Marek Żeliński: analizy makroekonomiczne, analizy branżowe, opis sytuacji na rynku finansowym, private banking oraz opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych
niedziela, 22 stycznia 2012

Rok 2012 r. to jeden z tych, które dla RPP łatwe nie będą. Teoretycznie scenariusz wydarzeń wydaje się być prosty i zarysowany już w prognozach. Ale kto wie.. Większość prognoz wskazuje na wzrost PKB dla Polski średnio pomiędzy 2,5% a 3,0% i inflację na koniec roku w przedziale od 2,4% do 3,9%. Taka sytuacja wydaje się wyznaczać scenariusze zmian stopy procentowej NBP pomiędzy stabilizacją a obniżką. Podobnie jak w 2009 Rada Polityki Pieniężnej (dalej RPP) będzie musiała znaleźć kompromis pomiędzy tempem PKB a inflacją.

Warto w tym miejscu przypomnieć spory, które miały na ogół charakter akademicki w naszych warunkach, czy jako cel dla RPP nie dopisać wyraźnie dbania o tempo PKB i spadek bezrobocia. Jest to już delikatnie wspomniane w polskim systemie prawnym, ale pamiętam zarzuty że brak silnych zapisów kierujących uwagę RPP również na PKB i bezrobocie, powoduje rzekomo podręcznikowe trzymanie się jako głównego, celu inflacyjnego. Tak, to podstawowe zadanie RPP, ale przyjęcie celu inflacyjnego jako najważniejszego dla RPP wcale nie jest złym rozwiązaniem. Pod warunkiem, że członkowie RPP nie są ortodoksyjnymi liberałami. Muszę powiedzieć, że w naszych warunkach do takiej ortodoksji nie dochodziło i RPP pamiętała by szukać kompromisu pomiędzy tempem PKB, w sytuacji kiedy było niskie (jak na polskie warunki) a inflacją.

Nie inaczej było w ubiegłym roku. RPP widząc, że wracamy na ścieżkę średniego dla Polski wzrostu gospodarczego (ok.4%) podniosła stopy. Proces podniesienia stóp przypadł na I półrocze 2011 r. i głównie wynikał z powodu wzrostu wskaźników cenowych. Wzrosty szeroko rozumianych cen energii oraz żywności wypchnęły wskaźniki cenowe na dawno nie widziane poziomy. W II połowie ubiegłego roku, dodatkowo zaczął się osłabiać złoty co również miało swoje niekorzystne przełożenie na CPI i PPI. Wobec powoli słabnącego tempa PKB i stałych korekt w dół prognoz na 2012 r. dla krajów UE ( w ty, dla nas), walka z wysoką inflacja (powyżej 4,5%) za pomocą stóp traciła naturalnie sens. Nie miało też sensu walczyć z osłabieniem złotego za pomocą wzrostu stóp. W takiej układance czynników z jaką mieliśmy do czynienia pod koniec roku (złoty, PKB, wskaźniki cenowe), podnoszenie stóp i tak nie byłoby skuteczne, a tylko dobiłoby gospodarkę. Pojawienie się na rynku walutowym BGK i NBP, okazało się skuteczną zaporą przed, niemającym już nic wspólnego z gospodarczymi fundamentami, osłabieniem naszej waluty.

Ostatecznie, stopa referencyjna NBP, jest nieco poniżej inflacji (historycznej). Po podniesieniu stopy  do 4,5%, RPP zachowuje zimną krew i starała się nie wyprzedzać zmian w gospodarce. Hazard to nie był, bo już w II połowie ubiegłego roku członkowie RPP coraz bardziej zdawali sobie sprawę z czym przyjdzie im się zmierzyć w 2012 r. Pozycja wyjściowa wydaje się dość optymalna. Mam na myśli poziom stopy referencyjnej i scenariusze na rok bieżący.

A co mamy? Za sobą (mam nadzieję) walkę z rynkiem o poziom złotego. Pomimo krytyk jakie pojawiły się w grudniu, NBP pokazał że pozwoli na osłabienie waluty ale nie na panikę i zabawy (spekulację) na rynku, już nie. Być może najgorsze już za nami. Złoty nadal jest dość nisko wyceniany, bo – wg moich szacunków – o 10%-15%. Jeżeli kraje UE unikną już większych zawirowań, a rynkowi znudzi się granie na strach, to powinniśmy być świadkami powolnego wzmocnienia złotego o podaną wyżej wartość. Może to zabrać rynkowi dwa do trzech kwartałów. Warunkiem jednak jest już zakończenie gospodarczych i politycznych tąpnięć w UE i perspektywa poprawy PKB dla UE w 2013 r. Powolną poprawę zakłada większość prognoz. W pewnym sensie jest to o tyle łatwe, że najnowsze prognozy dla UE sugerują zerowe tempo PKB na 2012 r. (zależenie od instytucji, prognozy oscylują wokół zera).

Tak wiec dla złotego główny scenariusz to stabilizacja lub stopniowe wzmocnienie. A to oznacza, że na chwilę obecną RPP musi przyjąć, że może nie mieć wielkiego sprzymierzeńca w złotym w walce z inflacją. Niemniej najprawdopodobniej złoty nie będzie się już jednak przyczyniał do wzrostu inflacji.

Prognoza inflacji nastręcza nieco problemów. Wątpliwe by rynek żywnościowy po raz kolejny spłatał takiego figla jak w minionym roku. Zakładam też, że popyt wewnętrzny nieco osłabnie, no i że – zgodnie ze światowymi prognozami – nasze otoczenie gospodarcze (kraje UE) doświadczą radyklanego osłabnięcia tempa PKB. Można więc przyjąć, że popyt krajowy również nie będzie się przyczyniał do dalszego silnego wzrostu cen, a wręcz przeciwnie. I tu jest pewien (może i mały) znak zapytania. Polska gospodarka dość elastycznie dopasowuje się do zmian gospodarczych, a tempo popytu nie słabnie tak mocno jak tego oczekiwano. Może się okazać, że tempo PKB spadnie jedynie do 3% i w II połowie roku zobaczymy sygnały ożywienia.

Podsumowując, w najbliższych miesiącach i bez działań RPP, powinniśmy doświadczyć spadku inflacji do 4% czy być może nawet 3,5% (raczej II połowa roku). RPP ma więc trochę czasu na analizę i uprawdopodobnienie scenariuszy gospodarczych. Jeżeli polska gospodarka nie będzie chciała zwalniać do 2% czy 2,5% w tym roku, to RPP przez dwa do trzech kwartałów może stopy referencyjnej nawet nie ruszać, co przy okazji zadziała wzmacniająco na złotego. Jeżeli jednak koniunktura gospodarcza będzie się pogarszać, a trend nie pozostawi wątpliwości co będzie dalej, to RPP nie zawaha się stóp obniżyć, by pomóc gospodarce, bo inflacja najprawdopodobniej nie będzie wtedy palącym problemem.

Powyższe rozważania, to tylko zarys dyskusji o wariantach na ten rok. Generalnie, scenariusze jakie zobaczymy powinny się zawierać pomiędzy stabilizacją stopy referencyjnej a przejściową obniżką do maks. 4% lub 3,75%.

W tym roku silne jest ryzyko scenariuszy skrajnych. Z jednej strony, Europie nadal grożą ekonomiczne i polityczne tąpnięcia, a oczekiwana w 2013 poprawa koniunktury w UE może się opóźnić. W takiej sytuacji mielibyśmy pewnie mix jak z roku ubiegłego, czyli połączenie polityki stóp procentowych i interwencji walutowych. Jest i druga skrajność. Wygaszanie politycznych tąpnięć w UE i poprawianie, stale ostatnio pogarszanych, prognoz gospodarczych dla UE. A do tego dobra koniunktura w naszej gospodarce z okresu jesień-zima, nie jest zbiegiem okoliczności a świadectwem siły gospodarki i popytu wewnętrznego i zewnętrznego (utrzymywanego m.in. słabym złotym).

 

23:29, marek_zelinski , Rynek finansowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2012

Na obecną dyskusję o tym kto jest winien w sporze pomiędzy rządem a lekarzami, proponuje spojrzeć nie w kategorii czyja racja oraz poprawności wydawanych aktów prawnych, ale celu. Wtedy, jak sądzę, refleksje będą mocno inne od dominujących w mediach. Nie zamierzam bronić rządu za pewien bałagan, odejmowanie decyzji w ostatniej chwili i wystawianie pacjentów na ryzyko, ale nie tylko rząd jest tu winien. W mediach schemat jest prosty: zły rząd, dobrzy lekarze i poszkodowani pacjenci.

Celem zmian dotyczących leków było dążenie do optymalizacji wydatków na tle rosnących stale potrzeb. Zdrowie i życie ludzkie jest wartością bezcenną, ale i tak wszelkie rozmowy kończą się na pieniądzach, bo to za nie kupuje się usługi medyczne i leki. Wg metodologii GUS prezentowanej w Narodowym Rachunku Zdrowia, wartość wydatków ogółem na służbę zdrowia powinno wynieść 100-105 mld zł tym roku. To szacunek, bo z racji skali obliczeń, wyniki poznajemy  z dużym opóźnieniem. Wkrótce powinny się ukazać wyniki dopiero za 2010 r. Znamy jednak trendy niektórych pozycji oraz wartości nominalne (np. wydatki NFZ). Prawie 70% wydatków na służbę usługi zdrowotne pochodzi ze środków publicznych, gdzie 80%-85% to środki  z NFZ. Wg planu na 2012 NFZ ma wydać na nasze zdrowie 61 mld zł. Kwota wydaje się astronomiczna. Ale nasze potrzeby też są astronomiczne. Głównie te faktyczne i trochę te wydumane. Z mediów i prywatnych rozmów bije ciągłe niezadowolenie ze służby zdrowia. Z drugiej strony nie chcemy wzrostu obciążeń (składka). W latach 2006-2011 wydatki NFZ (z naszych składek) urosły z 36 mld do 61 mld zł. To wzrost aż o 62%! My jednak nadal narzekamy. Na tle państw UE wg wskaźnika wydatki (prywatne+publiczne) do PKB lokujemy się w drugiej (tej gorszej) połowie. Dotyczy to również nakładów publicznych. W ciągu minionej dekady dokonaliśmy ogromnego postępu. Zwiększyliśmy nakłady prywatne (bo rosły nasze wynagrodzenia) i publiczne (bo rosło zatrudnienie i składka). W latach 2007-2009 wydatki NFZ rosły średnio aż o 17% rocznie!. Jeżeli nadal nie widzimy efektów (a to też przesada) to znaczy że system jest nieszczelny i nadal jego wydajność pozostawia sporo do życzenia. Mam wrażenie, że Polacy często zapominają, że możliwości publicznej służby zdrowia i refundacji leków to wynik ich własnych płatności w formie składki. Oczywiście pozostaje jeszcze możliwość uszczelniania obecnego systemu i poprawy jego efektywności. I w znacznym stopniu tego dotyczą zmiany w refundacji leków. Zainteresowani poprawą efektywności i szczelności systemu powinniśmy być wszyscy, w tym i lekarze. Im więcej zaoszczędzimy, tym więcej będzie na faktyczne potrzeby.

Ten przydługi wykład potrzebny był po to by obecny spór o leki pomiędzy rządem a lekarzami osadzić w pewnej rzeczywistości. Ambicjonalne spory o brzmienie lub opóźnienie zarządzeń itd., są tu po prostu drugorzędne i wręcz nieetyczne. Dyskusja o tym czy lekarz ma wpisać poziom refundacji czy nie i jak ma sprawdzać czy pacjent jest ubezpieczony jest trochę niepoważna. Ponadto spór doskonale pokazuje jak trudno jest cokolwiek reformować, kiedy trzeba się dzielić odpowiedzialnością i kosztami. Lekarze korzystają z publicznych środków i biorą udział w ich dystrybucji. Jest więc naturalne, że powinni być obciążeni odpowiedzialnością, a co za tym idzie i karą za błędy i nadużycia. W latach 2007-2011 średnio rocznie koszty refundacji rosły  o 0,45 mln zł, osiągając poziom 8,6 mld zł w 2011 r. Rząd sam sobie nie poradzi z walką z patologiami rynku leków refundowanych. Musi mieć wsparcie lekarzy i zrozumienie u obywateli. Niestety żadna z tych grup nie jest w pełni zainteresowana ograniczaniem patologii na rynku leków refundowanych, trochę dlatego że z nich korzysta.

Gabinet lekarski jest idealnym miejscem na ograniczenie patologii. To tam pojawia się pacjent z problemem i następuje decyzja o tym czy, na co, i w jakim stopniu zastosujemy leki refundowane. Wpisanie poziomu refundacji nie jest żadnym problemem ani biurokracją. Pliki z nazwami leków i poziomem refundacji są dostępne na stronie ministerstwa zdrowia. Z ciekawości sam w nie zaglądałem (proste arkusze excelowe) kilka dni temu. Pomimo iż ministerstwo nie określiło jednoznacznie sposobu weryfikacji opłacania składek, okazało się że w wielu rejonach Polski lekarze nie mieli problemu z określeniem wymaganych dokumentów. Zresztą są one już obecnie wykorzystywane i to w służbie zdrowia. A w przypadku czasu poświęconego na biurokrację, odpowiedziałbym tak: a gdyby tak zabronić wizyt sprzedawców z firm farmaceutycznych w godzinach pracy lekarzy w placówka publicznych? To już spora oszczędność. Nie trafia też do mnie argument lekarzy o lęku przed karami przewidzianymi w spornym akcie prawnym. Biorąc pod uwagę ryzyko kary i za co miałaby być, to kary te byłyby małe i raczej niezmiernie rzadkie. Sądzę że lekarze muszą (a przynajmniej powinni) zaakceptować, że korzystając ze środków publicznych i biorąc udział w ich dystrybucji, odpowiadają za jakość i efektywność tego procesu. Ponoszenie więc odpowiedzialności za dystrybucję środków publicznych powinno być czymś naturalnym.

środa, 21 grudnia 2011

Przedwczorajsza aukcja odkupu bonów skarbowych przez ministerstwo finansów (MF) jest ciekawym wydarzeniem na rynku. Bardziej ze względu na inicjatywę, pomysł, niż skalę tego co uzyskano. Niemniej komentarze jakie wywołała wymagają reakcji, bo złośliwość komentatorów prasowych i profesora K.Rybińskiego (poranny wywiad w radio; „jedynka”; 20-tego) dalekie były od obiektywnego komentarza. Rozumiem, że można budować swój wizerunek na krytyce i antypatii wobec obecnego rządu, ale…. bez przesady. Dla mnie obiektywny komentarz, to tym przypadku zarysowanie tła, kontekstu, w jakim należy osadzić wspomniany przetarg odkupu.

MF przeprowadziło na początku tygodnia operację odkupu bonów skarbowych na kwotę 16,7 mld zł. Takie operacje MF przeprowadza od trzech lat, 3 lub 4 razy rocznie.  Przypadają one na drugą połowę roku i niemal zawsze co najmniej jedna z aukcji odkupu przypada na okres listopad – grudzień. W 2010 i obecnym MF zorganizował odkup w grudniu. W 2010 były dwie aukcje grudniowe, w tym jedna w ostatnich dniach roku. Na aukcjach oferuje się skup od kilku do kilkunastu mld zł. Działania z 2011 r. przypominają scenariusz znany z 2010 r. Zainteresowanie jest 3 lub 4 razy mniejsze od puli do odkupu. To już niemal rytuał aukcji wynikający z tego, że MF nigdy nie skupuje bonów za wszelką cenę. Z całą pewnością więc, MF brało po uwagę że odkup będzie kilkakrotnie mniejszy. Inna rzecz, ze nie każdy ma interes by się bonów pozbywać. W efekcie skupione kwoty są dość małe, a raczej mikroskopijne, jak na skalę zadłużenia kraju.

Na stronach MF dostępne są dane z omawianej aukcji (oraz historycznych) jest więc pełna jawność. Można policzyć jaka była rentowność pierwotna tych bonów i po przyjęciu oferty MF. Po ofercie widać że MF nie ulegało panice i jeżeli jakaś instytucja (banki) chciała nadmiernie zarobić, licząc na nerwowość MF, to się pomyliła. Podobnie zresztą jak przy poprzednich aukcjach tego typu.

MF zmniejsza w ten sposób marginalnie wartość zadłużenia, a druga strona transakcji dostaje kasę na rachunek. Zwracam na to uwagę, bo w jednej z czołowych gazet wczoraj, pewien felietonista rozpędził się i nazwał tą operację kreatywną księgowością.

Wykupione bony (2,3 mld zł) to wartość rzędu 0,2% całości długu. Nie neguje znaczenia tej operacji dla zmniejszenia ryzyka dojścia zadłużenia do 55% PKB, ale też bym nie przesadzał. Z całą pewnością gdyby rząd miał poważne obawy, to ma kilka innych sposobów na poprawę relacji długu do PKB. Odkup 2,3 mld zł to na pewno nie najważniejszy ze sposobów, a tylko środek  z arsenału.

Po drugie, tego typu operacje to jeden z wielu sposób zarządzania długiem i same w sobie nie powinny być niczym nadzwyczajnym. Rola bonów skarbowych w ostatnich latach została sprowadzona niemal do instrumentu wspierającego zarządzanie krótkoterminową płynnością MF.

To co powinno być przy tej okazji powiedziane to to że rząd dysponuje pewną nadwyżką (wolnymi środkami) wskutek m.in. istotnie mniejszego deficytu budżetowego niż planowany na 2011 r. To już wspomnianym komentatorom przez gardło (lub pióro) nie przeszło. Mając wybór: deficyt czy zadłużenie, też wybrałbym walkę o zmniejszenie zadłużenia.

Operacja nie jest jak sadzę zaskoczeniem, a przynajmniej nie powinna. Po drugie mamy dług na poziomie jakim mamy, więc naturalnym działaniem jest wykorzystanie wszelkich dostępnych środków nakierowanych na zmniejszenie długu wobec ryzyka spekulacji na złotym nakierowanej m.in. na podniesienie wartości długu w walutach zagranicznych na koniec roku.

Podsumowując, operacja MF ma kilka przyczyn i uzasadnień. Skłonny jestem przyjąć że głównym jest spadek zadłużenia. Nie widzę w tym niż zdrożnego, a nawet oczekiwałbym wsparcia dla tego typu operacji. Szczególnie w czasach kiedy i gracze na rykach walutowych nie zachowują się nazbyt racjonalnie. Nie ma się co więc dziwić, że NBP i MF używają broni, którą wykorzystują sporadycznie. NBP – interwencje walutowe, MF – wykup bonów.

W 2010 r. ostatnia operacja odkupu została przeprowadzona 27 grudnia, nie zdziwiłby się więc gdyby MF jeszcze raz w tym roku zaproponowało odkup bonów skarbowych.

01:04, marek_zelinski , Opinie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2011

Ostatnie interwencje walutowe, przeprowadzone przez NBP, zaczęły wywoływać pewien szmer kontrowersji. Powodem była kiepska, w opinii niektórych, skuteczność NBP na rynku walutowym. Warto więc sobie wyjaśnić kilka rzeczy by zrozumieć gdzie jesteśmy i jakie pole manewru miał w NBP w obecnych warunkach.

Na wstępie krótkie przypomnienie, co to i po co są interwencje walutowe. To sprzedaż lub kupno waluty na rynku w przypadku kiedy bank centralny jest przekonany że rynek nieprawidłowo wycenia walutę i taki stan utrudnia czy wręcz nie pozwala bankowi centralnemu prowadzić poprawną politykę pieniężną. Interwencji na rynku walutowym można dokonywać na inne sposoby, ale na potrzeby tego wpisu, pozostanę przy najprostszej wersji. Przypomnę, że co do zasady NBP jest zobowiązany do sprowadzania inflacji do odpowiednio niskiego poziomu i stabilizowanie jej. W naszym przypadku NBP ma przytrzymywać inflację na poziomie 2,5%. Banki centralne interweniują również w przypadku kiedy na rynku pojawiają się elementy paniki i rynek ma problemy z poprawną wyceną waluty lub świadomie rynek zmierza do spekulacji.

W takich sytuacjach pojawia się bank centralny jako dodatkowy gracz na rynku. Atutem banku centralnego na tle pozostałych graczy rynkowych jest (na ogół) zaskoczenie i spore zasoby waluty przeznaczonej na interwencję. Spore, nie znaczy ogromne. Rzadko się zdarza by bank centralny decydował się na użycie takich zasobów, które uspokoją rynek, czyli sprowadzą kurs na poziom pożądany przez bank centralny. To na ogół rynek ma przewagę w zasobie waluty. Stąd by interwencje miały szansę, banki centralne interweniują z pewnym zaskoczeniem i przede wszystkim na takim poziomie kursu kiedy już sam rynek wie iż mocno przesadził. To właśnie wybranie odpowiedniego momentu jest kluczem do sukcesu. Wartość użytych środków ma drugorzędne znaczenie, ponieważ i tak zasoby banków centralnych nie są porównywalne z kwotami jakie krążą na rynku.  A nawet jeżeli są, to i tak mało który bank centralny jest gotów je zaryzykować w grze z rynkiem. Historia zna już takie przegrane batalie z rynkiem na wielkie kwoty. Jeżeli rynek (gracze) spostrzegą że mają przewagę, to potrafią na takiej przegranej przez bank centralny batalii sporo zarobić. Tak naprawdę więc, interwencja walutowa to niemal gra psychologiczna z rynkiem. Banki centralne unikają interwencji ponieważ to ingerencja w rynek a ponadto nie ma żadnej gwarancji, że interwencja będzie skuteczna. To zawsze ogromne ryzyko dla banku centralnego. Tak jak w innych przypadkach,  nasz NBP w założeniach przedstawiających instrumenty polityki pieniężnej wspomina o możliwości interwencji na rynku walutowym, ale świadomie nie podaje precyzyjnie warunków przy jakich tych interwencji  gotów jest dokonać.

Warto też dodać, że kolejnym atutem banków centralnych jest to iż nie muszą się kierować prostą opłacalnością interwencji. Dla banku centralnego celem nie jest korzyść finansowa z użytych środków (zysk) a kierowanie się co najmniej średnioterminowymi celami makroekonomicznymi. Przeciwnik, instytucje komercyjne, kieruje się zyskiem. Celem interwencji przez banki centralne jest więc wzrost ryzyka osiągnięcia zysku z operacji spekulacyjnych przez graczy rynkowych co ma ich zniechęcić do spekulacji w oparciu o panikę na rynku.

No i jesteśmy w Polsce na naszym podwórku walutowym, które jest częścią podwórka światowego. Gdzieś od sierpnia złoty zaczął się osłabiać i coraz silniej odchylać od wyceny na bazie makroekonomicznych fundamentów. O ile? Na bazie obecnych danych wycena jest nieco utrudniona, biorąc pod uwagę założenie krótkotrwałej recesji w i zejścia w Polsce tempa PKB do 2,5% w 2012 r. Wg moich szacunków  można mówić niedowartościowaniu złotego śmiało o ok. 15%. Mógłbym podać może nawet i 20%, przy założeniu że Polska szybko wróci do swego średniego tempa wzrostu, czyli 4% PKB rocznie. Wskazane osłabienie (15%) to wartość zbliżona do skali osłabienia z początku 2009 r. Oczywiście rynek jest rynkiem i robi to co uważa za stosowne. Również podobną skalę odchylenia mieliśmy w III kw 2008 r., z tym że w stronę przeciwną (nadmierna aprecjacja złotego). Odchylenie złotego to jeden z powodów. Kolejnym jest inflacja. Złoty osłabia się od dłuższego czasu i zaczyna się to przenosić na wskaźniki cenowe w gospodarce (CPI i PPI). Kolejnym powodem jest wycena długu. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że rynek świadomie prowokuje NBP bo wie, że wyższy kurs złotego pogorszy wycenę tej części długu państwowego, która jest nominowana w walutach zagranicznych. Kolejnym czynnikiem jest spadek zaufania do gospodarek UE, gdzie co chwilę wybucha jakaś sensacja (np. Węgry). Na dodatek rynek popadł sam w atmosferę chaosu. Oczekiwano stanowczej reakcji państw strefy euro, co miało się przełożyć na poprawę zaufania. Kiedy jednak na szczycie UE pojawiły się bardzo ostre koncepcje kontroli finansów publicznych, to rynek był niezadowolony. To dobrze pokazało, że rynek sam już chyba nie wie czego chce. Przecież im ostrzejsze kroki UE chce przedsięwziąć, tym dłuższy proces akceptacji państw z UE jest wymagany ze względu na dokumenty w jakich miałoby to być zapisane (traktaty, konstytucje państw członkowskich itp.). Mam przykładowo na myśli pomysł wpisania progu 60% PKB dla zadłużenia i 3% PKB dla deficytu oraz dodatkowe wsparcie dla MFW.

Pewnie nie wyczerpałem wszystkich powodów, ale już  te podstawowe wskazują że pojawienie się NBP na rynku było uzasadnione i nieco już oczekiwane w przedziale 4,4-4,5 złotego za euro. Z punktu widzenia skali odchylenia od poziomu uzasadnionego makroekonomicznie, mniej więcej na takich poziomach (chodzi o skalę odchylenia) następowało zatrzymanie i zwrot rynku w 2008 i 2009 r. Sądzę ze NBP poprawnie wybrał moment (okres czasowy) interwencji, ale to raczej niestabilne są warunki zewnętrzne, co ma silne przełożenie na skuteczność interwencji. Sądzę, że krytycy działań NBP powinni raczej wskazać jaki jest lub był właściwy moment. Nie ma tu jednej prostej odpowiedzi. Wszyscy jednak wiemy, że NBP czy BGK powinny się na rynku pojawiać.

Co dalej? Sądzę że obecność NBP będzie nadal potrzebna. Jeżeli rynek wypchnie złotego jeszcze wyżej (tzn. osłabi go), to z biegiem czasu sam rynek będzie coraz bardziej nerwowy i bardziej podatny na działanie NBP i BGK. Na miejscu NBP unikałbym popadania w ewentualną powtarzalność reakcji w rozumieniu warunków w jakich one następują. Mam zresztą wrażenie, że rynek nie jest już tak pewny że bez konsekwencji będzie mógł osłabiać złotego. Ryzykiem są negatywne informacje z różnych krajów UE, co może spowodować trudną do opanowania panikę.

22:09, marek_zelinski , Rynek finansowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dynamika z jaką media donoszą nam o reformie UE i strefy euro jest tak duża, że trudno nadążyć za tematem. Do tego jeszcze polityczny zgiełk nad wypowiedzią ministra Sikorskiego, wznoszony przez ugrupowania prawicowe. A na okrasę, wypowiedź czołowego polityka ugrupowania współrządzącego (PSL), by w ogóle rozważyć odejście od euro na rzecz walut narodowych. Euro, lub cokolwiek by to miało być, byłoby już tylko waluta rozliczeniową. Zatrzymajmy się więc chwilę by zobaczyć gdzie jesteśmy.

Wstępnie ogłoszę że UE i euro wciąż istnieją. Warto przypomnieć, że dotychczasowe umowy międzynarodowe, które powołały do życia UE i wspólną walutę nadal są ważne. To nie żart, bo codziennie wszelakie media bombardują mnie taką liczbą tragicznych informacji, że sam już nie wiem, gdzie jestem. Jeszcze w UE czy już nie. Tytuły w stylu „Europa nad przepaścią….” (z TVN24.pl) to już normalność.

Całe to larum nad stanem strefy euro i UE wzięło się z tego, że w ciągu ostatnich lat kilka krajów należących do eurolandu lub tylko do UE, osiągnęło stan bankructwa (niewypłacalności) lub ryzyko wejścia w taki stan stało się bardzo wysokie. W efekcie nadwyrężona została zarówno kondycja wielu europejskich instytucji finansowych jak i wiarygodność całej UE i strefy euro. Podaje na przemian „strefa euro” lub „UE”, mimo iż problem wydaje się dotyczyć tylko państw objętych wspólną walutą. Niestety finansowe konsekwencje redukcji długu Grecji i pozostałe problemy strefy euro pośrednio lub bezpośrednio przenoszą się na państwa UE, które waluty nie przyjęły. Ponadto kraje należące do strefy euro odpowiadają za ¾ unijnego PKB. Wiele też norm finansowych czy zaleceń obejmujących przykładowo wskaźniki makroekonomiczne jak i wskazówki/zalecenia dla sektora finansowego, dotyczyły wszystkich krajów UE.

Zwracam na kwestię „strefa euro” a „UE” uwagę, ponieważ omawiana reforma fiskalna strefy euro z oczywistych względów nakłada się na reformę UE. Ten problem pojawiał się już wcześniej, tylko że z innej perspektywy. Przyjęcie jednej waluty na obszarze wielu krajów z biegiem lat powodowało tworzenie czegoś na kształt unii w unii. Po prostu regulacje dla krajów UE wydawały się zbyt ograniczone jak na potrzeby grupy państw, które przeszła na wyższy stopień integracji czyli przyjęły jedną walutę. Kryzys finansowy z 2008 i jego skutki pokazały że na samej dobrej woli i zaufaniu do uczestników strefy euro, strefa ta opierać się nie może.

Tyle ogólnych dywagacji, ponieważ w tym wpisie chciałbym zwrócić uwagę na propozycje działań dyscyplinujących kraje należące do UE. W najbliższych tygodniach postaram się wracać do kwestii UE i wspólnej waluty, ponieważ zamiast rzetelnej dyskusji, wymiana myśli w Polsce ( i nie tylko u nas ) coraz bardziej odbiega od tematu.

W ubiegłym tygodniu na szczycie państw UE, zaproponowano kilka rozwiązań dyscyplinujących finanse państw członkowskich. Celem pomysłów jest zredukowanie ryzyka popadnięcia w kłopoty gospodarcze któregoś z państwa członkowskich strefy euro w przyszłości oraz stworzenie mechanizmów finansowego wsparcia na wypadek kryzysu. Przedstawię niektóre z nich przy zachowaniu pewnej dozy ogólności, ponieważ różnie są one przedstawiane, a przede wszystkim są postulatami wyjściowymi do dalszej dyskusji. Podejrzewam, że za kilka miesięcy wiele z nich może wyglądać inaczej. A już na pewno inaczej będzie wyglądały szczegóły.

Jednym z pomysłów jest utrzymywanie deficytu budżetowego w relacji do PKB w wartości max. 3%. Przekroczenie tego wskaźnika miałoby być bardziej karane niż przekroczenie progu zadłużenia. Wartość 3% dla deficytu budżetowego wydaje się dość optymalna i do zaakceptowania przez Polskę. Wśród pomysłów było zrównoważenie w średnim terminie deficytu – wg niektórych doniesień –strukturalnego. To wymagałoby doprecyzowania ze strony pomysłodawców definicji. Niektóre z definicji podają, że jest to deficyt przy pełnym zatrudnieniu lub skorygowany o efekt wahań koniunktury. Pomysł niebanalny, ale obawiam się że sama korekta o wahania koniunktury to może być za mało w przypadku gwałtownego i znacznego załamania koniunktury. Takie określenie deficytu może się okazać zbyt „ciasne” dla krajów jak Polska, które nadrabiają zaległości rozwojowe. Wg niektórych pomysłów kary nie byłyby zbyt duże i miały raczej charakter ostrzegawczo-mobilizujący. Od siebie proponuję by kara finansowa mogłaby mieć charakter progresywny od wartości przekroczenia lub czasu jego trwania. Generalnie jednak deficyt 3% PKB jest dla Polski do zaakceptowania i przy okazji byłby dobrym środkiem dyscyplinującym dla krajowych polityków.  Zresztą jest to warunek wejścia do strefy euro. Podobnie jak proponowany wskaźnik zadłużenia, 3% deficyt to wartość dopuszczalna ustalona przez doświadczenia makroekonomiczne wśród krajów rozwiniętych.

Proponowana wartość zadłużenia maksymalnie 60% PKB to również wartość docelowa i nieprędka do osiągnięcia przez kraje UE. My akurat nie mamy z tym wskaźnikiem problemu (jesteśmy poniżej 55%), ale kilka krajów UE ma i to spory. Łącznie z liderami strefy euro, czyli Niemcami i Francją. Skala przekroczenia tego wskaźnika przez część krajów UE wskazuje, że osiągnięcie wymagałoby co najmniej kilku lat. Warto przypomnieć, że 60% to też wartość nieprzypadkowa. Pojawia się w wielu opracowaniach makroekonomicznych dotyczących bezpiecznej skali zadłużenia państwa. Jak każda relacja w gospodarce, wskaźnik ten jest pewnym uproszczeniem, ponieważ w zależności od elastyczności gospodarki, skali rozwoju, moglibyśmy mówić o wartościach od 40% do może i 90%. To tylko przykłady na akademicka dyskusję.

Nie do końca jest jasna idea ingerencji władz UE w przygotowanie i akceptacje budżetu. Jeżeli miałoby się to wiązać z kontrolą zapobiegającą oszukiwanie innych państw należących do UE czy zapobiegającą przed uchwaleniem budżetu o dużym prawdopodobieństwie przekroczenia dopuszczalnego deficytu, to również nie mam nic przeciwko. Ta ingerencja w przygotowanie i akceptację budżetu wywołuje wręcz zarzuty o ograniczenia suwerenności. To gruba przesada. Tu chodzi jedynie o zapobieżenie obecnym problemom, wywołanym m.in. przez nadmierne deficyty i zadłużenie. Pomysł z kontrolą budżetu dotyczył przede wszystkim utrzymania podstawowych makroekonomicznych parametrów. Żaden kraj się nie zgodzi na ingerencję w strukturę budżetu.

Pomysłodawcy proponują, by wskaźniki makroekonomiczne były zapisane w Konstytucjach lub aktach o podobnym znaczeniu. W naszym przypadku nie jest to specjalny problem, bo graniczny poziom długu (wspomniane 60% do PKB) mamy zapisany m.in. w Konstytucji. Mam wątpliwości czy takie obligatoryjne zapisy uda się wszędzie wprowadzić. Sadzę ze byłoby lepiej wpisać zalecenia i ograniczenia makroekonomiczne do regulacji unijnych. A dopiero akceptacja (jeżeli będzie taka konieczność) byłaby na poziomie dokumentów unijnych. Wątpię by jakiś kraj sprzeciwiał się sensownie zarysowanym barierom bezpieczeństwa.

Bez względu na ostateczne pomysły, czyli co i gdzie ma być zapisane, jednym z większych problemów będzie sposób zapisu (akty prawne krajowe lub unijne) nowych regulacji, akceptacji oraz system monitoringu i ewentualnych kar łącznie z usunięciem lub umożliwieniem wyjścia z UE czy strefy euro. Same wskaźniki i konieczność powiększenie funduszy pomocowych nie wydają się wbrew pozorom kontrowersyjne. Wspomniane wskaźniki i pewne obostrzenia (dość ogólne i mało bolesne) na ewentualność ich naruszenia już były umieszczone w dokumentach unijnych. Niestety były bardzo często naruszane, nawet przez Niemcy. Zawiodła kontrola polityczna członków UE. Można zaryzykować teorię, że przyczyną kłopotów była nadmierna tolerancja dla łamania zasad przez kraje członkowskie.

20:54, marek_zelinski , Opinie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

W zalewie złych informacji jest i jedna dobra. Wyniki budżetu tuż przed końcem roku. Na rok bieżący planowano deficyt budżetowy w wysokości 40,3 mld mld. Przypominam, że wynik budżetu centralnego jest składnikiem deficytu finansów publicznych. Od kilku miesięcy wiadomo było, że jest spora szansa na mniejszy deficyt od planowanego. Liczono się zresztą z tym już w momencie planowania budżetu. Po dziesięciu miesiącach wynik chyba nieco przerósł oczekiwania.

Gdyby przyjąć, że trendy jakie zaistniały w minionych miesiącach, będą kontynuowane do końca roku, to teoretycznie deficyt budżetowy może spaść nawet do 21 mld zł. Nie wykluczam tego, ale proponuje przyjąć że jeżeli deficyt budżetowy będzie mniejszy od planowanego o 10 mld – 15 mld zł, to będzie to spore osiągnięcie i raczej zjawisko przejściowe niż trend. Na przyszły rok minister finansów zakłada deficyt na poziomie 35 mld zł, przyjmując że gospodarka będzie się rozwijać na poziomie poniżej 3%.

Co nam pomogło? To rezultat realizacji wydatków w tempie niższym od planowanego lub żelaznej dyscypliny w wydatkach i większych przychodów. Po ponad trzech kwartałach wydatki wzrosły tylko o 3% w porównaniu z planowanym tempem 6%. W październiku wyczerpano niemal limit na obsługę zadłużenia zagranicznego. Zostało tylko kilkaset milionów z planowanego limitu. O 3% wzrosły subwencje dla jednostek samorządowych, co oznacza trzymanie się planu. Niestety dla samorządowców nie jest to może informacja najszczęśliwsza, ponieważ oznacza praktycznie brak wzrostu jeżeli brać pod uwagę inflację. Rząd trzyma również w ryzach wydatki na ubezpieczenia społeczne, przynajmniej te wykazywane w budżecie. Jednym ze źródeł oszczędności są wydatki określane jako inwestycyjne. Wydatki jakich dokonano do końca września były mniejsze od ubiegłorocznych za ten sam okres, o kilkaset milionów zł. Jednak realizacja wydatków w tej pozycji będzie do samego końca roku pewną zagadką. Wydatki inwestycyjne w znacznym stopniu przypadają na ostatni kwartał roku przy dużym udziale wydatków przypadających na grudzień.

Mniejszy niż oczekiwano deficyt budżetowy w większym stopniu jest efektem większych wpływ po stronie dochodowej. Formalnie planowano na 2011 wzrost dochodów o 9%. Tymczasem po dziesięciu miesiącach dochody były większe o 13% od ubiegłorocznych za ten sam okres. Większe niż planowano dochody to na chwilę obecną w połowie zasługa zysku z NBP, z którego wpływy dla budżetu są trzy razy większe od planowanych (planowano 1,7 mld zł). Czynnikiem o tym samym znaczeniu dla budżetu są podatki. Po dziesięciu miesiącach wygląda na to iż zamiast o 9% wpływy podatkowe będą ostatecznie większe o 11%. Oznacza to dodatkowe wpływy o ponad 5 mld większe niż planowano z podatków w skali całego roku. To głównie zasługa VAT i CIT.

Poprawa po stronie dochodów i powstrzymanie narastających wydatków w bieżącym roku zaowocowały spadkiem deficytu budżetowego z 3% na początku roku do 1,7% w październiku. Niestety na niska wartość deficytu jest przejściowa. Trzeba się liczyć z tym, że w przyszłym roku deficyt budżetowy w relacji do PKB wyniesie 2% - 2,5% PKB.

00:09, marek_zelinski , Gospodarka
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2011

W III kw rozwijaliśmy się w tempie 4,2% yoy. Ładny wynik w obecnych czasach. Takie tempo utrzymujemy już od ponad roku. Warto docenić względną stabilizację tempa jak i obecną strukturę wzrostu. Nie jest to bez znaczenia. Względna stabilizacja podnosi zaufanie do gospodarki i wiarę że warto kontynuować, a nawet zwiększać nakłady inwestycyjne. Nie inaczej dzieje się teraz. Gdyby nie stabilizacja od kilku kwartałów, sądzę że moglibyśmy nie oglądać wzrostu nakładów inwestycyjnych. W kwartału na kwartał tempo nakładów przyśpiesza. Przypomnę że w 2010 r. nakłady inwestycyjny utrzymały się niemal na poziomie z roku 2009 r. w tym roku było już zdecydowanie lepiej. W ujęciu yoy w I kw 5,9%, w II kw 6,9% i w III kw 8,5%. Przyrost nakładów inwestycyjnych zapełnił lukę po lekko słabnącym spożyciu ogółem. Do przekroczenia 4% PKB niespodziewanie (jeżeli spojrzeć na prognozy sprzed kilku kwartałów) przyczynił się osłabiony złoty. Biorąc pod uwagę obecny poziom złotego i atmosferę na europejskim rynku, to osiągnięcie poziomu równowagi złotego potrwa kilka miesięcy. Mówię o procesie wzmocnienia złotego, czyli zejście poniżej 4,0 zł za euro. To teoretyczny wariant pozytywny dla złotego. Zmierzam do tego że jeszcze w IV kw 2011 i I kw 2012 r. złoty powinien nam pomóc i,  przynajmniej w niewielkim stopniu, przyczynić się do wzrostu PKB. To, razem z nakładami inwestycyjnymi, powinno w znacznym stopniu uzupełnić efekt osłabienia popytu indywidualnego w kolejnych kwartałach.

            PKB       p.kraj.    sp.indyw.   nak.brutto na śr.trwałe

I              6,3          7,6          6,0          17,1

II             6,1          6,7          6,0          15,2

III            5,2          5,2          5,6          5,6

IV 08      3,2          3,4          5,4          6,1

I              0,4          -1,8        3,0          -1,4

II             1,0          -2,6        1,2          -3,7

III            1,6          -1,3        2,3          -1,9

IV 09      3,2          1,1          1,7          0,8

I              3,0          2,4          2,3          -10,2

II             3,5          4,5          3,2          0,5

III            4,4          5,1          3,4          2,3

IV 10      4,7          6,3          4,0          2,2

I              4,5          4,4          3,7          5,9

II             4,3          4,3          3,6          6,9

III            4,2          3,2          3,0          8,5

IV 11                                                    

źródło danych: GUS

23:01, marek_zelinski , Gospodarka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 listopada 2011

W tym zgiełku informacji z europejskiego rynku finansowego niemal niezauważone przeszły, opublikowane w piątek przez GUS, dane o sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Szkoda, bo można tam znaleźć sporo ciekawych informacji.

Mimo iż generalnie, nastrój w gospodarce nie jest bynajmniej wesoły, to wyniki przedsiębiorstw wskazują, że przedsiębiorstwa wcale nie są sparaliżowane strachem. Jako pierwsze przejrzałem nakłady inwestycyjne. I tu bardzo miła niespodzianka. W III kw bieżącego roku, inwestycje wzrosły aż o 18% w porównaniu z III kw 2010 r. Po trzech kwartałach, dynamika yoy to 12,4%. Zwracam na to uwagę, ponieważ z kwartału na kwartał przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują. Oznacza to, że przedsiębiorstwa nie boją się spadku popytu i swoją przyszłość postrzegają nie tylko przez pryzmat najbliższego roku czy dwóch. To bardzo zdrowy objaw.

W III kw doszło do istotnych zmian po stronie lidera ciągnącego inwestycje. GUS podaje podstawowe pozycje nakładów: budynki i budowle, maszyny i urządzenia oraz środki transportu. W II kw przyrost inwestycji zawdzięczaliśmy przede wszystkim budynkom i budowlom oraz maszynom i urządzeniom. Natomiast w III kw przyrost inwestycji (w porównaniu z III kw 2010) zawdzięczamy zakupom maszyn i urządzeń (55% przyrostu) i – ciekawostka – środkom transportu (32% przyrostu). Poświęcenie posiadanych środków na zakup maszyn i urządzeń, to bardzo dobra wiadomość. Pomimo iż czasy mamy niełatwe i niepewne, przedsiębiorstwa nie obawiają się inwestować w park maszynowy w celu poprawy jakości i wydajności.

Nadal dość stabilne jest tempo wzrostu przychodów. Nominalnie przychody ze sprzedaży przedsiębiorstw niefinansowych wzrosty w III kw yoy o prawie 12% po raz drugi z rzędu. Po „urealnieniu” tego wzrostu przez PPI (to z konieczności pewne uproszczenie), dynamika jest znacznie skromniejsza i wynosi prawie 5%. To kolejna – obok inwestycji – dobra informacja. Dynamika przychodów utrzymuje bardzo przyzwoite tempo i, co najbardziej interesujące, tempo rocznego wzrostu jest względnie stabilne od ponad roku. To zasługa zarówno eksportu jak i stabilnego popytu w kraju. Utrzymanie wzrostu sprzedaży to zasługa większości działów gospodarki. Nie ma więc mowy o kilku działach, które poprawiają statystykę wyników globalnych dla gospodarki.

Wynik na sprzedaży w III kw jakby nie reagował na oczekiwane pogorszenie koniunktury. Wyniósł 31,3 mld i był o 12% lepszy od ubiegłorocznego. To również tendencja utrzymujące się od pewnego czasu. W efekcie rentowność na sprzedaży dla okresu rocznego, utrzymała się na poziomie 5,3%. Dopiero na poziomie finansowym nastąpiło istotne pogorszenie wyniku. W efekcie wynik brutto (rentowność)  liczony tylko dla III kw 2011 wyniósł 4,6% wobec 7,3% w II kw. Niestety żadna w tych wartości nie jest reprezentatywna dla trendu. Podawany przez GUS globalny rachunek wyników z finalnym wynikiem netto, wykazuje największą zmienność na poziomie finansowym. I zarówno w II jak i w III kw mieliśmy do czynienia z potężnymi zmianami. W II kw saldo na poziomie finansowym było dodatnie i wyniosło ponad 6,5 mld zł. W III kw było dokładnie odwrotnie. Zazwyczaj takie zmiany są wywołane przez sektory gospodarki grupujące duże podmioty. Tym razem (III kw) za tak duże ujemne saldo na poziomie finansowym odpowiadają działy gospodarki: przetwarzanie ropy naftowej i koksu oraz energetyka i usługi komunalne.

Opublikowanych danych o sytuacji finansowej przedsiębiorstw i nakładach inwestycyjnych nie należy oczywiście traktować jako zaprzeczenie prognozom spadku tempa PKB w przyszłym roku do przedziału 2%-3%. Należy się niestety liczyć z niewielkim pogorszeniem kondycji przedsiębiorstw. Jak na razie pomaga nam popyt wewnętrzny o osłabiony złoty.

22:58, marek_zelinski , Gospodarka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2011

Expose premiera nazwałbym właśnie „makrekonomicznym” na trudne czasy. Prognozy makroekonomiczne poprzedniego wcielenia obecnego rządu wskazywały, że czeka nas czas trudnych społecznie decyzji. Przed wyborami , rząd zdawał się nie epatować jednak opinii publicznej tym co nas czeka. Dla tych jednak, co śledzą na bieżącą dyskusje o koniecznych decyzjach zmierzających do obniżenia deficytu finansów publicznych i koniecznych do osiągniecia tego decyzjach, i tak było jasne że przed tym nie uciekniemy. To było pytanie, nie czy nowy rząd coś zrobi, a w jakim stylu to zrobi i kiedy to ogłosi.

Dla mnie punktem przełomowym jest wczorajsze expose, przynajmniej w sferze świadomości społęcznej. Ktoś może powiedzieć, że to tylko polityczne gadanie i że trudno z obecnej perspektywy ocenić stopień realizacji przedstawionych wczoraj zamierzeń rządu. Dla  mnie jednak stała się rzecz najważniejsza. Premier w końcu publicznie – w formie expose – przedstawił zamierzenie rządu. Treść expose nie pozostawiła słuchaczom wątpliwości. Bez względu na to czy idą łatwe, trudne czy czasy średnio-trudne, w rozumieniu tempa wzrostu PKB, my musimy w perspektywie kilku lat radyklanie obniżyć deficyt budżetowy i finansów publicznych oraz dług publiczny. Ten ostatni wprawdzie nie jest nadzwyczajnie wysoki, ale w przypadku dekoniunktury groziłoby nam przekroczenie  progów zadłużenie określonych w ustawie o finansach publicznych i konstytucji.

Expose było ekonomicznym komunikatem zarówno dla obywateli jak i świata zewnętrznego, który obserwuje jak będziemy sobie radzić z bieżącymi problemami. W zdecydowanej większości tekst expose zawiera pomysły trudne do zaakceptowania przez gospodarstwa domowe czy przedsiębiorców. Mowa o podwyżkach danin na rzecz państwa lub cięciu ulg.  Trzeba też koniecznie powiedzieć, że expose nie mogło niczym zaskoczyć. Jedynym zaskoczeniem – jeżeli już – jest fakt, że premier postawił przysłowiową kawę na ławę. Dokładnie wszystko, z większą lub mniejszą częstotliwością było już omawiane przez media ekonomiczne. Łącznie z „politycznym” hitem piątkowego expose, czyli opodatkowaniem złóź i/lub ich eksploatacji (sprawa KGHMu).

Ale do rzeczy…

Po krótkiej kurtuazji, premier w expose przeszedł na ostry ton i podał cel: osiągnięcie 3% def. finansów publicznych w 2012 r. i redukcja zadłużenia do PKB do poziomu 47% w 2015 r. Te liczby znamy już od wielu miesięcy (były przedstawiane w prognozach rządowych) i dobrze że premier je przypomniał i wskazał jako nasz cel. Cała reszta expose to już głównie drogi dojścia do tych wartości.

Pierwsza grupa pomysłów w expose premiera dotyczyła podatków. Nikt się chyba nie spodziewał, że podatki od kopalin wywołają taką burzę w Sejmie i w komentarzach. W expose premier skupił się na podatku od wydobycia takich dóbr jak miedź, srebro i gaz łupkowy. Na świecie ten obszar danin nazywa się minig royalties. W expose nie ma jednak konkretnych rozwiązań. W Polsce mamy do czynienia z niedorozwojem tej grupy podatków. Powiedziałbym wręcz że obecne rozwiązania są dość archaiczne. Zarówno kryzys jak i perspektywy wydobycia gazu łupkowego skupiły uwagę rządu na tej grupie danin,  by w końcu ją poprawniej uregulować. Temat nie jest nowy. Opodatkowanie kopalin jest już w Polsce dyskutowane od pewnego czasu, w tym opodatkowanie miedzi. Zamieszanie jakie powstało po spadku cen akcji KGHMu w piątek (mowa o zarzutach pod adresem rządu), to już raczej wydarzenia ze świata polityki a nie „realu”. Nie widzę najmniejszego powodu, dlaczego by premier nie mógł o tym wspomnieć w expose.

Trudne czasy wymusiły racjonalizację rozwiązań związanych z ulgami na dzieci. W tym zakresie, expose zawierało relatywnie sporo szczegółów, zachęcam więc do jego lektury. Proponowane zmiany to naprawa części błędów jakie powstały przed kilku laty, kiedy tą ulgę uchwalano. Proponowane rozwiązanie zwiększa pomoc, która rośnie wraz z liczbą dzieci. Mocno tracą na uldze rodziny w lepszej kondycji finansowej (próg w expose to 85 tys. zł rocznie). Tzw. ulga na dzieci to jedna z kilku propozycji w expose, która jest praktycznie neutralna dla finansów państwa, ale na pewno dane rozwiązanie oznacza lepsze kierowanie pomocy dla gospodarstw domowych, albo po prostu mądrzejsze i efektywniejsze.

 Z grupy ulg powszechnych, rząd zamierza zrezygnować z ulgi na internet. Moim zdaniem, nawet tłumaczenie rządu, że rezygnujemy z tej ulgi bo usługi tanieją nie jest potrzebne oraz jest nie do końca słuszne. Opłata za dostęp do internetu wciąż stanowi istotną pozycję w kosztach telekomunikacyjnych gospodarstwa domowego. Z drugiej jednak strony, z analizy popytu na sprzęt telekomunikacyjny i komputerowy oraz na usługi telekomunikacyjne, wynika że brak takiej ulgi miałby marginalny wpływ na zachowanie gospodarstw domowych. Ulga internetowa była zbytecznym prezentem władzy dla obywatela. Jeśli już, to powinna być mniejsza i ograniczona do gospodarstw słabszych ekonomicznie.

Warto przy tej okazji dodać, że decyzja dotycząca ulgi internetowej oraz wiele innych z expose powinny były być podjęte rok lub dwa temu. W expose jest kilka elementów, które były odwlekane w czasie zupełnie niepotrzebnie.

Cześć expose dotyczącą ulg zamyka tzw. podatek Belki. Kiedyś PO zapowiadała,  że go zniesie, a teraz przyszło go „uszczelnić”. Takie czasy J. Wbrew pozorom podatek Belki to dość wydajne źródło wpływów do kasy państwa i podatek niemal powszechny w państwa rozwiniętych. Różnice są czasami spore w szczegółach.

Jedną z najważniejszych informacji jest podniesienie składki rentowej o 2 pkt. proc. To decyzja wisiała w powietrzu już od dawna. W rozumieniu wpływu na finanse publiczne i terminu (skutki w średnim terminie) to bodaj najważniejsza informacja expose. Warto pamiętać, że część makroekonomistów zwracała uwagę (np. Janusz Jankowiak), że redukcja składki była zbyt duża i odbije się czkawką w czasach słabszego wzrostu gospodarczego. Wg informacji premiera podniesienie składki pozwoli obecny deficyt funduszu ubezpieczeń społecznych nawet o 13 mld zł.

Rząd chce wydłużać wiek przejścia na emeryturę do 67 lat. To jedna z trudniejszych społecznie decyzji, bo każdy z nas zdaje sobie sprawę że ma to nic wspólnego z naszą przydatnością do pracy i akceptacją przez pracodawców. Ja mam pewien niedosyt w kwestii działań reformatorskich rządu w zakresie emerytur. Naszym problemem jest nie tyle oficjalny ustawowy wiek przejścia na emeryturę, co faktyczny wiek przejścia. Premier wprawdzie zapowiedział zmiany na przykład w emeryturach służb mundurowych, ale w przypadku górniczych wykazał się nadmierną ostrożnością i zatrzymał w pół drogi.  Z expose wynika, że pracownicy związani bezpośrednio z wydobyciem nie będą mieli zmienianych istotnie uprawnień. Z całym szacunkiem dla górniczej pracy, ale jest to sektor gdzie relacja praca+szkodliwość a korzyści emerytalne jest nadzwyczaj korzystna.

Ciekawym społecznie rozwiązaniem jest propozycja przejścia na okres obecnej kadencji na waloryzacje kwotową. Jeżeli byłoby to zgodne z prawem, to jest to niezły sposób na skromną poprawę losu emerytów o najniższych wynagrodzeniach, szczególnie w okresie słabej koniuntury gospodarczej w ramach posiadanej puli środków na wypłatę emerytur.

Sporo ciekawych pomysłów dotyczy rolnictwa i rolników. Przede wszystkim pojawia się pewna kategoryzacja odniesiona do liczby hektarów. Słabe gospodarstwa (do 6 ha), które nadal będą korzystały z pomocy państwa, gospodarstwa średnie (6 do 15 ha) i powyżej  15 ha. Wprawdzie ten podział premier podał przy okazji omawiania zmian w opłacaniu składki zdrowotnej, ale  warto go zapamiętać. Poziom 15 – 20 ha uważa się za taki, z punktu widzenia opłacalności produkcji rolnej, gdzie rolnik jest już tak naprawdę przedsiębiorcą, który może ponosić takie obciążenie jak mały przedsiębiorca „z miasta”. Premier w dalszej części expose mówi o reformie KRUS i podatkowej jaka obejmie rolników, ale unika podania kwot (jak przy składce zdrowotnej) i stara się stworzyć wrażenie że to konsekwencja zmian w przepisach UE. Jak widać, w rolnictwie szykują się zmiany, ale w koalicji nie są one jeszcze do końca ustalone. Zwracam na to uwagę, ponieważ obłożenie „nomalnymi” stawka ZUS rolników z gospodarstw powyżej 20 ha, mogłaby zmniejszyć  dotację państwa o 2-3 mld zł.

W expose są jednak i tacy co coś dostaną. Mowa o żołnierzach i policjantach. Deklarowane podwyżki i czas ich przeprowadzenia wskazują że nie będzie to szok, ale na pewno będą finansowo dostrzegalne. Biorąc pod uwagę braki kadrowe (wolne etaty w Policji liczone są w tysiącach) i specyfikę pracy jest to dobry gest, który – jak sądzę – należy rozpatrywać razem z pomysłami na zapowiadane zmiany emerytalne w służbach mundurowych.

 

Expose należy ocenić wysoko. Premier mając godzinę na przemówienie, skupił się na sprawach makroekonomicznych w kontekście stojących przed nami najważniejszych wyzwań (deficyt finansów publicznych i zadłużenia). Nie jestem w stanie ocenić co uda się zrealizować. Dla mnie najważniejsze jest to, że premier w imieniu całego rządu ogłosił że nadeszły czasy wyrzeczeń i przeważająca część expose tego właśnie dotyczyła.

Jeżeli miałbym się do czegoś „przyczepić”, to warto zauważyć że nadal obracamy się w zmianach dość standardowych parametrów jak: podatki, emerytury, składki itd. Dotychczasowe decyzje koalicji i zapowiadane w expose, są tak proponowane być ewentualne konflikty społeczne zmniejszyć do minimum.

Nadal nie omawiamy wszystkich pozycji wydatków w finansach publicznych. A to tutaj kryje się część naszych problemów. Ile powinniśmy wydawać (na ile nas stać i ile potrzeba) na bezpieczeństwo, sprawiedliwość, naukę, sztukę, kulturę, edukację, infrastrukturę. Ile powinno kosztować funkcjonowanie państwa? Nie chodzi mi o mityczne już „zabrać urzędnikom” na szczeblu centralnym czy samorządowym. To  mogą być pytania o liczbę szczebli czy rozdrobnienie organów samorządowych, rozwiązania karty nauczyciela, sens istnienia Senatu, za co powinniśmy płacić w szpitalu a co powinna zapewniać składka itd. Takich pytań są setki. Mogę mieć tylko nadzieję, że premier będzie systematycznie stawiał te pytania do rozpatrzenia.

 

16:46, marek_zelinski , Opinie
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2011

W poniedziałkowym numerze Gazety Wyborczej ukazał się artykuł Stefana Kawalca pod tytułem „Udomowić banki” (Gazeta Wyborcza z 7 listopada).  Zwróciłem uwagę na ten artykuł ze względu na dość rewolucyjną tezę i nie pasujące do niej uzasadnienia, które mają być ….. uzasadnieniami. Innym powodem jest to, iż publikacja została zauważona przez lewicujących publicystów lub publicystów prawicowych o „patriotycznym” podejściu do gospodarki. Reakcje były  w stylu: „a nie mówiłem, że bankowość powinna być polska, bo kapitał zagraniczny jest podejrzany i nie rozumie polskiej racji stanu”. 

Generalna idea artykułu, to tak ukierunkować zmiany w sektorze bankowym w Polsce, by odwrócić strukturą kapitałową w krajowych bankach. Obecnie dwie trzecie sektora należy do kapitału zagranicznego. Inaczej mówiąc, według S.Kawalca, w Polsce w bankowości powinien przeważać kapitał krajowy. Jak na obecne warunki i obecną sytuację sektora bankowego w Polsce, pomysł wydaje się niezwykle radykalny i czytelnik z oczywistych względów szuka odpowiedzi na pytanie, co się takiego stało w sektorze bankowym by domagać się aż tak radykalnej zmiany. Co ma się dzięki temu zmienić. Jesteśmy krajem o gospodarce wolnorynkowej i z natury rzeczy szukałem w teście pomysłów w których będą co chwilę występować słowa: jakość obsługi, efektywność, bezpieczeństwo banków, nadzór, bezpieczeństwo depozytów i zadowolenie klientów, rola banków w gospodarce itd. Tymczasem w artykule pojawia się jakaś forma patriotyzmu ekonomicznego nieadekwatna zupełnie do obecnych realiów, której na dodatek autor nie potrafi uzasadnić. Materiał faktograficzny jest bardzo ogólny, a dość przypadkowe dane finansowe, praktycznie w każdym przypadku wymagają komentarza. Nie jestem wolnorynkowym dogmatykiem i potrafię przyjąć, że w niektórych sferach życia ekonomicznego potrzebny jest większy udział państwa albo że kapitał krajowy jest bezpieczniejszy niż zagraniczny w niektórych sektorach. Artykuł pisany poniekąd przez osobę z dużą wiedzą o bankowości i nie mniejszym doświadczeniem, niepotrzebnie nadweręża zaufanie do zagranicznych banków i kreuje mit dobrodusznych banków z krajowym kapitałem.

Odczarujmy więc trochę wizerunek kapitału zagranicznego w polskim sektorze bankowym. Czytelnik artykułu S.Kawalca odniesie wrażenie, że struktura pochodzenie kapitału (zagraniczny lub krajowy) wpływa na ofertę i bezpieczeństwo sektora bankowego w naszym przypadku oraz może mieć wpływ nawet na popyt na rządowe papiery wartościowe. Pomimo iż bywam krytyczny pod adresem polskiego sektora bankowego, to nie zmienia to faktu iż nie potrafiłbym powiedzieć że banki podlegające kapitałowi zagranicznemu sprzeniewierzają się temu do czego są powołane i nie wychodzą naprzeciw potrzebom polskiej gospodarki. Sam autor nie potrafi przytoczyć zresztą takich przypadków. Autor sugeruje, że banki zagraniczne niezbyt chętnie kredytują w okresach kryzysowych krajowych przedsiębiorców. Jako przykład przeciwnego działania podaje „polski” PKO BP, który zwiększył kredytowanie o 23% kiedy w tym samym czasie banki zagraniczne zmniejszały. Kiedy się operuje tego typu liczbami, to autor powinien podać jak zmieniał się portfel w poszczególnych bankach zagranicznych i co spowodowało taki skok w PKO BP. Czytelnik nieobeznany z polskimi realiami gospodarczymi może paść ofiarą tego typu tendencyjnych zestawień. Jeśli już, to powinno się porównać kilka lat, ale wtedy efektu by nie było. Szkoda również że autor nie porównał działalności banków krajowych i zagranicznych w innych segmentach bankowości. Zapewniam, że banki zagraniczne ostro rywalizują o polski rynek kredytowy, co nie oznacza że muszą dawać pieniądze każdemu.  

Do obaw o nadmierny udział kapitału zagranicznego, autor dokłada kwestie nadzoru bankowego. Owszem, kryzys sprzed kilku lat spowodował powstanie idei w UE by zwiększyć rolę nadzoru bankowego w kraju macierzystym, w którym działa centrala czyli zagraniczna spółka matka. Decyzjom nadzoru podlegałaby również działalność spółek córek w innych krajach. W efekcie traciłby nadzór lokalny. Trudno tak naprawdę, odmówić tej idei sensu. S.Kawalec wstawia to jednak do katalogu strachów, ale nie podaje że jego punkt widzenia jest podyktowany tylko interesem polskim, ale tak naprawdę tylko chwilowym. Jak rozumiem, kiedy polskie banki będą prężnie zdobywać rynki innych europejskich krajów, to wtedy zmienimy zdanie, „no bo tak”?

Obok sugestii o obojętność zagranicznych banków w kwestii zasilania kredytem gospodarki, S.Kawalec stawia argument jeszcze ostrzejszy: banki zagraniczne mogą nie kupować rządowych papierów wartościowych kierując się decyzjami spółek matek zamiast rachunkiem ekonomicznym. Na dowód autor podaje ok. 100 mld przetrzymywane przez banki w bonach pieniężnych NBP. To kolejna wyrwana z kontekstu liczba. Przede wszystkim nie ma obowiązku kupowania rządowych papierów. Pod drugie autor pisze o problemie, który tak naprawdę nie istnieje. Jak na razie, pomimo sporego deficytu finansów publicznych, nie mamy problemu ze sprzedażą papierów dłużnych. Obok banków, kupują je inwestorzy zagraniczni (!) oraz OFE i TFI. Przypomnę, że znaczna część instytucji ( a dokładniej: rynku) z sektora OFE i TFI należy do grup finansowych z zagranicznym kapitałem.

Pytanie można postawić inaczej. A co nam da, że sektor bankowy w 2/3 będzie należał do kapitału krajowego? Tak naprawdę autor na to nie odpowiada. Kredyty będą rosły w tempie 23% rocznie? Nonsens. Kapitał krajowy również kieruje się rachunkiem ekonomicznym. Nikt nie ma ochoty tracić pieniędzy nawet z pobudek patriotycznych. Nie będzie również kupował każdej ilości rządowych papierów dłużnych, tylko dlatego że są polskie.

Poglądy S.Kawalca wyrażone w artykule „Udomowić banki” osadzone są w obecnej, specyficznej,  sytuacji międzynarodowej. Po drugie polskie przepisy regulujące działalność banków oraz ich bezpieczeństwo są dość restrykcyjne (jak na gospodarkę wolnorynkową) i podobne do regulacji europejskich i międzynarodowych. A mówiąc dokładniej, muszą przenosić na polski grunt zalecenia międzynarodowe. Piszę to, ponieważ po lekturze S.Kawalca można odnieść wrażenie, że możemy sobie w Polsce ustalać cokolwiek chcemy. Że kredytów damy do woli i każdemu, i że polskie banki kupią każdą ilość obligacji rządowych.

S.Kawalec nie mówi o poważnym zagrożeniu jakie niesie jego wizja. Udomowienie sektora bankowego jakie rysuje się  w jego artykule niesie w sobie potężne niebezpieczeństwo. Taki „udomowiony sektor” skupiony na polskiej gospodarce i lokujący – obok kredytów – w obligacje rządowe byłby podatny na wewnętrzny kryzys gospodarczy i/lub kryzys finansów publicznych. Wtedy zatęsknilibyśmy za zagranicznymi spółkami matkami, które zasiliłyby polskie spółki córki kapitałem.

Jedną z dziwniejszych części artykułu są propozycje działań, które mają spowodować odwrócenie struktury pochodzenia kapitału. Skąd weźmiemy kapitał? Przecież wchodziłyby tu w grę nawet dziesiątki mld złotych. Tego S.Kawalec nie wyjaśnia. Dość enigmatycznie mówi jedynie o działaniach lokalnego organu nadzorczego i regulacjach rządu, co pachnie łamaniem reguł i przepisów międzynarodowych. Ponadto i tak nie ma żadnej gwarancji że taka struktura kapitału (przewaga polskiego) jest w ogóle osiągalna w gospodarce wolnorynkowej w wymiarze międzynarodowym. W Polsce mogą otwierać swoje placówki zagraniczne banki. Jak wskazuje dotychczasowe doświadczenie, przeważający udział kapitału zagranicznego nie wynika tylko z jego chęci ale i akceptacji klientów. Jak widać polscy klienci zdecydowali o takim a nie innym podziale rynku.

O rozwój polskiego kapitału bym się nie obawiał. Obok banków spółdzielczych czy Getin Noble Banku jest i PKO BP. W segmencie finansowych firm doradczych, inwestycyjnych, biur maklerskich czy TFI, polski kapitał i polscy managerowi świetnie sobie radzą.

czwartek, 03 listopada 2011

Trzeba przyznać, że premier Grecji potrafi wytworzyć napięcie. Thriller z Grecją zdaje się nie mieć końca. Można dyskutować czy zapowiedziana redukcja długu o 100 mld euro z prawie 355 mld euro to dużo czy mało. To zależy z jakiej pespektywy to oceniamy. A takich perspektyw jest kilka. Po pierwsze wydaje się iż zaciągnięte długi należy spłacać. Niemniej problem jest i historyczno-moralne dywagacje nie tu nie dają. Z podawanych przez media informacji wynika, że redukcja zadłużenia sprowadzi dług w relacji do PKB z ok. 165% do poniżej 120%. Jestem zwolennikiem redukcji zadłużenia Grecji, ponieważ kraj który od trzech lat notuje ujemny wzrost gospodarczy (obecnie -5,0 procent  yoy) i nie jest w stanie obsłużyć tak dużego zadłużenia jak dotychczas. Przedłużający się proces wypracowywania formy pomocy dla Grecji, traktowałem jako konieczność wynikającą z dużej liczby państw i instytucji biorących udział w tym procesie. Warto pamiętać, że dwadzieścia lat temu nam też zadłużenie spędzało sen z powiek. Na początku lat 90-tych nasze zadłużenia sięgało 90 procent PKB. Skuteczne negocjacje (redukcja i wydłużenia spłaty) i czynniki makroekonomiczne (m.in. wzrost tempa PKB) spowodowały spadek długu do PKB o ponad połowę. Przypominam to, ponieważ dość często można usłyszeć słowa dezaprobaty w dyskusji o redukcji długu Grecji.

Mimo iż być może niektórzy oczekiwali większej redukcji, to i tak obecną należy ocenić jako znaczną. Zadłużenie Grecji nie jest konsekwencją wypadków na które ten kraj nie miał wpływu, jak na przykład klęska żywiołowa. Zadłużenie Grecji to efekt ewidentnego lekceważenia zasad tzw. zdrowych finansów na kilka lat przed ujawnieniem katastrofalnej sytuacji na początku 2010 r. prze obecny rząd. W takiej sytuacji chciałoby się powiedzieć: spłaćcie ile tylko się da i nawet za cenę poważnych wyrzeczeń. A te są dość spore, bo już obecnie oficjalna stopa bezrobocia przekracza 15% i jest dwa razy większa niż w latach 2006-pocz. 2008, kiedy to w Europie była świetna koniunktura gospodarcza.

Oczywiście dyskutując o skali zadłużenia Grecji i redukcji długu, trzeba odłożyć na bok emocje. To państwo jest w poważnych tarapatach gospodarczych i redukując dług, politycy i ekonomiści z krajów UE musieli pamiętać, że nie chodzi o zemstę a o to by Grecja w średnim terminie wyszła z kryzysu i była w stanie obsłużyć jak największą część zadłużenia. Biorąc pod uwagę inne – obok redukcji – formy pomocy dla Grecji, obniżenie zadłużenia z tytułu papierów dłużnych o 100 mld euro, mieści się w pojęciu „dobre rozwiązanie”.

I wydawałoby się ze teraz będzie już z górki. Tymczasem premier Grecji nie dał nam odpocząć 1 listopada. Kiedy na polskich kanałach telewizyjnych dominowała atmosfera zadumy, na zagranicznych runkach atmosfera szoku, zaskoczenia i nieco paniki. Jaki ma sens pytanie obywateli w referendum o …. No właśnie o co. Na razie nikt nie zna pytań. Ogólnie wiadomo z zapowiedzi premiera Grecji, że chce zapytać obywateli czy akceptują pakiet pomocowy wypracowany w ubiegłym tygodniu przez liderów europejskich i zaakceptowany przez premiera Grecji. Teoretycznie przeprowadzania referendum wydaje się zasadne i uczciwe wobec obywateli. Szkoda tylko, że Grecy nie uprzedzili o tym na spotkaniach z przedstawicielami państw i instytucji, kiedy dyskutowano nad formami wsparcia dla Grecji. Teoretycznie obniża to poważnie wiarygodność Greków.

Dla UE  i strefy euro jest to pewien problem, ponieważ do tej pory nie ćwiczono wyjścia z euro i – jak twierdzi część specjalistów – naturalnego w takiej sytuacji wyjścia z UE. Mimo, iż przepisy regulujące funkcjonowanie UE i strefy euro nie są w kwestii konsekwencji wyjścia jednoznaczne, to tak naprawdę UE opuścić można. Wbrew pozorom dla UE nie byłby to jakiś wielki cios. Pytanie jest takie: co się opłaca Grekom. Spotykane czasami sugestie niektórych ekonomistów o powrocie Grecji do własnej waluty, nie wydają się być najlepszym rozwiązaniem. W domyśle mowa o korzyściach z dewaluacji. Dewaluacja jednak pomaga w krótkim okresie. Nie jest lekarstwem na niewydolność ekonomiczną państwa i ekonomiczną efektywność. Teoretycznie Grecy mogą pozostać przy obecnej walucie, ale nie ominą ich i tak konsekwencje bankructwa (oraz konieczność reform). Mowa o negocjacjach w sprawie skali redukcji, skutkach finansowych bankructwa dla własnego sektora bankowego i generalnie o kosztach natury politycznej (utrata zaufania na arenie międzynarodowej).

Być może propozycja premiera Grecji to swego rodzaju pokerowa zagrywka na własnym podwórku. Rząd Grecji może mieć problemy z utrzymaniem poparcia w parlamencie. Pomyślny wynik referendum dałby rządowi większe i trwałe wsparcie na czas najtrudniejszych reform. Być może jest to próba wstrząśnięcia opinią publiczną. Formalnie ok. 60% ankietowanych nie akceptuje warunków redukcji i jej skali oraz narzuconych reform. Ale aż 70% ankietowanych chce pozostać w UE. Umiejętne zaprezentowanie przed obywatelami wszystkich „za” i „przeciw” może pozytywnie wstrząsnąć obywatelami. Pytanie tylko, czy jest to jedyny możliwy scenariusz uzyskania poparcia i po prostu realizacji przyjętego programu sanacji Grecji. Sądzę, że niekoniecznie. Niestety premier  i rząd są od tego by brać na siebie ciężar działań i oddawanie się w tym przypadku pod osąd obywateli nie jest najlepszym wyjściem. Na dodatek funduje sporą nerwowość na rynkach finansowych, co odbija się również na tych państwach które chcą Grecji pomóc.

Powyższe rozważania należałoby uzupełnić  o treść pytań w referendum i konsekwencje wyniku, czyli decyzji obywateli. Mogą to być pytanie bardzo konkretne, ale mogą i być pytanie tak skonstruowane by uchronić realizację pakietu pomocowego nawet na ewentualność negatywnej opinii obywateli. Tylko po co w takim przypadku przeprowadzać referendum.

środa, 26 października 2011

Przedłużające się negocjacje o sposobie ratowania Grecji, wywołały kolejne falę krytyki i drwin z Unii Europejskiej i sensu jej istnienia. W jednej z publicystycznych audycji przedwczoraj, pewien prawicowy publicysta zakwestionował sens naszego funkcjonowania w UE i zapytał czy mamy plan wyjścia. Bo? Bo jesteśmy na etapie wyczerpywania korzyści z funkcjonowania w UE i w ogóle to UE wkrótce się rozleci.

UE i nasze w niej funkcjonowanie, to temat niezwykle ciekawy. Szkoda tylko, że sprowadziliśmy go do kilku prześmiewczych schematów. Wiem, że to bardzo modne ponarzekać na biurokratów z Brukseli, pośmiać się z prostych bananów czy ogórków, albo z tego że podobno w regulacjach UE marchewka to owoc. Fajne, tylko że to raczej obnaża niewiedzę o UE.
Warto więc przypomnieć, że weszliśmy do UE ze względów ekonomicznych  i politycznych. Te drugie trudniej przełożyć na język ekonomii. Wcale to jednak nie przeszkadza, by dowieść wypływających i stąd korzyści. Posunę się nawet dalej, że względy (korzyści) polityczne być może nawet przeważają nad ekonomicznymi. Wejście do UE to dołączenie do świata rozwiniętego, który kieruje się zasadami w dominującej części zgodnymi z naszymi. To dołączenie do grona krajów, z których część jest  wielokrotnie bogatsza od nas. Korzyści z wejścia odczuliśmy niemal natychmiast. Zgodnie z unijną filozofią wspomagania krajów i regionów słabiej rozwiniętych. dostaliśmy gigantyczne pieniądze z funduszy unijnych. Nigdy dość powtarzania, że to m.in. dzięki tym środkom uciekliśmy przed kryzysem z końca 2008 r. i roku 2009. Wejście do UE oznaczało systematyczne znoszenie barier w przemieszczaniu się Polaków (i eksporcie polskich towarów). Dzięki temu część obywateli nie mogąc znaleźć pracy w Polsce, postanowiła szukać szczęścia gdzie indziej.

Narzekamy na unijne przepisy, ale to m.in. dzięki nim poprawiła się jakość naszych produktów. Zresztą polscy eksporterzy jakość nie narzekają aż tak bardzo i po prostu wzięli się do roboty, dzięki czemu bardzo sprawnie zdobywamy przychylność klientów z krajów UE. Zresztą zwiększające się oczekiwania polskich odbiorców wcale tak bardzo nie odbiegają od oczekiwań klientów zachodnioeuropejskich.

UE obrywa się za publiczne przeciąganie wypracowania wsparcia dla Grecji i wynikających stąd reform dla krajów UE. Proponuje jednak postawić się w roli unijnych decydentów, którzy biorą na siebie potworną odpowiedzialność ekonomiczną i polityczną. Do tego staję przed koniecznością przekonania podatników w swoich krajach do kolejnego wysiłku finansowego. Proponuje spojrzeć na ratowanie Grecji jak na ratowanie pewnej idei, czyli pomoc w sytuacji ekstremalnej, nawet jeśli zawinionej przez dany kraj. Złośliwe uwagi, że UE ratuje swoje banki to uproszczenie. Grecja ma w gospodarce UE mniejsze znaczenie od nas (udział PKB). UE teoretycznie mogłaby się obyć bez Grecji i bez problemów poradziłaby sobie z konsekwencjami ogłoszenie niewypłacalności przez ten kraj.

W Polsce pokpiwamy z Grecji i zamieszania jakie wywołała w Europie. Pojawiły się nawet głosy by przypadkiem Polska nie angażowała się pomoc finansową dla Grecji. A czym tak bardzo różnimy się od Grecji? Ok, jestem trochę przewrotny. Też dostajemy z UE potężne środki w postaci różnego typu funduszy.  A gdyby tak mieszkańcy bogatszych krajów UE, którzy się na te fundusze składają powiedzieli, co nas obchodzi że Polska poniosła gospodarcze konsekwencje wojny i socjalistycznego eksperymentu? Ich (czyli nasz) problem jak długo będziemy nadrabiać dystans do bogatszej Europy. Być może ponosimy konsekwencje przyjęcia do UE Grecji, co miało pewien kontekst polityczny swego czasu. Spójrzmy jednak na siebie. Proponujemy by w dalszej perspektywie UE przyjęła do swojego grona kraje Europy Środkowo-Wschodniej, których stabilność polityczna i ekonomiczna czy standardy demokratyczne pozostawiają czasami sporo do życzenia. Dla nas ma to pewien sens geopolityczny, ale dla UE może oznaczać konieczność przeprowadzania kolejnej akcji ratunkowej, liczonej w mld euro. Wtedy pomoc będzie ok? I będziemy się na nią składać, czy też wskażemy palcem niemieckiego podatnika by zrobił to za nas?

Bodaj najwięcej wątpliwości wywołuje w Polsce przyjęcie euro. Jest to traktowane niemal jak utrata niepodległości. Osobiście nie upieram się za jak najszybszym przyjęciem euro (m.in z powodów ekonomicznych). Trzeba pamiętać, że docelowo wspólna waluta to żaden przejaw dyktatu brukselskich biurokratów, ale jeden z mnóstwa przejawów ujednolicania i upraszczania życia ekonomicznego mieszkańców krajów UE i działających na jej terenie podmiotów gospodarczych. Odpowiednie wskaźniki makroeokonomiczne, jakie należy przedtem osiągnąć i tak zalecałbym każdemu krajowi, który chce mieć zdrową gospodarkę i finanse publiczne.

Kto wie czy najważniejszą korzyścią z wejścia do UE i dalszego zacieśniania współpracy, nie jest bezpieczeństwo polityczne, co ma też swoje przełożenie ekonomiczne. UE w wielu sferach życia ekonomicznego i politycznego (w rozumieniu międzynarodowym) daje nam zarówno wsparcie jak i obronę. Wspomniany przeze mnie wyżej polityczny komentator wpadł na pomysł, by rozważyć wyjście z UE i opierać się na własnej sile gospodarczej i silnej walucie. Nasz PKB w UE to 3%, a cóż dopiero w skali światowej. A silna waluta? Pozwolę to sobie przemilczeć i zasugerować, by tenże komentator podciągnął się z makroekonomii i nie mieszał tego z dziwnie pojmowanym patriotyzmem.

W Polsce wciąż mało mówi się innych korzyściach wynikających z wejścia do grona krajów rozwiniętych. Mam na myśli np. normy prawne i społeczne oraz  standardy demokratyczne. Pewnie byśmy je i tak osiągnęli, ale trwałoby to o wiele, wiele dłużej.

Na koniec największy zarzut wobec UE, czyli ograniczenie suwerenności i konieczność akceptacji decyzji niezgodnych z naszymi interesami. Powiem tak: od urodzenia jesteśmy w interakcji z otoczeniem i poznajemy znaczenie słowa „kompromis” na wszystkie sposoby oraz prowadzimy rachunek zysków i strat. To rodzina, partner, kino, dyskoteka, praca, relacje z państwem jako instytucją itd. Co ciekawe, wchodzimy w te relacje, które choć mocno ograniczają naszą osobistą wolność, to dają coś w zamian. Coś czego poszukujemy. Na tym tle UE oraz ewentualne wady i ograniczenia działania w gronie należących do niej państw, to przysłowiowy „pikuś” na tle wspomnianych przykładowo kompromisów zawieranych w życiu.

niedziela, 09 października 2011

Na rynku mieszkaniowym dywagacje o przyszłym tempie PKB w Polsce to kwestia zmiany cen metra kwadratowego o kilka procent na rynku wtórnym. Pod koniec 2010, wierzyliśmy że tempo PKB dla naszego kraju w średnim terminie to ok. 4,0% yoy. Oznaczało to wzrost ceny o 3% procent w porównaniu do końca 2009 r. Można by powiedzieć, że wzrost w sumie niewielki, ale II połowa 2010 r. to od czasu szczytu cen mieszkań w I poł 2008 r, pierwsza próba ich podniesienia na rynku wtórnym. Na szczęście dla szukających mieszkań, próba była nieudana. Po prawie trzech kwartałach od końca 2010 r. wiele się zmieniło. Pogorszyły się prognozy wzrostu gospodarczego zarówno dla Polski jaki i otoczenia w jakim Polska funkcjonuje. Wraz z pogarszającym się klimatem gospodarczym, sprzedający mieszkania uświadamiali sobie, że trzeba się będzie pogodzić z akceptacją niższych cen sprzedaży. Trzeba jednak powiedzieć, że spadek cen jest powolny. W I i II kw tego roku ceny mieszkań spadały po ok. 2%. W III kw (ceny z VII i VIII) spadek cen wyniósł już tylko 0,5%. Być może po dołączeniu cen z września, spadek okaże się nieco większy, ponieważ w sierpniu ceny na rynku wtórnym spadały w niewielkim stopniu w większości z wykazywanych w raporcie firmy Expander (we współpracy z Szybko.pl) polskich miast. W układzie yoy wobec powyższego ceny na rynku wtórnym mieszkań spadły o ok. 3%.

Nieco inaczej wyglądała sytuacja na rynku ofert deweloperskich (wg danych RedNet Property). W zasadzie nie wystąpiło tu zjawisko próby podniesienia cen w 2010 r. Od szczytu cenowego w 2008 r. ceny mieszkań nowych stale spadają. Trzeba jednak zaznaczyć, że opinia ta dotyczy rynku ogółem. W poszczególnych miastach byliśmy świadkami przejściowych silnych spadków i wzrostów cen. To jednak wpływ wprowadzania na rynek zmiennej liczby projektów i ich zróżnicowania. Stąd podejmując się analizowania krótkoterminowych zmian na rynku mieszkaniowych wg cen nowych mieszkań należy zachować dużą ostrożność przy formułowaniu wniosków.

Mieszkania nowe w porównaniu z III kw ubiegłego roku są tańsze o ok. 5%.  W porównaniu z cenami sprzed dwóch lat, spadek był dwukrotnie większy. I na zakończenie porównanie z okresem szczytowym czyli – jak wyżej wspomniałem – I pół. 2008 r. W porównaniu z ofertami z tamtego okresu, ceny mieszkań spadły o 12%. Czy to dużo? Jeżeli weźmie się pod uwagę atmosferę sprzed lat, kiedy obawiano się załamania cen na polskim rynku mieszkaniowym, spadek o 12% w okresie ponad 3 lat to żadne załamanie. Szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę marże deweloperów (np. raporty kwartalne NBP). By być uczciwym, trzeba przypomnieć o zmianie inflacji w Polsce. Jeżeli przyjmiemy że inflacja jest miarodajnym czynnikiem to wartość mieszkań spadła o dodatkowe 14%. Bliższy prawdy (czyli zmianie cen w budownictwie) jest jednak wskaźnik cenowy dla budownictwa. Tylko, że w tym przypadku ceny dla budownictwa ogółem zmieniły się minimalnie w okresie ostatnich trzech lat. Tak naprawdę dostosowanie cenowe nowych mieszkań następowało więc dość powoli, co pozwoliło się dostosować deweloperom do nowej rzeczywistości.

Tyle historii. Ale co dalej.

Sporo informacji dają nam ceny na rynku wtórnym. Zwracam uwagę na ceny z rynku wtórnego, ponieważ ich poziomy, kierunek i tempo zmian mogą być punktem odniesienia dla określania zmian w cenach mieszkań nowych i – co oczywiste – są brane pod uwagę przez deweloperów. Jeszcze w 2008 roku przeciętna różnica pomiędzy cenami na rynku wtórnym i pierwotnym była w przedziale 15%-20%. Oczywiście operowanie średnią na polskim rynku mieszkaniowym jest sporym uproszczeniem, wobec znacznego zróżnicowania rynku mieszkaniowego pomiędzy polskimi miastami. W rzeczywistości zróżnicowanie cen pomiędzy rynkiem wtórnym a pierwotnym, wahała się w przedziale od 30% do 0%. W roku bieżącym zmniejszyła się do 10%.

Od około dwóch lat możemy mówić o względnej stabilizacji cen na rynku wtórnym. Okresowo odnotowujemy niewielkie zmiany. W 2010 była próba podniesienia cen względem cen z II poł. 2009 r., a w bieżącym roku najprawdopodobniej  zejdziemy z cenami na rynku wtórnym o 3%-4% względem wskazanego okresu odniesienia. Wprawdzie gospodarcze perspektywy dla Polski nie wzbudzają zachwytu (mowa średnioterminowych prognozach), ale na przestrzeni ostatnich kilku lat, wrażliwość cenowa rynku wtórnego na zmiany w gospodarce (i ich ewentualne konsekwencje dla popytu) są dość ograniczone. Przedstawiony spadek cen w relacji do II poł. 2009, oznacza iż ceny na rynku wtórnym z układzie IV kw 2011 do IV kw 2010 r. być może nawet niższe o 6%. Przy założeniu wiarygodności obecnych prognoz gospodarczych dla Polski w kolejnym roku za najbardziej prawdopodobny uważam wariant mieszczący się w „przedziale stabilizacja cen” – „spadek o ok. 5%” (7% dla rynku pierwotnego). To wariant uśredniony dla Polski. W przypadku rynku pierwotnego, kierunki cen dla 20%-30% miast mogą być inne ze względu na regionalne specyfiki i skalę rozwoju rynku.

Powyższemu wariantowi sprzyja temu zarówno wygaszanie programu Rodzina na Swoim jak i ostrożne zarządzanie projektami przez deweloperów. Wprawdzie w ostatnich miesiącach deweloperzy otrzymali zgody na budowę ok. 30% większej liczby mieszkań niż rok temu w okresie wakacyjnym, ale już w przypadku liczby mieszkań których budowę rozpoczęto, widać sporą ostrożność.

niedziela, 02 października 2011

W politycznej debacie, jakiej jesteśmy obecnie świadkami, od czasu do czasu słyszymy zarzut pod adresem premiera lub ministra finansów: „a ten rząd zadłużył Polskę na kolejne 300 mld zł”. Zarzut ma wskazywać, że inny rząd by to tego nie puścił. Niestety kiedy słucham polityków z partii opozycyjnych, ciągle nie potrafię się dowiedzieć, jakie kroki by przedsięwzięli by zapobiec rosnącemu zadłużeniu. Bynajmniej nie zamierzam bronić obecnego rządu, ale trzeba tu powiedzieć: „to nie do końca tak” oraz wymaga to szeregu wyjaśnień. Inaczej, operowanie 300 mld złotych, jest tylko zręczną manipulacją.

Jak wiele zjawisk w ekonomii, tak i nasze zadłużenie to efekt szeregu przyczyn oraz częściowo zjawisk obiektywnych. Warto w kilku słowach je wymienić. Nasz deficyt finansów publicznych i wynikające z niego zadłużenie to nie tyle temat do niskiego lotu krytyki, co temat na dobrą ekonomiczną dyskusję skąd bierze się deficyt, jak z nim walczyć, jak reagować na niespodziewanie i gwałtownie pojawiający się kryzys. Nasz obecny deficyt i zadłużenie to sprawa z dłuższą historią, która wybiega poza „panowanie” obecnego rządu.

Na miejscu polityków z PiS czy obecnie z PJN nie czułbym się tak komfortowo, bo za obecne problemy częściowo winni są politycy poprzednich koalicji rządzących. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że sytuację podobną do obecnej mieliśmy prawie dekadę temu. Zapaść na rynkach finansowych, kiepskie tempo PKB oraz społeczne i polityczne kłopoty z dopasowaniem się do nowej sytuacji. Efekt? Narastające niedopasowanie wpływów z wydatkami państwowymi spowodowało że deficyt finansów publicznych szacowano w 2003 na ponad 6%. W kolejnych kilku latach z trudem dopasowano tempo wydatków budżetowych do możliwości państwa. Tamte lata wskazują, że mamy ewidentny problem z redukcją wydatków do finansowych możliwości. Sama stabilizacja wydatków budżetowych w relacji do PKB na poziomie niewiele przekraczającym wartość 21% PKB jest w pewnym sensie sukcesem. Dochody były niestety niższe, więc deficyt musiano sfinansować długiem. W latach 1999-2001 dług tzw. General Government (sektor instytucji rządowych i samorządowych) był w przedziale 37%-40, ale w 2003 było to już 47%. Niestety tak jak obecnie do podwyższenia wartości długu przyczynił się częściowo, słabnący złoty.

Jeszcze przed wejściem do UE gospodarka zaczęła przyspieszać, by osiągnąć dobre tempo (5,2% wzrost PKB) w 2004 i nieco słabsze (3,6%) w 2005. To jednak wystarczyło by deficyt finansów publicznych i budżetu centralnego sprowadzić na koniec 2005 do poziomów odpowiednio 4,1% i 2,8% przy zadłużeniu GG 47,1%.

Rządy PiS przypadły na najlepszy okres po 1989 r. W latach 2006 i 2007 gospodarka pędziła w tempie ponad 6% rocznie. Dzięki temu dynamika przychodów budżetowych realnie przekraczała 10% w ujęciu yoy. Było bajkowo. Na koniec 2007 r. deficyt finansów publicznych wynosił zaledwie 1,9%, a budżetowy 1,4%. Dług GG spadł do 45%. Tyle, że to nie ówczesny rząd poradził sobie z deficytami, a zrobiła to za niego koniunktura gospodarcza i coraz mocniejszy złoty (wycena zadłużenia w walutach). Stąd nieco się zżymam przed telewizorem, kiedy J.Kaczyński czy inny polityk PiS z satysfakcją oświadcza że za ich czasów problemy z deficytem i rosnącym niebezpiecznie zadłużeniem nie występowały. Generalnie „tak”, ale nie było to wynikiem działań polityków. Wydawałoby się, że korzystna sytuacja budżetu i wysoki wzrost gospodarczy powinny zachęcić do przygotowania finansów publicznych na gorsze czasy. Mowa m.in. o redukcji wydatków i zmniejszeniu udziału wydatków tzw. sztywnych, czyli takich które będą dokonane bez względu na sytuację gospodarczą. Ich wzrost zapewniony jest przez określenie udziałem w PKB (np. obronność) czy np. przez ustawowo zapewniony realny wzrost. Zamiast tego, wydatki budżetowe też przyspieszyły do niemal 10%, tylko że działo się to okresie II poł. 2007 do I poł. 2010 r. przy równoczesnej redukcji wpływów (ograniczenie kosztów pracy, ulgi na dzieci, redukcja stawek PIT). Mieszanka wybuchowa przed nadchodzącym kryzysem.

Kryzys jaki nas zaskoczył na przełomie 2008/2009 i powolne wychodzenie z niego, miał poważne konsekwencje dla sytuacji w finansach publicznych i dla zadłużenia. Rząd stanął przed nie lada problemem. Jaką przyjąć strategię finansową w obliczu kryzysu by nie doprowadzić do załamania popytu w Polsce i wstrzymania m.in. inwestycji infrastrukturalnych i finansowanych z funduszy unijnych (współfinansowanie). Udział wydatków sztywnych w budżecie (prawie ¾), przejściowy spadek wpływów budżetowych oraz konieczność finansowania dziury w FUS (mowa też o składce do OFE) powodowały, że finanse publiczne zareagowały dynamicznie narastającym deficytem i - co za tym idzie – rosnącym zadłużeniem. Ocena obecnego rządu w warunkach kryzysowych nie jest łatwa. Błyskawiczna redukcja wydatków budżetowych już o wartości kilka-, kilkanaście mld zł jest trudna ze względów społecznych i politycznych (uzyskanie wsparcia). Do tego, proces negocjacji czy wypracowanie zmian ustawowych musi trwać. Zarzut jaki mógłbym postawić ekipie D.Tuska to być może nieco zbyt wolna reakcja na skutki kryzysu oraz użycie takiego instrumentarium, by zminimalizować bezpośrednie konsekwencje dla poszczególnych grup społecznych. Trzeba też pamiętać, że politycy PO wsparli nadmierną hojność poprzedniego rządu, czyli ulgi w PIT czy redukcję kosztów pracy. Te ostatnie mało dostrzegalne dla pracodawców, a dla finansów publicznych stanowiące poważną wyrwę w przychodach. Oczywiście ten zarzuty mogą być oceniane przez Polaków zupełnie inaczej, tzn. odwrotnie. Z drugiej jednak strony trudno obecnemu rządowi odmówić odwagi. Zmniejszenie płatności do OFE czy podniesienie VAT, nie było łatwą decyzją. Odniosłem też wrażenie, że D.Tusk unikał redukcji w tych sferach które wpakowały by go w długotrwałe negocjacje czy spory z partiami opozycyjnymi.

Formalnie rację mają ci politycy którzy twierdzą, że za czasów rządów PO i PSL zadłużenie wzrosło o niemal 300 zł. Z tym, że z tej kwoty trzeba odjąć 30 mld przyrostu zadłużenia sektora samorządowego, ponieważ ci sami politycy którzy mówią o 300 mld, bronią zadłużania się samorządów. Ponadto należy pamiętać, że w ciągu kilku lat przed 2008 r. rocznie zadłużenie GG rosło średnio o 40 mld zł. W przeciętnych więc warunkach w ciągi czteroletniej kadencji Polska zadłuża się o niemal o 160 mld zł. Po dwóch latach rządów PiS, dług przyrósł o ok. 70 mld zł. gdyby nie świetna koniunktura i wzmacniający się złoty, wynik byłby gorszy. Przy gwałtownie pojawiającym się kryzysie oraz przy wcześniejszych zaniedbaniach, nie da się w rok, dwa czy trzy dokonać redukcji wydatków czy zorganizować nowe wpływy na kwotę ok. 100 mld zł, bo na tyle średnio szacowany jest deficyt finansów publicznych w 2009 i 2010 r. Naturalnym działaniem jest więc amortyzacja konsekwencji kryzysu poprzez zwiększenie długu, który w omawianych latach rósł o niemal 90 mld zł rocznie. Niestety ta „amortyzacja” wywiodła nasz dług pod prawie 55% PKB, czyli pod granicę wyznaczoną ustawą o finansach publicznych. Przekroczenie tej granicy powoduje konieczność redukcji wydatków. Na pocieszenie podam, że daleko nam do jeszcze niedawno średniej ważonej w krajach UE, czyli ok. 80% do PKB.

Tak naprawdę za wzrost zadłużenia odpowiadają politycy rządzący w ciągu ostatnich kilku lat, w tym i z rządu PiS. Nie co jednak ukrywać, że w żadnym rozwiniętym kraju nie redukuje się wydatków budżetowych proporcjonalnie do spadku wpływów.  Raz, bo to niemożliwe, a dwa – bo świadomie częściowo amortyzuje się gwałtowny spadek wpływów, wzrostem długu. M.in. dlatego, by dodatkowo nie redukować popytu i utrzymać na stałym poziomie finansowanie sektorów wrażliwych społecznie lub ekonomicznie. Można sobie teoretycznie wyobrazić, że nasz roczny deficyt finansów mógłby być mniejszy o ... powiedzmy 30%. Ale to czysta teoria. Musielibyśmy mieć koalicję rządową z odpowiedzialną opozycją lub koalicje z większością niezbędną do obalenia weta prezydenta i do tego kompletnie niewrażliwą społecznie i odporną na naciski wszelkich lobby. Zaryzykuje więc teorię, że czy ti PiS czy operujący kwotą 300 mld zł poseł Poncyliusz akceptowaliby zadłużenie jeśli nie na 300 mld zł, to śmiało na mocno ponad 250-270 mld zł.

22:56, marek_zelinski , Opinie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 września 2011

Temat jaki chciałbym podjąć jest być może „nie w porę”, bo na naszych oczach dzieją się zawirowania giełdowe, ale z drugiej strony czyż dyskusja o wynagrodzeniach ludzi zawodowo związanych z rynkiem finansowym i bankowością inwestycyjną musi czekać na jakąś specjalną okazję. Można by wręcz powiedzieć, że i tak jest już za późno. Potwierdzają to również polskie doświadczenia.

W piątek dziennik Rzeczpospolita przypomniał, że nasze ministerstwo finansów rozesłało do zaopiniowania dokument dotyczący zasady ustalania wynagrodzeń w bankach i domach maklerskich. Co ciekawe, przesłane do zaopiniowane regulacje nie obejmują ubezpieczycieli czy TFI.  Inicjatywa jest pochodną dyrektywy unijnej CRD III i ma być odpowiedzią na nadużycia i lekceważenie ryzyk przez firmy sektora finansowego w 2008. Oczywiście nasze biura maklerskie, co nie było trudne do przewidzenia, skrytykowały pomysł jako m.in. ingerencję w zasady prowadzenia biznesu, a jedną z nich miałoby być ograniczenie swobody w polityce wynagrodzeń.

Nie wnikam w to czy dyrektywa unijna i jej polska adaptacja poprawnie obejmują problem i instytucje rynku finansowego. Jednak pomysły dot. struktury wynagrodzenia (ile wynagrodzenia stałego, a ile premii za sprzedaż itd.) czy odsunięcie w czasie płatności niektórych elementów wynagrodzenia nie są wbrew pozorom złe. To kwestia szczegółowych ustaleń.

Trzeba przyznać, że ideę ograniczenia swobody konstruowania wynagrodzeń, finansiści sprowokowali sami. Ogromne straty jakie ponieśli inwestorzy na załamaniach rynkowych w 2007, jesienią 2008 czy być może wkrótce poniosą (potencjalna niewypłacalność Grecji i skutki dla niektórych instytucji finansowych) oraz szokujące przeceny niektórych firm finansowych (II połowa 2008) postawiły szereg pytań i wątpliwości dotyczących m.in. wynagrodzeń finansistów. Chodzi tu o zaskakującą nieraz nieadekwatność wynagrodzeń do faktycznej odpowiedzialności, brak związku z ewentualnymi stratami dla instytucji lub klientów itd.

W mediach nadal utrzymuje się przekonanie, że zaglądanie finansistom do portfela jest nieeleganckie. Skoro jednak zaglądamy rolnikom, nauczycielom, górnikom, policjantom i przedstawicielom innych branż w kieszenie, to nie rozumiem dlaczego finansistom nie wolno. Zresztą w dokumencie ministerstwa finansów nie chodzi o ograniczenie wynagrodzeń, a o wymuszenie rzetelności w działaniu instytucji finansowych.

By być dobrze zrozumianym gdzie jest problem, posłużę się polskim przykładem. Chyba najlepszym przykładem jest działalność funduszy inwestycyjnych w 2007 r. Hossa giełdowa spowodowała ogromne zainteresowanie lokowaniem w fundusze. W okresie kiedy wiadomo było iż rynek jest solidnie przewartościowany (ostatnie miesiące przed wakacyjnym załamaniem) napływ netto do funduszy sięgał średnio miesięcznie 4 mld zł. Pieniądze lokowano głównie w fundusze lokujące w akcje. Od końca 2006 do III kw2007 liczba klientów TFI wzrosła z 2,3 do 3,2 mln osób. Liczba nowych klientów i napływające pieniądze rosły wraz ze skalą przewartościowania rynku. Już w tamtym czasie było wiadomo, że szczególnie ci którzy inwestowali w II i III kw długo poczekają na odrobienie strat. Oczywiście można powiedzieć: wolny rynek, a więc wolność decyzji. Tylko że mieliśmy do czynienia z nieświadomym klientem, który nie spotkał się ( a jeśli już to rzadko) z ostrzeżeniem o skali ryzyka. Warto spojrzeć na wynagrodzenie zarządzających. TFI nie ponosiły ryzyka, bo inkasowały prowizje przy zakupie jednostek (lub odkupie) i za zarządzanie od wartości środków. Stąd jak przysłowiowe grzyby po deszczu powstawały nowe fundusze, z budowlanymi (sektorowe) na czele. Tłumaczenie jednego z zarządzających: otwieraliśmy nowe fundusze by zaspokoić popyt, jest mało eleganckie. Plany wykonywano z nadwyżką, a TFI nie ponosiły żadnego ryzyka ponieważ ich wynagrodzenie pobierane od klienta nie było powiązane z wynikiem inwestycji.

I teraz spójrzmy z innej perspektywy. Załóżmy że wynagrodzenie zarządzającego (instytucji/doradcy) zależy od wyników uzyskanych przez klientów (albo stopy zwrotu z funduszu) w średniej perspektywie, a bonus finansowy (za pozyskanych klientów i prowizje od nich) za dobry rok jest rozkładany na – przykładowo – trzy lata. Przy założeniu że nie dostaje się bonusa za dany okres, gdy klienci tracą np. 20 czy 30 procent wpłaconych pieniędzy, TFI tak chętnie nie otwierałyby nowych funduszy w I poł. 2007, a przede wszystkim ostrzegałyby przed ryzykiem, co mogło powstrzymać znaczną część z kilkuset tysięcy niedoświadczonych inwestorów jacy zainwestowali pieniądze tuż przed załamaniem w 2007 r.. Po krachu w 2007 próbowano nieśmiało rozpocząć dyskusję o jakości zarządzania i moralności w świecie finansów (m.in. gazeta Parkiet), ale albo nikt nie miał ochoty dyskutować, albo zrzucano na klientów którzy walili drzwiami i oknami. Szkoda, bo jednym z efektów była utrata zaufania wśród potencjalnych klientów do rynku finansowego. Niestety zamiast odpowiedzialnego perspektywicznego myślenia, przeważała metodologia jak największego zysku w bieżącym (wtedy) roku, nawet jeśli kosztem rozczarowania klientów w przyszłych okresach.

Działalność TFI z okresu 2006 i 2007 to tylko jeden z wielu przykładów. Trzymając się naszego podwórka, równie dobrze można podać przykład nieszczęsnych opcji proponowanych klientom w 2008 r. czy kredytów walutowych udzielanych (II i III kw 2008) w okresie silnego przewartościowania złotego. Przykłady można by mnożyć.

Można i powinno się dyskutować nad zestawem instrumentarium dyscyplinującego jakie powinno być użyte i kręgiem instytucji jakie powinny być nimi objęte. Z całą pewnością jest to administracyjna ingerencja w działalność podmiotów gospodarczych. Ale kiedy podmioty te i zarządzający nimi robią błędy mające potężne i negatywne skutki dla innych uczestników gospodarki wolnorynkowej, a  potem apelują o wsparcie rządy swoich krajów pieniędzmi podatników, to trudno się dziwić.

PS. Analizowałem niedawno wskaźniki gospodarcze Grecji. Już od kilku lat żadna poważna instytucja finansowa nie powinna była kupować papierów dłużnych tego kraju albo przynajmniej radykalnie zakupy te ograniczyć. Czy odpowiedzialni za te zakupy w tychże instytucjach managerowie brali premie?

 

21:57, marek_zelinski , Opinie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 września 2011

Wizerunek gospodarki światowej jaki wyłania się z raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (World Economic Outlook, September 2011) nie jest aż tak straszny jak zdawałyby się wskazywać media i sami przedstawiciele MFW. Oczywiście zaprezentowane prognozy, to wariant średni. Urzędnicy MFW słusznie więc robią ostrzegając przed możliwą recesją w niektórych miejscach świata.

Najgorsze wrażenie na czytelniku robi skala znowelizowanej prognozy w porównaniu z raportem czerwcowych. Obecnie MFW zakłada wzrost PKB na rok bieżący i przyszły 1,5% i 1,8%. W porównaniu z prognozą czerwcową oznacza to spadek odpowiednio o niemal 1 pkt. To spora korekta jak na upływ tak krótkiego czasu. W szczycie formy, gospodarka taka jak amerykańska potrafi mknąć nawet w tempie 3%. Zawarte w raporcie projekcje dla USA dają jednak miłą niespodziankę. Zestawiając prognozy dla lat 2011, 2012, MFW podaje prognozę dla roku 2016. I tu miła niespodzianka, bo dla USA prognozuje się tempo 3,4%. Innym pocieszeniem jest niezła, jak na nienajlepszy okres dla gospodarki światowej, sytuacja stref państw nierozwiniętych. Świadectwem niech będzie prognoza PKB dla gospodarki światowej. Pomimo kiepskich wyników UE i USA, tempo PKB na świecie utrzyma się na poziomie 4% 2w roku bieżącym i w 2012. Korekty tempa PKB dla strefy euro są o połowę mniejsze niż dal USA. Po 1,8% w 2010, MFW prognozuje obecnie 1,6% w 2011 i 1,1% w 2012. I pomyśleć, ze jeszcze niedawno wierzyliśmy w niemal 2% tempa PKB w strefie euro w 2012 r. Co gorsza, w przeciwieństwie do USA, perspektywy dla krajów europejskich nie są wielce obiecujące. W 2016 r. strefa euro osiągnie tempo 1,7%. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że strefa euro opornie osiąga tempo wyższe niż 2%. Tempo 3% jest już tylko osiągalne praktycznie tylko w sprzyjających makroekonomicznych warunkach. Ostatnio 3% PKB gospodarka strefy euro osiągała w latach 2006-2007. My po 3.8% PKB w tym roku, w 2012 mamy nieco zmniejszyć tempo do 3%. Z punktu widzenia takich wyzwań jak walka z bezrobociem i deficytem finansów publicznych, to trochę mało. Na tle prognoz krajowych makroekonomistów, prognoza MFW należy do jednej z najsłabszych, tzn. wskazującej słabszy wynik dla polskiej gospodarki. Jeżeli przyjąć prognozę dla strefy euro na 2016 r. 1,7% PKB, to dla polskiej gospodarki może to oznaczać tempo przynajmniej 4,0%-4,5%. Co ciekawe, MFW „wycenia” nasze tempo wzrostu zaledwie na 3,6%. Dość słabo.

W ocenie MFW inflacja nie będzie stanowiła najważniejszego problemu, sądząc z prognoz. W USA w latach 2011, 2012, 2016, odpowiednio: 3,0%, 1,2%, 1,7%. W strefie euro, odpowiednio: 2,5%, 1,5%, 1,9%. Inaczej mówiąc, w krótkim terminie inflacja będzie pod kontrolą, a w dłuższym podejdzie do poziomów celów inflacyjnych.  Polska potraktowana została dość liniowo. Odpowiednio: 4,0%,2,8%, 2,5%. Inaczej mówiąc, w średnim terminie sprowadzimy inflację do górnego przedziału celu inflacyjnego, czyli 2,5%-3,5%. W sumie, jest to logiczne przy wzroście gospodarki rzędu 3%, ale wydaje się że tempo schodzenia do środka przedziału celu inflacyjnego jest dość powolne wg prognoz MFW.

Deficyt obrotów bieżących do PKB, MFW prognozuje na poziomie 5%. Wg MFW w 2010 r. Wartość tej kategorii wyniosła 4,5% dla naszego kraju i 4,8% deficyt do PKB miałby wynieść w roku obecnym. W tym wypadku, prognoza MFW wydaje się być nazbyt restrykcyjna dla Polski. Oczywiście to tylko prognoza w której jesteśmy niewielkim elementem. Polska jest w niej krajem o niezłym tempie wzrostu, ale na tle całego materiału MFW trudno nas określić jako kraj nazbyt atrakcyjny, ponieważ z raportu MFW można odnieść wrażenie, że w dłuższej perspektywie (rok 2016) Polska nie skorzysta z poprawy sytuacji makroekonomicznej na świecie. To tylko tzw. akademickie dywagacje, ponieważ prognozowanie co będzie za lat pięć, w prognozach makroekonomicznych obarczone jest potężnym błędem.

Raport MFW podaje również deficyt finansów publicznych i zadłużenie do PKB. Niestety tylko dla wybranych krajów i stref. Niestety tzw. Gross debt dla USA będzie dalej rósł. Z obecnych 100% do 115,4% w 2016 r. Na szczęście dla nas, strefa euro opanuje wzrost zadłużenia i po dojściu do 90% w przyszłym roku, zejdzie powoli do 87% w 2016 r. Pamiętając o tym iż strefa euro w dłuższej perspektywie tempem wzrostu PKB zbliży się do 2%, to utrzymanie zadłużenia poniżej 90% nie jest jakimś nadzwyczajnym osiągnięciem. To efekt ogromnego zróżnicowania w strefie euro. Niestety kiedy Niemcy obniżą do 2016 r. zadłużenie (Gross debt) z 82% do 75%, u innych nadal będzie wysokie.

niedziela, 11 września 2011

W latach 2000-2008 udział akcji w portfelu OFE na ogół koncentrował się w przedziale 30%-35% portfela. Jedynie w 2001 i w 2003 udział portfela akcji przejściowo spadał do 25%. W pierwszym przypadku były to konsekwencje załamania po wcześniejszej hossie internetowej, a w drugim brak nadziei na poprawę koniunktury gospodarczej w kraju i na świecie w średnim terminie.  Od połowy 2003 nasze indeksy giełdowe zaczęły rosnąć i trwało to aż do lata 2007 r. OFE do przełomu lat 2006 i 2007 r. starały się utrzymywać udział akcji (MŻ – niniejsza analiza dotyczy OFE ogółem) na poziomie nie wyższym niż 35% portfela. Widać, że jeszcze 2-3 lata przed szczytem w 2007 OFE starały się stabilizować udział portfela poprzez kompensowanie nadmiernego wzrostu akcji (co powoduje wzrost wyceny), delikatną sprzedażą. Gdzieś w 2006 r., a dokładniej w II jego połowie, zasada ta była porzucana. W 2007 r. wartość portfela akcji w aktywach OFE zaczął się zbliżać do dopuszczalnej granicy 40%. Dokładniej, w maju i czerwcu udział portfela akcji był w przedziale 38,5%-39,0%. Nie potrafię powiedzieć, czy był to wpływ bezsilności na wciąż rosnące akcje i wynikający z tego wzrost wyceny, rywalizacja o stopy zwrotu, czy też brak pomysłów co zrobić z napływającymi z składkami klientów. W pierwszej połowie 2007 r. OFE dostawały z ZUS ok. 1,4 mld zł miesięcznie. Akcje były jednak zdecydowanie przewartościowane i wydaje się, że OFE powinny śmielej pozbywać się akcji. Tym bardziej, że niebezpiecznie zbliżały się do granicy 40%. Dokonane przeze mnie szacunki wskazują, że OFE wycofały z rynku akcji w maju i czerwcu 2007 niemal po 1 mld zł. Moim zdaniem w 2007 r. w obliczu coraz bardziej przewartościowanego rynku OFE powinny były śmielej redukować udział w akcjach. Być może dzięki temu sama korekta w 2007 przebiegłaby nieco łagodniej. Być może pewnym hamulcem było niskie stopy na rynku długu. Przedłużający się wzrost gospodarczy wraz z nadmierną inflacją zapowiadały podwyżkę stopy referencyjnej NBP, co faktycznie miało miejsce w II kw 2007 r.

Aż do panicznej wyprzedaży w 2008 r. na rynku akcji, OFE dość poprawnie – jak na ówczesną makroekonomiczną świadomość – redukowały powoli udział portfela akcji. Wraz ze spadkiem cen, OFE dokonywały zakupów akcji za kilkaset milionów miesięcznie. Niemniej w II i III kw 2008 r. ochota na zakupy taniejących akcji, słabła wraz z coraz większymi spadkami i narastającą nerwowością na światowych rynkach. W okresie lipiec wrzesień była to niemal stagnacja w zakupach. Do ostrzejszych zakupów OFE przystąpiły w IV kw 2008 r., co należy ocenić bardzo pozytywnie. Pierwsze trzy kwartały to moim zdaniem nadmierny lęk w zakupach akcji. Żal szczególnie I kw, kiedy skala zakupów (średnie zakupy po ponad o,6 mld miesięcznie) wskazuje na nadmierną ostrożność, biorąc pod uwagę niezwykle niskie poziomy cen akcji. Odnosi się wrażenie, ze zarządzającym OFE udzielił się strach nie mniejszy niż innych uczestnikom rynku. O ile można zrozumieć nerwowość drobnego inwestora, to już trudniej zrozumieć ostrożność inwestora instytucjonalnego (OFE), uzbrojonego w analityków, dostęp do danych i analiz oraz...... comiesięczny dopływ gotówki i klientów (czyli nas), którzy nie mogą dać zlecenie sprzedaży. Wobec tego udział akcji w portfelu OFE na koniec 2009 r. w wysokości 30,5% wydaje się zbyt niski. Powiedzmy, że za niski o 2-3 pkt. procentowe. Moje szacunki zakupów wskazują na dość niską aktywność OFE przez większą cześć 2009 r. na rynku akcji. Dopiero na sam koniec roku OFE ostrzej weszły na rynek akcji. Szkoda, bo nadmierna ostrożność z oczywistych względów nie przełożyła się na wycenę jednostek w kolejnych okresach.

Po analizie lat 2007 do 2009 muszę powiedzieć, że OFE nienajlepiej sobie radzą w sytuacjach skrajnych. W 2007 mieliśmy do czynienia z wyjątkowym przewartościowaniem akcji, co powinno było zachęcić OFE do silniejszego „wychodzenia” z akcji niż to miało miejsce w rzeczywistości. W IV kw 2008 OFE zachowały się odważnie, dokupując ostro akcje. Taką właśnie politykę miały też prowadzić w I kw 2009 r. i miesiącach kolejnych.

Od końca 2009 do III kw 2010 politykę „akcyjną” OFE (w rozumieniu udziału akcji w portfelu i tempo zakupów) należy ocenić dobrze. Nie ma co jednak ukrywać, że działo się to okresie kiedy giełdy rosły z niskich poziomów a dane makroekonomiczne potwierdzały, że w krótkim i być może średnim terminie, nie ma się czego obawiać. Jednak już w II kw wartość portfela akcji przekroczyła poziom 37%. Patrząc na szacowane kwoty zakupów, wydaje się że analitycy OFE ulegli na przełomie 2010 i 2011 r. optymizmowi podobnie jak makroekonomiści. Oczywiście nie oczekuje by analitycy OFE posiadali umiejętności predykcyjne lepsze niż zawodowi makroekonomiści, ale zastanawiający jest stan umysłów w OFE. W okresie listopad 2010 – luty 2011, OFE przeznaczały na akcje kwoty stanowiące większość napływających pieniędzy z ZUS. Pomimo iż polskie akcje wykazywały przed wakacyjną korektą niewielkie przewartościowanie, to mimo wszystko nieco dziwią tak odważne zakupy akcji. Tuż przed szczytami cen akcji w maju i czerwcu, udział akcji w portfelach OFE nawet minimalnie przekroczył 37%. Tak wysoki udział być może nieco zaskoczył OFE i w okresie marzec – maj zaczęto powoli sprzedawać akcję w obliczu dalszych wzrostów akcji. Dzięki temu udało się powstrzymać poważniejsze przekroczenie 37% udziału akcji w portfelu.

Nie ukrywam, że z analizą I półrocza bieżącego roku mam największe problemy, bo żadna przyjęta teoria nie wydaje się mieć do końca sensu. W dużym skrócie, jak na sytuację rynkową i ówczesne (maj czerwiec)  prognozy makroekonomiczne, osiąganie pułapu 37% wydaje się nieco niezrozumiałe. Napływające od dawna negatywne informacje o sytuacji makroekonomicznej (od USA po UE), doprowadziły w sierpniu do gwałtownej przeceny. Początkowo, w czerwcu, indeksy giełdowe obsuwały się powoli. Ale miarka odporności na napływające negatywne informacje makroekonomiczne się w końcu przebrała i w sierpniu tąpnęło. Ciąg dalszy mamy aż do teraz.

Co robią OFE? Kupują akcje. W sumie dobrze, ale nazbyt ostro. Uwaga ta dotyczy czerwca i lipca. Szacowana przeze mnie kwota zakupów odpowiadała przelewom z ZUS. Trzeba jednak pamiętać, że OFE dostały po ok. 0,8 mld zł w czerwcu i lipcu, czyli 43% kwot uzyskanych w ubiegłym roku w tych samych miesiącach. Jako zasadne uważam solidne zakupy w sierpniu, ale kwota zakupów była może nazbyt duża. Rynek po takiej przecenie i tak łatwo nie odbije. Na koniec sierpnia udział portfela akcji wyniósł 33,4% w aktywach ogółem. Nie jest to najlepsza pozycja wyjściowa jak na obecną przecenę. Zmniejszone przelewy z ZUS to nie jest zbyt duża kwota na wypadek większych zakupów akcji, a sądzę że w najbliższe miesiące do dobra okazja do zakupów. W razie czego w rezerwie jest przynajmniej kilka miliardów złotych ulokowane w depozytach, ponad stan przeciętny rozumiany jako średni udział depozytów bankowych w aktywach OFE.

środa, 31 sierpnia 2011

Kiedy porównuje się nasze dane makroekonomiczne z kondycją gospodarczą UE, to faktycznie jest się z czego cieszyć. Oby tak dalej.

A czym się tak bardzo różnimy? Nasze budownictwo pędzi (jak na warunki europejskie)  w tempie kilkanaście procent yoy. Dość podobna sytuacja jest w Finlandii, ale w tym przypadku częściowo jest to zasługa wychodzenia z zapaści jakiej ten sektor doświadczył w 2009. W I półroczu spadek produkcji sięgnął tam ok. 20%. Generalnie dynamika produkcji budowlanej w UE utrzymuje minimalną ujemną dynamikę. Dopiero w tym roku możemy mówić praktycznie o zatrzymaniu się spadku produkcji budowlanej. Niestety sytuacja pomiędzy poszczególnymi krajami jest niezwykle zróżnicowana i nie ma co oczekiwać budowlanego boomu. Z jednej strony jest wspomniana Finlandia oraz Francja i Niemcy. W tych dwóch ostatnich krajach dynamika roczna jest w przedziale 0% do 6%, Na tle obecnych nastrojów rynkowych i sytuacji w sektorze budowlanym UE, to i tak niezła informacja. Niemniej z drugiej strony mamy budownictwo Hiszpanii i Irlandii gdzie w II kw tego roku spadki produkcji yoy sięgały 20%.

Dynamika roczna sprzedaży detalicznej w UE po minimalnym ożywieniu w 2010 r. (głównie efekt bazy) odnotowuje skromne spadki. W gruncie rzeczy sprzedaż detaliczna w UE w ostatnich dwóch jest względnie stabilna. Dla porównania podam, że w latach 2005-2008 sprzedaż detaliczna w ujęciu yoy rosła w średnim tempie 2,5%, a w niektórych miesiącach dynamika sięgała nawet 4%.

Produkcja sprzedana przemysłu w UE po rodzących nadzieję wynikach IV kw 2010 i I kw 2011 r. (średnia dynamika odpowiednio: 7,7%; 6,3%) traci impet. W czerwcu produkcja yoy wzrosła już tylko o 1,7%. Cieszyły bardzo wyniki Niemiec. Średnia dynamika yoy dla kwartałów IV 2011, I kw i II kw 2011, była następująca: 12,7%; 12%, 7,8%. Sądzę że m.in. dane za ostatni kwartał 2010 i pierwszy kwartał 2011 przyczyniły się do podtrzymania dobrych nastrojów na rynkach finansowych i wśród ekonomistów. Liczono się wprawdzie ze spowolnieniem, ale nabranie przejściowego rozpędu na przełomie roku dawało nadzieję na to, że dotknie ono gospodarkę europejską w niewielkim stopniu. Dane z przełomu II i III kw bieżącego roku, zostały odebrane jako zimny prysznic i przypomnienie, że kryzys i jego odłożone skutki nie dadzą o sobie tak łatwo zapomnieć.

PKB w IV 2010 w UE wzrósł o 2,1% yoy i 2,5% w kolejnym. Wg najnowszych danych w II kw 2011 PKB w UE wzrósł o 1,7%. Gospodarka Niemiec w kolejnych kwartałach 2010 i 2011, rosła w tempie: 2,3%, 3,9%, 3,9%, 3,8% oraz 4,8% i 2,8% (wstęne wyniki). Generalnie tempo 2,7% to dla gospodarek rozwiniętych dobry wynik, ale po kwartałach wcześniejszych oczekiwano 3,2% w II kw 2011 r. Można więc mówić o pewnym zaskoczeniu. Słabnące tempo wzrostu gospodarczego w UE, wywołało kolejną falę korekty tempa rocznego PKB dla roku bieżącego i przyszłego. Przykładowo, jeszcze w czerwcu MFW prognozował tempo PKB dla UE na 2,0% i 1,7%. W porównaniu z wcześniejszą prognozą, wynik dla 2012 już obniżono delikatnie o 1 pkt. bazowy. Ostatnio zapowiedziano już kolejną korektę prognoz. Na 2010 prognoza będzie obniżona do 1,9% a na 2012 do 1,4%.

Słabnące wyniki gospodarki UE zaczęły wywoływać obawy o nasze tempo wzrostu w 2012. Do tej pory średnia z prognoz ekonomistów wskazywał na wartość zbliżoną do 4% wzrostu PKB. Gorsza niż oczekiwano kondycja gospodarcza krajów UE rozpoczęła falę korekt wśród polskich ekonomistów. Biorąc pod uwagę relacje pomiędy tempem wzrostu naszej gospodaki a gospodarki UE, w tym Niemiec, proponuje przyjąć na chwilę obecna że uzasadniona jest korekta naszego wzrostu o kilka pkt. bazowych. Warianty negatywne, mówiące o na przykład 2% tempa PKB w 2012 wydają się nazbyt pesymistyczne. Straszą nie tylko słabym tempem, ale i konsekwencjami. Przy tempie poniżej 3% PKB mamy problem z przyrostem wpływów budżetowych (dokładniej: podatkowych) co poważnie utrudni nam walkę z deficytem finansów publicznych. Jeżeli towarzyszyłoby temu osłabienie złotego, to groziłoby nam przekroczenie 55% progu zadłużenia. Przy tak słabym tempie PKB nie ma mowy o spadku bezrobocia w polskich warunkach.

Mam jednak nadzieję, że aż tak źle nie będzie. Moja wiara oparta jest na symptomach stabilizacji wyników gospodarczych UE i – potwierdzonej przez wyniki PKB w II kw – relatywnie stabilnym popycie wewnętrznym oraz powoli rosnącym nakładom inwestycyjnym.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Po opublikowaniu wyników produkcji przemysłowej powiało grozą. Wyniki produkcji były jak przysłowiowa oliwa do ognia po spadkach na giełdach. Tymczasem wyniki finansowe podmiotów niefinansowych za II kw okazały się bardzo przyzwoite.

Przychody ze sprzedaży nominalnie wzrosły o 11,4% w ujęciu yoy. Przy odjęciu zmian cen (biorę PPI) wychodzi wzrost realny ok. 4,5%. Oznacza to kontynuowanie trendu wzrostowego przychodów w przedziale 3%-5% z czy mamy do czynienia od ubiegłego roku. Dane produkcji przemysłowej z czerwca i lipca wskazują, że musimy się liczyć ze spadkiem tempa przychodów przez jeden, najdalej dwa kwartały do wskazanej wyżej granicy lub minimalnie niżej. W ok. 30% do wzrostu przyczynił się wzrost eksportu (szacunek w oparciu o dane NBP). Już od trzech-czterech kwartałów struktura przyrostu przychodów (dział rynku krajowego i eksportu) jest względnie stabilna. Można więc przypuszczać, że dane PKB za II kw pokażą utrzymujący się stabilny popyt krajowy. Zwracam na to uwagę wobec korygowania w dół prognoz PKB dla Polski. Nie kwestionuje tych korekt w przypadku obniżenia tempa PKB w 2012 do 2,7 – 3,0%, ale ostrzejsze prognozy mają z obecnej perspektywy raczej charakter ekspercki.

Podejrzewam, że wiele osób po publikacji Biuletynu GUS spojrzała na dane prezentujące nakłady inwestycyjne. Dane nie szokują, ale jest w nich pewien promyczek nadziei. Przypomnę, że w pierwszym kwartale nakłady inwestycyjne wzrosły nominalnie jedynie o 3% yoy. Biorąc pod uwagę zmiany cen wgospodarce, można powiedzieć że nie było wzrostu. Ale już w II kw mamy wzrost nominalny aż 13% yoy. Mam nadzieję, że to nie przypadek a raczej tendencja wskazująca że nie wejdziemy na ścieżkę ujemnego tempa nakładów inwestycyjnych. Wzrost nakładów za I półrocze aż w 56% zawdzięczamy nakładom na budynki i budowle. To sporo biorąc pod uwagę, że nakłady na tą grupę środków trwałych stanowią 42% nakładów ogółem na środki trwałe. Cieszą inwestycje w elektroenergetyce, chemii, motoryzacji czy w sektorze TSL. Wzrosty nakładów wynoszą przynajmniej 20% yoy.

No i  w końcu wyniki finansowe. Rentowność roczna sprzedaży, liczona dla okresu rocznego, utrzymuje się nadal na poziomie 5,3%. Dla samego tylko II kw wskaźnik ten wyniósł 5,5%, czyli był taki sam jak w roku ubiegłym. Rentowność netto sprzedaży dla okresu rocznego wzrosła z 4,6% do 5,0%. Nieźle, ale to głównie efekt korzystnego wyniku na poziomie finansowym rachunku wyników. Wydarzenie raczej jednorazowe.

Dla mnie wyniki finansowe podmiotów niefinansowych po II kw są bardzo krzepiące. Nie muszą przeczyć rewizji prognoz wzrostu PKB, z czym mamy obecnie do czynienia, ale nie potwierdzają by miały się zrealizować bardziej pesymistyczne warianty. Zadziwia wręcz stabilność wyników i powolne powracanie do inwestycji, co zdaje się potwierdzać że władze przedsiębiorstw są – na szczęście – mało wrażliwe na wahania nastrojów na rynkach finansowych czy w świecie politycznym.

00:17, marek_zelinski , Gospodarka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2011

Inicjatywa polityczna przedstawiona przez kanclerz Niemiec i prezydenta Francji wzbudziła mieszane opinie z przewagą sceptycznych, czy raczej krytycznych. Sporo też było głosów oburzenia. Moim zdaniem wydarzenie to powinno być bodźcem do poważnej wymiany myśli o tym jak widzimy przyszłość UE, w tym strefy euro. Przedstawiony w mediach pomysł dotykał kwestii ekonomicznych i politycznych. Te ostatnie są jednak w silnym związku z tempem i sprawnością podejmowania decyzji z obszaru ekonomii.

Proponuje spojrzeć na wspomnianą inicjatywę jako na wyraz rozczarowania tempem zmian w UE i stopniem konsolidacji decyzji. Wielość stron (tzn. liczba krajów należących do UE), różny stopień związania z UE i ich zróżnicowane interesy, powodują że procesy decyzyjne zbyt się przeciągają a wskutek konieczności osiągnięcia kompromisu, wypracowane decyzje często nie są tymi które chciano osiągnąć na początku. W obliczu problemów kilku krajów UE ze skalą zadłużenia, znacznymi deficytami budżetowymi i ryzykiem kiepskiego tempa wzrostu gospodarczego, warto chyba sobie przypomnieć czym ma być UE. Proponuje wiec spojrzeć na inicjatywę Niemiec i Francji jako przypomnienie, że obecny stopień integracji utrudnia prowadzenie sprawnej politykę gospodarczej i szybkie reagowanie w obliczu sytuacji kryzysowych oraz ich zapobieganiu.

Tym którzy obawiają się inicjatywy Francji i Niemiec, od razu mówię że niepotrzebnie, ponieważ przedstawione pomysły napotkają sprzeciw nie tylko krajów UE, ale również strefy euro. Mnie cieszy to, że dwa najsilniejsze państwa strefy euro postanowiły bronić tej idei. To ważne wobec opinii – moim zdaniem niepoważnych – że bliski jest koniec idei integracji europejskiej i czy przede wszystkim wspólnej waluty.

Pomysł A.Merkel i N.Sarkozy’ego skupia się na działaniach integracyjnych ale tylko w gronie krajów strefy euro. To w pewnym stopniu zrozumiałe, bo perturbacje makroekonomiczne ostatnich 3-4 lat obnażyły słabość połączenia wspólnej polityki pieniężnej z indywidualną polityką fiskalną krajów należących do strefy euro. W efekcie jedne kraje ponoszą koszty niefrasobliwości innych i nie mają przy tym stosownych instrumentów zapobiegających powstawaniu kryzysów wśród członków strefy. Jak możne sądzić, liderzy Niemiec i Francji wyszli z założenia, że skoro nie można się zdyscyplinować (i zreformować) w gronie krajów UE, to trzeba się ograniczyć do krajów należących do strefy euro.

Media przedstawiły kilka głównych postulatów, które pokrótce zaopiniuje. Nie potrafię uwierzyć w postulowane zbilansowanie budżetów, pomimo iż z makroekonomicznego punktu widzenia jest to – co do zasady - słuszne i bardzo odważne postawienie sprawy. Przede wszystkim obecnie deficyty już są znaczne w kilku krajach i ich powiększenie było częściowo świadomą reakcją na gwałtowność kryzysu z przełomu 2008/2009. Ich trwałe zbilansowanie to – jeśli już – kwestia kilku lat  przy założeniu odwagi i determinacji polityków oraz zrozumienia obywateli krajów członkowskich. Być może wystarczyłoby jedynie narzucić poważne ograniczenie wielkości deficytu, okoliczności w jakich może powstać i przede wszystkim zaostrzyć monitoring i karanie za przekroczenie wyznaczonych granic. Jako również zbyt radykalny oceniam postulat wpisania progu zadłużania do konstytucji każdego kraju, chyba że zapis taki zawierałby pewną stopniowalność, czyli przekroczenie kolejnego progu wymuszałoby działania zmierzające do redukcji zadłużenia. Nieporozumieniem jest ujednolicenie stawki podatku CIT. Ujednolicenie powinno iść w kierunku przepisów, a nie stawek. Kraje UE powinny mieć swobodę kształtowania stawek w celu zachęcania do konkurencyjności  wśród krajów UE i strefy euro. Na przykład dla Polski taki postulat byłby trudny do realizacji, ponieważ CIT odgrywa  w naszym systemie podatkowym relatywnie mniejszą rolę. Nie mam nic przeciwko podatkowi bankowemu czy od transakcji finansowych, pod warunkiem przedstawienia stawki i celu podatku. Jednym z najodważniejszych postulatów jest pomysł tworzenia ciała decyzyjnego określanego jako rząd (rząd gospodarczy) a w dalszej kolejności prezydenta dla krajów strefy euro. Jednak nazwy nie są adekwatne do tego co potocznie rozumiemy pod tymi określeniami.

Francja i Niemcy przypominają, że poziom integracji polityczno ekonomicznej krajów UE i – szczególnie – strefy euro jest nieadekwatny do obecnych i przyszłych wyzwań gospodarczych, co dodatkowo obniża postrzeganie UE i strefy euro przez świat zewnętrzny a nawet jej mieszkańców. Przedstawione postulaty robią wrażenie bardziej emocjonalnych niż merytorycznych i są przejawem desperacji oraz ostrzeżeniem, że jeżeli UE nadal będzie opóźniać integrację w wybranych obszarach, to liderzy strefy euro są gotowi tworzyć unię w Unii, czyli równoległe instytucje doradczo-decyzyjne. Warto więc podjąć wspólny wysiłek w gronie krajów UE by poprawić funkcjonowanie i ekonomiczne bezpieczeństwo UE.

Wśród polskich polityków i mediów, demonstracja Niemiec i Francji wywołała standardową reakcję. Zwolennicy integracji woleli milczeć, bo wskazywanie na zalety funkcjonowania (poza pieniędzmi z funduszy) w UE i chwalenie idei wspólnoty jest ryzykowne politycznie. Modniejsze jest narzekanie na unijną biurokrację i dowcipkowanie o prostych bananach. Przeciwnicy, czy raczej ta część polityków którzy obnoszą się z postawą dystansu do UE, natychmiast ideę skrytykowali lub określili jako próbę zdominowania UE przez Niemcy i Francję. Wśród polityków, przedstawiciele PO woleli się z tematem integracji nie wychylać, Waldemar Pawlak z dumą powiedział że do strefy euro nam się nie spieszy (co nie ma wiele wspólnego z przyczynami pomysłów liderów Niemiec i Francji), a przedstawiciele PiS nie ukrywają, że Niemcy są podejrzane a UE jest po to by jak najwięcej z niej wyszarpać. I po dyskusji.

Nam nie jest na rękę realizacja postulatów A.Merkel i N.Sarcozy’ego, ponieważ utrudniłoby to zarządzanie UE i mogłoby prowadzić do większego zróżnicowania pomiędzy krajami strefy euro i częścią pozostałych członków UE. Nie sądzę by inicjatywa w takiej postaci w jakiej przedstawili ją liderzy Niemiec i Francji miała szanse pełnej realizacji, ponieważ niektóre z rozwiązań mogłyby być w  ostateczności niekorzystne dla krajów strefy (podatki). Warto dobrze ten temat przedyskutować. Mniejsza o przedstawione przez pomysłodawców propozycje, bo faktycznie są dyskusyjne. Ważniejsze są przyczyny ich powstania i to co w wyniwku wprowadzenia w życie postulatów ma być osiągnięte.

00:10, marek_zelinski , Opinie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23