Menu

OPINIE EKONOMICZNE

Marek Żeliński: opinie i refleksje do bieżących wydarzeń ekonomicznych i społecznych marek_zelinski@gazeta.pl

Banialuki prezesa NBP o euro.

marek_zelinski

Staram się na blogu unikać politykowania, ale bywa że przedstawiciele świata ekonomii sami się o to proszą. Tak jest właśnie z prezesem NBP. W  „Siecie” opublikowało wywiad z Adamem Glapińskim. Jednym z wątków była sprawa propozycji korupcyjnej przedstawionej przez byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Dość szybko media zaczęły sprawdzać ewentualne powiązania byłego szefa KNF z prezesem NBP. Tak prywatne, jak i służbowe w obszarze sprawy związanej z bankami z grupy Leszka Czarneckiego. Szef NBP zastosował obronę przez atak. I to ostry atak. Adam Glapiński bez ogródek sugeruje, że część mediów próbują podważyć wiarygodność jego osobistą i NBP. Ponadto sugeruje, że te same środowiska próbują uwikłać Polskę w przyjęcie euro, co miałoby być zgubne dla kraju. Po co prezes NBP wprowadza wątek euro? Z osoby rzekomo oskarżanej, stara się zaprezentować jako człowiek broniący niepodległości Polski przed tajemniczymi siłami. Niestety teorie dotyczące euro, jakie zaprezentował prezes NBP, są po prostu niepoważne. Zdawałoby się, że osoba na takim stanowisku nie powinna wypowiadać publicznie głupstw, czy wręcz bzdur. Ja sam po zapoznaniu się ze spiskowymi teoriami prezesa NBP dotyczącymi euro, zaczynam mieć coraz większe wątpliwości co do kompetencji Adama Glapińskiego do piastowania obecnej funkcji. Nie ma co ukrywać, że wypowiedziane poglądy o euro, powodach i konsekwencjach przyjęcia tek waluty, po prostu Adama Glapińskiego ośmieszają.

Zacznijmy od wpadki szefa KNF. Media szybko zauważyły, że były szef KNF m.in. w zakresie ‘szukania’ pracy dla znajomego prawnika, nie mógł działać sam. Nagranie L.Czarneckiego kompromituje byłego szefa KNF i tyle. Dość szybko też ujawniono, że były szef KNF cieszył się zaufaniem prezesa NBP. Ten ostatni, nawet już po ujawnianie nagranej rozmowy, wychwalał zalety moralne i intelektualne szefa KNF Marka Ch. Media zaczęły sprawdzać politykę personalną szefa NBP i ewentualne powiązania. Niestety NBP zareagował w sposób niezwykle agresywny i nieadekwatny do zadawanych NBP pytań. Wnioski NBP do sądu zmierzające do utrudnienia dziennikarskiego śledztwa są zaskakujące. Dziennikarskie śledztwa zaczęły się od banalnych spraw i standardowych pytań. Na tego typu zapytania, NBP powinien odpowiadać wręcz z automatu. Niestety, ale w ten sposób NBP sam prowokuje podejrzenie, czy aby media nie zaczęły ujawniać rzeczy, które prezes NBP wolałby nie upubliczniać.

Najbardziej niesmaczne jest to, że prezes NBP szybko przyjął postawę obrońcy Polski przed euro i tą częścią ‘elit’, która rzekomo nie rozumie polskiego interesu politycznego i gospodarczego

Przyjrzymy się więc kilku argumentom, których użył. Wg Adama Glapińskiego jakieś tajemnicze siły i kręgi (prezes NBP oczywiście nie nazywa ich po imieniu) krajowe i zagraniczne chcą przymusić Polskę do przyjęcia euro. Temu ma też sprzyjać opozycja.

Nie znam wypowiedzi przedstawicieli innych państw, którzy wymuszaliby na Polsce jak najszybsze przyjęcie euro. Jeżeli już, to są to pojedyncze wypowiedzi entuzjastów euro. Doświadczenia wielu ostatnich lat wskazują, że przyjmowanie euro ‘na siłę’ nie ma sensu i przyczynia się do problemów całej strefy euro, czego członkowie strefy euro są w pełni świadomi. Dlatego UE stawia krajom członkowskim przynajmniej minimalne wymagania makroekonomiczne. Wymagania są również stawiane w okresie przejściowym przed przyjęciem euro.

Po drugie każdy może sobie głosić co chce. Ostateczna decyzja należy do Polski.

Inną rzeczą jest, że niektóre kraje ‘podpinają’ się do euro dla osiągnięcia korzyści makroekonomicznych, jednocześnie lekceważąc zasady prowadzenia rozsądnej polityki społeczno-ekonomicznej. Przykładem jest Grecja. A kolejnym mogą być Włochy.

"Nieprzypadkowo partie opozycyjne umieściły wejście do strefy euro jako drugi punkt swojego programu, zaraz po ‘depisyzacji’…” , twierdzi prezes NBP. Moim zdaniem nieprawda. O ile część partii opozycyjnych jest za docelowym przyjęcie euro, to unika wpisywania tego na sztandary, ponieważ problematyka wspólnej waluty jest mało zrozumiała dla większości Polaków i raczej nie nadaje się na wyborcze wiodące hasło. M.in. dlatego, że krąży w mediach mnóstwo legend dotyczących euro (w tym propagowane przez ugrupowania prawicowe), które z prawdą mają nic lub niewiele wspólnego.

"wejście do strefy euro radykalnie ograniczy polską suwerenność ekonomiczną, co razem z innymi elementami zakotwiczy Polskę na stałe w tzw. głównym nurcie europejskim". "Nie będzie już pola manewru".

To bzdura kompletna. Państwo zachowuje suwerenność ekonomiczną, ponieważ politykę gospodarczą (np. poziom podatków, pomoc społeczna itd. itd.) każdy kraj prowadzi własną. Wystarczy przeglądać opracowania Eurostatu, by zobaczyć jak bardzo się w Europie od siebie różnimy. Przyjęcie euro nie zmieniło Francuzów, Niemców, czy Hiszpanów itd. Zachowali swoją odrębność gospodarczą, polityczną, kulturową itd. Utrata własnej waluty jest niezwykle w Polsce mitologizowana i utożsamiana z niezależnością. O odporności danego kraju na szoki gospodarcze decyduje stan jego gospodarki. Na to UE ma niewielki wpływ. A ten który ma, polega na wzmacnianiu i mobilizowaniu krajów członkowskich do budowania silniejszych gospodarek.

Problem jest gdzie indziej. Wielu polityków ceni sobie odrębną, własną walutę, bo w okresach kryzysów, amortyzuje ona (osłabienie waluty) m.in.  ich błędy i zaniechania.

Wbrew sugestiom, ze strefy euro, można wyjść. Było to analizowane przy okazji kryzysu greckiego. Grecja początkowo odgrażała się, że to zrobi, po czym szybko zarzuciła ten pomysł.

"Nasza gospodarka stałaby się mniej konkurencyjna" (MŻ: po przyjęciu euro), twierdzi prezes NBP. To kolejny nonsens. Konkurencyjność gospodarki zależy od działań przedsiębiorców i sprzyjających im regulacji oraz kondycji finansów publicznych. Dwa ostatnie czynniki zależą od polityków.

Na przyjęciu euro  "straciliby ludzie, którzy dużą część dochodów wydają na dobra podstawowe". To bodaj czołowy mit powielany namiętnie przez krytyków przyjęcia euro. Mówiąc inaczej, przyjęcie euro ma sprzyjać wzrostowi cen. Analizowano to już wielokrotnie. Można to zresztą przenalizować samodzielnie (dane dotyczące inflacji są każdego kraju, są łatwo dostępne).  Ceny rosły ewentualnie tam, gdzie przedsiębiorcy próbowali zaokrąglać w górę (w nowej walucie) lub wynikało to z innych makroekonomicznych powodów. Niewielkie dopasowania cen mogły wynikać z ustalenia poziomu wymiany waluty przez rynek w okresie poprzedzającym wymianę (przedział walutowy). Tu jednak spora rola polityków, by zniechęcić rynek do ewentualnej spekulacji. Nie przeceniałbym jednak tego czynnika, bo fakt posiadania własnej waluty wystawia ceny produktów i usług na wahania. Do tego, gdy gospodarka pomyślnie się rozwija, to waluta ma skłonność do wzmacniania się, co uderza negatywnie producentów krajowych. Doświadczaliśmy tego w poprzedniej dekadzie. Zwolennicy własnej waluty, o tej wadzie nie chcą wspominać.

Na koniec … wg prezesa NBP na przyjęciu euro zyskałyby m.in.  "wielkie banki, wielkie instytucje, głównie zagraniczne, którym spadną koszty transakcyjne". Jak przystało na byłego polityka prawicowego, nie mogło się obyć bez wskazania, że korzyści odniesie głównie kapitał zagraniczny, w tym instytucje finansowe. To standard. Tego typu wzmianki mają deprecjonować pomysł przyjęcia euro. Niestety i tutaj prezes się myli. Rezygnacja z krajowej waluty spowoduje radykalne ograniczenie zapotrzebowania na transakcje wymiany walutowej i ich zabezpieczanie. Banki na tym stracą. Odpadnie jedna para walutowa do ewentualnych zabaw i spekulacji dla tych, którzy się tym pasjonują. Oczywiście banki mają pozycje w aktywach i pasywach w różnych walutach. Tylko, że koszty transakcyjne spadną przede wszystkim podmiotom działającym na rynku krajowym, które importują i eksportują. W tym są i przedsiębiorstwa zagraniczne, ale i one zatrudniają polską załogę, co warto stale przypominać.

Do wypowiadania głupstw o euro jestem już w Polsce przyzwyczajony. Euro wywołuje sporo kontrowersji i wątpliwości wśród ekonomistów. Część z tych wątpliwości warta jest przedyskutowania. Niestety znaczna część tej krytyki to trochę sztuka dla sztuki i medialne popisy polityków i ekonomistów. Niemała fala krytyki polała się na euro po kryzysie w Grecji. Grecy sami są winni kryzysowi, co nie zmienia faktu, że część ekonomistów próbuje do dzisiaj sugerować, że w tle było euro i rzekomo wątpliwa zasadność jego wprowadzenia w obszarze państw o dużych różnicach w rozwoju gospodarczym i potencjale. 

© OPINIE EKONOMICZNE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci