Menu

OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych

Beata Szydło, euro i Grecja.

marek_zelinski

No, wiedzą to się pani Szydło nie popisała. A i o szacunku (tzn. braku) do własnych wyborców można by podyskutować.

Kandydatka na stanowisko premiera w nowym rządzie, Beata Szydło, zwróciła się właśnie do premier Kopacz i polityków PO mnie więcej takimi słowami: apelują do premier Ewy Kopacz, aby Platforma wycofała się z pomysłu wprowadzenia w Polsce euro.

Wygląda na to, że straszenie euro zostało ocenione przez PiS jako efektywne narzędzie pozyskiwania elektoratu. W związku z tym, przyszła premier Beata Szydło postanowiło postraszyć Polaków walutą euro i wrzucić temat do medialnej dyskusji. Podobnie jak A.Duda.

Z politycznego punktu widzenia zabieg z medialną wrzutką o euro jest kuszący. Można coś pokrytykować i ludzi postraszyć. Można pokazać jak bardzo B.Szydło i PiS bronią Polaków przed złem. Chwyt medialny o tyle prosty, że PO i premier Kopacz unikają poruszania tematu przyjęcia euro w mediach z dwóch powodów. Pierwszy, bo o euro i UE modnie jest mówić w sposób niekorzystny. Po drugie, PO nie porusza tematu euro dlatego, że z kilku względów Polska nie będzie zainteresowana wejściem do strefy euro. Nie ma więc sensu o euro w kampanii dyskutować.

Apel jest zabawny, bo politycy PO od dłuższego czasu informują przy wielu okazjach, że temat wejścia do strefy euro w średnim terminie nie będzie podnoszony. Nie wiadomo więc z czym lub kim B.Szydło polemizuje i z kim walczy.

Ciekawe zdanie wypowiedział prezydent Komorowski w tej sprawie w ubiegłym roku. Wg ówczesnej wypowiedzi prezydenta, do tematu euro można będzie podejść dopiero po wyborach jesiennych i okrzepnięciu sceny politycznej. Niewątpliwie zachęcał do dyskusji, ale z jego wypowiedzi wynikało, że to nowa koalicja rządząca podejmie decyzję, rozpoczynać proces przyjmowania euro czy nie.

Jeżeli to PiS wygra wybory i utworzy koalicję, czego B.Szydło jest pewna, to problemu z wprowadzaniem euro i dyskusji po prostu nie ma i nie będzie. Prognozowany układ sceny politycznej po wyborach w zasadzie zamyka dyskusję polityczną (a co za tym idzie i decyzje) o euro na kilka lat.

Jednak to co najbardziej dziwi u przyszłej premier, to ewidentne mówienie nieprawdy o przyczynie greckiego kryzysu. Twierdzenie, że kłopoty Grecji wynikają z przyjęcia euro to zwykłe oszukiwanie ludzi i demonstracja ekonomicznej niekompetencji. Przyczyną kłopotów Grecji jest finansowa nonszalancja polityków rządzących Grecją w okresie kilkunastu lat i społeczna akceptacja tegoż, żeby nie powiedzieć że wręcz zachęcanie polityków. Mogę mieć tylko nadzieję, że media zmuszą B.Szydło do wytłumaczenia się z tej wypowiedzi.

Niestety po raz kolejny polska prawica dała potwierdzenie kompletnego braku pomysłu na to co się dzieje w kręgu państw strefy euro.  Przypomnę, że niektóre państwa strefy euro coraz odważniej mówią o odrębnej polityce i zasadach współdziałania w swoim gronie. To coś na kształt unii w unii. Być może na naszych oczach powstaje klub państw zainteresowanych integracją polityki w kilku obszarach, w tym i gospodarczym. I trudno się dziwić, ponieważ wraz ze wzrostem liczny krajów UE i zróżnicowaniem ich polityk i interesów, funkcjonowanie UE staje się coraz trudniejsze. Naturalnym wyjściem jest więc tworzenie kręgu państw decydujących się na dalszą integrację i pozostałych członków UE, którym odpowiada mniej lub bardziej luźniejszy związek z UE.

Na tym tle deklarowanie w kampaniach wyborczych polityków PiS, że Polska będzie miała silniejszy wpływ na politykę UE i że będzie czerpała z tego większe korzyści, brzmi dość zabawnie i dziwnie. Utrzymywanie się poza strefa euro, przy postępującej tam integracji, będzie rodziło ryzyko utrzymywania Polski na politycznych i ekonomicznych peryferiach UE.

Zresztą w kwestii tzw. unii w unii, stanowisko E.Kopacz też jest niejasne czy wręcz dziwne. Premier polskiego rządu deklaruje ich Polska się na to nie zgodzi (integracja państw strefy euro). Otóż obawiam się, że nikt Polski nie będzie pytał o zdanie, ponieważ wcale nie musi to naruszać zasad i przepisów regulujących funkcjonowanie UE. 

W referendum o emeryturach? Polityczne tchórzostwo.

marek_zelinski

Pomysł Beaty Szydło by we wrześniowym referendum dodatkowo zapytać czy Polacy chcą skrócenia wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn to przejaw politycznego tchórzostwa i nieczysta gra z wyborcami. Przypomnę, że Beata Szydło rozpoczęła kampanię parlamentarną w imieniu PiS. I w imieniu tej partii ma pełnić funkcję premiera po ewentualnym jesiennym zwycięstwie. Być może faktycznie tym premierem będzie, biorąc pod uwagę notowania PiS i jednej z partii, które postrzegana jest jako koalicjant.

Przypomnę kilka faktów. Można rząd PO-PSL lubić lub nie, ale trzeba przyznać że odważnie podszedł do reform emerytalnych. Celem reform było ratowanie finansów publicznych przed zapaścią m.in. z powodu niebilansowania się FUS teraz i perspektywy powiększania deficytu finansów publicznych z powodu narastającej dziury w systemie emerytalnym. Jedną z trudniejszych społecznych decyzji było wydłużenie wieku przejścia na emeryturę do 67 lat. Dla obywateli oznacza to szukanie sposobów na utrzymanie się na rynku pracy do wieku gdy wielu z nas zaczyna mieć problemy zdrowotne.

Efektem zmian emerytalnych nie jest wbrew pozorom zbilansowanie wpływów i wypływów emerytalnych, ale zapanowanie nad grożącym nam potężnym problemem w kolejnych latach, czyli narastaniu deficytu finansów publicznych. Deficyt FUS nominalnie będzie rósł, ale w relacji do PKB zostanie w ciągu kilku lat opanowany (prawdopodobnie tylko przejściowo) na poziomie 2,6% PKB.  Dalsza przyszłość niestety niekoniecznie rysuje się optymistycznie.

Cześć społeczeństwa odebrało wydłużenie wieku niemal jako draństwo. Polecam jednak każdemu usiąść przed komputerem i policzyć sobie dla kilku wariantów wynagrodzeń i długości czasu pracy jak narasta kapitał i na jakie świadczenie wystarczy po przejściu na emeryturę. Gwarantuję, że po przeprowadzeniu takich symulacji, z większym dystansem człowiek patrzy (i słucha) populistycznych polityków, którzy obiecują krótszy czas pracy i….nic przy tym dalej nie mówią oraz głuchną na pytania co bardziej wnikliwych dziennikarzy.

Temat skrócenia czasu pracy uprawniającego do emerytury konsekwentnie ciągnie Beata Szydło. Tym razem zaproponowała bardzo populistyczne zagranie: zapytanie Polaków w referendum o obniżenie wieku przejścia na emeryturę. W pytaniu miałyby być wskazane poziomy 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet. Moim zdaniem to zwykłe polityczne tchórzostwo i populizm. Polityk to osoba, która powinna dostrzegać bieżące i przyszłe problemy ekonomiczne i podejmować trudne decyzje nawet wbrew woli społeczeństwa. Zaproponowane wyżej ćwiczenie w excelu nie pozostawia złudzeń, co do słuszności obranej drogi. Nie zamyka to wcale dyskusji nad modyfikacją niektórych zapisów, ale z góry wiadomo, że będą one mogły dotyczyć bardzo ograniczonej grupy przyszłych emerytów i będą się wiązać z dość niskimi emeryturami.

By takie pytanie w referendum było uczciwie postawione, musiałoby by być uzupełnione o wskazanie (wybór wariantów) finansowania populistycznych pomysłów pani Szydło. Zresztą trudno powiedzieć byśmy mieli jakieś poważne warianty takiego finansowania do wyboru. Niestety ani prezydent elekt, ani pani Szydło, nie chcą na ten temat dyskutować.

Pomysł z referendalnym pytaniem to już igranie z wystawieniem na szwank wizerunku Polski. Jest w tym albo polityczna głupota, albo zamierzone manipulowanie elektoratem w celu wygrania jesiennych wyborów. W tym ostatnim przypadku chodzi o świadome niedopowiedzenia i utrzymywanie emerytalnych propozycji na niezwykle wysokim poziomie ogólności. Tylko, że tak czy tak, jest to brutalne wykorzystywanie niewiedzy własnego elektoratu.

Sympatykom emerytalnych pomysłów pani Szydło zalecałbym dokładnie wsłuchanie się w jej słowa (oraz w tłumaczenia pozostałych polityków PiS). W wyborach prezydenckich i późniejszych wywiadach, szczegółowe rozwiązania dot. obniżenia wieku świadomie nie były podawane. Dopiero czasami skutecznie przyciśnięci przez media politycy PiS zdawali się potwierdzać (i Beata Szydło też!), że wiek może i będzie formalnie obniżony, ale zasady wyliczenia emerytury (korzystanie ze zgromadzonego kapitału) i warunki przejścia na nią będą po prostu nieopłacalne dla dominującej części przyszłych emerytów. Zresztą zalecane ćwiczenie w excelu doskonale wyjaśnia dlaczego

Elektorat P.Kukiza powinien wymusić na nim zaprezentowanie ekonomicznych poglądów i programu.

marek_zelinski

W ostatnich dniach media obiegła informacja, że P.Kukiz konsultuje (czy jak tam zwał) swój program z Centrum im. Adama Smitha (dalej CAS). Wstrzymywałem się z poruszeniem tematu, bo brakowało mi potwierdzenia ze strony samego P.Kukiza. Jednoznacznego potwierdzenia nadal nie ma, ale P.Kukiz i osoby z nim związane zdają się potwierdzać współpracę z CAS. CAS również współpracy się nie wypiera. Sytuacja jest zabawna. Tak jakby CAS i P.Kukiz próbowali utrzymać w tajemnicy przed opinią publiczną swoją współpracę. Nikt nie chce potwierdzić, nikt nie chce zaprzeczyć. Zabawna sytuacja, biorąc pod uwagę , że dotyczy polityka którego ugrupowanie zyskuje niemal 20% w sondażach i 21% głosujących w I turze niedawnych wyborów prezydenckich wskazało P.Kukiza.

Sukces jaki odniósł kandydat tzw. „antysystemowy” wywołał szereg pytań o poglądy ekonomiczne P.Kukiza. Jakby nie było, główna twarz społecznego buntu i być może koalicjant w przyszłym rządzie, zmierzy się wcześniej czy później z mnóstwem społecznych i makroeknomicznych wyzwań. Żeby było zabawniej, najwyraźniej jego zwolennikom kompletnie nie przeszkadza brak programu i poglądów. Albo więc zaakceptują wszystko co powie, albo – w co bardziej wierzę – wyborcy P.Kukiza przypisują mu pewne poglądy, w czym mogą się bardzo rozczarować.

Jest problem z określeniem poglądów ekonomicznych P.Kukiza i wiedzy w tym zakresie. W minionych latach, kiedy budował polityczną pozycję, uczestniczył w wielu inicjatywach. Wypowiadał szereg sądów i myśli. Próba sklecenia z tego jakiegoś obrazu, tzn. katalogu poglądów, kończy się porażką. Były (są?) to poglądy od lewicowych, w tym populistycznych, bo skrajnie liberalne. Brak zaprzeczenia odnośnie konsultacji (przygotowania?) przez CAS programu ekonomicznego przez obydwie strony, zdaje się potwierdzać iż P.Kukiz szuka natchnienia w ekonomii. Osobiście twierdzę, że Paweł Kukiz nie ma skonkretyzowanych ekonomicznych poglądów. Niezwykle wysokie wskazania sondażowe i miejsce na podium po I turze majowych wyborów, wywołały u P.Kukiza panikę i konieczność stworzenia naprędce programu ekonomicznego i wypracowania poglądów. Problem jest chyba dość poważny, bo P.Kukiz na tematy ekonomicznie dyskusji podejmować na ogół nie chce.

Obawiam się, że przez swych sympatyków P.Kukiz postrzegany jest jako kandydat ekonomicznie lewicowy. Ma być ZMIANA. Elektoratowi buntu młodego pokolenia bardzo się to spodobało, bo otrzymał nadzieję (tzn. tak to odebrał) na pracę, karierę, kredyt na mieszkanie itd. No bo jak zmiana, to tylko na lepsze.

Tymczasem P.Kukiz zdaje się być zainteresowany programem CAS, który znany jest z bardzo liberalnych poglądów na podatki, składki ubezpieczeniowe itd. Sympatykiem poglądów prezentowanych przez CAS nie jestem, ale tez nie potępiam ich wszystkich w czambuł. Obawiam się jednak, że gdy do sympatyków P.Kukiza dojdzie jakie poglądy prezentuje CAS, popularność P.Kukiza może mocno spaść. Być może część młodych ludzi da się uwieść liberalnym poglądom CAS, bo dla nich niektóre z pomysłów CAS teoretycznie mogą się okazać skuteczne w znalezieniu pracy i pierwszych latach pracy zawodowej. Pozostańmy jednak przy określeniu „teoretycznie rzecz biorąc”.

Nie jest moim celem w bieżącym wpisie komentowanie poglądów ekonomicznych popularyzowanych przez CAS. Przyjmuje, ze czytelnicy sami się z nimi zapoznali. Proponuje na przykład dobrze wczytać się w problematykę podatkową.  Oczywiście jak ktoś ma ochotę, to mogę podyskutować. Być może będzie okazja niektóre kwestie poruszyć w kolejnych wpisach. Zobaczymy.

Bynajmniej ucieczka P.Kukiza od tematów ekonomicznych nie jest prywatnie dla mnie problemem. Istnieje jednak ryzyko, że niesiony falą olbrzymich oczekiwań społecznych do parlamentu, i być może koalicji rządowej, wejdzie polityk, który nie zdążył sobie wypracować ekonomicznych poglądów i nie ma większego pojęcia o ekonomicznych i społecznych problemach kraju. Sympatykom P.Kukiza pewnie to nie będzie przeszkadzać. Jednak tak jak go gwałtownie pokochali, mogą się równie szybko odkochać. Tylko że wtedy zostaniemy w parlamencie z ugrupowaniem będącym być może czymś więcej niż języczek u wagi, które będzie mieszaniną kontestacji i populistycznych ekonomicznych poglądów z gatunku ‘Od Sasa do Lasa’.

Zaryzykuje teorię, że docelowo P.Kukiz nie oprze swojej politycznej pozycji na teoriach popularyzowanych przez CAS. Są zbyt liberalne jak na oczekiwania polskiego społeczeństwa. Podejrzewam, że klimaty ‘populistyczne’ w zakresie ekonomicznym, będą przeważać zarówno w kampanii wyborczej jak i w późniejszym funkcjonowaniu w polityce P.Kukiza.

GUS policzył firmy. Małe i duże.

marek_zelinski

2015_06_24_liczba_podmiotw

Całkiem niedawno GUS podał rezultaty zliczania firm wg ich wielkości. Podstawowym parametrem podziału była liczba zatrudnionych. Formalnie GUS w opracowaniu skupił się na małych i średnich podmiotach, ale łatwo można z podanych liczb wyprowadzić dane dla podmiotów największych. W efekcie otrzymujemy garść ciekawych danych o podmiotach niefinansowych w podziale na: małe firmy (do 9 osób), 10-49 osób, 50-249 osób i największe, czyli 250 i więcej osób. Nazwę je odpowiednio: 9, 10-49, 50-249 i 250+.

Nie ma sensu szukać odpowiedzi na pytanie która grupa podmiotów jest najważniejsza dla gospodarki. Po prostu każda z nich, a skrajne w szczególności, mają różne role do wypełnienia w gospodarce wolnorynkowej. Jedna z refleksji jaka narzuca się po analizie materiału to ogromne zróżnicowanie, co powoduje iż niektóre z grup podmiotów oraz zatrudnionych w nich pracowników wymagają różnych bodźców ekonomicznych. To jeden w wielu powodów dla których nie jestem jakimś ortodoksyjnym zwolennikiem takich samych warunków prowadzenia działalności gospodarczej dla podmiotów gospodarczych.

Liczba przedsiębiorstw jest szacowana przez GUS na 1,77 mln w 2013 r. Dane wydają się nieco nieświeże, ale statystyka i badania najmniejszych podmiotów powodują, że dane za 2014 będą opublikowane dopiero wczesną jesienią. Aż 96% podmiotów to te najmniejsze z zatrudnieniem do 9 osób. Średnie zatrudnienie to 2 osoby i taka wartość utrzymuje się w okresie prezentowanym przez GUS (2009-13).

Nie jestem zwolennikiem twierdzenia iż to ta grupa podmiotów jest najistotniejsza w gospodarce, co zdają się powtarzać przedstawiciele organizacji zrzeszających małych przedsiębiorców. Podmioty najmniejsze zrzeszają niezwykle szerokie spektrum działalności. Od usługowej i handlowej, po produkcyjną i turystyczną. Ta grupa podmiotów szczelnie wypełnia popyt na drobne usługi , daje szansę na samorealizację i możliwości pracy m.in. tym, którzy nie mogą jej znaleźć w większych podmiotach. Podmioty do 9 osób, zatrudniają łącznie ok. 38% zatrudnionych, przy udziale w przychodach 21% i nakładach na śr. trwałe już tylko 16%. Relatywnie mały udział w nakładach wynika głównie z faktu iż w firmach najmniejszych dominują usługi.

Na drugim końcu są podmioty z grupy 250+. Jest ich nieco ponad 3 tys. czyli 0,2% ogółem. Niemniej zatrudniają aż 30% pracowników przedsiębiorstw niefinansowych i odpowiadają za 44% przychodów ogółem. Podmioty 250+ to liderzy w nakładach inwestycyjnych. Na tą grupę przypada aż 51% nakładów. Wskaźniki nakładów w przeliczeniu na zatrudnionego czy relacja nakłady/przychody w tej grupie podmiotów są najkorzystniejsze. W tej grupie podmiotów, najsilniej reprezentowany też jest kapitał zagraniczny. Zanim więc zaczniemy znowu utyskiwać na zagraniczny kapitał (a zbliża się kampania wyborcza), to proponuję się dobrze zastanowić.

Do omówienia pozostały dwie środkowe grupy. W – pewnym uproszczeniu – podmioty 10-49 i 50-249 odpowiadają za 1/3 zatrudnienia, przychodów i nakładów na środki trwałe. Podmioty 50-249 pod względem wskaźników charakteryzujących nakłady inwestycyjne, najbardziej przypominają podmioty z grupy 250+. Daleko mniejszy jest udział kapitału zagranicznego w porównaniu z 250+, niemniej udział  firm z kapitałem zagranicznym w nakładach inwestycyjnych w grupie 50-249 sięga aż 34%.

Grupy 10-49 i 50-249 wydają się najbardziej obiecujące w rozwijaniu  konkurencyjnej i otwartej na innowacje działalności. Stanowią silną konkurencję dla firm największych oraz importu. 

Wynagrodzenie minimalne 1850 zł na 2016 r. to niekoniecznie wyborcza kiełbasa.

marek_zelinski

Nadszedł czas decydowania o wynagrodzeniu minimalnym na pracę (dalej WM). Rząd okazał się hojny w opinii mediów. Natomiast rząd w opinii własnej, słowa hojność nie używa, ale odważnie mówi iż podwyżka WM to efekt poprawy sytuacji gospodarczej i finansów publicznych oraz gospodarczych perspektyw. Nie ma co ukrywać, że mamy rok bardzo wyborczy, więc w propozycji rządu jest w kwocie 1850 zł element prezentu na zbliżające się wybory. Nawet jednak jeśli jest to kiełbasa wyborcza, to niezbyt tłusta. Tak więc wydaje mi się, że zachowano mimo wszystko zdrowy rozsądek proponując kwotę 1850 zł.

W tym roku obowiązuje nas WM w wysokości 1750 zł. Da to ok. 44,5% wynagrodzenia średniego w gospodarce. Przypomnieć trzeba też uczciwie, że mimo niełatwych czasów, rząd PO-PSL wyraźnie podniósł poziom WM o parę pkt.proc. w relacji do wynagrodzenia średniego (niedawno o tym pisałem). Nominalnie natomiast za rządów obecnej koalicji WM rosła rocznie średnio o 90 zł. Z 1126 zł WM w 2008 wrosła do 1750 zł w tym roku.

Podwyżka o 100 zł to oczywiście w pewnym stopniu miły prezent dla uboższej części społeczeństwa przed wyborami. Formalnie minimum jakie zgodnie z zasadami wyliczeń musiałby przedstawić rząd to ok. 1782 zł. To efekt korekty kwoty bazowej o niższy wskaźnik inflacji niż faktycznie prognozowano na 2014 r. Po korekcie kwotą bazową do wyliczeń w tym roku nie jest 1750 zł a prawie 1709 zł. Dopiero tą ostatnią kwotę podnosimy o prognozowany wskaźnik inflacji na przyszły rok (1,7%) i 2/3 realnego wskaźnika wzrostu PKB. O tą drugą wartość podnosimy WM tak długo, póki WM nie przekroczy 50% wartości wynagrodzenia minimalnego (zgodnie z brzmieniem ustawy dot. WM). Oczywiście można proponować wyższą WM. Niższej niż wg ustawowego wyliczenia, nie.

Role w trakcie negocjacji są podobne niemal każdego roku. Przedstawiciele pracodawców proponują na ogół minimum czyli tym razem 1782 zł, lub kwoty od minimum nieodległe. Związkowcy są bardziej śmiali i proponują 1880 zł (niemal 46% średniego wynagrodzenia). Przedstawiciele rządu, co oczywiste, szukali na ogół kompromisu gdzieś po środku. Tym razem jednak rząd zaproponował 1850 zł. To wzrost o 5,7% w porównaniu do wartości WM w tym roku. Biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń w gospodarce w ostatnich latach i prognozy gospodarcze, rząd okazał się hojniejszy, ale ta hojność wbrew pozorom jest dość ograniczona. Rzekłbym: z rozsądkiem. Dzięki temu dla przedsiębiorców i klientów, powinna być do udźwignięcia. Nawet jeśli ostatecznie kwota WM będzie gdzieś między propozycją rządową a związkową. 

Deficyt finansów publicznych powoli się zmniejsza.

marek_zelinski

W połowie maja powiało optymizmem i zapachniało dużą kasą do wydania. KE zapowiedziała zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. Głównym powodem jest deficyt finansów publicznych na poziomie 3% PKB wraz z mocnym (wydaje się) trendem do dalszego spadku. Od razu w mediach pojawiły się pomysły gdzie by tu sobie pofolgować i na co wydać. Trochę prowokowali dyskusję dziennikarze, trochę rozkręcali się politycy. Jest trochę pomysłów, jest trochę zaległych obietnic do realizacji. M.in. powrót stawki VAT z 23% do 22%.

Zanim jednak zabierzemy się za wydawanie, spójrzmy gdzie z deficytem finansów publicznych jesteśmy. (W dalszej części tekstu będę korzystał z danych dot. budżetu centralnego podawanych przez GUS i Ministerstwo Finansów oraz danych dot. finansów publicznych wg Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych ESA 2010). W sumie wydaje się, że jest dobrze i że deficyt finansów publicznych zejdzie poniżej 3% w relacji do PKB. Trzeba przy tej okazji przypomnieć sobie jak kształtowały się deficyty budżetu centralnego i finansów publicznych (budżet centralnych jest ich składnikiem). Na wykresie pokazałem 11-letni okres, który jest dość reprezentatywnych dla Polski. 

Nie ma co ukrywać, że mamy duży problem ze sprowadzeniem deficytu finansów publicznych trwale poniżej 3% do PKB. Praktycznie udaje się nam to tylko w okresach w miarę wysokiego wzrostu gospodarczego, czyli powyżej 3%. Historia nauczyła nas, że deficyt szybko rośnie w obliczu kryzysu gospodarczego czy słabego wzrostu. Uderzenie następuje dwustronnie, czyli przez wpływy i wypływy. Wpływy podatkowe przestają rosnąć lub nawet spadają. Wpływy ze skłądek na FUS z racji coraz większego bezrobocia spadają, a wypłaty świadczeń muszą być realizowane bez zakłóceń. W takiej sytuacji wtrzymanie wzrostu nakładów na sferę publiczną (w tym wynagrodzeń) daje nie dość że ograniczone efekty, to jeszcze opóźnione w czasie.

Reakcja rządu też musi być dwustronna. Rząd w takich sytuacjach stara się hamować spadek wpływów podatkowych i ogranicza wydatki. Podwyżka VATu sprzed kilku lat, mimo iż źle przyjęta w społeczeństwie, była koniecznym i słusznym posunięciem. Ograniczenie przelewów do OFE było również konieczne, ponieważ dodatkowo niepotrzebnie podnosiły wartość deficytu w publicznych finansach. Po kryzysie z przełomu 2008/09 sytuacja finansów stała się dość niepokojąca. Działania rządu i następująca potem poprawa koniunktury pomogły nam sprowadzić deficyt finansów publicznych z niemal 8% do PKB, do ok. 4% w 2013 r. poprawiła się sytuacja finansowa FUS, trzymano w ryzach wydatki na szeroko rozumianą sferę publiczną oraz częściowo ograniczono skalę inwestycji w relacji do PKB. Wiem, że to zabrzmi propagandowo, ale to że udało na się przejść przez niełatwe lata po kryzysie przy przyzwoitym wzroście PKB i ograniczyć jednocześnie niebezpiecznie wysoki deficyt finansów publicznych, jest naprawdę sporym sukcesem.

Mało kto zwraca również uwagę, że w ostatnich latach udział państwa w gospodarce uległ minimalnemu obniżeniu. Na jednej z załączonych ilustracji przedstawiam udział łącznych wydatków publicznych i wpływów do PKB. To dobra wiadomość dla zwolenników ograniczania państwa w gospodarce i naszych kieszeniach (podatki). Nie wykluczam jednak w najbliższej przyszłości odwrócenia tego trendu, ponieważ oczekiwania Polaków odnośnie wsparcia państwa i poziomu życiu (np. usługi sektora publicznego) są dość wysokie i chętnie podejmowane w programach gospodarczych partii politycznych i kandydatów na prezydenta (mowa o A.Dudzie).

Zejście deficytu finansów publicznych poniżej 3% do PKB jest niewątpliwie sukcesem. Szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę poziome z jakiego tenże deficyt redukowaliśmy. Utrzymanie deficytu poniżej 3% w najbliższych latach będzie zależało od tempa wzrostu PKB i oczekiwań społecznych podejmowanych (lub rozbudzanych) przez polityków. Średnioterminowe prognozy wzrostu PKB są umiarkowanie optymistyczne (powyżej 3% wzrostu PKB rocznie). Nie ma pewności co do społecznych oczekiwań i realizacji wyborczych obietnic. Andrzej Duda składając wyborcze obietnice działał bez ograniczeń. Wątpliwym pocieszeniem jest fakt iż skala obietnic po prostu uniemożliwia ich realizację w przeważającej (ba, dominującej) większości. A przed nami kampania wyborcza do parlamentu. Wyjścia mamy dwa: racjonalizować wydatki i kierować je do grup bardziej potrzebujących lub szukać źródeł wpływów na sfinansowanie marzeń Polaków. Żródła wpływów wskazane w kampanii prezydenckiej nijak się mają do proponowanych w kampanii wydatków. Mam tu na myśli przede wszystkim propozycje A.Dudy, który wkrótce obejmie urząd. 

Proponowałbym więc dużą ostrożność w snuciu planów na co wydamy pieniądze w kolejnych latach. Deficyt finansów publicznych, jak wykazałem, dość łatwo wymyka się spod kontroli.


Powyborcza konsternacja i konstatacja.

marek_zelinski

 

1.        Konsternacja

Jesteśmy świadkami dość niecodziennej sytuacji po wyborach. Prezydentem ma zostać człowiek, który świadomie przyłożył rękę do skandalu ze SKOKami. Przypomnę, że w wyniku decyzji prezydenta Kaczyńskiego, do której merytoryczne wsparcie przygotował A.Duda, SKOKi weszły z kilkuletnim opóźnieniem pod kontrolę KNFu. Pomysł prezydenta Kaczyńskiego formalnie zakładał kontrolę KNFu, ale nie bezpośrednią, co praktycznie uniemożliwiało realną kontrolę SKOKów.

Na chwilę obecną kosztowało to ponad 3 mld zł. Rachunek płacą klienci banków, czyli Polacy niezależnie od barw polityczny i tego czy chodzą na wybory czy nie. W tym rachunku są wypłaty z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i przejęcie dwóch skoków w bardzo złej sytuacji przez banki komercyjne, co też wymaga środków na restrukturyzację przejętego majątku i portfela. Trudno oczywiście dyskutować z wyborcami. Cześć wiedziała o ‘wkładzie’ A.Dudy w aferę ze SKOKami, a część wiedzieć nie chciała i wypierała tą informację ze świadomości. Za tą przewinę A.Duda odpowiedzialności nie poniesie. W najlepszej sytuacji tylko odpowiedzialność moralną, czyli żadną. Sam przyszły prezydent był i jest w pełni świadom swojego udziału w aferze SKOKów. Starał się omijać ten temat szerokim łukiem. Na pytanie dot. SKOKów i swojego tym udziału, odpowiadał wymijająco lub po prostu zmieniał temat. Media niestety nie potrafiły konsekwentnie wyegzekwować tego tematu od kandydata A.Dudy.

Pozostaje pytanie o makroeknomiczne konsekwencje wyborczych obietnic A.Dudy. A przyznać trzeba, że A.Duda był w kampanii wyborczej niebywale hojny, przebijając 9-ktrotnie szacunkowe koszty obietnic B.Komorowskiego. Łączne koszt wyborczych obietnic A.Dudy, przeliczony na okres kadencji szacowany jest na kwotę od 175 mld zł do ponad 290 mld zł. Rozbieżność wynika z faktu iż A.Duda, albo był mało konkretny, albo modyfikował wersje obietnic. Główne obietnice to obniżenie wieku przejścia na emeryturę lub, w innej wersji, powrót do wcześniejszych rozwiązań (cokolwiek to znaczy); bezpłatne przedszkola; podniesienie kwoty wolnej od podatku, 500 zł na dziecko w rodzinach ubogich. Szacunki nie obejmują skutków finansowych obniżenia wieku emerytalnego w kolejnych latach po zakończeniu kadencji. Tu, co oczywiste, pojawiają się już kosmiczne liczby. Dla zobrazowania podam, że łączna kwota maksymalna to niemal roczne wydatki polskiego budżetu lub, w ujęciu rocznym, dodatkowe 2%-3,5% deficytu rocznie i – w efekcie – wzrost zadłużenia. Generalnie skutki obietnic A.Dudy dla finansów publicznych byłyby katastrofalne.

Zupełnie kuriozalny jest pomysł A.Dudy na pomoc frankowiczom. A,Duda jest zwolennikiem pomysłu przeliczenia kredytu na zł po kursie wejściowym. Tu już szacunki mówią o 40-50 mld zł kosztów dla banków, co oznacza trzykrotność rocznego wyniku netto sektora, który nie dość że ma ratować SKOKi to jeszcze ma finansować obietnice wyborcze (podatek od aktywów). Obawiam się, że sam kandydat nie połapał się, iż wypowiada sprzeczne postulaty.

Nie chce mi się już komentować pomysłu opodatkowania sieci handlowych i zarzutów transferu pieniędzy za granicę. Kwota z podatku jest żałośnie niska, a kontrole skarbowe (m.in. z czasów rządów PiS!) nie potwierdziły zarzutów.

Jestem przekonany, że sam A.Duda niezbyt poważnie traktował swoje obietnice. Ich pełna realizacja nam nie grozi, bo to są kwoty monstrualne jak na możliwości finansów publicznych. Pomysły na ogół są nakierowane na wzbudzenie popularności wśród Polaków i ograniczają się do prostego, łatwego do zrozumienia przez obywateli, dawania kasy niemal do ręki. Warto przypomnieć, że pomysły B.Komorowskiego były nie dość że wielokrotnie mniejsze, to nakierowane głównie wspieranie tworzenia miejsc pracy i innowacyjności.

Można się tylko obawiać, że A.Duda będzie próbował niektóre ze swoich pomysłów realizować (lub w ograniczonej formie), by unicestwiać je w wyniku oporów rządu. Będzie więc dochodziło do konfliktów z rządem by móc powiedzieć że dokonywał starań, ale rząd wstrzymywał realizację pomysłów. Ewentualne przejęcie rządów przez PiS jesienią, absolutnie nic nie zmieni w kwestii realizacji wyborczych obietnic.

2.        Konstatacja.

Niema co ukrywać. Te wybory powiedziały nam coś o politykach (tzn. części z nich) a przede wszystkim o  społeczeństwie. I to dobitnie. Pierwsze to fakt iż  znaczna część społeczeństwa jest podatna na populizm,  tak naprawdę oczekuje i wręcz zachęca polityków do tego. To że ci sami ludzie potrafią potem powiedzieć, że politycy ich oszukują, jest już zadaniem dla psychologów/socjologów, a nie dla ekonomistów. Wyzwaniem dla ekonomistów jest co najwyżej podjęcie tematu niezwykle niskiej świadomości ekonomicznej obywateli. Nie ma więc żadnego sensu tracenie czasu na akademickie dyskusje na temat skąd bierze się populizm.

Wynik wyborów wskazuje, że znaczna część społeczeństwa tak po prostu i zwyczajnie potrafi wybrać polityka współodpowiedzialnego za skandal finansowy. A.Duda musiał mieć pełną świadomość kiedy kilka lat temu przykładał rękę do odsunięcia w czasie przejęcia kontroli nad systemem SKOK przez KNF. To nie żart i przesada, ale skandal ze SKOKami śmiało można nazwać największą aferą po 1989 r., biorąc pod uwagę rozmiar strat jakie pokrywa sektor bankowy (głównie za pośrednictwem BFG).

PS. Andrzej Duda, to kolejny z czołowych polityków PiS, który część oszczędności trzymał w euro. (wcześniej pisałem o G.Biereckim). Jak to więc jest z tym eur w PiS? Czyżby oficjalna niechęć do przyjęcia euro to tylko poza przed wyborcami? Pytam, bo szacunek polityków PiS do euro jest naprawdę godny podziwu.

 

Wynagrodzenie minimalne w gospodarce jako wypadkowa szeregu czynników społecznych i ekonomicznych.

marek_zelinski

Nie ma prostej odpowiedzi, na pytanie jaka ma być wysokość wynagrodzenia minimalnego (WM)w relacji do średniego. Wg opracowań jakie miałem okazję przejrzeć, wymienia się często wartości w przedziale 40%-45% wynagrodzenia średniego. To są wskazania ekonomistów szukających kompromisu pomiędzy racjami przedsiębiorców a racjami o charakterze społecznym. Co bardziej liberalni ekonomiści wskazują opisywany wskaźnik na mocno niższym poziomie  lub w ogóle kwestionują sens istnienia czegoś takiego jak WM. Zaś ci o bardziej gołębich sercach wskazują 50% i większe wartości. UE jest pod tym względem nastawiona prospołecznie sugerując zmierzanie w stronę 50%.

Nie ma co ukrywać, że odgórne ustalanie WM, to ingerencja w relacje przedsiębiorca-pracownik. Ale to jedna racja, czy punkt widzenia. Jest jeszcze szereg innych, które należy brać pod uwagę.

Najważniejszym argumentem są rynkowe realia. Zawyżanie WM spowoduje spadek zatrudnienia oraz wzrost szarej strefy. Państwo ingeruje w rynek, ale bezpośredni koszt interwencji rynkowej przerzuca na przedsiębiorców i klientów tychże przedsiębiorców. Nie ma co ukrywać że im bardziej będziemy chcieli podnieść WM, w tym większym stopniu przedsiębiorca będzie chciał przenieść koszty na ceny usług i produktów. Stąd proces wzrostu WM powinien być moim zdaniem dość ostrożny, czytaj powolny, by rynek powoli się oswoił ze wzrostem cen. Przecucenie kosztów procesu podnoszenia WM nie da się w całości przerzucić na pracodawców. Inna rzecz, ze o ich sytuacji materialnej wiemy bardzo mało. A szkoda.

Dodatkowo proces powolnego podnoszenia WM powinien być powiązanym z wymuszeniem na pracodawcach przestrzegania zasad zatrudniania, ewidencji czasu pracy, wypłacania wynagrodzeń , składek na ZUS itd. Coroczne wyniki PIP w tym zakresie wskazują, że wcale niemała część przedsiębiorców świadomie lekceważy przepisy i przerzuca na pracowników finansowe ryzyko funkcjonowania swoich firm.

Postulat szybkiego i znacznego podniesienia WM jest nośny społecznie. Jest tu jednak wiele ryzyk. Najniższe wynagrodzenia dotyczą głównie osób młodych oraz o zbyt słabych, jak na oczekiwania rynku pracy, umiejętnościach i doświadczeniach zawodowych. Problemy te kumulują się w regionach słabiej rozwiniętych gospodarczo i z problemami społecznymi. W związku z tym trzeba pamiętać, że ustalając pułap WM poruszamy w bardzo trudnym obszarze społecznym.

Dyskusja o poziomie WM ma swój wymiar makroekonomiczny. Mam na myśli budżet państwa i , szerzej, finanse publiczne (ZUS itd.). Pracownicy z bardzo niskimi wynagrodzeniami i ich rodziny stają się przedmiotem społecznego wsparcia. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że osoby z najniższymi obecnie wynagrodzeniami będą przez nas dotowane po przejściu na emeryturę. Mam na myśli emeryturę socjalną oraz instrumenty pomocy społecznej. W pewnym sensie więc społeczeństwo już obecnie decyduje się na finansowe wsparcie przedsiębiorców poprzez akceptację niskich wynagrodzeń. Z pewnością jednak przedsiębiorcy mogą to ocenić dokładnie odwrotnie.

Z czysto społecznego punktu widzenia, warto utrzymywać obywateli poza strefą ubóstwa. Chodzi o dostęp do wiedzy, edukacji, elementarnego wyposażenia (pralka, tv, a nawet komputer z dostępem do interneru itd.) oraz dóbr kultury. Obywatel świadomy i wyedukowany, lepiej reaguje na rynkowe bodźce. Korzystają też z tego przedsiębiorcy.

Obecny poziom WM nie pozwala na przyzwoite i bezpieczne życie. Jeżeli przyjąć perspektywę jednoosobowego gospodarstwa domowego czy rodziców z takim wynagrodzeniem plus dwójka dzieci, to jesteśmy niewiele ponad progami tzw. relatywnego ubóstwa.

W dyskusji o WM kryje się też aspekt rozkładu wynagrodzeń w społeczeństwie, dzielenia się dochodem narodowym, czyli po prostu szeroko rozumiana sprawiedliwość społeczna. Oczywiście wiem, ze tą ostatnią różnie można pojmować rozmaicie, czy nawet określać mianem socjalistycznego reliktem. Nie ma co ukrywać, że mechanizm rynkowy nie działa idealnie i tyczy się to również udziału w podziale owoców wzrostu gospodarczego. Jest tu też spór o to czyj popyt jest lepszy dla gospodarki, wąskiej grupy tzw. bogatszych czy szerokiej grupy skromniej uposażonych.

W rozważaniach o WM warto też dorzucić aspekt, nazwijmy to, społeczno-polityczny.  Niskie wynagrodzenia i życie w ubóstwie powoduje społeczne protesty i poszukiwanie rozwiązania na płaszczyźnie politycznej, przez grupy społeczne  mające poczucie wykluczenia. W takim wypadku po prostu wzrasta ryzyko głosowania na partie radykalne i o skrajnych poglądach ekonomicznych. W efekcie najczęściej, jak udowadnia historia, tracą wszyscy.

Na koniec wymieniania perspektyw z jakim można i należy postrzegać WM jest rola wynagrodzenia jako bodźca do działań. Nie ma co ukrywać że im więcej będziemy płacić za niskie kwalifikacje, to ludzie mniej chętnie będą je poprawiać. W dalszej kolejności dotknie nas problem prac, których obywatele nie będą chcieli podejmować, bo nieatrakcyjne i nisko płatne. To zjawisko dotknęło już kraje Europy Zachodniej.

Jak widać z powyższych rozważań, WM to konieczność szukania ekonomicznego kompromisu. Narzucenie przez taki czy inny rząd zbyt wysokiej WM czy tempa jej wzrostu w pierwszej kolejności uderza w bezpośrednio zainteresowanych. Stąd tak duża ostrożność w podnoszeniu WM. Dość długo utrzymywaliśmy w minionej dekadzie relację WM do wyn. średniego w przedziale 30%-35% (lata 2000-2007). Początkowo była to ostrożność w czasach dużego bezrobocia, a potem brak potrzeby gdy wynagrodzenia rosły wskutek silnego wzrostu gospodarczego. Wzrost relacji WM do średniego nastąpił w ostatnich 8 latach o ponad 8 pkt. procentowych. Jak widać wzrost przypadł na niełatwe czasy, co oznacza że politykom nie zabrakło jednak odwagi. Po osiągnięciu pułapu 42%, poprawa relacji WM do średniego została wstrzymana.

Nie mam nic przeciwko sięgnięcia pułapu 50% w ciągu kilku najbliższych lat. Uważam jednak, że powinniśmy uelastycznić WM. Warto podjąć temat regionalizacji WM i możliwości wstrzymania wzrostu a nawet obniżki w przypadku poważniejszych kłopotów gospodarczych. Mówiąc inaczej: im większa relacja WM do wyn. średniego, tym większa elastyczność w jego ustalaniu. Tu niestety napotykamy na poważny opór związkowców.


Pomysły kandydatów na prezydenta. Kasę każdemu i w dowolnych ilościach.

marek_zelinski

 


Wysłuchałem niedawnej prezydenckiej debaty w publicznej telewizji z udziałem dziesięciu kandydatów i postanowiłem trochę sobie poużywać. Przyznam, że jako ekonomiście ciężko mi było tego słuchać, bo mam świadomość rozmiarów tychże obietnic. Źródłami finansowani obietnic nikt z kandydatów się nie przejmował. Być może dlatego, że wyborcy też nie chcą się tym zamartwiać. Wyborcy chcą wierzyć, że pieniądze, dużo pieniędzy, leżą odłożone lub schowane przed obywatelami przez polityków.

Pozwolą sobie na skomentowanie niektórych monotonnie powtarzanych argumentów, ale bez epatowania kwotami. Kto chce, może wierzyć, kto nie, to nie musi.

Integracja z UE, czy raczej dezintegracja. Generalnie wg większości konkurentów B.Komorowskiego UE to nieudany i podejrzany twór o niepewnej przyszłości. Nikt nie chce przypomnieć, że wejście do UE w 2004, to nie tylko sukces polityczny ale i gospodarczy. Pochwalić UE też nie wypada. Szkoda, bo UE to naprawdę ciekawy projekt, wymagający jednak wspólnego wysiłku i pokory.

Dość często pojawiał się wątek silnej Polski jako kraju skupiającego wokół siebie inne kraje. Na ogół chodziło o kraje Europy Środkowej. Tylko, że te kraju, na ogół będące już w UE, nie mają ochoty uznać naszego zwierzchnictwa i w miarę możliwości załatwiają swoje problemy bezpośrednio w Brukseli. Współpracują z Polską tylko wtedy gdy jest to opłacalne. Pomysły by budować silne związki gospodarcze lub polityczne z Białorusią lub Chinami, pozostawiam bez komentarzy. Krótko mówiąc, chcemy budować mocarstwową Polskę, tylko brak chętnych krajów by nam się podporządkować.

Nikt z kandydatów nie poruszał wątku naszej przyszłości w UE. Na razie, powiedziałbym, że jesteśmy za dalszą integracją i jeszcze bardziej przeciwko niej. O euro chyba nikt już nie wspominał, bo to jest teraz passe. Naopowiadano społeczeństwu przez lata takich głupot o euro (a ostatnio P.Duda), że nawet obecny prezydent unikał w kampanii tego tematu.

Wysokie podatki. Oczywiście płacimy za dużo, twierdzą kandydaci. To standard każdego polityka chcącego zdobyć popularności czy wybrać wybory prezydencie. Otóż co roku Eurostat publikuje kilka cyklicznych opracowań o podatkach w UE i pozostałych obciążeniach (składki zdrowotne, emerytalne itp.). Polska jest krajem o relatywnie niskim poziomie opodatkowania czy – jak kto woli – poziomu redystrybucji do PKB. Proponuje zajrzeć do zakładki Database, gdzie Eurostat udostępnia morze danych. Ta bolesna prawda o poziomie opodatkowania nie przebija się w mediach, o co mam pretensje również do przedstawicieli mediów.

Zwiększyć wydatki, wydobyć Polaków z biedy, rozdawać zasiłki itd. Proszę bardzo. Możemy rozdawać, ale wpierw politycy muszą wskazać skąd zdobędziemy kasę.  No bo skąd pieniądza skoro kandydaci na prezydenta chcą radyklanie obniżyć podatki. Wynikiem realizacji ubytków w podatkach proponowanych w debacie byłoby zmniejszenie stronnych wpływów budżetu centralnego śmiało o 10%-20%. A realizacja pomysłów na wydatki (np. po 500 zł na dziecko wg P.Dudy) dałaby w efekcie kilkadziesiąt mld zł deficytu. Nie wiadomo śmiać się czy płakać.

Zabierzemy bankom i sieciom handlowym. Zawsze mnie intrygowało, dlaczego im. Bo są synonimem bogactwa i zagranicznego kapitału? W Polsce jest więcej branż w dobrej sytuacji, ale na nie politycy nie zerkają. Politykom zadałbym pytanie odnośnie sieci handlowych. Dlaczego do tej pory nikt nie napuszczał na nie aparatu skarbowego, dlaczego nie dokonał analiz wywożonych zysków. A może dlatego, że kwota okazałaby się (o ile w ogóle) bardzo mała? Wynik netto banków w ostatnich latach to rząd 15 mld zł. Zabrać wszystkiego nie można, bo każdy ma prawo do zysków, a ponadto trzeba pokryć dziurę po wypłatach BFG na SKOKi. Powiedzmy, że dmuchniemy bankom 5 mld. Tylko że to jest mikroskopijna niemal kwota w porównaniu z makabrycznym deficytem jaki nam powstanie po realizacji obietnic polityków. Proszę też pamiętać, że jeśli banki, jak chcą politycy, mają być ukarane za kredyty hipoteczne w CHF, to przy realizacji pomysłów polityków, banki stracą miliardy złotych i na programy społeczne nic nie zostanie.

Emerytury. Ok. ja też mam wątpliwości czy w wieku 67 lat będę się do czegoś nadawał. Mimo to proponuje spojrzeć na prognozy demograficzne i skalę deficytu FUS jak nic nie zrobimy. Te dane są łatwo dostępne w internecie. Podjęta przez rząd PO-PLS reforma (w tym wydłużenie wieku) nie załatwia problemu, a jedynie pozwala w przyszłości zmniejszyć zagrożenie (deficyt FUS) do skali z którą być może sobie poradzimy. Można się zgodzić na kilka pomysłów, ale pod warunkiem wczesnego rozpoczęcia pracy lub dodatkowego samodzielnego oszczędzania itd. B.Komorowski zaakceptował zmiany emerytalne bo, w przeciwieństwie do obecnych rywali, zdawał sobie sprawę ze skali zagrożenia.

Hit kampanii: kwota wolna od podatku. Polacy uwierzyli, że są oszukiwani. Politycy w trakcie debaty w tv publicznej, jak najbardziej ich w tym przeświadczeniu utrzymywali. Owszem z malutką kwotą wolną jesteśmy ewenementem w Europie, To trochę relikt rozwiązań jakie przyjęliśmy tworząc PIT. Proponowałbym jednak zestawić to z kwotami ulg, pomocy społecznej, transferów społecznych itd. jakie otrzymują podatnicy. Podnoszenie kwoty wolnej będzie wymagało zmian po stronie transferów (np. pomoc społeczna) i pułapów pomocy (zmiany zasad udzielania wsparcia). W zależności od wariantu kwoty wolnej, budżet traciłby na wpływach kilka, do kilkunastu mld. To ubytek na tyle duży, ze musiałby być czymś zrekompensowany. Jakimś rozwiązaniem byłoby podwyższenie kwoty wolnej rozciągnięte na lata, czyli metoda bardzo drobnych kroków.

Nie chciałbym być odebrany jako oportunista twierdzący, że nic już nie można zrobić. Owszem można, ale małymi krokami i w większości przypadków wskazując komu odbieramy (wpływy) lub zabieramy by przekazać innym. I właśnie rolą polityków jest wskazywanie kto lub co wymaga wsparcia a co lub kto już może lub musi bez wsparcia się obyć.

Polecam zajrzeć …

http://opinieekonomiczne.blox.pl/2012/09/Skad-pieniadze-na-polityke-spoleczno-gospodarcza.html

 

 

Budownictwo. Powolna poprawa.

marek_zelinski

Rozmiar produkcji budowlano-montażowej w relacji do PKB jest niemal bez zmian po I kw 2015 (zarówno dla produkcji kwartalnej jak i rocznej). Oczywiście skoro PKB rośnie nam w tempie ok 3%, to w podobnym tempie musi rosnąć budownictwo. Faktycznie, realne tempo wzrostu produkcji z I kw 2015 to niemal 2% yoy. Nie ma więc dynamicznego wzrostu, ale nie ma stagnacji, bo w wynikach budownictwa możne jednak dojrzeć kilka ciekawostek i pozytywnych trendów. Krótką analizę budownictwa oprę na strukturze prac budowlanych wg klasyfikacji obiektów, ponieważ takie ujęcie jest dość czytelne.

Budynki mieszkalne w strukturze budownictwa to 13% całokształtu prac sektora. Wzrost yoy tego segmentu to ledwo 1%. Niemniej nie załamywałbym rąk, ponieważ powolna poprawa sytuacji gosp. domowych wcześniej czy później da o sobie znać. Obecnie roczna mieszkaniowa produkcja stanowi jakieś 60% prac z 2008 r. Jednak tamten rok był rekordowy i odnoszenie się do niego zapewne nie jest zasadne. Poprawę widać poprzez wzrost zezwoleń na budowę oraz budowy rozpoczęte. I kw pozycję te rosną o kilka- kilkanaście procent. Nie jest to wprawdzie gwarancja budowy mieszkań w analogicznej liczbie. Jeżeli prognozy deweloperów odnośnie popytu okażą zbyt optymistyczne, to budowę zawsze można przerwać lub przedłużyć, a otrzymanych zezwoleń nie realizować. Niemniej wzrost otrzymanych zezwoleń na budowę o 13% w porównaniu do I kw 2014 świadczy o powolnej poprawie nastrojów wśród deweloperów.

Kolejny segment budownictwa to budynki niemieszkalne, czyli biura, placówki handlowe, przemysłowe, budynki publiczne itd. To 33% naszego budownictwa. Niestety w podstawowych grupach nadal odnotowujemy spadki i to nawet spore. Ale jest jedna pozycja, która daje nadzieję. Obiekty przemysłowo i magazynowe wzrosły o 14% yoy w I kw 2014. Jeżeli dynamika wzrostu będzie tu utrzymana, to za rok lub dwa wartość prac tego podsegmentu osiągnie pułap z lat 2007-2008. Wzrost wartości prac podsegmentu obiektów przemysłowych i magazynowych niemal w całości pokrywa spowolnienie w pozostałych. Ostatecznie wartość prac obejmująca budynki niemieszkalne spadła o 3% w I kw 2015 w porównaniu do I kw 2014.

Największym segmentem budownictwa są obiekty inżynierii lądowej i wodnej. W ciągu ostatnich 10 lat, ten segment to od 50% do 60% naszego budownictwa (obecnie 54%). Segment obejmuje, budowę i remonty dróg, mostów, szlaków kolejowych, rurociągów, kompleksów przemysłowych itd. W przeważającej części segment ten obejmuje prace finansowane ze środków publicznych, w tym funduszy unijnych. W I kw 2015 wartość prac wzrosła o 6% w porównaniu z I kw 2014. Wzrosty wartości prac odnotowaliśmy praktycznie we wszystkich podsegmentach oprócz dróg i mostów. Biorąc pod uwagę zapowiedzi wydatkowania funduszy i poprawę sytuacji makroekonomicznej, na wzrost popytu w podsegmencie dróg i mostów możemy poczekać nawet kilka kwartałów.

Wydaje się iż proces poprawy sytuacji finansowej budownictwa następuje nieco szybciej niż dynamika prac ogółem. Sektor budowany dość dobrze prezentuje się pod względem nakładów inwestycyjnych. W 2014 nakłady inwestycyjne były o 17% większe niż rok wcześniej. Warto zauważyć że to o 2 pkt.proc. lepiej niż średnia dla przedsiębiorstw ogółem. Przychody firm budowlanych w 2014 w wzrosły o 7% w porównaniu z rokiem wcześniejszym, co jest wynikiem o 5 pkt.proc. lepszym od przychodów ogółem przedsiębiorstw.

Stale i wyraźnie poprawiała się w 2014 r. rentowność netto sektora budowlanego. W 2014 było to 2,8%, w 2013 r. 0,9%, zaś w 2012 r. minus 0,5. Na koniec 2014 r. już 80% podmiotów sektora odnotowało wynik dodatni netto, gdy dwa lata wcześniej 72% (w 2013 r. 74%). Powolna poprawa sytuacji finansowej budownictwa jest wynikiem zarówno opisanych wyżej warunków rynkowych jak i procesów restrukturyzacyjnych. Niestety procesy te oznaczały obniżenie zatrudnienia o kilka procent czyli o ponad 30 tys. osób w ciągu minionego roku.

Stopa bezrobocia. Przemilczane ciekawostki.

marek_zelinski

Jedną z bardzo ciekawych danych jakie otrzymujemy od kilku miesięcy jest spadek bezrobocia. W ostatnich trzech kwartałach spadek bezrobocia jest bardziej dynamiczny niż wskazywałaby na to kondycja gospodarki i obserwacje z lat wcześniejszych. Te ciekawe zjawisko nie jest szerzej podejmowane przez media. Głównym powodem jest chyba silny sceptycyzm wobec polskiej gospodarki wśród większości komentatorów, w tym i ekonomicznych. Stąd informacja ta była, i w zasadzie nadal jest, ignorowana. Tymczasem wydaje się iż mamy do czynienia z nową jakością w naszej gospodarce jeśli chodzi o zależność pomiędzy wzrostem gospodarczym a bezrobociem. Okazuje się, że utrzymywanie tempa PKB na poziomie bynajmniej nie szokującym (ok. 3%) może spowodować duże pozytywne zmiany na rynku  pracy, dotychczas obserwowane dopiero przy dynamice PKB np. 4%.

Wskazanie marcowe bezrobocia potwierdza, że bezrobocie wciąż spada w tempie ponad 13% rocznie, ale dynamika spadku prawdopodobnie przestanie już przyspieszać. Prosty, wyznaczony o najnowsze dane, trend nie potwierdza by stopa bezrobocia miały być jednocyfrowa na koniec tego roku. To akurat wydaje się mało prawdopodobne. Ale kto wie, może w grudniu stopa bezrobocia będzie w przedziale 10-11%, co byłoby znacznym osiągnięciem przy dynamice PKB 3%-3,5%.

Kolejnym miłym zaskoczeniem jest odpowiedź na pytanie kto korzysta na spadu bezrobocia. Pozornie wydawałoby się, ze powinni najlepiej wykształceni i z doświadczeniem. A tu kolejna niespodzianka. Wg kryterium wiekowego najszybciej spada bezrobocie w grupie wiekowej do 24 lat. Też dobrze, aż nieco słabiej, w kolejnym przedziale czyli do wieku lat 32. Z punktu widzenia wykształcenia nie widać poważniejszych równic, ale spadek bezrobocia szybciej zdaje się dotyczyć osób z wykształceniem średnim i zasadniczym.

OFE po roku

marek_zelinski

Od uszczuplenia aktywów OFE decyzją rządu minął rok. OFE od lutego 2014 działają w innej, trudniejszej rzeczywistości. Na szczęście rzeczywistość okazała się dość łaskawa dla OFE i przyszłych emerytów (w tym i dla mnie). Przez rok nie doszło do żadnej katastrofy, więc OFE miały czas na odnalezienie się w nowej rzeczywistości i szukanie odpowiedzi na pytanie co dalej.

W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że okres od lutego 2014 to czas stabilizacji w sektorze  OFE. Od lutego 2014 do końca marca tego roku aktywa zarządzane przez OFE wzrosły zaledwie o 1,5%, a nominalnie o 2,5 mld zł. Wprawdzie OFE w formie składek otrzymały w ciągu 14 miesięcy ok. 8 mld zł składek, ale sama wartość wypłat dla ZUS z tytułu tzw. suwaka odpowiadała 2/3 kwoty składek w okresie 14 miesięcy. Dla swoich klientów OFE zarobiły (zmiana wartości jednostki rozrachunkowej) ok. 2,7% yoy w I kw tego roku. Z tego połowa jest efektem ujemnej inflacji, jako że inflacją urealniam wynik. Wbrew pozorom jest to akceptowalny wynik i na poziomie średniego wyniku dla funduszy inwestycyjnych akcji.

OFE stały się  zakładnikiem sytuacji rynkowej na krajowym rynku akcji. Odebranie obligacji nie pozwoliło skorzystać z wzrostu z tytułu wyceny papierów dłużnych skarbowych. Klienci funduszy inwestycyjnych papierów skarbowych odnotowywali ładne kilkuprocentowe roczne stopy zwrotu. Natomiast polski rynek akcji w analizowanym okresie ulegał pewnym wahaniom, ale generalnie można powiedzieć że był dość stabilny. Obecnie wartość WIG czy WIG20 odbiega od wartości z lutego 2014 odpowiednio o  3% lub -2%. W tym czasie czołowe giełdy zagraniczne potrafiły odnotowywać wzrostu o stopie zwrotu kilka razy wyższej od naszej.

Nasza giełda pozostała niewrażliwa na pozytywną atmosferę na zagranicznych rynkach akcji. Trzeba jednak zaznaczyć, że na chwile obecną wycena naszych akcji jest poprawna, w przeciwieństwie do rynków zagranicznych, które są przewartościowane w różnym stopniu. OFE dość długo opierały się pokusie zagranicznych inwestycji i moim zdaniem należy to ocenić jako bezpieczną politykę. Pokusa okazała się silniejsza i od nowego roku OFE zwiększyły wartość zaangażowania w zagraniczne akcje o 2,5 mld zł, przy czym z dość niskiego pułapu zaangażowania, bo 5,6 mld na koniec 2014. Większość zakupów przypadła na luty. W marcu apetyt na zagraniczne akcje znacznie zmalał. Nie mamy tu jednak do czynienia z jakimś spektakularnym działaniem czy masową realokacją. Obecnie akcje zagraniczne stanowią 5,5% portfela OFE, przy średniej 4,3% dla okresu luty-grudzień 2014. Ruch ten należy ocenić pozytywnie ale (z perspektywy czasu) nieco spóźniony. Zarządzający OFE szukają jakiejś alternatywy dla lokowania na polskim rynku, który na tle giełd zagranicznych jawi się jako senny.

Mimo że OFE mogą od początku tego roku zmniejszać udział akcji w portfelu, to nie uczyniły tego. Przyczyny są dwie. Brak alternatywy i brak powodów do wyzbywania się akcji. W depozytach i nie skarbowych papierach dłużnych trzymają obecnie 13,6% wartości portfela wobec niemal 16% na koniec ubiegłego roku. Spadek wynikał z redukcji bankowych depozytów na rzecz zagranicznych akcji. W obecnej sytuacji rynkowej, takie działanie należy ocenić jako uzasadnione oraz pokazujące, że OFE szukają lepszych stóp zwrotu i nie boją się podejmować ryzyka. Oczywiście jest to robione dość ostrożnie.

Stabilizacja w sektorze OFE była widoczna nie tylko w rozumieniu wartości zarządzanych aktywów i sytuacji rynkowej. Zmiany w OFE spowodowały stabilizację liczby członków (klientów OFE) oraz brak poważniejszych zmian w pozycji rynkowej poszczególnych OFE. Do tego zmiany jakie dotknęły OFE na początku 2014 wymusiły sporą ostrożność w inwestowaniu i uczenie się funkcjonowania w zupełnie nowych warunkach. Nie dziwi więc mniejsza rozpiętość stóp zwrotu. Większe zmiany są dostrzegalne w okresach poważniejszych zmian indeksów giełdowych w ciągu 2-4 miesięcy rzędu kilka procent. Wtedy dopiero widać minimalne różnice w efektywności portfeli.

Stopy zwrotu OFE uzależnione są oczywiście od sytuacji rynkowej na krajowym i zagranicznych rynkach. I tu pojawia się problem. No bo jak zachowa się nasza giełda gdy czołowe zagraniczne rynki dotknie korekta. Choćby mała. Nas korekta też dotknie czy też polskie akcje staną się przedmiotem zainteresowania i ich ceny pójdą w górę? Na dodatek, zdają się poprawiać prognozy PKB dla Polski lub co najmniej przestają być obniżane. Lokowanie w depozyty czy długoterminowe papiery dłużne w poważniej skali nie ma sensu wobec końca serii cięć stóp przez RPP i powolnych wzrostów w dalszej przyszłości. No chyba że na krótko i w papiery indeksowane stopą procentową. Odpowiedź dają same OFE. Perspektywy dla akcji w Polsce wydają się umiarkowanie korzystne i na pewno nikt nie wieszczy krachu. Stąd nie dziwi iż OFE z rynku akcji nie uciekają.

O ile z inwestycyjnego punktu widzenia najbliższa przyszłość nie powinna być gorsza ( a nawet nieco lepsza ) od tego co widzieliśmy w ostatnich miesiącach, to dalsza przyszłość OFE rysuje się niepewnie. Z biegiem czasu rosnąć będą powoli wypłaty dla ZUS (suwak) przy poważnych ograniczeniach pozyskania nowych klientów. Być może w następnej kadencji parlamentu warto będzie powrócić do dyskusji o OFE oraz ich roli sektora w drugim filarze.

Pani prezes od ZUS. To idzie młodość.

marek_zelinski

Raczej nigdy nie chciałem z mojego bloga robić kroniki towarzyskiej czy być posądzonym o kompleksy, ale z drugiej strony tzw. publiczne milczenie z uzasadnieniem „bo nie wypada krytykować” jest chyba większą wadą i tchórzostwem.


Trwa proces wyłaniania kandydata(tki) na fotel prezesa ZUS. Tłoku nie było. Z kilku osób, kolejne etapy przeszła pozytywnie tylko Katarzyna Kalata. Lat 31, 11 lat pracy, doktorat, ekspert w dziedzinie prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, prowadzi własną firmę itd. W zasadzie.. osoba wyjątkowa.


Sam też w pierwszej chwili złapałem się na myśleniu typu czy aby kandydatka nie jest za młoda, czy ma odpowiednią wiedzę i doświadczenie by „ogarnąć” wszystko to co dzieje się w ZUS i jest z nim związane. …ale przeczytałem wywiad z K.Kalatą w Rzeczpospolitej z 13 kwietnia (wczorajsza), który mnie nieco zdziwił i rozczarował. PO lekturze wywiadu, wydaje mi się że moje pytania i wątpliwości są chyba jednak zasadne.


W wywiadzie z K.Kalatą wiele o pomysłach na ZUS się nie dowiemy (a raczej nic), bo sporo miejsca K.Kalata poświęca na podkreślanie swojej ambicji, odwagi, śmiałości oraz bezkompromisowości. Generalnie K.Kalata ma o sobie wysokie mniemanie i chce tym zarazić opinię publiczną. Demonstrowanie tego należy do dobrego tonu i bywa dobrze widziane przy ubieganiu się o odpowiedzialne i prestiżowe funkcje. Niestety w wywiadzie K.Kalata chętnie operuje medialnym szantażem, co chyba nie przystoi przyszłej pani prezes ZUS. K.Kalata swoją kandydaturą postrzega jako bardzo merytoryczną i jeśli ostatecznie jej kandydatura będzie odrzucona, to będzie to oznaczało decyzje polityczną. W dalszej części wywiadu potencjalna pani prezes wskazuje, iż liczy się z porażką ponieważ w ZUS są zapewne tzw. nieprzyjemne sprawy a ona jest bezkompromisowa, a to może się nie podobać decydentom (czyli politykom) i kadrze managerskiej ZUS. To bardzo sprytne postawienie sprawy: jak mnie wybiorą, to dlatego że jestem silnie merytoryczna, a jak nie to dlatego że stanowiłam zagrożenie dla ciemnych interesów. O jakie interesy chodzi, pani Kalata nie wie i nic nie mówi.


K.Kalata podkreślając swoje zalety nie waha się deklarować że gotowa jest zrezygnować ze służbowego samochodu i poruszać się swoim. No i nie dla ok. 20 tys. wynagrodzenia. To na pewno spodoba się opinii publicznej, a ja to już pozostawię bez komentarza. Na pytanie czy poradzi sobie z zarzadzaniem 46 tys. Pracowników, K.Kalata nie traci rezonu i wskazuje że zarządzać to będzie managerami, a managerowie zarządzać będą podwładnymi. Ponadto, jak twierdzi pani Kalata, na palcach jednej ręki można policzyć ludzi w Polsce którzy zarządzają (i potrafią) tak wielkimi strukturami. Przyznać muszę, pani K.Kalacie śmiałości nie brakuje.


A co przyszła pani prezes chce zmieć w ZUS? Zmienić wizerunek ZUS wśród przedsiębiorców i poprawić relacje z nimi. A dalej? …  hm.. to wyjdzie w praniu po zapoznaniu się z wynikami audytu jaki pani prezes zarządzi. Inaczej mówiąc, pani prezes jeszcze tak dokładnie to nie wie.


K.Kalata dostała też w wywiadzie jedno z kluczowych „testowych” pytań: co sądzi o OFE. Niestety z odpowiedzi wynika że i tu PR przeważył nad merytoryczną wiedzą (bądź odwagą do jej ujawnienia). Odpowiedzi były dość ogólne i mogą się spodobać obrońcom OFE w ich dawnej postaci. Wyszło na to, że K.Kalata nie do końca rozumie problem jaki mieliśmy z OFE od strony finansów publicznych (potężny deficyt FUS) i generalnie makroekonomicznej. Szkoda.


Niestety przed panią prezes (potencjalnie) stoją mniej bajkowe wyzwania. Trzeba poprawić szybko wizerunek ZUS w opinii publicznej, bo w Polsce wykreowano modę na krytykowanie ZUS bazującą na ogromnym braku wiedzy w społeczeństwie. Relacje z przedsiębiorcami relacjami, ale raczej większym problemem jest ściągalność składek i pani prezes wolała o tym nie mówić by nie narazić się czytelnikom. Zarządzenia instytucją  działającą w warunkach niebilansowania się systemu ubezpieczeń wcale nie jest bajką. I pewnie dlatego mało było chętnych na tą funkcję. Nikt nie ma ochoty robić za chłopca do bicia dla publicystów i opinii publicznej.

 

Euro oznacza biedę, jak sugeruje A.Duda? Wpływ przyjęcia euro na inflację.

marek_zelinski

Przyznam, że ręce opadają jak zobaczyłem nowe pomysły na straszenie wejściem do strefy euro w wykonaniu Andrzeja Dudy. Trochę to jednak przykre kiedy człowiek określany mianem „doktora prawa” bezceremonialnie gra na społecznej niewiedzy i emocjach.

Andrzej Duda w najnowszych wypowiedziach i spotach jednoznacznie wskazuje, że wprowadzenie euro oznacza drożyznę. A dialogi ze scenek, sugerują że będzie to drożyzna makabryczna. Jako przykład drożyzny A.Duda wskazuje Słowację. Wraca słynny mit o tym jak euro wpływa na wzrost cen. Ten mit był już wielokrotnie rozwiewany i tłumaczony. Można znaleźć wiele wiarygodnych opracowań w internecie. Można też samemu zrobić proste ćwiczenia w oparciu o dane GUS lub Eurostatu. Jedno z ćwiczeń, które przytoczę poniżej to zabawa najdalej na 30 minut.

Zastanawiałem się jak jedną ilustracją pokazać, że temat rzekomego negatywnego wpływu przyjęcia euro na ceny to – mówiąc językiem młodzieżowym – jedna wielka ściema. I wydaje mi się, że najlepszym sposobem będzie zwykły wykres inflacji dla kilka krajów i UE z kilku ostatnich lat.

Już prosta analiza wykresu prowadzi to równie prostego wniosku: o inflacji decyduje szereg procesów makroekonomicznych, gdzie sam fakt przyjęcia euro ma znikome znaczenie (marginalne!). Co ciekawe, niejednokrotnie największe wzrosty inflacji miały miejsce w krajach, w których euro nie ma, lub skoki inflacji miały miejsce przed przyjęciem euro (np. Litwa, Łotwa, Estonia). Tego już A.Duda nie pokazuje. Oczywiście nie twierdze bynajmniej, że samo przyjęcie euro hamuje inflację, bo …… bo  euro nie przyjmuje się po to by inflację zdławiać. Euro to jeden ze sposobów na ujednolicenie rynków i ułatwienie prowadzenia działalności gospodarczej na terenie strefy euro.

A.Duda wybrał się na Słowację i porównał grupę wybranych produktów by pokazać różnice w cenach. Jak rozumiem, koszyk zakupionych dóbr wybrano bardzo spontanicznie i zupełnie niechcąco wyszło że -  w porównaniu z ceną w Polsce – zakupione na Słowacji produkty były droższe o ponad 40%. Dlatego właśnie urzędy statystyczne porównują zmiany cen w oparciu o tzw. koszyki dóbr i usług, by uniknąć tego typu manipulacji opinią publiczną. Badania wpływu przyjęcia euro wskazują, że podnosi to jednorazowo inflację  o kilka dziesiątych (mowa o wskaźniku wzrostu cen). Proces ten rozłożony jest w czasie. Różnica cen niektórych dóbr u naszych jednych i drugich południowych sąsiadów wynika z szeregu czynników nie mających z euro nic lub niewiele wspólnego. Są to różnice w systemach podatkowych, struktur kosztów, organizacji rynków itd.

Skoro jednak pan Duda podał przykład Słowacji, to pociągnijmy go dalej. Słowacja przyjęła euro z początkiem 2009 r. Od tego czasu ceny na Słowacji wzrosły o ponad 9%, a w Polsce….o 14%. Tego A.Duda już nie dodał.

I już na zakończenie…Najnowsze spoty A.Dudy kończą się deklaracją, że starcie o wprowadzenie euro rozstrzygnie się w majowych wyborach prezydenckich. Otóż to bzdura. Wygrana takiego czy innego prezydenta nie ma tu znaczenia. Inicjatywa jest po stronie rządu. Jeżeli uzyska on odpowiednie poparcie dla przyjęcia euro, to prezydent będzie się musiał z tym pogodzić. Więc jeśli już, to nie wybory prezydenckie, a parlamentarne będą miały na to wpływ.

Senator Bierecki woli oszczędzać w euro. Co na to PiS?

marek_zelinski

Cóż, troszkę mi głupio, ale przyznam że i ja zaspokoiłem swoją ciekawość (czytaj: wścibstwo) i zajrzałem do oświadczenia majątkowego senatora Biereckiego. To oświadczenie jest jakby zwieńczeniem całej historii o SKOKach. Ja jednak tym razem nie o SKOKach chciałem, tylko o oszczędnościach senatora. Otóż senator Bierecki zgromadził całkiem pokaźne oszczędności, w których – oprócz samej kwoty – intryguje struktura walutowa. I tejże strukturze poświęcić chciałem nieco refleksji.

Na wstępie podam źródło informacji – oświadczenie majątkowe senatora Biereckiego z kwietnia ubiegłego roku. Świeższych danych o oszczędnościach senatora na stronie senat.gov.pl nie ma. Z datą o pół roku późniejszą jest jedynie aktualizacja rejestru korzyści.  Jako oszczędności przyjąłem informacje w pkt. I, Zasoby pieniężne (środki pieniężne, lokaty, jednostki uczestnictwa). Danych o akcjach, udziałach itd. nie brałem już pod uwagę, przyjmując, że ich posiadanie wynika z pełnionych funkcji w całej strukturze SKOK i firmach powiązanych prawnie lub ekonomicznie ze SKOKami. Po drugie w większości przypadków ich rzetelna wycena jest praktycznie niemożliwa.

Analiza struktury walutowej oszczędności senatora prowadzi do intrygujących wniosków. Senator Bierecki niezwykłym sentymentem darzy waluty obce na czele z euro. Wg danych z kwietnia 2014 i kursu (NBP) z 30 kwietnia 2014 r. pan senator w pln miał 29,7%; w usd – 1,4%; w gbp – 13,8% i w euro – 55,1%. W walutach więc pan senator ‘trzymał’ ok. 70% oszczędności. Dużą sympatię do obcych walut potwierdzają również wcześniejsze oświadczenia majątkowe. No i co z tego? Że się czepiam? Owszem czepiam się, bo senator (bezpartyjny) wystartował z listy PiS, co jak rozumiem do czegoś zobowiązuje. Zobowiązuje senatora do przestrzeganie tzw. standardów PiS (przynajmniej tych oficjalnie deklarowanych), a PiS powinna sprawdzić czy przyszły senator przestrzega standardów tego ugrupowania.

G.Bierecki wystartował z list partii który która ponad wszystko ceni naszego złotego, a antypatii do przyjęcia euro nie ukrywa. Co ma jedno z drugim wspólnego? Moim zdaniem ma. Ktoś inny może sobie komponować strukturę oszczędności wg instrumentów i walut jak zechce, ale senatorowi z list PiS chyba nie wypada chyba w takich okolicznościach trzymać oszczędności w walutach , a już szczególnie w euro.

Czy powyższe informacje mają oznaczać, że G.Bierecki nie uważa naszej waluty za wiarygodną oraz postrzega jako  obciążoną znacznym ryzkiem?  Jak to się ma do przywiązania do złotego PiS z której list senator startował. Czyżby senator Bierecki oczekiwał poważniejszego osłabienia krajowej waluty? Jeżeli tak, to ciekaw jestem na jakich makroekonomicznych prognozach pan senator się opiera i opierał. A może G.Bierecki boi się skutków przejęcia władzy przez PiS, która to partia ma w zapowiedziach wyjątkowo nonszalancki stosunek do deficytu finansów publicznych. Wtedy ucieczka w waluty jest godnym polecenia ruchem.

Co ciekawe jednak, sympatia do walut jako senator przejawia w ostatnich latach, z inwestycyjnego punktu widzenia nie wydaje się zanadto opłacalna, przez co ‘trzymanie’ oszczędności w walutach, a szczególnie w euro, jest tym bardziej intrygująca.

Wydaje się więc, ze podobnie jak lekki stosunek do SKOKów i teorii z narodowym kapitałem, pan senator ma również do teorii PiSu o euro. Bo co jak co, ale pana senatora o szacunek do rodzimej waluty trudno posądzić i jest to trochę moralnie i politycznie niezrozumiałe (a ekonomicznie ciekawe), biorąc pod uwagę kręgi polityczne w jakich G.Bierecki się obraca.

Wygląda na to, że teoria PiS o niedobrym euro jest dla elektoratu. Jeden z czołowych ludzi sukcesu związanych z PiS niezwykle euro sobie, ceni co władzom PiS zupełnie nie przeszkadza.

 

Poniżej, mój niedawny wpis o SKOKach.

http://opinieekonomiczne.blox.pl/2014/12/SKOK-i-Chyba-nie-o-to-chodzilo.html

A.Duda i B.Komorowski o SKOKach i przyjęciu euro.

marek_zelinski

Kampania prezydencka tradycyjnie zahacza o ekonomię. Trudno żeby było inaczej. Polityczne spory i rywalizacja o głosy oraz wizerunek nieco nam ekonomiczne tematy wypacza.

B.Komorowski na szczęście nadmiernie tematu finansowych problemów SKOKów nie wykorzystuje. Nie ma co jednak ukrywać, że rola kandydata PiS Andrzeja Dudy w dość przykrej jak dotąd historii sektora SKOK jest, co by tu nie mówić, skandaliczna i dyskwalifikująca go moralnie w wyścigu do prezydenckiego fotela. Miał być ‘polski kapitał’ a wyszedł kabaret i polityczno-finansowy skandal wobec którego nawet KNF jest częściowo bezradny. Przypomnę że Andrzej Duda wspomagał byłego prezydenta L.Kaczyńskiego w opóźnianiu przekazania kontroli na SKOKami Komisji Nadzoru Finansowego.

Teraz sytuacja SKOK jest bardzo zła i …zabawna. Zła bo z BFG klienci banków płacą ok. 3 mld za ekonomiczne eksperymenty. Zabawna… bo ‘narodowo-patriotyczna’ myśl bankowa jest ratowana przez ‘zachodnio-spekulacyjny’ sektor bankowy. Ech, życie potrafi pisać przewrotne scenariusze.

B.Komorowski ma moim zdaniem pełne moralne prawo eksploatować temat SKOKów by pokazać czym kończą nieodpowiedzialne zabawy w bankowość.

Ale i B.Komorowski nieco rozczarowuje. Najwyraźniej stara się nie wprowadzać tematu przystąpienia do euro do szermierki na programy i wizje dla Polski na najbliższe lata. Tymczasem temat wprowadził do kampanijnej rywalizacji Andrzej Duda. ..A że euro to drożyzna i wzrost inflacji, że prezydent chce rzekomo wprowadzić euro już w 2016 itd. Itd. Ręce opadają, bo albo A.Duda jest ekonomicznym ignorantem, co budzi niepokój biorąc pod uwagę o co teraz rywalizuje z B.Komorowskim, albo za ignorantów uważa Polaków. Niestety faktem jest że Polacy o euro mają dość mała wiedzę, więc łatwo ulegają politykom i publicystom żerujących na społecznej niewiedzy.

Temat rzekomego wzrostu cen z powodu przyjęcia euro był już przedmiotem wielu badań i wyjaśnień. A.Duda chyba zna niektóre z nich lub został o ich wynikach poinformowany, więc w spór merytoryczny nie wchodzi, bo skończyłoby się tą ogromną medialną klęską. Sięgnął wiec kandydat PiS po tani populistyczny chwyt, … bo w Polsce jest taniej niż u Słowaków. Powodem ma być euro. Otóż euro nie ma z tym nic wspólnego. Różnice na niekorzyść towarów i usług wyrażonych w euro wynikają z różnic kosztów czy systemów podatkowych i… głównie… ze zmian kursu złotego do euro. A.Duda nieco manipuluje opinią publiczną. Mówiąc o rzekomo zgubnym wpływie przyjęcia euro na ceny, używa argumentacji z innej bajki. Ta bajka to różnice cen między poszczególnymi krajami wskutek zmian kursu wymiany. To się może wydać (pozornie!) zaskakujące, ale B.Komorowski mógłby ten argument wykorzystać jako potwierdzenie iż euro warto przyjąć.

Trudno komentować sugestie A.Dudy i jego sztabowców iż prezydent chce wprowadzić euro w 2016. Decyzja o przyjęciu euro należy do kogo innego (rząd, parlament..) i – biorąc pod uwagę sekwencje działań – euro w 2016 przyjąć się nie da. Ponadto nawet jeśli B.Komorowski wygra oraz kilka miesięcy później wygra PO (tzn. będzie  kolejny rząd koalicyjny z PO), to przyjęcie euro nam nie grozi. Biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczna UE i nasze finanse publiczne oraz polityczny klimat, to poważnie wątpię czy euro będzie przedmiotem poważniejszych debat w przyszłym parlamencie. Pani premier i politycy koalicyjnych partii nie ukrywają, że przyjęcie euro nie jest na liście priorytetów rządu. Zresztą i obecny prezydent, zachęcając przed wieloma miesiącami do dyskusji o euro, zwracał uwagę że jej rozpoczęcie będzie miało sens dopiero w nadchodzącej kadencji parlamentu.

B.Komorowski zdawał się obawiać podejmowania tematu euro w swojej kampanii. Szkoda, bo to chyba tylko efekt politycznej kalkulacji na czas kampanii. Niestety rękawicę rzucił mu główny rywal, więc temat euro pojawił się na stole. Dalej unikać go nie sposób. Moim zdaniem B.Komorowski powinien odważnie podjąć temat i spokojnie wyjaśnić Polakom co euro daje i dlaczego inni je już przyjęli. Odważne podjęcie tematu euro ułatwił mu A.Duda. Wystarczy więc zacząć od wyjaśnienia lęków jakie wzbudza euro w głowach Polaków. Lęki te oparte są głównie na wykreowanych medialnie mitach i ewidentnych manipulacjach, z których pełnymi garściami korzysta A.Duda. Byłoby więc i o euro i o banalnych manipulacjach A.Dudy i polityków PiS.

 

Ok. 50 zł za akcje JSW w średnim terminie? Wycena nadziei.

marek_zelinski

Wycena JSW w chwili obecnej to nie lada wyzwanie. Nie wiadomo czy poświęcony analizie czas jest proporcjonalny do trafności wyceny. Mimo wszystko i ja poświeciłem trochę czasu na analizę JSW i górnictwa. Oczywiście podchodząc do analizy górnictwa i JSW stale pojawia się pytania ‘dlaczego jest tak źle’ i ‘czy tak być musiało’. Zaryzykowałem wycenę krótko przed podaniem wyników za cały 2014 r. i za I kw 2015 r. Mam nadzieję, że moje propozycje danych na koniec 2014 r. zanadto się nie rozminą ze stanem faktycznym. Podobnie z prognozą na bieżący rok. Można powiedzieć, że dane za 2014 r. i prognoza na 2015 to pewna improwizacja. Stan środków na koniec poprzedniego roku oparłem na trendach zmian, wynikach za trzy kwartały i działaniach jakie powinny być podjęte przez JSW żeby utrzymać płynność i wyjść na prostą w tym roku. Z punktu widzenia wyceny, fakt iż moje dane zapewne będą odbiegać od opublikowanych, w obecnej sytuacji firmy aż tak wielkiego znaczenia nie ma. JSW musi za wszelką cenę szukać źródeł finansowania, ciąć koszty, poprawić efektywność i … być może pozbyć się nieproduktywnego majątku, być może tylko po to by jednorazowo zasilić rachunek firmy w celu poprawienia płynności. Ostatni wariant to być może skrajność. W ubiegłym roku miało miejsce przeciwne zdarzenie. JSW kupiła KWK Knurów-Szczygłowice, która notabene musiała wstrzymać częściowo wydobycie ze względu na problemy techniczne (pożar).

W dyskusji o cenie za akcje JSW wszyscy szukamy wyjaśnienia jakim cudem kiedyś wyceniano tą firmę na 136 zł za akcje w 2011 r. Obecnie akcje JSW są 7-krotnie tańsze. Moja wycena opiewała wtedy na 129 zł. Trzeba posypać głowę popiołem. Ministerstwo Skarbu sprzedawało JSW w okresie dość dobrej koniunktury na giełdzie. Tuż po sprzedaży doszło do ok. 15% korekty na rynku akcji. JSW też musiała na tym ucierpieć. Później niestety na wzrostach już nie zyskała. JSW, jak na firmę wydobywczą wydawała się niemal ideałem: węgiel koksowy i energetyczny, pożądany rozkład odbiorców wg branż (jak na górnictwo węglowe), niemały udział eksportu. Do tego dochodziło przekonanie (po części słuszne), że kryzys gospodarczy w Europie już za nami. Jak się później okazało, koniunktura w Europie nie była aż tak dobra jak wydawało. O ile w chwili wyceny ceny węgla były relatywnie wysokie,  to spadek cen w kolejnych latach przekroczył oczekiwania wyceniających i warianty ostrożnościowe.

Wyceniający ulegli (w tym i ja) wierze, że po wejściu na giełdę, JSW to będzie inny podmiot. Wejście na giełdę i poddanie się rynkowym rygorom miało, w przekonaniu analityków i moim, zmienić firmę. Nic  z tych rzeczy. Analiza zmian od 2011 do chwili obecnej prowadzi do wniosku, że dla zarządzających i szczególnie dla załogi, swego rodzaju urynkowienie firmy (wejście na giełdę) nic nie zmieniło. Zachowanie górników i ich żądania robiły wrażenie jakby problem firmy nie był problemem górników, co widać m.in. po udziale wynagrodzeń w kosztach itd. Górnicy chyba nie zdają sobie sprawy z tego że ostatnie wydarzenia w górnictwie fatalnie wpłyną na możliwość ewentualnych kolejnych emisji i ich ceny. Kopalnie, w tym JSW, okazały się mało odporne na spadki cen surowców. Analizując dane JSW widać, że polskie górnictwo w przeważającej części jest mało odporne na spadki cen, nawet jak na sektor wydobywczy o relatywnie niskiej elastyczności kosztowej. 

Trzeba też uczciwie dodać, że skala spadku cen węgla na rynkach światowych faktycznie była ogromna i utrzymanie wyników z chwili wyceny (2011) nawet w przypadku JSW było absolutnie niemożliwe. Czy wyniki musiały być aż tak złe? Jestem przekonany, że wynik za ubiegły rok nie musiał być ujemny i to przy niewielkim wysiłku i zrozumieniu u załogi. Stało się niestety inaczej.

Jesteśmy gdzie jesteśmy. A co dalej? Nie będę ukrywał, że moja prognoza opiera się na przekonaniu że najgorsze sektor górniczy (i JSW) ma już za sobą oraz że w końcu zaczną być podejmowane racjonalne decyzje. Tzn. gorzej już być nie powinno. Mam na myśli m.in. otoczenie branżowe i makroekonomiczne oraz spadki cen surowców energetycznych.

Czy JSW ma szansę wrócić do ceny za akcję z 2011? Moim zdaniem tak, ale tak jak w 2011, czyli przy zbiegu szeregu pomyślnych okoliczności i dobrej koniunkturze giełdowej. Chociaż w 2011 koniunktura giełdowa nie była nazbyt wyjątkowa. Moim zdaniem w perspektywie średnioterminowej (3 lata), cena za akcję JSW ma szansę dojść do poziomu 50 zł. Swoje założenia rozciągnąłem liniowo na prognozowane lata. JSW będzie musiała pozyskać kapitał z zewnątrz lub wprowadzić poważny program oszczędnościowy. Nie obędzie się bez przejściowego poważnego ograniczenia inwestycji w celu utrzymania płynności w najbliższych kwartałach. Założyłem kumulację pojawiających się z biegiem czasu zysków netto. Rok bieżący JSW powinna zakończyć bez straty. Ceny węgla w dłuższej perspektywie nie będą niższe od obecnych lub nawet nieco wyższe (przynajmniej przejściowo). JSW poprawi/dopasuje strukturę zatrudnienia i liczbę pracowników do faktycznych potrzeb. Przyjąłem względnie restrykcyjny wsp. betta (1,4) w wycenie.

Obecna cena – prawie 20 zł – poprawnie oddaje moim zdaniem cenę akcji. Co zdają się potwierdzać obroty na akcjach. Nie brakuje chętnych do zakupu akcji JSW na obecnym poziomie. Dlaczego tylko 20 zł? Obecna sytuacja finansowa JSW wydaje się mocno napięta. Obawiam się, że wyniki za 2014 i za I kw 2015 mogą nie rozwiać obaw potencjalnych inwestorów. JSW musi szukać źródeł funduszy po swojej stronie (oszczędności)  oraz zabiegać o zaufanie firm kooperujących (dostawcy) oraz banków. Obecna cena – niemal 20 zł – to wynik wyceny krótkoterminowej i niezwykle ostrożnej w ujęciu długoterminowym. Nie oznacza to jednak, że cena akcji nie może jeszcze spaść. Wierzę jednak, że zarówno władze firmy jak i załoga, nie powtórzą błędów z lat poprzednich a otoczenie makrorynkowe okaże się choć trochę łaskawsze.

Analiza i wycena JSW moim subiektywnym spojrzeniem na cenę akcji JSW. Do analizy i wyceny wykorzystywałem powszechnie dostępne dane dot. JSW (głównie dane ze strony internetowej podmiotu).

Kredyty w CHF. Kłopoty frankowiczów …..wpierw bankowcy, a teraz prawnicy.

marek_zelinski

Kiedy przeczytałem w ostatnich dniach o porażce frankowiczów  w sadowym starciu z jednym z banków, pomyślałem sobie: … wpierw dokuczyli wam bankowy, w potem prawnicy. O kredytach w chf, rozkładzie ryzyka (nieoczekiwane zmiany kursu) i bolesnych dla frankowiczów skutkach wzrostu raty kredytu już kilkakrotnie pisałem na swoim blogu, więc nie będę się na razie powtarzać. Pewnie niewielkim pocieszeniem dla nich jest to, że i dla samych banków skala wzrostu chf-a i spory rozdźwięk pomiędzy wartością kredytu do spłacenia a wartością zabezpieczenia kredytu, jest również niespodzianką.

Po porażce z bankami, niektórzy frankowicze zaczęli szukać ratunku u prawników. Pomocne miały być wnioski zbiorowe, łączące masowość, szybkość i relatywnie niską cenę dla poszkodowanych (tzn. tych którzy takimi się czują). Niebagatelnym argumentem była liczba poszkodowanych. Jeden poszkodowany niknie w tłumie, ale kilkudziesięciu lub więcej? Z tak dużą grupą bank musi się liczyć w obawie przed zainteresowaniem mediów itd.

Okazje do zarobku szybko wyczuły kancelarie prawne. Na popyt (rozczarowani frankowicze szukający haka na banki) zareagowała podaż (kancelarie prawne). Kto był pierwszy, niełatwo ustalić. Bo zanim frankowicze dotarli do kancelarii prawnych, przedstawiciele tych ostatnich szybko zaczęli pojawiać się w mediach z mniej lub bardziej poważnymi pomysłami na kwestionowanie niektórych zapisów umów kredytowych jakie frankowicze podpisywali.

Ostatnio media doniosły o przegranym pierwszym starciu z Getin Noble Bankiem. Poszło o banalny błąd po stronie poszkodowanych (czy raczej reprezentującej ich kancelarii), który wykorzystali prawnicy reprezentujący bank. Otóż sytuacja ponad 90 osób objętych pozwem zbiorowym jest na tyle zróżnicowana iż nie należało ich  obejmować jednym pozwem. To nie pierwszy błąd  w treści pozwu i łączeniu poszkodowanych od czasu zaistnienia pozwu zbiorowego i afery Amber Gold czy kłopotów frankowiczów.

Podejrzewam, że kolejne starcie też będzie przegrane, bo skarga jest dość naiwna – poszkodowani twierdzą że nie uprzedzono ich iż zmiana kursu powoduje przeliczanie kapitału pozostałego do spłaty. To się wpisuje w dość modny ostatnio zarzut demonstracyjnie wręcz prezentowany w mediach przez frankowiczów, że należy wątpić czy w ogóle brali kredyt indeksowany chf, ponieważ środki wypłacano w złotych. Ciekawe tylko, że w dniu podpisania umowy oraz późniejszym korzystaniu z kredytu im to nie przeszkadzało. Dopiero teraz przybrali postawę kompletnie nieświadomych z nadzieją że taka strategia będzie skuteczna w sądach.

Naiwność prezentowana prze niektórych frankowiczów jest wynikiem popularnego w mediach oburzenia na banki (częściowo uzasadnionego) i – niestety - prawników którzy w mediach zaczęli roztaczać bajkowe niejednokrotnie wizje interpretacji faktów, które pozwolą przerzucić na banki konsekwencje wzrostu kursu chf.

Nie potępiam wszystkim prawników, którzy się wypowiadają w mediach o kredytach w chf. Pojawiło się wiele ciekawych interpretacji i propozycji regulacyjno-interpretacyjnych dla obszaru bank-klient (osoba fizyczna) w zakresie m.in. zadłużenia hipotecznego. Niestety spora grupa prawników i kancelarii wykorzystuje problemy frankowiczów do reklamy i zarobku. Ryzyko reputacyjne jest niewielkie, a zarobek i doświadczenie warte wysiłku. Zawsze przecież można zrzucić na państwo, sądy oraz potężne banki.

Rada obniżyła stopy procentowe. Pomogła projekcja NECMOD.

marek_zelinski

Stało się. RPP obniżyła stopę referencyjną do 1,5%. Ustanowiliśmy nowy rekord i – wg deklaracji RPP – Rada zamierza już na tym poprzestać. Według niektórych komentarzy, rynek był obniżką nieco zaskoczony. Chyba niekoniecznie. Formalnie stawki FRA oparte na kwotowaniach depozytów międzybankowych wskazywały 1,75%, ale sądzę że było to tzw. wypośrodkowanie oczekiwań i przypuszczeń. Generalnie opinie w ostatnich tygodniach zawierały się w przedziale: pozostawić stopy bez zmian bo ich obniżka i tak nic nie da, po ciąć śmiało w obliczu deflacji by obniżony koszt pieniądza został zauważony przez przedsiębiorstwa, co poprawi dynamikę PKB (a ryzyko błędu jest niemal zerowe). Chyba mało kto ostatnio był przekonany który z wariantów byłby najlepszy.

Ostatecznie RPP zdecydowała się na wariant gołębi, czyli śmiałe cięcie. Jak się wydaje, członków RPP (mowa o tych ‘za’ cięciem) do ostrego cięcia zachęciły zaprezentowane członkom RPP wyniki modelu NECMOD. Swoją drogą lektura komunikatu po spotkaniu RPP robi wrażenie jakby spotkanie i decyzja jej członków były już tylko  formalnością. Komunikat zawiera niebudzące wątpliwości krótkie podsumowanie krajowej i międzynarodowej sytuacji gospodarczej oraz opis wskazań wspomnianego wyżej modelu. Wyniki modelu (projekcje CPI i PKB) są tak zachęcające do znacznej obniżki stóp, że wydaje się iż członkowie RPP zapewne czasu na spory nie tracili. Wygląda wręcz na to, że decyzje tak naprawdę podjęli nie członkowie RPP a statystycy NBP. Uczciwie trzeba też zauważyć, że o ile nie było to powiedziane w treści komunikatu jednoznacznie, to członkowie RPP zauważyli brak oznak dalszej i dynamicznej poprawy sytuacji makroekonomicznej Polski. Na tyle dynamicznej (i napędzanej popytem wewnętrznym) by zagrozić szybkim powrotem do wysokiej inflacji. Mówiąc językiem młodzieżowym: sytuacja makroekonomiczna się poprawia, ale szału nie ma.

W załączonej tabeli przedstawiłem dwa główne wskazania modelu podane w notatce po spotkaniu RPP: projekcje CPI i PKB (z 50% prawdopodobieństwem realizacji) i przy założeniu, że stopa referencyjna nie ulega zmianie (chodzi o poziom 2%). Wydźwięk modelu, w porównaniu z wynikami z listopada, jest jednoznaczny: niskie ryzyko niebezpiecznego wzrostu inflacji w krótkim terminie, przy minimalnie lepszych prognozach PKB. Przy czym te poprawione prognozy PKB są na poziomie 3,5%,  wobec 3% wg prognozy listopadowej. Taki układ prognozowanych danych makroekonomicznych i kierunek ich zmian, zmniejszają ryzyko ewentualnego przestrzelenia obniżki stóp i konieczności szybkiego wycofania się z niej.

Podatki się płaci. Sorry.

marek_zelinski

Do mediów wyciekła notatka ze spotkania przedstawicieli Ministerstwa Finansów (MF) i izb skarbowych.  W ujawnionym fragmencie jest mowa o podniesieniu skuteczności kontroli w zakresie podatku VAT. MF tłumaczy, że celem jest m.in. podniesienie wpływów budżetowych. Na forach zawrzało. Generalnie zapanowało oburzenie, a w komentarze  anonimowych obywateli obfitowały w słowa, których przytaczać nie zamierzam.

Mieliśmy więc medialny standard: państwo sprawdza czy obywatela-podatnika  można jeszcze oskubać z pieniędzy a podatnicy zgodnym chórem zawołali, że mają dość okradania z ciężko zarobionych pieniędzy i karania obywatela za byle podatkowe błędy.

Tyle standard, a jaka jest rzeczywistość? Otóż nawet prywatne instytucje jak na przykład PwC czy Krajowa Izba Gospodarcza zwracają uwagę, że państwo traci makabrycznie duże pieniądze z powodu tzw. luki podatkowej w samym tylko VAT. I nie chodzi bynajmniej o biednych przedsiębiorców którzy  mylą się w wyliczeniu podatku z powodu jego zagmatwania. Jako główną przyczynę luki PwC podaje nie biedę czy zawisłość przepisów ale ……..ewidentne oszustwa, dokonywane z premedytacją. Wielu przedsiębiorców oraz najzwyklejszych oszustów ma świadomość, że  przy ogromie operacji finansowych, ich zawiłości, oraz krótkim życiu wielu firm, aparat skarbowy po prostu nie jest w stanie skutecznie kontrolować wszystkich podmiotów gospodarczych. Problem nie jest wcale taki banalny, bo wg szacunków PwC, luka podatkowa w VAT w ostatnich latach odpowiadała niemal wielkości deficytu budżetowego. Sądzę więc, że gdyby gremialnie wyrażający swoje oburzenie obywatele mieli tego świadomość, to mocno podrapaliby się po głowie z zakłopotania. Oczywiście jak ktoś chce płacić na zmniejszenie deficytu lub akceptuje zadłużania państwa, tylko po to by oszuści mogli sobie spokojnie ‘zarabiać’ to wolna wola. Przypomina mi to trochę odmrażanie uszu na złość mamie.

Link na informację o kontrolach:

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,17474606,Ministerstwo_Finansow_domaga_sie_od_swoich_urzednikow.html?biznes=local#BoxBizImg

© OPINIE EKONOMICZNE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci