrócić uwagę na ograniczenia jakie widać powoli na horyzoncie. Polski eksport przekroczył powoli wartość 40% w relacji do PKB. To ogromny sukces, bo – jak na standardy krajów UE – jest to relatywnie wysoka wartość. Dalszy wzrost udziału eksportu w relacji do PKB będzie coraz trudniejszy i być może wkrótce już samo utrzymanie eksportu powyżej tej wartości  będzie ogromnym sukcesem. Być może też przez najbliższe lata wysoką pozycję na rynkach zagranicznych zapewni nam jakość produktu i obsługi, ale z biegiem czasu będziemy musieli przechodzić w innowacyjność i jakość oraz produkty o coraz wyższym stopniu przetworzenia. Nie mam wątpliwości że się nam to uda, bo polskie firmy udowodniły że potrafią sprostać wyzwaniom.

Sukces polskiej gospodarki to nie tylko eksport. Bilans (rocznych) obrotów bieżących do PKB zmniejszył się już do -0,5%. Mało kto już dzisiaj pamięta, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat, wartość ta wahała się w przedziale -6% do -3% i była najczęściej spowodowana deficytem obrotów handlowych. Proponuję nie przywiązywać się zanadto do tak niskiej wartości def. obrotów bieżących oraz handlowych. Utrzymywanie stale wzrostowej dynamiki eksportu będzie powoli coraz trudniejsze, a nic nie wskazuje na to byśmy mieli (gospodarstwa domowe i podmioty gospodarcze) zmniejszyć zapotrzebowanie w krótkiej i średniej perspektywie na dobra i usługi zagranicznych. Tak więc deficyt handlowych (a co za tym idzie i bieżących) jeszcze długo będzie stałym elementem polskiej makroekonomicznej rzeczywistości i to w stopniu nieco większym od obecnego.

Jedna stawka VAT czy zróżnicowana?

marek_zelinski

Niemal w każdych wyborach pojawia się partia, która w programie gospodarczym deklaruje, że chce zrównać stawki VAT . Na ogół proponują to politycy/partie o poglądach liberalnych lub zbliżonych. Tym razem, w tej kampanii wyborczej, rola ta przypadła Ryszardowi Petru i jego Nowoczesnej. Celem zrównania VAT ma być prostota podatku, jego obniżenie, redukcja szarej strefy wykorzystującej różnice stawek itd.

Może i nie komentowałbym tego punktu programy gospodarczego Nowoczesnej gdyby nie lekka prowokacja, jakiej można się było spodziewać. Hanna Gill-Piątek startująca z listy Zjednoczonej Lewicy, „zaczepiła” Ryszarda Petru.  H.Gill-Piątek przedstawiła na facebooku wydruk z kasy sklepowej po porannych zakupach. Dominowały produkty obłożone niższymi stawkami VAT (5-8%). To miało dać do myślenia R.Petru co się stanie gdy stawki VAT zostają ujednolicone na poziomie 16%.

To charakterystyczne zestawienie dwóch światów. Lewicowego z troską o najuboższych i wolnorynkowego, gdzie same uproszczenie podatków pomoże przedsiębiorcom, a ci zwiększą zatrudnienie itd. Żadnej z tych osób nie odmawiam autentycznej troski o obywateli. Z całą pewnością Ryszardowi Petru, najubożsi nie są również obojętni. 

Przyznam, że trochę Ryszarda Petru nie rozumiem. Wprowadzenie jednej stawki VAT wydaje mi się mało realne i niekoniecznie potrzebne. Bynajmniej nie tylko dlatego, że Nowoczesna  jeśli wejdźcie do Sejmu to raczej z wynikiem nie przekraczającym 10%. Odnoszę wrażenie, że R.Petru szukał idei, hasła, które pozwoli wyróżnić program jego ugrupowania, a jednocześnie będzie elementem charakterystycznym wolnorynkowego (liberalnego) programu. Tylko, że hasło wydaje się być nieco zużyte i wątpliwe co do słuszności. Wątpię czy warto o jedną stawkę VAT kruszyć kopie. 

Niemal zawsze, gdy mowa o jednej stawce VAT, to jej poziom jest ustalony na poziomie stawki efektywnej (co roku podaje ją MinFin) lub zbliżonej. Operacja więc byłaby prawie neutralna, z punktu widzenia wpływów budżetowych. Ewentualne odchylenia na plus czy minus to kilka mld zł. Im większe odchylenia na minus dla budżetu (a z korzyścią dla obywateli), tym bardziej trzeba je przynajmniej częściowo rekompensować innymi wpływami. 

Zróżnicowanie stawek VAT nie jest tylko wynikiem przypadkowych procesów i populistycznych działań polityków. W dużym stopniu daje się to uzasadnić. Niższe stawki VAT  obejmuję część produkcji  i przetwarzania produktów rolnych . Szczególnie dotyczy to podstawowych produktów żywnościowych. Do tego można dołożyć usługi za zakresu służby zdrowia. To bynajmniej nie koniec listy. Mamy to do czynienia z celem społecznym, by niezbędne do życia produkty i usługi były dostępne dla ludności uboższej, wśród której wydatki na żywność stanowią relatywnie większą pozycję w wydatkach.  Przy okazji państwo wspiera sektor rolno-spożywczy. Wadą takiego rozwiązania jest fakt, iż korzystają z tego wszyscy, czyli i obywatele niepotrzebujący takiego wsparcia.

Zróżnicowanie stawek VAT wynika również z przemian ekonomicznych kraju i doraźnych zmian w VAT. VAT to jedno z kilku głównych źródeł wpływów budżetowych. Stąd stawki i zasięg podatku musza uwzględniać cele społeczne, branżowe i makroekonomiczne. Dobrym przykładem tych ostatnich jest podwyżka podstawowej stawki do 23%. Wynikała z konieczności dostarczenia wpływów by łatać dziurę w finansach publicznych po 2008 roku.  Jednocześnie obniżono stawki na niektóre produkty usługi wrażliwe społecznie. Efekt? Powiększyła się luka między stawką podstawową (maksymalną) i stawkami obniżonymi. Starając się zrozumieć przyczyny zróżnicowania stawek, należy pamiętać o naciskach (czasami uzasadnionych) poszczególnych branż, ich zróżnicowaniu działalności i konkurencyjności polskich wyrobów.  Dlatego też mocno wątpię by po ewentualnym zrównaniu VAT udało się utrzymać jednolitą stawkę w dłuższym okresie. I to bynajmniej nie tylko z powodów populistycznych działań polityków.

Podniesieni stawki VAT do 16% faktycznie mogłoby być sporym wyzwaniem dla uboższej części społeczeństwa. Taki ruch musiałby być poprzedzony radykalną zmianą w transferach szeroko rozumianej pomocy społecznej  i zapewne skoordynowany ze zmianą w innych podatkach by chociaż częściowo zrekompensować wzrost VAT.

Ale są i zalety jednej stawki. Obok samej prostoty i zmniejszenia szarej strefy, spadłyby ceny wielu dóbr i usług. O ile? I to jest zagadka, bo zapewne podmioty gospodarcze starałyby się utrzymać wcześniejsze ceny by przejąć korzyści z tytułu obniżonych stawek.

Jak widać jedna stawka VAT, choć kusząca, wydaje się mało realna we wprowadzeniu. Sugerowałbym raczej zmniejszenie liczby stawek i zmniejszenie różnicy między nimi. To i tak już byłby duży krok do przodu. Na redukcję szarej strefy są inne sposoby.

A całą pewnością warto raz w roku wracać do dyskusji o stawkach podatku VAT. Niskie stawki VAT to czołowe źródło ulg w polskim systemie podatkowym, a co za tym idzie, utraty wpływów budżetowych. Nad uzasadnieniem i skalą niektórych z nich powinno się dyskutować. Można też stopniowo redukować zakres „działania” niskich stawek oraz jednocześnie dokonywać zmian w PIT i zasadach wsparcia osób najuboższych. Sądzę, że to pozwoliłoby na obniżenie stawki maksymalnej.

Granie emerytalnym wiekiem. Prezydent przedstawił projekt zmian.

marek_zelinski

Miałem nadzieję, że prezydent oszczędzi nam wprowadzania do kampanii wyborczej tematu wieku emerytalnego w sposób jaki zaprezentował w ostatnich tygodniach. Szkoda, że stało się inaczej. Argument, że spełnia wyborcze obietnice jest niepoważny. Bo prezydent jest od podejmowania racjonalnych decyzji, a nie od  spełniania obietnic których nikt mu nie kazał składać. Prezydent sam tak  naprawdę tychże obietnic nie traktuje poważnie, co wykażę poniżej. Polityczna zabawa lada chwila może się odbić na wizerunku Polski na rynkach finansowych. Prezydent osobiście może rynkiem finansowym nawet i gardzić, ale wraz z innymi obywatelami będzie pokrywał wyższy koszt nowo emitowanych obligacji, jeśli w porę nie przerwie zabawy.

Nie ma sensu przypominać dlaczego wiek wydłużono i że system emerytalny jest powiązany z finansami publicznymi na zasadzie naczyń połączonych. Tabele demograficzne i prognozy są łatwo dostępne (m.in. na stronie GUS). Możliwość skrócenia wieku przejścia na emeryturę oznacza mniejszą emeryturę oraz zwiększenie liczby osób które będą musiały otrzymać tzw. emeryturę gwarantowaną. Sugerowanie, że każdy będzie mógł dalej pracować, a obniżenie wieku to tylko możliwość zakończenia aktywności zawodowej, jest dość pokrętnym tłumaczeniem ze strony prezydenta. Nie jest tajemnicą, że dominująca część obywateli przechodzi i przechodziła na emerytury z chwilą zyskiwania uprawnień. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach miało się to zmienić. Warto tez pamiętać, że pracodawcy nierzadko sami sugerują odejście z pracy, jeśli zbliża się wiek emerytalny pracownika.

Pozostawmy jednak na boku rozważania finansowe i o odpowiedzialności za kraj. Proponuje zwrócić uwagę na kilka innych aspektów wywoływanego przez prezydenta problemu emerytalnego wieku.

Prezydent w uporem podrzuca temat wieku emerytalnego w imieniu obywateli. Czy ktoś zna osobiste zdanie prezydenta o systemie emerytalnym? Raczej nie. Prezydent ciągle wspomina o wypełnianiu wyborczych obietnic, które są efektem oczekiwań społecznych wyrażonych w kampanii wyborczej. To, że prezydent z biegiem czasu sam je podsycał, to inna rzecz. Tak naprawdę prezydent zdaje się znać skutki swojej zmiany (niższe emerytury), ale przyjął wygodną postawę biernej reprezentacji ludu. Proszę zwrócić uwagę, że prezydent unika deklarowania utożsamiania się z pomysłem. To coś w stylu, Skoro obywatele się upierają, to proszę bardzo. Rozumiem, że skutki znają…. Moim zdaniem wyborcy prezydenta A.Dudy powinni stawiać pytanie czy prezydent zgadza się z ich postulatem i czy mógłby przedstawić wady i zalety obniżenia wieku emerytalnego. Ale wyborcy tego pytania nie zadadzą, no bo kto ich w tej chwili reprezentuje. Kiedy za lat ileś tam, dotrze do ludzi że takie rozwiązanie (wczorajsze propozycje prezydenta) wcale nie jest dobre i rodzi wiele zagrożeń, to prezydent zawsze będzie mógł powiedzieć, iż tylko realizował wyborcze oczekiwania obywateli i że nie do niego należy kierować pretensje. Osobiście uważam, że prezydent jest urzędnikiem państwowych i równie jak rząd odpowiedzialnym za stan finansów państwa, ale jak widać tym się z prezydentem różnimy. Szkoda.

Z działań prezydenta widać, że stara się tą inicjatywę (wiek emerytalny) sam powoli unicestwić i wykorzystać politycznie dla swojej macierzystej partii na ile to możliwe. Zwolennikom prezydenta proponuje zwrócić uwagę na sekwencje działań. Jeżeli prezydent chciał przedstawić propozycję zmian ustawowych, to – jak rozumiem – referendum m.in. w sprawie wieku emerytalnego nie miało żadnego znaczenia. Inicjatywa referendalna była tylko graniem na czas. Brak uzasadnienia dla finansowych skutków ewentualnego masowego poparcia referendalnego pytania dot. wieku emerytalnego było tylko zachętą dla senatorów by odrzucili inicjatywę referendalną.

Propozycja zmian przepisów emerytalnych jaką zaproponował prezydent jest dość banalna. Brak tu jakiejkolwiek finezji i pomysłu. Widać, ze prezydent i jego doradcy za wiele się nie namęczyli nad projektem. Dlaczego tak banalnie prostej propozycji zmiany prezydent nie złożył zaraz po rozpoczęciu urzędowania? O to m.in. powinni pytać prezydenta jego wyborcy. A szczególnie ci z nich, którzy chcieli obniżenia wieku emerytalnego. Ja jestem przekonany, ze prezydent wcale się z tą zmianą nie śpieszy. Robienie tuż przed końcem kadencji Sejmu tzw. wrzutki, to żart ze swoich wyborców. Prezydent wiedział, że jego projektem nikt się już w tej kadencji Sejmu nie zajmie. Uwaga prezydenta, iż posłowie udowadniali już nie raz, że potrafią błyskawicznie procesować przedkładane zmiany jest wręcz arogancka.

Skandal z błędem rachunkowym w uzasadnieniu projektu zmiany tylko potwierdza, że do tej pory ani prezydent ani jego otoczenie nie pochylili się nad poważną analizą systemu emerytalnego i  skutków zmian. Takie wyliczenia powinni mieć od dawna politycy lub eksperckie zaplecze PiS oraz obecni doradcy prezydenta. Gdyby grupa ludzi faktycznie monitorowała nasz system emerytalnym i pracowała nad symulacjami skutków zmian na potrzeby prezydenta, to błąd rachunkowy zostałby z łatwością wychwycony już na tzw. pierwszy rzut oka.

Rzekomemu wsparciu prezydenta dla obniżenia emerytalnego wieku nie pomaga unikanie jakiejkolwiek dyskusji ws. emerytur i propozycji zmian. Prezydent i jego otoczenia nie podejmuje w mediach dyskusji, pokrętnie odpowiadają na pytania dziennikarzy. Prezydent zdaje się udawać, ze nie widzi i nie słyszy rzesz ludzi, którzy rzucają w przestrzeń medialną szereg ważnych pytań i oczekują odpowiedzi. Jedyną odpowiedzią jest tłumaczenie się wypełnianiem obietnic wyborczych wynikających z woli obywateli. I tak w kółko. A przecież prezydent deklarował się w okresie wyborów jako człowiek dialogu i kontaktu z różnymi środowiskami na rzecz rozwiązywania konfliktów. Już o tym zapomniał? Wbrew pozorom jest o czym dyskutować, bo być może w kolejnych latach będziemy musieli dokonywać drobnych korekt zapisów emerytalnych ustaw. Tymczasem gdyby prezydenckie propozycje weszły w życie, to za kilka lat zmuszeni bylibyśmy do dyskusji nie nad korektami, ale nad poważnym ograniczeniem zmian proponowanych teraz przez prezydenta.

A inflacja swoje.

marek_zelinski

2015_09_16_infkacja

Z ujemną inflacją mamy do czynienia od lipca ubiegłego roku. To już czternaście miesięcy. Jeszcze w ubiegłym roku byłem mocno przekonany, że ujemna inflacja to będzie epizod przypadający tylko na 2014 r. Niemniej zarówno nasze jak i widoczne w UE trendy cenowe wskazują, że w zimie powinniśmy ujemną inflację pożegnać. Proces ten będzie przechodził jednak bardzo łagodnie.

Gdybym miał w skrócie wskazać głównego winnego ujemnej inflacji, to byłyby to spadające ceny na rynkach surowcowych. Spadały ceny surowców i przetworów rolnych oraz surowce przemysłowe. Wśród tych ostatnich cena ropy naftowej. Cena ropa BRENT spadła o ponad 50% w ciągu minionych kilkunastu miesięcy. Gaz ziemny o 30%. Takiej korekty surowcowej nie było już dawno i to pomimo nie najgorszego w końcu tempa wzrostu światowego PKB. Nieczęsto też tak szerokie (tzn. dotyczące różnych towarów) występują w jednym okresie. O ostatnich miesiącach wydaje się iż widać powolne wyhamowywanie tempa spadków na wielu surowcach i przetworach.

Ujemnej inflacji nie zatrzymał popyt wewnętrzny, w końcu nie taki skromny, bo o dynamice nieco przekraczającej 3% rocznie w ostatnich kwartałach. Trudniej natomiast ocenić rolę kursu walutowego. O ile w latach poprzednich kurs złotego potrafił w istotny sposób przyczynić się do wahań inflacji, to w latach 2014-15 jego rola wydaje się być znacznie skromniejsza. W 2014 niewielka aprecjacja złotego (zmian kursu yoy dla ułatwienia porównania z inflacją) jest mocno skorelowana z powolnym przejściem inflacji z dodatniej w ujemną. W ostatnich miesiącach ubiegłego roku złoty rozpoczął skromny trend deprecjacyjny, widoczny do chwili obecnej. Ta zmiana trendu przyczyniła się do osłabienia narastania ujemnej inflacji i jej późniejszego (obecny rok) łagodzenia z kilkumiesięcznym poślizgiem. Trzeba jednak zauważyć, że ewentualny wpływ osłabienia złotego nałożył się w tym roku na wyhamowywanie cen na rynku surowców i przetworów rolnych i przemysłowych.

Okres ujemnej inflacji w Polsce jest cztery razy dłuższy niż w UE. W UE ujemna inflacja (w rozumieniu wskaźnika rocznego) występowała od grudnia 2014 do marca 2015. Oczywiście poszczególne kraje członkowskie cechowało ogromne zróżnicowanie. To nic nowego. Polska gospodarka cechuje się pewną bezwładnością inflacyjną (nie tylko). Kiedy kraje strefy euro odnotowała szczyt inflacji na przełomie 2011/12 na poziomie 3%, to my mieliśmy przez kilka miesięcy inflację w przedziale 4%-5%. Kiedy zaś w styczniu 2015 strefa euro odnotowała inflację na poziomie minus 0,5%, my w miesiącach I kw 2015 odnotowywaliśmy roczny wskaźnik na poziomie średnim minus 1,5%.

Powyższe zjawiska, przedstawione w telegraficznym skrócie, miały swoje przełożenie na zmiany cenowe dóbr w polskim koszyku inflacyjnym w minionym roku (12 miesięcy) i obecnie. Inflacje poniżej zera trzymała żywność, koszty mieszkania oraz szeroko rozumiane koszty energii (np. cena benzyny). Trend spadku cen koszyka żywnościowego (udział ponad 24% w koszyku inflacyjnym) wyraźnie się kończy co widać po danych za sierpień. Zadział w tym przypadku wprawdzie częściowo efekt bazy, ale powoli zetkniemy się ze skutkami suszy w Polsce. Wprawdzie wg ekspertów jej skutków nie należy przeceniać, ale na pewno część producentów przytrzyma część swoich zbiorów w nadzieją na korzystniejsze ceny. W okresie kilku i nawet kilkunastu miesięcy odnotowaliśmy skromne podwyżki kosztów eksploatacji mieszkań, usług zdrowotnych czy pozycji „restauracje i hotele” oraz „pozostałych towarów i usług”. Te pozycje zazwyczaj „nie lubią” hamowania wzrostu cen i są dość podatne na wzrost kosztów. Tymczasem kosztów długo w ryzach utrzymać się nie da i stojący za tymi sektorami i działami gospodarki przedsiębiorcy zaczną testować naszą akceptację do podniesienia cen.

Najnowsze wyniki inflacji (za sierpień) potwierdzają, że powoli kończy się deflacja w Polsce. Zachodzące procesy gospodarcze w Polsce i Europie oraz zmiany cen surowców (mowa o prognozach) nie wskazują by należało się obawiać w krótkim terminie ostrego wzrostu inflacji w Polsce. Dla krajowego rynku finansowego najnowsze dane GUS nie stanowią jakiegoś zaskoczenia, stąd i nie należy oczekiwać poważniejszych zmian stawek FRA w najbliższych tygodniach.

Pomysł prezydenta A.Dudy na emerytury. Odpowiedż dla czytelnika.

marek_zelinski

Po publikacji tekstu o pomyśle obecnego prezydenta dot. obniżenia wieku emerytalnego (poprzedni wpis), pojawił się jeden komentarz. Nie zgadzam się z wieloma zawartymi w nim ocenami, ale rozumiem powód jaki motywował komentatora. Poniżej moja odpowiedź.

Co do zasady nasz system emerytalny jest oparty na banalnej oraz prostej (i okrutnej zarazem) zasadzie: nasza emerytura jest wynikiem nagromadzonych składek. Obawiam się, ze uwagi o klasie próżniaczej, w odniesieniu do systemu emerytalnego, wskazują iż Pan nie w pełni orientuje się w zasadach działania naszego systemu emerytalnego. Jedynymi uprzywilejowanymi są przedstawiciele kilku grup zawodowych, z których niektóre mają po prostu preferencje polityczne. Akurat tych grup prezydent Duda ruszyć nie chce, ani jego macierzysta partia. Pan i ja dopłacamy do ich emerytur z podatków, w stopniu grubo większym niż jest to uzasadnione.

Hasło o powrocie do 60 nie jest demagogią. Przed wprowadzeniem nowych zasad odnośnie wieku, było 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Prezydent Duda w kampanii wyborczej ewidentnie używał określenia o powrocie do poprzedniego wieku emerytalnego (chodziło o wiek podstawowy przejścia na emeryturę). Tą informację znajdzie Pan na aktywnej wciąż stronie internetowej prezydenta Dudy z czasów kampanii. Inna rzecz, co mam nadzieję Pan wychwycił w kampanii, że A.Duda zmieniał deklarację co do wieku. Raz mówił że chce powrócić do poprzedniego, a innym razem że cofnąć (ale o ile , tego obecny prezydent nie precyzował). By utrudnić rozliczanie obietnic, bodaj nigdy nie używał liczb (czyli wieku). A.Duda doskonale zdaje sobie sprawę z niemożliwości spełnienia swojej obietnicy. Od zakończenia kampanii, tematu unika lub go rozmywa. To samo robi jego otoczenie i macierzysta partia.

Prezydent nie lansuje powrotu do 65 lat. Po prostu nadal unika podania dokładnie o jaki wiek chodzi. 65 lat to już Pana interpretacja. Taką też informację podają media, ale na zasadzie „informacji z otoczenia prezydenta”. Nikt pod nazwiskiem nie chce tego potwierdzić.

Proszę też zauważyć, że w referendalnym pytaniu o wiek emerytalny, prezydent rzekomo przekazał pytania tzw. strony społecznej. Otóż NSZZ Solidarność chciał powrotu do poprzedniego wieku 60/65. Tymczasem w pytaniu referendalnym, za zgodą Solidarności dokonano manipulacji. W pytaniu referendalnym nie było mowy o jaki wiek chodzi i wstawiono informację o stażu.

Czy zauważył Pan, że Solidarność nie protestowała i że rzecznik tejże przyznał, że przy powrocie do 60/65 już się nie upierają? Rzecznik Solidarności znalazł sobie teraz jako wytłumaczenie orzeczenie Trybunały Konstytucyjnego w sprawie wieku emerytalnego. Trybunał wypowiedział w tej sprawie dawno temu. Dlaczego rzecznik Solidarności dopiero teraz powołuje się na ten wyrok, jest jego słodką tajemnicą. Cicha zgoda Solidarności na modyfikację pierwotnego pytania Solidarności jest zaskakująca. Swoją drogą zachęcam do lektury wyroku TK, ponieważ zwolennicy obniżenia wieku próbując częściowo wycofać się z deklaracji, manipulują jego treścią.

Tak naprawdę, to nikt nie wie, co lansuje Prezydent poza słowem „obniżenie”. Od rozpoczęcia kampanii prezydenckiej do chwili obecnej, prezydent nie przedstawił nawet zarysu swojej wizji, o ile jakaś wizja w ogóle istnieje. Obawiam się, że ta wizja jest teraz na siłę wymyślana przez doradców. Nikt do chwili obecnej nie był w stanie wymusić na obecnym prezydencie jakichkolwiek informacji o jego wizji. Jakiekolwiek próby kończyły się złością prezydenta lub jego otoczenia.

Gdyby Pan przeczytał mój tekst bez uprzedzeń, zauważyłby Pan, że być może nawet się zgadzamy w niektórych sprawach. Przynajmniej częściowo. Otóż masowe obniżenie wieku byłoby błędem i niedorzecznością na koszt podatników. Chodzi o to, by pomóc ludziom, którzy będą mieli problem z utrzymaniem się na rynku pracy do 67 roku życia. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że w tym zakresie będziemy musieli modyfikować około-emerytalne ustawodawstwo. I właśnie dlatego nie można masowo obniżać wieku wszystkim. Konsekwencje pomysłu A.Dudy były wyliczone i podane do wiadomości publicznej przez wielu komentatorów. Proszę mi podać szacunki prezydenta A.Dudy dotyczące skutków zmiany sugerowanej przez prezydenta. Jak się coś – jak Pan to ujął – lansuje, to trzeba tez znać wyliczenia, by wiedzieć jakie są granice tego lansowania.

Możemy sobie formalnie w Polsce modyfikować system emerytalny jak chcemy. Łącznie z obniżaniem wieku. Tylko, tak naprawdę wszystko sprowadza się do dyskusji czy Pan i ja, oraz reszta obywateli, płacimy daninę w postaci składki ZUS czy podatków, by pokryć deficyt systemu emerytalno-rentowego. Prezydent Duda unikał i unika podania tej informacji. Stąd wielu obywateli wierzy, że wysokość emerytury jest niezależna od wieku i wielkości składek i że finanse publiczne to jakiś wielki worek pieniędzy bez dna.

Z punktu widzenia naszej wymiany opinii byłoby ciekawie gdyby rządy przejęła macierzysta partia prezydenta Dudy. Wtedy zarówno prezydent jak i politycy PiS nie mogliby już żonglować obietnicami w mediach. Zapewniam Pana, że jak Pan przeczyta taki projekt zmian z masowego obniżenia wieku do 60/65 lat, to z obietnic niewiele zostanie.

Chętnie odniosę się do tematu tzw. emerytury obywatelskiej, tylko proszę powiedzieć, o który wariant chodzi. W ostatnich kilku latach kilka ugrupowań politycznych lub tzw. think tanków prezentowało pomysły na emerytury pod nazwą emerytury obywatelskiej. Te pomysły dość poważnie się różniły. To co je cechowało, to ogromne niedopracowanie pomysłu. Od braku skojarzenia zależności składek do emerytury, przez brak podania wartości składek lub otrzymanej emerytury, do braku informacji jak przejść do systemu emerytury obywatelskiej z obecnego systemu. W praktycznie wszystkich wariantach, emerytura obywatelska dawała ostatecznie niską lub raczej niską emeryturę. Ponadto pomysły emerytury obywatelskiej nie znosiły na ogół zależności wysokości emerytury od stażu pracy. Jeśli nawet, to emerytura była niezwykle mała. Stąd moje zdziwienie skąd u Pana tak pozytywne nastawienie do tego pomysłu. Jeżeli obecne rozwiązania uważa Pan za niekorzystne dla osób, które mają problemy z utrzymaniem pracy i/lub niskie wynagrodzenie, to proszę się dobrze wczytać w zasady emerytalne prezentowane pod nazwą emerytura obywatelska.

Fatalna rola prezydenta Dudy w kształtowaniu świadomości emerytalnej Polaków. Budzenie niepotrzebnych złudzeń.

marek_zelinski

W dwóch referendach obywatele dostali możliwość wypowiedzenia się łącznie w sześciu tematach. Drugie referendum, w zależności od wyników i frekwencji, może mieć poważne konsekwencje dla gospodarki, a dokładniej dla finansów publicznych. To właśnie w drugim referendum, obecny prezydent wprowadził pytanie dotyczące obniżenia wieku emerytalnego. To stawia pytanie o rolę polityków w procesie niezbędnych zmian i rozwiązywania problemów. Już obecnie prezydent Duda nie zapisał się w najlepiej w narodowym sporze o system emerytalny i wiek przechodzenia na emeryturę. Jego decyzję ws referendum i sposób uzasadniania oceniam bardzo krytycznie. Tak samo oceniam wywołanie i przedstawianie tematu emerytur w okresie kampanii prezydenckiej. Rola polityków jest moim zdaniem inna. Politycy muszą znać problemy i wyjaśniać je obywatelom. Politycy powinni mieć odwagę mówić rzeczy trudne społeczeństwu i wskazywać rozwiązania, nawet jeśli rozwiązania te nie są przyjmowane przez społeczeństwo optymistyczne. Przypadek roli prezydenta Dudy w sporze o wiek emerytalny warto więc przypomnieć, ponieważ bez względu na finał referendalnego pytania, prezydent odegrał negatywną rolę w kształtowaniu świadomości emerytalnej Polaków. Kto wie czy sam nie poniesie politycznych skutków obietnic, których nie będzie w stanie zrealizować.

Procesy demograficzne oraz zagrożenie powiększaniem się deficytu FUS wymusiły zmianę zarówno zasad wyliczania emerytur oraz wydłużenie czasu okresu aktywności zawodowej. Mamy obecnie publiczny system repartycyjny ze zdefiniowaną składką. Społeczeństwo bez entuzjazmu przyjęło wydłużenie wieku przejścia na emeryturę i nadal nie potrafi się pogodzić z faktem, że nasza emerytura jest pochodną składek. To rodzi frustracje i złość, co chętnie wykorzystują m.in. politycy. Wykorzystał to i nadal wykorzystuje prezydent Duda.

Największy rywal A.Dudy w prezydenckiej kampanii B.Komorowski, tematu emerytur nie podejmował, a już na pewno nie traktował go jako głównego motywu swojej kampanii. Zresztą był to temat zamknięty. Główne zmiany były za nami. Tak więc tego tematu A.Duda podejmować również nie musiał. Tak jak udawał, że nie ma tematu SKOKów. Nawet ewentualny polityczny nacisk Solidarności mógł zlekceważyć. Ostatecznie, gdyby ktoś wymusił temat wieku emerytalnego, mógł ludziom wytłumaczyć gdzie leży problem. Sądzę, że elektora A.Dudy wykazałby wiele zrozumienia. Niestety kalkulacja polityczna okazała się mieć większe znaczenie i A.Duda wraz ze swoim sztabem postanowił z wieku emerytalnego zrobić jeden z głównych punktów swojej kampanii. A.Duda szukał kompromisu pomiędzy utrzymaniem deklaracji na odpowiednio dużym poziomie ogólności a w miarę czytelnym populistycznym komunikatem. Obywatele usłyszeli raz o powrocie do poprzedniego wieku przejścia na emeryturę, a raz o skróceniu wieku aktywności bez podawania o jaki wiek chodzi. Nie brakowało barwnych i chwytliwych medialnie wypowiedzi, że obywatele nie chcą pracować do śmierci. W odpowiedzi na pytanie skąd pieniądze na cofnięcie reformy, widzieliśmy m.in. słynne pstryknięcie palcami, co było efektowne dla widzów, ale kompromitujące w oczach ekonomistów. W dyskusji o systemie emerytalnym przyszły prezydent uczynił poważny krok wstecz, a autorytet ekspertów wyjaśniających przyczyny wydłużenia wieku został nadwątlony.

Wiek przejścia na emeryturę 67 lat to faktycznie wyzwanie dla każdego z nas. Zapewne obecne zasady przejścia na emeryturę będą wymagały modyfikacji, czego przykładem jest dyskusja o stażu pracy który ma pozwalać na wcześniejsze przejście na emeryturę. Już proste symulacje w excelu dla osób z wynagrodzeniem minimalnym, na poziomie mediany czy średniej pokazują negatywne skutki skrócenia wieku dla finansowania systemu i samych zainteresowanych. Prezydent mógł być inicjatorem dyskusji o złagodzeniu niektórych zapisów dot. emerytur, ale grono osób które ewentualnie mogłyby skorzystać z takich ułatwień, będzie marginalne. Można było rozpocząć dyskusję o częściowym odejściu od składki zdefiniowanej, na rzecz dodatkowego dofinansowania systemu emerytur naszymi podatkami. Tylko że wtedy trzeba by uczciwie powiedzieć obywatelom, że tak czy tak będą obciążeni płatnościami na emeryturę, bo składkę zastąpią podatki. Niestety dotychczasowe wypowiedzi prezydenta Dudy (a wcześniej kandydata) pozwalają wierzyć obywatelom, że wiek przejścia na emeryturę można skracać bez żadnych konsekwencji dla wysokości emerytury i stanu finansów systemu emerytalnego.

Po wygraniu wyborów czekaliśmy na inicjatywę ustawodawczą prezydenta (lub PiSu w jego imieniu). Jednak od wygrania wyborów prezydent wybrał strategię milczenia w sprawie wieku emerytalnego. Jedynie w reakcji na pytania mediów, w odpowiedziach prezydenta i jego otoczenia dało się wyczuć rozmywanie deklaracji wyborczych w temacie emerytur. Wbrew wcześniejszym deklaracjom prezydent nie podjął natychmiastowych działań ws. wieku emerytalnego.

Dla ukrycia swojej bierności, A.Duda wykorzystał ideę referendum.  (Obecnie czekamy na decyzję senatu w tej sprawie). Dzięki temu dał sobie i swojej macierzystej partii sporo czasu, bo aż do wyborów parlamentarnych. Ale jest to tylko odwlekanie terminu podjęcia decyzji. Jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej deklarował się jako człowiek odnoszący się z szacunkiem do referendalnych inicjatyw. Tylko, że tutaj znów powinien się pokazać jako światły i odważny lider. Prezydent powinien był otwarcie powiedzieć, że problematyka systemu emerytalnego jest przez decydentów dobrze rozpoznana i odwoływanie się do pytań odnoszących się tylko do skrócenia wieku emerytalnego jest niepoważne. Tłumaczenie się szacunkiem dla woli tzw. suwerena, w moim przekonaniu, jest tylko politycznym unikiem i będzie miało przykre konsekwencje w przyszłości. Suwerenowi (czyli obywatelom) trzeba wyjaśnić, że nie zawsze ma racją. Zresztą odrębną kwestią jest też rzetelność organizatorów społecznych akcji zbierania podpisów.

Formalnie drugie referendum ma być oddaniem szacunku dla woli suwerena. Niestety prezydent Duda zmienił brzmienie oryginalnego zapytania. Przede wszystkim w pytaniu referendalnym nie ma informacji o jaki obniżony wiek chodzi. Tymczasem Związek Solidarność w akcji zbierania podpisów wskazywał wiek 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Prezydent dodał też pytanie o powiązanie uprawnień emerytalnych ze stażem pracy, ale też nie podano o jaki staż chodzi. Jak więc widać, wolą suwerena prezydent zanadto się w rzeczywistości nie przejął. Podejrzewam, ze rozmycie kwestii wieku jest przygotowanie się na ewentualną wygraną PiS, który będzie musiał obietnicę zrealizować lub gdy opinii publiczna zmusi prezydenta do pokazania projektu ustawy zmieniającej emerytalny wiek. Wtedy będzie można powiedzieć, że co do zasady prezydent nie był zbyt konkretny w deklaracjach a Solidarność pozwoliła znacznie zmiękczyć kwestie wieku w referendum. W razie konieczności realizacji obietnicy, prezydent poda propozycję w której skrócenie wieku będzie skromne lub ograniczone do wąskiej grupy.

I mamy o to teraz dość niebezpieczną sytuację (o ile referendum się odbędzie). Jakkolwiek cała heca z referendalnym pytaniem się skończy, obywatele będą rozczarowani. Bo prezydent już zwleka z jednoznacznym działaniem, a na dodatek modyfikuje pytanie. Moim zdaniem rozmywanie kwestii wieku jest świadomym przygotowaniem gruntu pod ewentualną realizację obietnicy. O ile głosowanie w odrębnym terminie pozwalało na liczenie na upadek pytań z powodu zbyt niskiej frekwencji, to organizowanie referendum w dniu wyborów parlamentarnych tą frekwencję podbije, co będzie sprzyjało macierzystej partii prezydenta. Z politycznego punktu widzenia ruch jest korzystny dla interesów PiS, ale zwiększa prawdopodobieństwo zaakceptowania pytania w referendum i politycy będą mieli problem co z tym dalej zrobić. Jeżeli PiS nie przejmie władzy, prezydent będzie zrzucał odpowiedzialność na nie-PiSwowski rząd, twierdząc że on (prezydent) udzielił głosu suwerenowi, a suweren chce obniżenia wieku przejścia na emeryturę. W przypadku wygranej PiS, najprawdopodobniej zobaczymy projekt ustawy wprowadzający kosmetyczne zmiany lub odgrywanie sceny z zaskoczeniem stanem finansów publicznych. Nie przyjmuje – pewnie przez naiwność – do wiadomości, że prezydent razem z rządem PiS będzie chciał na siłę obniżyć wszystkim wiek emerytalny wg pomysłu Solidarności.

Pozostaje wariant przy którym referendum się nie odbywa. Wtedy, o ile prezydent będzie konsekwentny, propozycja referendum poczeka na nowy układ polityczny po wyborach. Układ partyjny będzie bardziej sprzyjający. Wtedy w wyborach PO będzie przylepiona etykieta partii która nie akceptuje woli suwerena, a PiS przy cichym wsparciu prezydenta będzie się kreował na partię skłonną obniżyć wiek przejścia na emeryturę. Ciąg dalszy tego scenariusza będzie podobny jak wcześniej zarysowanego, czyli prezydent przy wparciu PiS będzie próbował realizować pomysł chociaż skromnej realizacji obietnic, co i tak przyczyni się do rozczarowań społeczeństwa.

Mocno ubolewam, że obecny prezydent rozgrywa politycznie kwestię wieku przejścia na emeryturę. Zrobił tym ogromną krzywdę debacie publicznej i społecznej świadomości. Cofnęliśmy się w dyskusji o kilka lat. Wynikiem tego będzie większe lub mniejsze rozczarowaniem społeczeństwa i ewentualna próba rozluźnienia dyscypliny finansów publicznych. Szkoda, bo prezydent miał szansę wystąpić w roli autorytetu lub co najmniej przemilczeć kwestie emerytalne. Pisząc o roli autorytetu miałem na myśli, że prezydent mógł zaproponować dyskusję o drobnych modyfikacjach systemu emerytalnego, które będą potrzebne w najbliższych latach i dotyczyć – niestety - skromnej części przyszłych emerytów.

Rynek kredytów mieszkaniowych po II kw 2015. Warszawa cięgnie rynek.

marek_zelinski

2015_08_27_kr_hipo_AMRON

Właśnie opublikowano raport o rynku kredytów mieszkaniowych po II kw przygotowany przez AMRON-SARFiN. Czego się z niego dowiadujemy?

Wg raportu liczba czynnych umów kredytowych sięga niemal 2 mln na koniec czerwca 2015 r. na kwotę 374 mld zł. Liczba umów czynnych po II kw była w takim razie o 2,6% większa w porównaniu z końcem ubiegłego roku. Analiza zmian i trendów z ostatnich kwartałów wskazuje, że jest wielce prawdopodobne iż w 2015 r. liczba czynnych umów będzie większa o nawet 5% w porównaniu z 2014 r. (Rocznie uruchamiane jest ok 180 tys. nowych kredytów (średnia za 2012-14), przy spłacie rzędu 90 tys kredytów). Czyli liczba nowych kredytów o 80-90 tysięcy przekroczy liczbą spłacanych. W średnim terminie, przy założeniu dobrego dla polskiej gospodarki scenariusza, przyrost kredytów mieszkaniowych może się mieścić w przedziale 90-120 tysięcy.

Kwotowo, tzw. wg wartości zadłużenia, kredyty mieszkaniowe stanowią niewiele ponad 20% wartości PKB. Taka sytuacja utrzymuje się piąty rok z rzędu. Dane z ostatnich kwartałów dają może pewną nadzieję na wzrost wskaźnika w średnim terminie, ale będzie  to wzrost bardzo powolny.

Po poważnym hamowaniu wzrostów wartość nowo udzielanych kredytów kwartalnie, w I kw tego roku była mała poprawa (wzrost o 1,4% w ujęciu rok do roku). Ale już II kw stanowił miłą niespodziankę, ponieważ wzrost wyniósł 5% w porównaniu z II kw 2014 r. Niestety wzrost liczony dla liczby nowych kredytów w kwartale stanowił, połowę (mowa o dynamice) wartości podanych dla wartości nominalnej nowych kredytów. Może to oznaczać, że banki mozolnie zwiększają liczbę klientów przy ostrej ich selekcji pod względem kondycji finansowej i możliwości spłaty. Wygląda też na to, ze rynek łatwy nie jest. Wprawdzie liczba gospodarstw domowych posiadających zdolność kredytową powoli rośnie, ale śpieszyć się nie ma po co. Ceny mieszkań rosną niemal niezauważalnie.

Praktycznie od trzech lat nie udziela się kredytów walutowych. Udział tychże w ogółem udzielanych, to wartość rzędu 1%. Wyjątkiem był tylko IV kw 2014 r. z wartością 2,12%. Słynne kredyty w CHF dostała w II kw 2015 już tylko garstka osób (0,02% w nowo udzielnych). W walutowych kredytach dominuje teraz euro, na którą to walutę przypada większość udzielanych kredytów walutowych.  Ciekawostką jest natomiast ostry spadek średniej wartości nowo udzielanych kredytów walutowych w tym roku. W II kw średni kredyt walutowy sięgał już tylko 290 tys. zł i był dwa razy mniejszy od wartości sprzed roku.

W strukturze kredytów wg wartości II kw potwierdza zarysowane w ciągu ostatnich kilku kwartałów trendy. Rośnie udział nowo udzielonych kredytów z przedziału 100-200 tys. i 200-300 tys. zł. w pozostałych przedziałach mamy stabilizację lub spadek. Zaznaczam, że są to procesy dziejące się dość powoli, acz zauważalnie. Nadal niemal 2/3 nowo udzielanych kredytów ma termin spłaty z przedziału 25-35 lat. 27,2% kredytów przypadło w II kw na kredyt z przedziału 15-25 lat. To aż o ok 3 p.b. powyżej średniej z ostatnich kilku lat. Byłbym jednak ostrożny w twierdzeniu, że jest w tym jakaś świadoma polityka banków zmierzająca do skrócenia terminu zapadalności kredytów.

W zasadzie analiza danych za II kw i kilka wcześniejszych kwartałów ( okres I kw 2014 – 2015) nie wskazuje na jakieś rewolucyjne zmiany w kredytach mieszkaniowych czy zarysowanie silnych pozytywnych trendów. Tak naprawdę jednym z ciekawszych „smaczków” omawianej analizy jest struktura udziału poszczególnych miast w strukturze zaciąganych kredytów.  Wygląda na to, że poprawa na rynku kredytów mieszkaniowych jest zasługą Warszawy. Jeszcze w 2008 Warszawa odpowiadała z 1/3 wartości nowo udzielanych kredytów. Potem, aż do końca 2014, udział Warszawy odpowiadał na ogół 25%. Poprawę widać było już w II poł. 2014 r., ale w II kw tego roku udział Warszawy to już 37%!  Kwo wie, może tak jak w 2010 r., ożywienie w Warszawie będzie zapowiedzią wzrostu popytu na kredyt mieszkaniowy w pozostałych miastach i regionach Polski. Zobaczymy.

 

Podatek bankowy. Jeśli już, to zróbmy to mądrze.

marek_zelinski

Nigdy nie byłem doktrynalnym przeciwnikiem nakładania na sektor bankowy, czy generalnie finansowy, dodatkowych obciążeń finansowych. Pytanie jest zawsze takie same: czy to konieczne i – jeśli tak -  to jak wielkie ma to być obciążenie. Okazją powrotu do tematu jest pomysł PiS na tzw. podatek bankowy. Uzasadnienie dla nałożenia podatku oraz dyskusja jaką wywołał, jak w soczewce pokazuje, że i z pozoru w nudnej ekonomii spory bywają gorące.   Czegóż tu nie mamy: podatki, karanie zagranicznych inwestorów, fiskalizm, odpowiedzialność bankowców za kryzys i kłopoty frankowiczów, sprawiedliwość społeczna i ekonomiczna, przyszłość sektora bankowego w Polsce, mobilizowanie elektoratu antypatią do bankowców itd. No a już samo zestawienie pieniędzy podebranych bogatym bankowcom na finansowanie społecznych potrzeb, ma w zasadzie wytrącić oręż obrońcom sektora bankowego. Ileż emocji i różnych racji, nieprawdaż?

Może i przeszedłbym obojętnie obok pomysły PiS gdyby nie to, że jego finansowo-moralne uzasadnienie jest dość pokrętne. Zanim więc pomysł na poważnie będzie dyskutowany, warto wypunktować przynajmniej szereg racji i argumentów, by podjąć mądrą decyzję, A jeśli nie da się mądrej, to przynajmniej taką która przyniesie najmniej szkód.

Nie ma co ukrywać, że sektor bankowy nie jest konkurencyjny w pełnym tego słowa (ekonomicznym!) znaczeniu. Formalnie konkurencja jest ogromna. W Polsce działa wiele banków, i wszystkie robią co mogą by zachęcić nas do lokowania oszczędności u nich czy brania kredytów i pożyczek na potęgę. Proszę, dzwonią, w pas się kłaniają jak tylko staniemy w progu bankowej placówki. Z pełną konkurencją mamy jednak do czynienia gdy sektorze jest tzw. łatwość wejścia do sektora, czyli nie ma ograniczeń regulacyjnych czy barier finansowych. W sektorze bankowym są. Wymagania regulacyjne i finansowe powoduje, że nie mogę utworzyć malutkiego banku i mozolnie piąć się w górę. Jest to jednak uzasadnione rolę sektora w gospodarce i bezpieczeństwem obrotu pieniężnego. Mało kto pewnie pamięta krótkie historie małych banków z lat 90-tych. Biznes na ogół się nie udawał i szybko trzeba było je łączyć z większymi bankami lub wypłacać gwarantowane depozyty. Historia SKOKów to również przykład wskazujący na to, że instytucje bankowe i para-bankowe, powinny być kompetentnie zarządzane i podlegać kontroli.

W sektorze bankowym z całą pewnością konkurencję mamy, i to silną, ale bariery tzw. wejścia do sektora, stawiają banki w dość uprzywilejowanej pozycji w gospodarce. W efekcie mamy w bankowości, jak ja to nazywam, efekt OFE. Z OFE było tak, że formalnie były warunki do silnej konkurencji, ale szybko się okazało, że sektor nie chce rywalizować na polu prowizji. Trzeba było silnej presji medialnej i politycznej, by OFE zaczęły prowizje obniżać. Komfort bankom daje też niemal przymus korzystania z usług banków. Regulacje, zwyczaje, bezpieczeństwo, postęp techniczny itd. powodują że niemal każdy obywatel, i na pewno każda firma, w zasadzie muszą korzystać z bankowych usług. Zmienność koniunktury nie ma tu znaczenia. Dla bankowców to niezwykle komfortowa sytuacja.

PiS w propozycji podatku bankowego gra na emocjach. Krótko mówiąc hasło brzmi: zabierzmy bogatym. Nie ma co ukrywać, że sektor bankowy w ostatnich 4 latach uzyskiwał korzystny wynik netto (od 15 do 16 mld zł), pomimo nieszokującej bynajmniej koniunktury gospodarczej. Społeczeństwo zazdrośnie spogląda na wynagrodzenia i miejsca pracy bankowców (klimatyzowane biurowce itd.). Wynagrodzenia zarządów banków to ścisła czołówka wśród firm giełdowych.

Politycy PiS dość chętnie podkreślają zagraniczne pochodzenie kapitału, jakby to był grzech za który trzeba płacić. Tą część mitologii bankowej uważam za wyjątkowo zmanipulowaną. Kapitał zagraniczny na normalnych zasadach wchodził do Polski i tak samo jak kapitał polski rywalizuje o względy polskich firm i gospodarstw domowych. Zapomina się dzisiaj, że wielce cennej wiedzy bankowej i doświadczenia wniosły do Polski właśnie banki zagraniczne. Wejście do bankowości kapitału zagranicznego ułatwiło polskim firmom prowadzenie interesów za granicą oraz dostęp do szeregu instrumentów finansowych.

Podatek bankowy jako  selektywna forma obciążenia finansowego wybranego sektora nie jest, wbrew wielu opiniom, niczym nowym ani grzesznym w gospodarce wolnorynkowej. W tym i w naszej. Nakładamy obciążania na wytwórców dóbr i usług lub ich odbiorców. Dzieje się to tam, gdzie firmy i/lub ich klienci są w lepszej kondycji finansowej na tle ogółu. Mamy więc podatek akcyzowy na wybrane grupy wyrobów. Opodatkowaliśmy też wydobycie surowców. Państwo dodatkowo (oprócz podatków!) pobiera dywidendę od spółek państwowych. Za korzystanie z usług finansowych państwo opodatkowało Polaków dziesięć lat temu (tzw. podatek Belki). Przykładów jest więcej. Sektor bankowy jako relatywnie „bogaty” też więc może być brany pod uwagę. Przypomnę, że i w UE przetoczyła się poważna dyskusja nad dodatkowym opodatkowaniem banków na rzecz tworzenia funduszy ratunkowych na wypadek kolejnych kryzysów.

Z propozycją PiS jest ten problem iż nie jest ona przemyślana i ma cel polityczny. Wg szacunków PiS, na finansowanie jej programu potrzeba 73 mld zł. 5 mld zł z sektora bankowego to niecałe 7% potrzebnej kwoty. Co ciekawe, PiS chce powrotu VAT do 22%, by … podobne pieniądze zebrać podatkiem bankowym. Grono podatników częściowo się tu pokrywa (w przypadku pod. bankowego będą to klienci banków). Co najmniej wątpliwy jest sposób naliczania podatku jak i jego pieniężny wymiar. Podatek od aktywów (najczęściej jest mowa o 0,4% wartości aktywów) będzie wartością dość stabilną (brak wahań) i powoli rosnąca, ponieważ aktywa sektora bankowego będą w dłuższym terminie powoli rosnąć. Bez względu więc na koniunkturę i zmienność wyniku finansowego, sektor będzie płacić praktycznie stałą stawkę. Pomysłodawcy zapominają, że wynik sektora nie zawsze był tak dobry jak obecnie. W 2009 i 2010 wynik finansowy sektora było o od 5 do 7 mld zł mniejszy od obecnego. Jeszcze gorzej było w I poł poprzedniej dekady. Obecnie, 5 mld stanowi trzecią część obecnego wyniku netto sektora. Biorąc pod uwagę poważniejsze wahania koniunktury oraz zapowiadany spadek wyniku netto sektora (lub stabilizację) w najbliższych latach, stały podatek od wartości aktywów może zabić przysłowiową kurę znoszącą złote jajka. Pomysłodawcy chyba zapomnieli, że sektor bankowy poniesie skutki wypłat dla klientów SKOKów (BFG będzie wymagał uzupełnienia). Wielką niewiadomą jest ratowanie tzw. frankowiczów. W zależności od pomysłodawców, koszt dla sektora to będzie od 9 do ponad 40 mld zł, rozłożony na najbliższe lata. Najgorszy wariant jest akurat autorstwa….polityków PiS (kłopoty z powodu SKOKów zresztą też). W takiej sytuacji podatek bankowy traci rację bytu.

Pomysłodawcy nie wzięli pod uwagę, że KNF może mieć inne pomysły na spożytkowanie wyniku finansowego sektora bankowego lub że każde dodatkowe opodatkowanie ogranicza możliwość zwiększania kapitałów, co poprawia skłonność do ryzyka kredytowego.

Jeżeli już podatek ma być od aktywów, to warto podyskutować od jakich. Ponadto można oprzeć podatek na pasywach. Podatek powinien w sposób zróżnicowany podchodzić do aktywów i być spójny w polityką KNF wobec banków.

Moim zdaniem wartość 5 mld zł. formalnie jest do „przełknięcia” przez sektor bankowy. Jest to jednak wartość maksymalna i powinniśmy do niej dochodzić przez kilka lat. Analiza zmian przychodów i kosztów w minionych latach wskazuje, że część (może nawet ponad połowa) podatku będzie przerzucona na klientów, co nie jest zapewne dla nikogo zaskoczeniem, w tym i dla pomysłodawców. Konstrukcja podatku jest zupełnie nieprzemyślana i nie konsultowana z przedstawicielami sektora oraz instytucjami nadzoru. Sprowadzenia obciążenia tylko do funkcji fiskalnej też może być postrzegane jako błąd. Wraz z rozwojem sektora finansowego, warto pomyśleć o zwiększaniu funduszy na wypadek skutków kryzysów w tym sektorze (np. pomysły jakie pojawiały się w UE po kryzysie 2008/2009), by nie było potrzeby angażowania finansów publicznych do ratowania sektora bankowego lub jego klientów.

© OPINIE EKONOMICZNE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci